poniedziałek, 15 lipca 2019

Nowe Horyzonty 2019: Filmy, które warto zobaczyć.


Od kilkunastu już lat biorę udział w festiwalu Nowe Horyzonty. Od kilku lat układam przed imprezą listę z dobrymi filmami, które miałem już okazję zobaczyć (głównie w Cannes). Najwyraźniej ma to sens, bo potem zdarza mi się usłyszeć, że ktoś obejrzał coś dobrego dzięki mnie. A zatem niech corocznej tradycji stanie się zadość. Oto kolejna lista.

Poniżej kilkanaście filmów, które warto mieć na uwadze przy układaniu swojego programu. Jak zwykle podzieliłem listę na dwie kategorie. Wszystkim wymienionym filmom warto dać szansę, ale rozumiem, że nie wszyscy mają komfort korzystania z karnetu i ryzykowania jedynie swoim wolnym czasem, więc filmy z drugiej kategorii należy uznać za opcję dla posiadaczy karnetów albo kinomanów świadomych tego, co dostaną za cenę biletu.


FILMY, KTÓRE TRZEBA ZOBACZYĆ:


Parasite (reż. Bong Joon-ho)

Od początku seansu nie miałem najmniejszej wątpliwości – „Parasite” to najlepszy film jaki zobaczę w tym roku w Cannes. Złotą Palmę przyznałem po pierwszych 30 minutach. Później dorzuciłem jeszcze Oscara, Telekamerę oraz nagrodę Nobla. Można już było rozjechać się do domów. Najwyraźniej podobnie uznało jury, bo najważniejsza nagroda na festiwalu rzeczywiście trafiła w ręce Bong Joon-ho. Nie mogło być inaczej, bo Koreańczyk zawstydził w tym roku większość konkurencji. Na Lazurowe Wybrzeże przyleciał z filmem totalnym. Jest to kino świeże, bardzo pomysłowe, niewymuszenie zabawne, nieprzewidywalne, bezwstydnie rozrywkowe, gdy pozwala na to fabuła, ale też dające po głowie i do myślenia, gdy zabiera się za poruszanie poważniejszych treści. Krótko mówiąc: koreańska perełka. I nie czekajcie na zobaczenie tego jesienną, gdy „Parasite” wejdzie do normalnej dystrybucji, bo to jest film, który warto zobaczyć z festiwalową publicznością. Na film wybrałem się w Cannes dwukrotnie (pierwszy raz zdarzyło mi się podjąć taką decyzję) i za każdym razem finałowe sekundy pewnej sceny były nagradzane burzą entuzjastycznych braw. Nie jest to coś, czego doświadczycie później z „normalną” publicznością.


Portret kobiety w ogniu (reż. Céline Sciamma)

Céline Sciamma, specjalizująca się dotąd w portretach współczesnych młodych Francuzek (jeżeli ktoś jeszcze nie widział „Girlhood” to polecam nadrobić), zabrała się tym razem za kostiumowy romans i w efekcie nakręciła najlepszy film w karierze. Historia opowiada o Marianne (Noémie Merlant), malarce z osiemnastowiecznej Francji, która dostaje zlecenie namalowania portretu młodej dziewczyny, ale jest pewien haczyk - musi to zrobić bez jej wiedzy. W tym celu płynie na odosobnioną wyspę, gdzie znajduje się portretowana osoba. Héloïse (Adèle Haenel) nie jest niestety skora do pozowania, bo dobrze wie, co się z tym wiąże (obraz ma trafić do przyszłego małżonka, którego nie miała jeszcze okazji nawet poznać), więc Marianne musi to zrobić bez wiedzy Héloïse. Zostaje zatem przedstawiona swojej nieświadomej modelce jako partnerka do wspólnych spacerów po wyspie. Marianne musi je wykorzystać do ukradkowego studiowania twarzy bohaterki obrazu, a wieczorami spróbować przelać obrazy z głowy i pokątnych szkiców na płótno. Pomiędzy kobietami szybko zaczyna rodzić się więź, a wkrótce też uczucie, co popycha historię na zupełnie nowe tory.

Sciamma stylowo opowiada historię lesbijskiego romansu, który był skazany na zagładę jeszcze zanim się zdołał narodzić (co potwierdza już pierwsza scena). Reżyserka kreśli zmysłową, ale też bardzo subtelną, relację pomiędzy kobietami, nie stroniąc od nagości, ale uciekając od wulgarności i dosłowności. Wszystko w tym filmie wymaga czasu, ekranowy romans rozwija się powoli, ale w bardzo naturalny sposób, i gdy w końcu dociera do pierwszego punktu granicznego to atmosferę seksualnego napięcia wiszącego w powietrzu można już kroić nożem. Sciamma nie skupia się na ciągłym łapaniu odbiorcy za serce, pozwalając mu raczej zachwycić się niuansami doskonałych kreacji Merlant i Haenel oraz zgrabnym scenariuszem, ale gdy już zabiera się za tarmoszenie naszymi emocjami, robi to bezlitośnie i uderza z siłą rozpędzonej ciężarówki.


Pewnego razu… w Hollywood (reż. Quentin Tarantino)

Wrzucenie tego tytułu to formalność. Quentina Tarantino nikomu nie trzeba reklamować, niektórzy go nienawidzą, niektórzy kochają, ale wszyscy równie mocno będą chcieli zobaczyć jego nowy film i miejscówki rozejdą się w kilka sekund. Zapewne wiele osób zastanowi się, czy w ogóle warto się spinać i tracić czas podczas festiwalu skoro niewiele później film trafi do polskich kin. No cóż, jest to przypadek podobny do „Parasite”, niektóre sceny w tym filmie zyskują w festiwalowych realiach. „Pewnego razu… w Hollywood” nie ma jakiejś konkretnej historii, bo to wycieczka po tytułowym Hollywood. Tarantino nie spieszy się, pozwala swoim bohaterom wygadać się, co nie specjalnie dziwi w jego przypadku, zaskakująco często jednak pozwala im też pomilczeć, przejechać się samochodem po mieście, zrobić sobie spacer jego ulicami, albo wybrać do kina i nacieszyć samotnym seansem. Jest tu bardzo dużo scen, które nie mają specjalnego celu, służą tylko jednemu – pokazaniu życia w L.A. tamtego okresu. Miłość do kina wylewa się tutaj z każdego kadru, sceny i umiejscowienia akcji. Z każdego wiszącego starego plakatu, kinowego szyldu i dawnej gwiazdy ekranu zaliczającej pomysłowe cameo. Składa się to wszystko na film powolny, wręcz zbyt wolny, ale gdy Quentin w końcu wrzuca wyższy bieg, robi to w tak szalony sposób, że sala kinowa natychmiast rozbrzmiewa entuzjastycznymi brawami rozemocjonowanej festiwalowej publiczności.


Wysoka dziewczyna (reż. Kantemir Bałagow)

Kantemir Bałagow, autor „Bliskości” sprzed dwóch lat, opowiada tym razem o powojennym Leningradzie i ludziach noszących jeszcze świeże blizny (zarówno te fizyczne jak mentalne) z niedawnej wojny. Mieszkańcy Leningradu próbują zapomnieć o traumatycznym oblężeniu miasta, ale o tym, że jeszcze za wcześnie na powrót do normalności przypominają im krewni dogorywający w szpitalnych salach, zrujnowane miasto za oknami i małe dzieci dopytujące się jak wyglądają psy oraz inne zwierzęta, których nigdy nie widziały na oczy, bo wszystkie zostały zjedzone przez głodujących ludzi. Dwie bohaterki filmu, Iya i Masha, przyjaciółki z frontu, też noszą bogatą kolekcję blizn fizycznych i psychicznych. Jedna jest zamknięta w sobie, anemiczna, pozbawiona życia, druga energiczna, bystra, zdeterminowana. Obie są równie pokiereszowane psychicznie i na własny sposób przyczyniają się do toksycznego charakteru ich relacji. Nie jest to przyjemny film, ani tym bardziej łatwy seans, bo reżyser zabiera nas w podróż wgłąb psychiki ludzi, którzy przeżyli horror i skutki tego doświadczenia trwale ich naznaczyły, wpływając na zachowanie, relacje z innymi ludźmi, a także sposób patrzenia na życie. Męczące, testujące cierpliwość, ale też dogłębnie poruszające i pouczające kino.


Ból i blask (reż. Pedro Almodóvar)

Problem z twórcami charakterystycznego kina autorskiego jest niestety taki, że w końcu ich projekty zaczynają przypominać filmy robione na autopilocie i ciężko wykrzesać z siebie entuzjazm myśląc o nich. „Ból i blask” też trochę cierpi na tę przypadłość, bo jest to film, który nawet na moment nie pozostawia wątpliwości, kto jest jego autorem. Jest charakterystyczny klimat, bardzo kolorowe wystroje wnętrz i ciepłe zdjęcia, jest też Antonio Banderas i Penélope Cruz. Idealnie to jednak pasuje do „Bólu i blasku”, historii na tyle osobistej i niejako podsumowującej karierę reżysera, że ciężko byłoby sobie wyobrazić nakręcenie tego w jakimś rewolucyjnym dla niego stylu. Największą wartością filmu jest jednak Antonio Banderas, który od dawna nie był tak cholernie dobry na ekranie. Barwne, stylowe ubrania, siwa broda, nastroszone włosy i nieskończona miłość do kina. Aktor z całą pewnością dobrze wiedział w kogo wciela się w tym filmie. I zrobił to doskonale.


Długa podróż dnia ku nocy (reż. Bi Gan)

Nie jest to film łatwy w odbiorze, bo „Długa podróż dnia ku nocy” to bardzo powolna (wręcz ospała) i oniryczna opowieść wymagająca cierpliwości oraz wyspanego umysłu, czyli rzeczy deficytowych na festiwalu. Jeżeli jednak Wong Kar-wai jest twórcą, którego estetyka i tempo narracji trafia w czyjeś gusta, no to film Bi Gana zdecydowanie powinien znaleźć się na jego liście tytułów do zobaczenia. Osobiście w pełni doceniłem go dopiero po kilku dniach od seansu, gdy pomimo festiwalowego przesytu wizualnymi bodźcami nie opuszczały mnie konkretne sceny oraz zachwyt nad całą ostatnią godziną filmu. Co więcej, wracałem do niego myślami nawet rok po seansie (widziałem go podczas zeszłorocznego festiwalu w Cannes), bo oferuje jedno z najbardziej imponujących kinowych doznań jakie doświadczyłem w ostatnich latach – godzinną sekwencję nakręconą na jednym ujęciu. Od strony technicznej jest to majstersztyk zabierający nas w bardzo długą podróż śladem bohatera przez rozległą lokację z przystankiem na mecz ping-ponga, jazdę skuterem, powolny zjazd na linie ze skały do położonego poniżej miasteczka i szereg innych aktywności z licznymi postaciami. Cholernie skomplikowana sekwencja zrealizowana na wybitnym poziomie. Bi Gan zrobił już coś podobnego w poprzednim swoim filmie, „Kaili Blues”, gdzie na długim 40-minutowym ujęciu śledził podróż bohatera na skuterze oraz na pace ciężarówki. Już wtedy robiło to wrażenie, ale efekt psuły niestety różne kiksy techniczne, które zapewne wynikały z niskiego budżetu. W „Długa podróż dnia ku nocy” efekt jest już w pełni piorunujący i myślę, że skuszę się na drugi seans na wrocławskim festiwalu.


Marina Abramović - artystka obecna (reż. Matthew Akers, Jeff Dupre)

Jest to kilkuletni już dokument, który do tego pokazywany był siedem lat temu na Nowych Horyzontach, ale jeżeli jeszcze nie mieliście przyjemności go zobaczyć, no to nadróbcie koniecznie. Sztuka Mariny Abramović jest ekstremalna, często minimalistyczna, obrazoburcza, ale przy tym poruszająca i silnie działająca na emocje. Znakomity dokument HBO przybliża odbiorcy fascynującą kobietę i jej twórczość, pozwalając bohaterce wypowiedzieć się tak przez słowa, jak i czyny. Film odkrywa przed widzem nowe terytoria sztuki i uczy, że nie zawsze to, co pozornie wydaje się pretensjonalnym, artystycznym bełkotem, zasługuje na taką metkę. Wielka zasługa w tym samej Mariny, która bez artystycznego zadęcia i pretensjonalnego bełkotu wypowiada się o swoim życiu i twórczości. Jej twórczość bywała ekstremalna, ona sama jednak patrzy na to z dystansem i humorem. Co ciekawe, największą emocjonalną huśtawkę zapewniają w dokumencie nie te dawne wystawy, nastawione na szokowanie opinii publicznej, a (ówcześnie) najnowsza, skrajnie minimalistyczna, ze znikomą ilością gadżetów, skupiająca się na czymś tak prozaicznym, jak kontakt z drugim człowiekiem. Geniusz Mariny tkwi w tym, że pomysł na performance, który w teorii może śmieszyć, w praktyce ściska bardzo mocno za gardło. Wspaniały, poruszający dokument, który rozbija emocjonalnie na kawałki.


La Gomera (reż. Corneliu Porumboiu)

Gdy idziesz na film z rumuńskiej Nowej Fali, a po półtorej godzinie wychodzisz z europejskiego „Ocean’s Eleven”. Porumboiu ostatnim razem pojawił się w Cannes (i Wrocławiu) z filmem „Skarb”. Już tamten tytuł, wciągający i zabawny, można było polecić osobom, które słysząc o rumuńskiej kinematografii uciekają w popłochu z kina. „La Gomera” to już czysta rozrywka, amerykańskie kino gatunkowe (heist movie) zrealizowane przez kogoś, kto swojego fachu uczył się w zupełnie innych realiach i to widać (co nie jest zarzutem!). Historia opowiada o skorumpowanym policjancie, który przybywa na tytułową wyspę żeby nauczyć się hiszpańskiego dialektu w formie gwizdanej, co ma później pomóc w komunikacji ze wspólnikami z przestępczego półświatka. Osoba wyćwiczona w takim gwizdaniu może głośno przekazywać informacje na dużą odległość, bez ryzyka poinformowania o tym niewłaściwych osób, bo dla nieprawnego ucha policjantów gwizdy będą brzmiały jak śpiew ptaków. Stanowi to wprowadzenie do skomplikowanej, wielowątkowej, upstrzonej twistami i retrospekcjami historii kryminalnej. Zobacz oryginał zanim Hollywood zrobi jego remake (o niczym na razie nie słyszałem, ale nie zdziwiłbym się, gdyby do tego doszło).


Bacurau (reż. Kleber Mendonça Filho, Juliano Dornelles)

Kleber Mendonça Filho powinien być twórcą dobrze znany długoletnim bywalcom wrocławskiego festiwalu. Na Nowych Horyzontach można było zobaczyć jego dwa poprzednie filmy. „Sąsiedzkie dźwięki” (które zgarnęły wtedy nagrodę FIPRESCI) były dobrym filmem, ale „Aquarius” był już rewelacyjny. Piękne, umiarkowanie długie, powolne (ale nie ślamazarne i nudne) kino o współczesnej Brazylii, o przywiązaniu do miejsc i rzeczy, o sentymentach, miłości do kultury, ale też bucie, upartości i bezlitosnej ocenie rzeczywistości wynikającej z życiowego doświadczenia. „Bacurau” niejako wynika z poprzedniego filmu Filho, ale jest zarazem czymś zupełnie odmiennym, chociaż wszystko to, co wyżej napisałem o „Aquariusie”, można odnieść również do niego. Stanowi to jednak tylko jeden z wielu elementów składających się na bardzo szalony koktajl stylistyczny. „Bacurau” porusza się płynnie pomiędzy wieloma gatunkami, najbliżej mu chyba do westernu, ale jest tu doprawdy wszystko, futuryzm, tradycja, realizm magiczny, ale też społeczno-polityczny komentarz, a metaforyczne odniesienia do dzisiejszej Brazylii chodzą w parze z kinem klasy B. Fantastyczna Sonia Braga znowu oczarowuje jakością kreacji, wyznaczając standardy dla reszty brazylijskiej obsady wcielającej się w ciekawe postaci, które zostają zestawione z przerysowanymi (drewnianymi) aktorami zachodnimi, podążającymi ścieżką wyznaczsną przez samego Udo Kiera. Szczerze mówiąc to jeszcze nie wiem, jak ocenić ten film, bo potrzebuję jeszcze jednego seansu, znając już wszystkie wolty gatunkowe, żeby stwierdzić, czy rzeczywiście jest to kino bardzo dobre, ale zobaczyć go na festiwalu zdecydowanie warto, a nawet trzeba.


FILMY, KTÓRE WARTO ZOBACZYĆ:


Deerskin (reż. Quentin Dupieux)

Jest to jeden z tych filmów, które wymagają cierpliwości, bo rozkręca się dość niemrawo i jeżeli odbiorcy nie podejdzie specyficzny humor opowieści, no to będzie dość często spoglądać na zegarek, ale historia skręca po pewnym czasie w dość ciekawym kierunku, który pozwala zapomnieć o wspomnianym zegarku.

Zombi Child (reż. Bertrand Bonello)

Kolejne nazwisko nieobce stałym bywalcom festiwalu (autor „Apollonide. Zza okien domu publicznego” oraz „Nocturamy”). Haiti, lata 60., martwy mężczyzna zostaje przywrócony do życia i wysłany do morderczej pracy przy trzcinie cukrowej. 55 lat później, Paryż, prestiżowa szkoła, młoda Haitanka zdradza swoim przyjaciółkom mroczny rodzinny sekret. Nikogo pewnie nie zaskoczę, jeżeli dodam, że będzie on związany z voodoo i mężczyzną przywróconym do życia. Niczego więcej nie powiem, ale dodam, że to jest jeden z tych filmów dla których się jeździ na festiwale filmowe. Nie jest to coś, co zobaczycie później w multipleksie.

Jezioro dzikich gęsi (reż. Yi'nan Diao)

Gdyby scenariusz nowego filmu zdobywcy Złotego niedźwiedzia sprzed pięciu lat (za „Czarny węgiel, kruchy lód”) był równie dobry, co jego strona techniczna, no to mielibyśmy arcydzieło. Sposób w jaki Yi'nan Diao opowiada obrazem, konstruuje kadry, buduje sceny i lepi klimat historii, autentycznie zachwycają. Jeżeli macie słabość do prześlicznie wyglądającego kina azjatyckiego, no to zdecydowanie jest film, który powinniście zobaczyć na dużym ekranie. Szkoda tylko, że scenariusz nie jest równie dopieszczony….


Młody Ahmed (reż. Jean-Pierre i Luc Dardenne)

Powtórzę to, co pisałem o „Bólu i blasku” Almodovara. Problem z doświadczonymi twórcami charakterystycznego kina autorskiego jest niestety taki, że w końcu ich projekty zaczynają przypominać filmy robione na autopilocie i ciężko wykrzesać z siebie entuzjazm myśląc o nich. Bracia Dardenne nie wychodzą z tego równie obronną ręką, co Pedro, bo „Młodemu Ahmedowi” nie można wprawdzie zarzucić niczego konkretnego, wszystko tutaj jest na swoim miejscu i zostało zrobione dobrze, ale jeżeli widziało się wystarczająco dużo ich filmów to nowa produkcja belgijskiego duetu uleci z głowy zanim zdążycie dojść do klubu festiwalowego na wieczornego browara. A nie jest to długi spacer.

Adam (reż. Maryam Touzani)

Opowieść o dwóch Marokankach spętanych obawą o to samo - „co ludzie powiedzą?”. Jedna jest bezdomną młodą kobietą w ciąży. Nie może wrócić do rodziny, bo dziecko jest nieślubne, oboje byliby więc do końca życia naznaczeni przez społeczny ostracyzm. Dziewczyna planuje więc przeczekać kilka miesięcy na ulicy, przeżyć tam poród, a następnie oddać dziecko i dopiero wtedy wrócić do domu. Druga jest wdową, która (nie bez oporów, bo „co ludzie powiedzą?”) decyduje się przyjąć dziewczynę pod swój dach na kilka miesięcy. I co dalej? No wiecie, życie, w tych smutnych odcieniach, ale też radosnych.

Zdrajca (reż. Marco Bellocchio)

Główny bohater „Zdrajcy”, Tommaso Buscetta, to słynny mafioso, który złamał omertę, zmowę milczenia. Film opowiada też o tym, co poprzedziło słynny włoski proces sądowy, który doprowadził do skazania setek mafiosów, ale zdecydowanie najwięcej czasu poświęca właśnie temu - niekończącym się sądowym bataliom, przepychankom i przesłuchaniom. Rozciągnięta na długie lata historia opowiada o kolejnych potyczkach gangsterów z włoskim wymiarem sprawiedliwości i krwawych żniwach – już poza sądowymi murami - jakie te za sobą pociągnęły. Reżyser „Zdrajcy” przykłada dużo uwagi sprawom proceduralnym, co jest interesujące, szczególnie jeżeli historia jest nam nieobca, ale też bywa męczące.


Tam gdzieś musi być niebo (reż. Elia Suleiman)

Elia Suleiman („Czas, który pozostał”) wraca po dziesięcioletniej przerwie z nowym filmem. „Tam gdzieś musi być niebo” to opowieść o nim samym, albo raczej jakimś wyobrażeniu o nim, palestyńskim reżyserze, który podróżując przez świat (Nazaret, Paryż, Nowy Jork) obserwuje z zaciekawieniem ludzkie dziwactwa, wyłapując absurdy codzienności pod różnymi szerokościami geograficznymi, dziwując się, ale rzadko to komentując, na wszystko reagując niczym bohater kina niemego, co dodaje tylko dodatkową warstwę absurdu tej kolekcji gorzko-słodkich skeczów.

I tyle.

Mam nadzieję, że trochę pomogę przy dokonywaniu niełatwych festiwalowych wyborów.

Bawcie się dobrze. Ja z całą pewnością będę.

czwartek, 11 lipca 2019

Too Old to Die Young - recenzja


Uczucie zachwytu ciągle powracało do mnie podczas oglądania serialu „Too Old to Die Young”. Przy kolejnych odcinkach wpatrywałem się w napisy końcowe z towarzyszącą temu myślą: „kurde, ależ to jest dobre!”. Rytuał dziękczynny zawsze poprzedzało szybkie przerwanie automatycznego odpalenia kolejnego odcinka, bo jeszcze nie byłem na to gotów, jeszcze chciałem posłuchać przez następną minutę utworu Cliffa Martineza, jeszcze chciałem trochę popatrzeć na ładne neonowe kolorki, jeszcze pobyć przez minutę w świecie Refna, nacieszyć się klimatem i dokończyć powolny rejs przed przeskoczeniem do kolejnego etapu tej niespiesznej podróży po L.A. i Meksyku.

Rytuały, długa celebracja każdego prezentowanego momentu i opowiadanie przez obraz, a nie przez słowa, stanowią istotę tego serialu. Nicolas Winding Refn często używa określenia trzynastogodzinny film i rzeczywiście – pod względem jakości wykonania, konstruowania scen, oprawy muzycznej, obsady, a nawet długości większości odcinków, niczym się to nie różni od jego ostatnich produkcji. Odbiorca ma wrażenie, że ogląda kolejny film Refna. Jest to jednak tak podzielone, że nie ma się najmniejszej wątpliwości - to jest serial i to starannie przemyślany pod względem konstrukcji. Wyraźnie pamięta się o czym były pojedyncze odcinki, każdy ma piękną planszę tytułową wpisaną w jakąś scenę, większość z nich też stanowi konkretną historię, która wprawdzie znajduje kontynuację w kolejnym odcinku, ale można też sobie wyobrazić sytuację w której autor kina festiwalowego kończy swój film w tak urwany sposób. Zresztą, Refn ostatecznie tak właśnie robi - urywa nagle tę opowieść i pozbawia widza „prawdziwego” zakończenia, ale do tego jeszcze przejdziemy.


„Too Old to Die Young” jest dość uczciwe względem odbiorcy. Reżyser już w pierwszym odcinku wykłada wszystkie karty na stół i nie obiecuje, że ten serial będzie czymś innym, niż naprawdę jest. A jest to opowieść snuta w ślimaczym tempie, senna i testująca cierpliwość widza jeżeli nie jest przyzwyczajony do takiej powolnej narracji. Główny bohater (a przynajmniej postać, która sprawia takie wrażenie w pierwszym odcinku) potrafi przez całą scenę nie wypowiedzieć słowa, albo rzucić tylko kilka zdawkowych odpowiedzi, a do tego jest osobą, która nie wzbudza łatwej sympatii (łatwo natomiast można go ocenić jako antypatycznego gościa mającego na sumieniu sporo syfu). Refn sprawia wrażenie, jakby chciał jak najszybciej się pozbyć widzów (albo po prostu oszczędzić im kilkunastogodzinnej „męczarni”), którzy nieprzygotowani są na takie tempo, bo w drugim odcinku podkręca śrubę jeszcze mocniej i jeżeli ktoś ma odpaść po drodze, a nie zrobił tego przy pierwszym odcinku, no to historia mająca miejsce w Meksyku powinna skutecznie przyspieszyć tę decyzję.

I jakby w nagrodę, kolejny odcinek nieco przyspiesza, tempo zostaje odrobinę przyspieszone, postacie zaczynają się porozumiewać ze sobą jak normalne istoty ludzkie, a z głośników nagle zaczynają płynąć dialogi, informacje, a nawet żarty (!). Oczywiście dalej jest to powolnie prowadzona opowieść, ale w porównaniu z drugim odcinkiem to mamy już do czynienia z zawrotnym tempem wydarzeń. W trzecim odcinku staje się też jasne, że zbyt pochopnie uznaliśmy Martina Jonesa (Miles Teller) głównym bohaterem, bo ten potrafi znikać z serialu na dłużej, a Refn poświęca równie dużo miejsca Jesusowi (Augusto Aguilera), który początkowo sprawia wrażenie sztampowego bandziora do ubicia przez żądnego zemsty protagonistę. Jesus szybko jednak staje się niemniej ważnym bohaterem serialu i w sumie to ciekawszym. U podstawy konstrukcji tej postaci leży kultura macho, ale Duńczyk pogrywa sobie z tym, sporo miejsca w serialu poświęcając na pokazanie świata twardych latynoskich mężczyzn, żeby następnie skontrapunktować to upokarzaniem ich, sprowadzaniem do parteru przez kobiety i obdarzając jednego z nich niezdrową fiksacją na punkcie matki. Znamienne, że dwóch serialowych bossów kartelu narkotykowego swoje pierwsze nastoletnie relacje seksualne oparło na kazirodztwie, a ten drugi ma do tego silną potrzebę bycia zdominowanym w łóżku przez partnerkę, czemu towarzyszą również homoerotyczne praktyki. Na granicy kazirodztwa (a co najmniej bardzo niezdrowa) jest też relacja Theo z jego nastoletnią córką, którą darzy ogromnym uczuciem i zaufaniem, ale też bez oporów ją podgląda, gdy ta odbywa stosunek ze starszym mężczyzną, którego Theo stale stawia w niezręcznych sytuacjach i nieustannie testuje w pasywno-agresywnych sytuacjach nierzadko podsyconych seksualną energią. Jest to mała rola, ale fantastycznie odegrana przez Williama Baldwina, z radością wgryzającego się w tak obleśną postać, a jego ciągłe obsesyjne pochrząkiwania zostaną z widzem na długo po seansie (warto dodać, że jego rywal o serce córki, czyli Martin, równie obsesyjnie, i nieelegancko, ciągle spluwa na ziemię). W trzecim odcinku dochodzi do tego zestawu jeszcze Viggo (John Hawkes) i Diana (Jena Malone), którzy wprawdzie nie dostają tyle ekranowego czasu co Martin i Jesus, ale stanowią niemniej istotnie postacie do których (w pewnym sensie) będzie należeć ostatnie słowo w tej historii. A John Hawkes w obsadzie jeszcze niczemu nie zaszkodził, bo wiadomo, że jest to aktor, który z niczego potrafiłby ukręcić ciekawego bohatera. Nie przeszkadza więc, że dostał od Refna kilka soczystych scen do odegrania.


Nikogo chyba nie zaskoczy, że serial zachwyca od strony audiowizualnej. Ja byłem kupiony już po pierwszych pięciu sekundach sponsorowanych przez Cliffa Martineza. Jeżeli podobały Wam się soundtracki w ostatnich filmach Refna, no to dobrze trafiliście. Charakterystyczne kompozycje Martineza pulsują z głośników przez cały serial, jak zwykle niezawodnie wpadając w ucho i pierwszorzędnie budując klimat. Uzupełniają to starannie dobrane piosenki, które często „robią” scenę, i to z nimi łączą się chwile, które sprawiają, że widz jest autentycznie zachwycony tym, co ogląda. Jak „Ten Commandments” Prince’a Bustera w pociesznej scenie nieudanego zamachu rodem z filmografii Hala Hartleya. Albo „Mandy” Barry’ego Manilowa w cudownie parodystycznej (a zarazem ociekającej klimatem) scenie nocnego pościgu samochodowego. Wszystkie muzyczne tropy jednak i tak prowadzą w końcu do Martineza do którego należy jedna z najbardziej stylowych scen akcji w tym roku - nakręcona na długim ujęciu sekwencja motelowej masakry dokonanej przez Yaritzę (Cristina Rodlo, przepiękny latynoski anioł śmierci) na zwyrodnialcach korzystających z usług kobiet zmuszonych do prostytucji. Jest to jeden z tych obrazów, które zostają z widzem na dłużej, i działa tutaj zarówno otwierające to ujęcie na pistolet i nóż motylkowy schowane za plecami bohaterki, jak i kończący całą sekwencję strzał w krocze mężczyzny siedzącego w pokoju przyozdobionym ogromną swastyką. W serialu jest jeszcze wiele takich wizualnych perełek, które wynagradzają cierpliwego odbiorcę, aczkolwiek w moim przypadku stanowiły raczej wisienkę na torcie, bo nawet przez moment nie odczuwałem znużenia powolną narracją, niczego nie trzeba mi było więc osładzać. Wszystko tutaj wynika naturalnie z kierunku w jakim Refn podążał od czasu „Drive” (a w sumie to filmu „Valhalla Rising”). Zdjęcia wyglądają obłędnie, niektóre scenografie to czysty popis wizualnej maestrii, paleta kolorystyczna nie przestaje sycić oczu, a reżyser niespiesznie sunie kamerą, powoli studiując szczegóły kadrów i ciał niemrawych postaci. Jest to dzieło na wskroś autorskie i jeżeli wstrzelimy się w ten klimat i stylistykę, no to czeka nas kilkanaście godzin niezapomnianego doświadczenia.

Jeżeli coś tutaj nie do końca działa to tylko zakończenie. Realizacja serialu trwała dziewięć miesięcy, Refn kręcił go chronologicznie i dopracowywał z Edem Brubakerem scenariusze kolejnych odcinków wieczorami, gdy nie siedział na planie zdjęciowym. W tamtym bardzo pracowitym okresie doszło do wyboru Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych, co wyraźnie wpłynęło na kształt i charakter wielu scen w późniejszych odcinkach, zwłaszcza absurdalnych zachowań policjantów. I chyba takie podejście do realizacji serialu przyczyniło się też do tego, że nie wiedząc kiedy, i jak, zakończyć tę - początkowo planowaną na dziesięć godzin – historię, Refn urywa ją nagle, jakby ktoś przykręcił mu niespodziewanie kurek z pieniędzmi. W efekcie dwa ostatnie odcinki robią za dwugodzinny epilog, który pewne rzeczy wyjaśnia zbyt dosłownie, pewne kwestie pozostawia otwartymi, a do tego skręca w zupełnie nowym kierunku, niejako lądując w innym gatunku, zupełnie oderwanym od tego, co oglądaliśmy dotąd. Jest to oczywiście dość typowe dla Refna przeciwstawienie się oczekiwaniom odbiorcy, ale jest to na tyle niesatysfakcjonujące i rujnujące dotąd idealnie wyważone dzieło, że wpływa ujemnie na końcową ocenę.


Pomimo jednak tego zgrzytu w finale, jest to rzecz niesamowita, obok „Czarnobyla” najciekawszy tegoroczny serial, a zarazem jeden z najbardziej autorskich projektów tego typu, prezentujący przedłużenie (albo raczej uwieńczenie) ścieżki, jaką Refn podążał w ostatnich latach, stanowiąc najlepsze jego dzieło od czasu „Drive”. Jest to serial do którego jeszcze niewątpliwie powrócę w przyszłości, żeby jeszcze raz zanurzyć się w tej audiowizualnej uczcie dla zmysłów i ponownie wgryźć się w nieoczywiście kreślone sylwetki bohaterów spętanych wspólnym krwawym przeznaczeniem.

niedziela, 30 czerwca 2019

HBO w kolorach tęczy.


Dziś koniec czerwca. 30 dni temu tęcza znowu zrobiła wjazd na Facebooka. Duże (i małe) profile prześcigały się w zmienianiu swoich avatarów. HBO nie zrobiło tego. Nie musiało. Oni zrobili już naprawdę dużo w temacie zmiany postrzegania homoseksualizmu w popkulturze. Ich czołowe seriale nigdy nie unikały tego tematu, nierzadko wgryzając się w niego od ciekawych stron.

HBO nigdy nie obawiało się uczynić osoby homoseksualne najfajniejszymi postaciami w swoich serialach. Pierwszym bohaterem, który przychodzi do głowy jako przykład, jest oczywiście Omar z „The Wire”. Serial niektórych zachwycał, innych nudził, ale Omara kochali wszyscy. Omar to kozak. Żywa legenda. Prawdziwy król ulicy. Z jednej strony to trochę taki Robin Hood, z drugiej strony to trochę Punisher, a całościowo to gość, którego chcesz mieć po swojej stronie. Omar jest zajebisty. I bynajmniej nie jest to jedyna osoba homoseksualna w „The Wire” która wymiata, bo przecież lesbijką jest też Kima, charakterna i twardo stąpająca po ziemi pani detektyw.


Drugim tego przykładem jest Lafayette z „True Blood”, grany przez niestety nieżyjącego już Nelsana Ellisa. „True Blood” to było rasowe guilty pleasure (którego w końcu nie dokończyłem), serial chwilami przeraźliwie zły i głupi, ale jednocześnie rozbrajająco zabawny w tym. Co jednak bywało w nim szczególnie frustrujące to „psucie” naszych ulubionych postaci. Wybieranie dla nich fabularnych ścieżek które sprawiały, że nagle traciły one to, co było w nich fajnego i zaczynały być irytujące, rozczarowujące albo traciły na znaczeniu. Lafayette uniknął tego losu (no chyba, że w finałowym sezonie scenarzyści odwalili coś głupiego) i przez wszystkie sezony był postacią, której nigdy nie miało się dość. Otwarcie queerowy, zgrabnie mieszający w swoich ubiorach elementy campu, paciorków, delikatnego militaryzmu i nowoorleańskiego luzu z funkcjonalnością lokalnych ciuchów (głębokie amerykańskie południe), co przenosił również na swój styl bycia, nonszalancki, nieco zadziorny, trochę zblazowany, ale przede wszystkim to pokazujący, że jest gejem i nie zamierza nikogo za to przepraszać. Nie przeszkadzało też, że scenarzyści stale dokarmiali go zgrabnymi dialogami.

Wątki homoseksualne pojawiły się praktycznie w każdym z moich ulubionych seriali HBO (nie licząc „Kompanii Braci”) z końca lat 90. i pierwszej dekady obecnego stulecia. W „Six feet under” był David Fisher (Michael C. Hall), który pozwolił twórcom na pokazanie kompleksowego portretu geja rozpisanego na kilka sezonów. Początkowo była to historia o wychodzeniu z szafy i wewnętrznym konflikcie jaki trawił wikariusza, oddanego wierze katolika, który nie mógł się pogodzić z tym, że kościół nie akceptuje jego seksualności. David w zasadzie przechodzi całą emocjonalna drogę, od napalonego samca umawiającego się na przygodny seks bez zabezpieczenia z nieznajomymi mężczyznami, aż po dojrzałego faceta, który zakłada rodzinę. I duża w tym zasługa obiektu jego uczuć, czyli Keitha, czarnoskórego policjanta, który pewnie polubiłaby Kima z „The Wire”. Keith to wzorzec rozsądnego, poukładanego gościa, niewątpliwego samca alfa, który nie musi jednak szczerzyć kłów żeby być szanowanym przez otoczenie. Niektórzy po prostu w naturalny sposób wzbudzają respekt niewymuszoną pewnością siebie i wewnętrznym spokojem. Keith jest taką osobą.


W „The Sopranos” był wątek rezolutnego gangstera, bardzo efektywnego w nielegalnym zarabianiu pieniędzy, który przynosił duże zyski swoim kolegom. Jak się jednak szybko okazało, równie efektywnie potrafił komuś obciągnąć lachę i gdy jego homoseksualizm przypadkiem wyszedł na jaw to musiał szybko się ulotnić z New Jersey, bo niedawni koledzy już przygotowywali beton na jego nowe buty. On wiedział, że w tym środowisko nie wybawiłoby go nawet pragmatyczne podejście do sprawy i przymknięcie oko na jego orientację, skoro jest tak dobry w zarabianiu pieniędzy. Włoscy macho nie mogli sobie pozwolić na trzymanie kogoś takiego w swoim towarzystwie, ani tym bardziej sprawiać wrażenia na zewnątrz, że im to nie przeszkadza, bo w ich mniemaniu to stawiałoby pod znakiem zapytania ich własną seksualność.

I w końcu „Oz”, czyli opowiadająca o męskim więzieniu, brutalna i bezkompromisowa jazda bez trzymanki. Tytułowe Oz to miejsce testujące ludzki charakter, walące smrodem męskiego potu i brudnych skarpet, ufajdane krwią i spermą, z szafami wypełnionymi trupami i obudowane murami, które widziały najgorsze bestialstwa. Jest to świat zaludniony przez mężczyzn nabuzowanych testosteronem i seksualnym niewyżyciem, którzy nie mają dostępu do kobiet. Wyładowują więc to wszystko na innych współwięźniach, niektórzy podstępem, inni uczuciem, większość jednak przy pomocy uniwersalnego w tym miejscu języka, czyli przemocy. Miłość odwiedzała czasem mury Oz, ale homoseksualny seks (zwykle w formie gwałtu) najczęściej stanowił kolejny sposób na zdominowanie przeciwnika, upokorzenie go i podporządkowanie sobie.


Składa się to wszystko na konsekwentne i wielorakie pokazywanie tematu przez produkcje HBO, od dekad przedstawiających homoseksualizm z różnych stron i w wielu odcieniach tęczy, ale też korzystających przy tym z bogatej palety emocji. Cierpliwie pokazywano, że ile ludzi, tyle form miłości i pożądania, ale też wiążących się z tym problemów, nieszczęść, a nawet wynaturzeń i patologii. HBO dokonało czegoś istotnego, bo zapewne niejednej osobie uzmysłowiło, że geje i lesbijki to nie tylko te „kolorowe dziwolągi w skórzanych strojach”, które media chętnie wyłapują z tłumu w swoich relacjach z Parad Równości, ale też „zwykłe” osoby, mające normalne ludzkie problemy i zupełnie niezainteresowane szokowaniem „heteryków”. Oczywiście nie wyczerpali tym tematu, ale wydaje mi się, że rozszerzyli niejeden horyzont światopoglądowy i zakwestionowali słuszność różnych stereotypów.

wtorek, 18 czerwca 2019

Czarnobyl - recenzja


„Czarnobyl” to chyba największe telewizyjne zaskoczenie tego roku. Nowa produkcja HBO szybko stała się tytułem, który „trzeba” znać. Mini-serial błyskawicznie podbił serca widowni, zamazując przy okazji złe wspomnienia po rozczarowującym finale „Gry o tron” i w efekcie stając się najwyżej ocenianym serialem na IMDb.

Całkiem zasłużenie, bo „Czarnobyl” to serial imponujący pod wieloma względami, ale zanim przejdę do zachwalania, muszę wspomnieć o dwóch rzeczach, które nie podobały mi się przez pierwsze trzy odcinki „Czarnobyla”. W sumie to nie tyle nie podobały się, co życzyłbym sobie żeby inaczej zostały rozwiązane. Obie wynikały z pierwszych kilkunastu minut pierwszego odcinka.

Po pierwsze: ujawnienie w prologu, że Legasow popełnił samobójstwo kilka lat po katastrofie. Jest to wiedza, która odejmuje napięcia/dramatyzmu niektórym scenom z kolejnych odcinków. Ponieważ wiedziałem już, co spotka bohatera za parę lat to mniej przejmowałem się jego bezpieczeństwem w momentach, gdzie normalnie byłoby to naturalną reakcją.

Po drugie: rozpoczęcie wydarzeń od wybuchu reaktora. Wrzuca to widza od razu w środek akcji oraz czyni pierwszy odcinek bardzo intensywnym i wciągającym doświadczeniem, ale później twórcy udowadniają, że potrafią równie dobrze przykuwać uwagę samymi tylko relacjami międzyludzkimi i „sprzątaniem” po katastrofie. Przesunięcie momentu wybuchu na koniec pierwszego odcinka (albo przynajmniej pokazanie tego po pierwszej połowie) i najpierw solidne osadzenie widza w tym świecie oraz zapoznanie z głównymi postaciami mogło być lepszym pomysłem fabularnym.


Tylko że…

Nie widziałem wtedy jeszcze odcinka piątego, który wypełnia tę lukę, dokładnie i czytelnie wyjaśniając widzowi przyczyny tragedii, co nie mogło zostać zrobione w pierwszym odcinku, bo rozwaliłoby to konstrukcję całego serialu i pozbawiłoby początek historii wielu elementów stanowiących o jego sile: chaosu, zamieszania, niewiedzy i przygnębiającego obserwowania ciągu wydarzeń, które doprowadzą do bezsensownej śmierci wielu postaci z pierwszego odcinka.

Ten fatalizm towarzyszy widzowi już przy pierwszym seansie, bo przecież zasiada do serialu z jakąś wiedzą o tragicznej w skutkach awarii, ale zakładając, że nie zgłębiał wnikliwie tematu już wcześniej, albo nie zapisał mu się w głowie wyjątkowo mocno jakiś dokument oglądany w telewizji, no to wiele rzeczy będzie odkrywać dopiero razem z bohaterami. I rodzi to później ochotę powrócenia do pierwszego odcinka i zobaczenia go z pełną już wiedzą. Oczywiście warto mieć też świadomość tego, co twórcy zmienili, uprościli albo dodali od siebie. Z tego co zaobserwowałem, nie byłem specjalnie odosobniony w późniejszym poszukiwaniu dokładniejszych informacji i weryfikowaniu tych umieszczonych w serialu. Już dawno żadna produkcja nie inspirowała tak mocno do zgłębiania wiedzy na jakiś temat.

I już dawno żaden serial nie sprawił, że po zakończeniu ostatniego odcinka sięgnąłem następnego dnia ponownie po pierwszy. Niewiele brakowało żebym z rozpędu zaczął oglądać też kolejne odcinki, bo tylko późna godzina powstrzymała mnie od zobaczenia „pierwszych kilku minut” drugiego odcinka, a wiadomo, jak się takie coś kończy (ostatnim razem to „przypadkiem” zobaczyłem wszystkie sezony „Breaking Bad”). Przy drugim podejściu odkryłem, że prolog z Legasowem, a zwłaszcza jego narracja z offu, niespodziewanie działa jako fabularna pętla łącząca zakończenie serialu z jego początkiem. Gdy dodać do tego wspomnianą już łatwość z jaką można z rozpędu zacząć oglądać kolejne trzy odcinki (bo pewnie wyhamowalibyśmy przy czwartym) to mam wrażenie, że jest to przemyślany zabieg, który nieprzypadkowo zamyka historię w taki potencjalnie nieskończony cykl powtórzeń. Wydaje mi się, że scenariusz celowo skonstruowano jako rodzaj obiegu zamkniętego w którym finał napędza też (przy kolejnym seansie) prolog, który inicjuje początek historii, wprawiający w szybki ruch kolejne trzy odcinki, prowadzące do finału, który napędza… I tak dalej. Jeżeli to jest prawda, a nie tylko przypadkowy efekt (albo urojenie mojego umysłu), no to jeszcze bardziej doceniam robotę, jaką wykonał Craig Mazin.


Jest co docenić, bo serial przez cały czas trzyma widza za gardło. Nie ważne, czy jest to śledzenie chaotycznych pierwszych godzin po wybuchu, czy też coraz bardziej apokaliptycznych scenariuszy wysnuwanych przez naukowców i desperackich akcji przeciwdziałających temu, czy też szarpiącego nerwy oczyszczania dachu elektrowni ze śmiercionośnego grafitu, a nawet zwykłego procesu sądowego, to efekt jest zawsze ten sam – widz siedzi na skraju fotela i godzina seansu zlatuje niepostrzeżenie. Spotykałem się z zarzutami, że niepotrzebnie tak dużo miejsca poświecono w czwartym odcinku ekipie likwidatorów wybijających skażone zwierzęta i przesadnie udramatyzowano ten wątek. Nie zgodzę się. Uważam, że było dobrym pomysłem ugryzienie tematu również od tej strony i pokazanie kolejnych istnień dotkniętych katastrofą, zarówno niewinnych zwierząt, jak i ludzi, którzy musieli przecież odchorować uczestnictwo w takiej długotrwałej rzezi, zarówno fizycznie (w efekcie długotrwałego przebywania w strefie skażenia), jak i psychicznie. Gdy dodać do tego, że w tym odcinku pokazano również szarpiący nerwy (i genialnie udźwiękowiony) wątek czyszczenia dachu z grafitu, no to efekt był ten sam, co zawsze – siedziałem przykuty do ekranu.

Co robi też niemałe wrażenie to ilość pracy włożonej w scenografię, dbałość o detale jest niesamowita: wszechobecna cyrylica, wygląd miasta i stroje jego mieszkańców, pojazdy, sprzęty, propagandowe hasła, klimat sowieckiego państwa i mentalności jego obywateli (a zwłaszcza ludzi u władzy), ale też sugestywne zdjęcia oraz sposób operowania dźwiękiem i muzyką. Rewelacja.

Oczywiście znajdą się osoby, które wartość „Czarnobylu” będą oceniać na podstawie tego, na ile jest on wierny faktom. I z takiego starcia Mazin nie wyjdzie obronną ręką, bo sporo pozmieniał, trochę uprościł, przesunął chronologię niektórych wydarzeń, ileś tam ludzi połączył w jedną postać, a sporo rzeczy do tego udramatyzował, ale do cholery, to nie jest dokument tylko serial fabularny, który przede wszystkim ma zapewnić rozrywkę, a z tego zadania wywiązuje się wzorcowo. Osobną kwestią jest fakt, że „rozrywka” w tym przypadku czasem oznacza obserwowanie z przerażeniem długotrwałej agonii niektórych bohaterów i ludzkiego mięsa powoli rozpadającego się pod wpływem silnego napromieniowania. Wstrząsa, przeraża, ale nie można oderwać od tego oczu. Niesamowity serial.

środa, 12 czerwca 2019

Dark Phoenix (X-Men: Mroczna Phoenix) - recenzja


Jakie to szczęście, że oryginalna data premiery „Dark Phoenix” została przesunięta o rok. Dzięki temu można teraz oglądać tego pozbawionego charakteru produkcyjniaka z niemałą ulgą. Ulgą, bo dobrze wiemy, że nikt już nie będzie próbować wskrzesić tego gnijącego trupa, a utalentowana obsada przestanie marnować czas w kolejnych odsłonach i może nawet Michael Fassbender znajdzie teraz miejsce w grafiku dla jakiegoś porządnego filmu. Seans „Dark Phoenix” to taka trochę stypa, ale nie uczestniczymy w niej z uczuciem smutku, bo żegnamy kogoś, kto odszedł za wcześnie z tego świata, tylko z ulgą, bo właśnie zakończyła się czyjaś agonia. Przed nami jeszcze „The New Mutants”, którego przyszłoroczna premiera ładnie zaokrągli czas istnienia marki w rękach Foxa do równych 20 lat, ale raczej nie będzie to miało wiele wspólnego z główną serią filmów o X-men. Mutanci przechodzą w nowe ręce, które z całą pewnością zrobią porządek z tym bajzlem w jedyny słuszny sposób – wyrzucą wszystko do kosza i stworzą coś własnego. Całe szczęście!

Nie chodzi nawet o to, że „Dark Phoenix” jest filmem tragicznie złym. Najniższy w historii marki wynik na Rottentomatoes nie oznacza, że to jest film gorszy od „X-men Origins – Wolverine”. Bez przesady. Problem w tym, że przez dziesięć lat jakie upłynęły od premiery tamtego koszmarku odbiorcy zobaczyli grubo ponad 20 filmów superbohaterskich i odkryli jak takie kino może wyglądać, gdy podejdzie się do niego z głową (a czasem nawet z pasją). „Dark Phoenix” nie zrobiono z głową, albo pasją, ani tym bardziej z sercem. Po prostu zrobiono, bo tak, żeby sobie był i generował jakieś tam zyski. Jest to projekt, którego reżyserię oddano w ręce debiutanta niesprawiającego wrażenia, że ma do tego jakikolwiek dryg i zapał. Simon Kinberg zajmował się serią od bardzo dawna jako scenarzysta i producent. Najwyraźniej uznał, że równie dobrze może też nakręcić jakąś odsłonę skoro od lat przyglądał się temu procesowi z boku (krążą plotki, że Bryan Singer lubił przepadać bez śladu podczas realizacji dwóch poprzednich filmów i to Kinberg przejmował wtedy pałeczkę). Kiepski pomysł, bo filmy z tej serii bywały różne, ale zazwyczaj oferowały widzowi przynajmniej pomysłowe sceny akcji, które sprawiały, że chciało się jeszcze do nich kiedyś wrócić (nawet jeżeli tylko we wspomnieniach). Natomiast „Dark Phoenix” to produkt zupełnie nijaki.


Nie ma tutaj pomysłu na sceny akcji, nie ma serca do budowania ich, chęci do wymyślenia dla nich ciekawych lokalizacji, ani zapału do wykreowania jakiegoś interesującego konfliktu pomiędzy postaciami. W efekcie nie ma więc też zainteresowania tym ze strony widza. Ciężko obdarzyć ten film uwagą, gdy gołym okiem widać, że nawet nie próbowano stworzyć czegoś minimalnie oryginalnego, a przy tym ekipie chyba zwyczajnie brakowało umiejętności do stworzenia scen oszałamiających wizualnie oraz chęci do szukania nieoczywistych ustawień kamery i piosenek wybudzających widza z letargu. Zamiast tego jest sztampa, nuda i przezroczysty styl.

Z całą pewnością nie pomogło to w wykrzesaniu energii z obsady filmu. Jennifer Lawrence chyba szybko pożałowała, że gdy była jeszcze mało znana to wzięła rolę wymagającą tak długotrwałej charakteryzacji. W kolejnych filmach poziom znużenia wymalowanego na jej twarzy rósł proporcjonalnie do scen w których Mystique nie pojawiała się w swojej pełnej formie na ekranie. I tutaj osiągnęło to apogeum. Na przeciwnym biegunie jest Michael Fassbender, który chwilami stara się tak bardzo, że robi się z tego niezamierzona komedia. Jeżeli wydawało wam się, że „szczytowym” momentem w jego karierze była scena gry na flecie w filmie „Obcy: Przymierze” to musicie zobaczyć miny, jakie robi podczas telekinetycznego starcia z Jean Grey o wiszący w powietrzu helikopter. Już od dawna tak dobry aktor nie dawał z siebie tak wiele w scenie tak bardzo niewymagającej takiego poświęcenia. Złoto. Zabawny jest też przypadek Jessiki Chastain. Aktorka od lat deklarowała, że w tego typu filmie wystąpi tylko w przypadku, gdy rola będzie ciekawa i nie będzie służyła jedynie eksponowaniu kobiecej seksualności. No tego drugiego rzeczywiście dopilnowano, bo Jessica jeszcze nigdy nie była tak odrzucająca wizualnie. Z wybielonymi rzęsami i włosami wygląda jak wygłodzony albinos. I nie wiem, co takiego ciekawego Jessica zobaczyła w tej roli, bo Vuk przez większość czasu tylko snuje się po ekranie, robi za sztampowego złoczyńcę albo bieda wersję Imperatora z „Gwiezdnych Wojen” kuszącego młodych Jedi. Pocieszne jest również to, jak starannie ukrywano imię jej postaci w okresie poprzedzającym premierę filmu. Zupełnie jakby miało ono jakieś znaczenie i mogło zasugerować widzowi pojawienie się ekscytującej postaci z komiksów. Nie zdziwiłbym się, gdybyście już zapomnieli, jak brzmi to imię, i to pomimo tego, że padło dosłownie dwa zdania temu.


