niedziela, 6 marca 2016

Sandman - czyli krótko o tym, jak to Hollywood nie rozumie komiksu Neila Gaimana.


Pod koniec roku 2013 ekscytację wzbudził news, jakoby Joseph Gordon-Levitt miał wystąpić, wyreżyserować oraz wyprodukować ekranizację „Sandmana”. Aktor miał błogosławieństwo autora wybitnego komiksu, Neila Gaimana, który zresztą miał zostać producentem wykonawczym. Nie wstrzymałem jednak oddechu. Ani przez moment nie uwierzyłem, że coś z tego wyjdzie. Za dobrze znam już historię ekranowego „Sandmana”, który powstaje w bólach od lat 90.

Jak to często z takimi projektami bywa, zaczęło się obiecująco. Powstał sensowny scenariusz, adaptujący pierwsze cztery tomy, opowiadające o tym, jak to Morfeusz uwalnia się po wielu dekadach z niewoli i powoli kolekcjonuje swoje atrybuty władzy, czyli gadżety potrzebne do sprawowania władzy nad Snem oraz odbudowuje swoje królestwo. Scenariusz był wierną i zgrabną ekranizacją komiksu, oddającą klimat dzieła Neila Gaimana. Autor z miejsca go pokochał. Oczywistym jest więc, że to nie mogło przejść w Hollywood i zaczęto kombinować jakby to można było ładnie spieprzyć. Scenariusz ciągle przerabiano, w pewnym momencie usilnie próbując powiązać go z millenijną histerią, co nie miało żadnego sensu, bo przy ówczesnym tempie realizacji, film i tak wyszedłby już w nowym stuleciu, czyli po przekroczeniu „apokaliptycznego” roku 2000. Na pewnym etapie hollywoodzka machina wypluła z siebie kolejną pokraczną wersję scenariusza, z której producenci i wytwórnia oczywiście byli bardzo zadowoleni. Udano się więc do Gaimana po opinię. Neil po przeczytaniu steku bzdur, które nie miały nic wspólnego z oryginalnym Sandmanem, stwierdził, że scenariusz śmierdzi zbukiem i jest totalnie do dupy. Więcej nie pytano go o opinię (a oczywiście stworzono jeszcze kilka kolejnych wersji). Sam autor zresztą olał już zupełnie projekt, nie wierząc, że wyjdzie z tego coś porządnego.

Mijały lata, projekt pewnie błąkał się po głowach różnych scenarzystów i zapewne wypływał co jakiś czas na powierzchnię w wewnętrznych dyskusjach studia, ale dopiero w roku 2013 uformowała się nowa klarowna wizja, wspomniana ekranizacja z udziałem Gordona-Levitta, efekt jego współpracy z Davidem Goyerem. Za scenariusz miał odpowiadać Jack Thorne. Jak wspomniałem już na wstępie, nawet Gaiman znowu uwierzył w projekt i zaangażował się w jego realizację.

Panowie jednak odkryli kilka miesięcy temu, że Warner Brothers przekazało cały posiadany katalog tytułów z serii Vertigo do New Line, które okazało się być już mniej entuzjastycznie nastawione do wizji Gordona-Levitta, więc ten po kilku miesiącach zmarnowanych na szarpaniu się z nimi, oznajmił kilkanaście godzin temu, że rezygnuje z projektu. Nie wiadomo na razie, co na to wszystko Gaiman, ale nie zdziwię się, jeżeli za jakiś czas znowu wyrazi swoje „niezadowolenie” kierunkiem, jakie studio filmowe narzuciło filmowej ekranizacji.

A mnie pozostaje tylko przybić mentalną piątkę samemu sobie sprzed dwóch lat i wycedzić przez zęby: „a nie mówiłem?”.

Kiepska to jednak satysfakcja.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza