sobota, 13 lutego 2016

Metallica: Through the Never (recenzja)


Miałem ochotę obejrzeć wczoraj wieczorem jakiś film, ale w piątek potrzebuję już rzeczy stymulujących, bo inaczej nocny seans zakończy się prawdopodobną drzemką w fotelu. Padło więc na fabularyzowany koncert Metalliki. To był strzał w dziesiątkę, po kilku minutach ręka bezwiednie sięgnęła po regulator głośności i podbiła go w górę, zespół szalał na ekranie, mi rytmicznie chodziły kończyny, palce wybijały rytm o stół, głowa podrygiwała, noga tupała, ściany drżały, a ja się czułem, jakby jutra nie było. Ani sąsiadów za ścianą. Muszę ich chyba teraz unikać przez kilka dni na ulicy.

Seans miał jednak element goryczy, bo przez cały czas kląłem pod nosem na samego siebie i pukałem w głowę, że kilka lat temu odpuściłem sobie możliwość doświadczenia tego na dużym ekranie. Film przemknął przez kina raczej szybko, przynajmniej przez moje, recenzje miał słabe, seanse nie pasowały mi czasowo, do tego były wtedy inne warte uwagi premiery kinowe, więc w efekcie nie poszedłem do kina. Och, jaki głupi byłem.

Jasne, część fabularyzowana jest daremna, wprawdzie Dane DeHaan daje z siebie wszystko, naprawdę starając się sprzedać widzowi tę postać i historię, ale problem w tym, że nie było czego sprzedawać. Jeżeli spojrzeć na te sceny, jak na obrazki z teledysku, pozbawione większego sensu, podległe muzyce, wizualne błyskotki, to sprawdzają się całkiem nieźle. Brak w tym jednak konceptu, obraz rzadko podejmuje dialog z piosenką, nie ma mowy o zaangażowaniu emocjonalnym, historia jest szczątkowa, a montażysta często zapomina o bohaterze, skupiając całą uwagę na koncercie. I słusznie, bo koncert jest fantastyczny.

Występ obfituje w imponujące elementy sceniczne, takie jak ruchoma scenografia nawiązująca do konkretnych płyt zespołu: krzyże pojawiające się na scenie, strzelające elektrycznymi wyładowaniami krzesło wiszące nad nią, składana na miejscu statua Sprawiedliwości, etc. A do tego fajerwerki, wybuchy, laserowe wiązki i ustawiona w samym środku wielkiej hali scena, z zespołem otoczonym ze wszystkich stron fanami. Koncert jest więc fantastyczny, ale obudowany wokół niego film jest bardzo słaby. Kogo to jednak obchodzi, gdy może posłuchać najlepszych piosenek zespołu, obejrzeć wspaniały występ, a przy okazji popatrzeć na przyzwoicie zrealizowane obrazki z DeHaanem? Rzecz tylko dla fanów. No, ale tak szczerze mówiąc, to dla kogo innego niby miałoby to być?

I jeszcze piosenka, bo o zespole dobrze się pisze, jeszcze przyjemniej czyta, ale najlepiej jest po prostu czegoś posłuchać i obejrzeć załączony do tego obrazek: ONE (Klick)
 


0 komentarzy:

Publikowanie komentarza