poniedziałek, 16 maja 2016

Loving - recenzja


Do polskich kin jeszcze nie trafił ostatni film Jeffa Nicholsa („Midnight Special”), nie wiadomo zresztą, czy w ogóle trafi, pewnie nie, a tymczasem w Cannes pokazano dziś jego kolejne dzieło.

W „Loving” Nichols pozostaje na znajomym terenie amerykańskiego Pasa Biblijnego - miejscu akcji jego wszystkich dotychczasowych filmów. Tym razem przenosi się jednak w przeszłość, żeby opowiedzieć opartą na faktach historię mieszanego małżeństwa, które w latach 50. ubiegłego stulecia walczyło o to, żeby ich związek zawarty w bardziej postępowym stanie został usankcjonowany prawnie na terenie całego kraju i nie groził im wyrokiem więzienia w rodzinnym hrabstwie.

Zważywszy na konsekwencję z jaką Nichols opowiada w swojej twórczości o południu USA, jest nieco zaskakujące, że jeszcze nigdy wcześniej nie podjął tematu problemów rasowych. Dzisiejsze południe to już oczywiście nie to samo miejsce, co kilka dekad temu, rasizm jednak wciąż wypływa tam na powierzchnię, a różne odłamy KKK dalej urzędują w mniejszych i większych miastach. Publiczne lincze i jawna przemoc wobec czarnych należą już jednak na szczęście do przeszłości. Nichols cofa się więc do niej, żeby opowiedzieć o jednym z przełomowych momentów, które ukształtowały dzisiejsze Stany Zjednoczone i doprowadziły do obecnego stanu rzeczy.

W „Loving” nie stawia jednak nacisku na szokującą treść i znane obrazki z udziałem KKK. Nichols ucieka od tematu białych prześcieradeł, płonących krzyży i czarnoskórych wieszanych na drzewach (a nie jest to znowu taka oczywista decyzja, wydarzenia znane z „Mississippi w ogniu” miały miejsce przecież zaledwie kilka lat później w pobliskim stanie). Nie pokazuje rasizmu wojującego, pomachującego w powietrzu strzelbą i pochodnią, tylko rasizm systemowy, zgniliznę umysłową, która toczyła zarówno system regulujący, jak i podporządkowanych mu ludzi. Jest to rasizm „subtelny”, ale odczuwalny - w drobnych gestach, spojrzeniach, komentarzach. Przyzwalający na traktowanie czarnoskórych jako osoby gorsze. Uznający zastraszanie i uprzykrzanie innym życia za rzecz normalną, wręcz akceptowalną społecznie. Nikogo tutaj nie bije się do nieprzytomności, ale „potencjał” na taki obrót spraw wisi czasem w powietrzu.

Jest to jednak przede wszystkim film o walce z mentalnością, która była budowana przez całe pokolenia, o próbie wymazania panujących reguł i napisania ich od nowa, jest to w końcu historia o walce o prawo do czegoś tak prostego, jak szczęście i możliwość założenia rodziny bez ukrywania się z tym przed światem.

No i jak to zwykle z Nicholsem bywa, jest to film dobry. Nie jest to może jego najlepsze dzieło, ale i tak potwierdza, że na jego filmy  można chodzić do kina w ciemno.

0 komentarzy:

Prześlij komentarz