Można tutaj znęcać się jeszcze nad wieloma aspektami. Wytykać słabe dialogi. Pukać się w głowę, że Kinberg już drugi raz podchodzi do kultowego komiksowego „Dark Phoenix Saga” i znowu partoli sprawę. Za pierwszym razem (w „The Last Stand”) miał porządną podstawę pod taką opowieść, bo operował bohaterami, których już znaliśmy i darzyliśmy sympatią, ale niestety pozwolił tragicznej historii Jane utonąć w morzu innych wątków. Tym razem poświęca bohaterce odpowiednio dużo czasu, ale jednocześnie zapomina, że oryginalna historia działała na czytelników tak mocno, bo byli dobrze zaznajomieni z bohaterami i zależało im na nich. W filmowym „Dark Phoenix” mamy natomiast wprowadzoną w poprzednim filmie zgraję młodych postaci, których równie dobrze mogło tam nie być, tak bardzo byli pozbawieni charyzmy, a tutaj wypycha się ich przed szereg i próbuje przekonać widza do tego, że z jakiegoś powodu powinien go obchodzić ich los. Nie obchodzi.

Chciałbym móc napisać, że szkoda takiego marnego finału blisko dwudziestoletniej przygody z mutantami od Foxa, ale wcale tak nie uważam. Oni nigdy tak do końca nie wiedzieli jak wykorzystać tę markę, brak zdecydowania był szczególnie widoczny, gdy zrobili restart w „Pierwszej klasie”, który jednak szybko okazał się nie być restartem i w efekcie narobiono tylko strasznego bałaganu w ciągłości oraz spójności fabularnej całej serii. Strzelano tutaj w różnych kierunkach, często na oślep, czasem trafiano w dziesiątkę, ale częściej jednak puszczano serię z karabinu wokół tarczy albo we własną stopę. Jeżeli mam więc na coś teraz nadzieję to chyba tylko na to, że będzie mi dane napisać za jakieś dziesięć lat: jakie to szczęście, że mutanci wrócili do Marvela! Panie Feige, nie spartol tego.

niedziela, 2 czerwca 2019

Festiwal w Cannes 2019: 10 najlepszych filmów.


O tegorocznym festiwalu w Cannes napisałem już chyba wszystko, co miałem do powiedzenia, zanim jednak ostatecznie zamknę ten temat to postanowiłem jeszcze podzielić się listą dziesięciu najlepszych filmów zobaczonych na Lazurowym Wybrzeżu. I przy okazji coś napisać o kilku pominiętych dotąd tytułach.


1. Parasite (reż. Bong Joon-ho)

Od początku seansu nie miałem najmniejszej wątpliwości – „Parasite” to najlepszy film jaki zobaczę w tym roku w Cannes. Złotą Palmę przyznałem po pierwszych 30 minutach. Później dorzuciłem jeszcze Oscara, Telekamerę oraz nagrodę Nobla. Można już było rozjechać się do domów. Najwyraźniej podobnie uznało jury, bo najważniejsza nagroda na festiwalu rzeczywiście trafiła w ręce Bong Joon-ho.

Nie mogło być inaczej, bo Koreańczyk zawstydził w tym roku większość konkurencji. Na Lazurowe Wybrzeże przyleciał z filmem totalnym. Jest to kino świeże, bardzo pomysłowe, niewymuszenie zabawne, nieprzewidywalne, bezwstydnie rozrywkowe, gdy pozwala na to fabuła, ale też dające po głowie i do myślenia, gdy zabiera się za poruszanie poważniejszych treści. Krótko mówiąc: koreańska perełka.



2. I lost my body (reż. Jérémy Clapin)

„I lost my body” zachwyciło mnie, bo stanowi pełny pakiet. Jest pięknie animowane, oparte na wciągającej historii i wypełnione po brzegi różnymi emocjami. Nieważne, czy chodzi o romantyczne gesty zakochanego chłopaka, nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa, szczere w swej naturalności interakcje międzyludzkie, czy też odcięta dłoń walczącą o przeżycie w starciu z gołębiem i agresywnymi szczurami – opowieść zawsze generuje zamierzony efekt w odbiorcy. Jest wzruszająco, przygnębiająco, ujmująco albo emocjonująco. I nie powinno dziwić, że ten film tak zgrabnie żongluje romantyzmem, nostalgią, humorem i elementami realizmu magicznego, bo jednym ze scenarzystów jest Guillaume Laurant, stały współpracownik Jean-Pierre Jeuneta, mający na koncie chociażby scenariusz „Amelii”.



3. Once upon a time… in Hollywood (reż. Quentin Tarantino)

Zdecydowanie najgłośniejsza tegoroczna canneńska premiera. Niektórzy Quentina Tarantino nienawidzą, niektórzy kochają, ale wszyscy równie mocno chcieli zobaczyć jego nowy film, bo przed pierwszym seansem były rekordowe tłumy dziennikarzy stojących przed wejściem do kina. „Pewnego razu… w Hollywood” nie ma jakiejś konkretnej historii, bo to wycieczka po tytułowym Hollywood. Tarantino nie spieszy się, pozwala swoim bohaterom wygadać się, co nie specjalnie dziwi w jego przypadku, zaskakująco często jednak pozwala im też pomilczeć, przejechać się samochodem po mieście, zrobić sobie spacer jego ulicami, albo wybrać do kina i nacieszyć samotnym seansem. Jest tu bardzo dużo scen, które nie mają specjalnego celu, służą tylko jednemu – pokazaniu życia w L.A. tamtego okresu. Miłość do kina wylewa się tutaj z każdego kadru, sceny i umiejscowienia akcji. Z każdego wiszącego starego plakatu, kinowego szyldu i dawnej gwiazdy ekranu zaliczającej pomysłowe cameo. Składa się to wszystko na film powolny, wręcz zbyt wolny, ale gdy Quentin w końcu wrzuca wyższy bieg, robi to w taki szalony sposób, że widownia mimowolnie podrywa się do entuzjastycznych braw.




4. The Lighthouse (reż. Robert Eggers)

„The Lighthouse” narobił wielkiego szumu w Cannes, szybko zostając okrzykniętym mianem arcydzieła i generując w efekcie kolejki porównywalne z największym wydarzeniem festiwalu, czyli nowym filmem Quentina Tarantino. Obawiam się, że to tylko mu zaszkodzi za kilka miesięcy, gdy już zwykli widzowie zaczną weryfikować wygórowane oczekiwania z rzeczywistością. Eggers zrobił kino bezkompromisowe, jeszcze mniej łaszące się do odbiorcy od „Czarownicy...”, oparte raczej na poetyce bergmanowskiej i filmach Tarkowskiego, jak na współczesnych post-horrorach, które przecież też zazwyczaj są odrzucane przez miłośników „normalnego” kina grozy. Jest to niewątpliwy dowód na to, że ten młody twórca posiada niebanalny styl i wrażliwość oraz talent i głowę wypełnioną nieoczywistymi pomysłami. Oby jak najdłużej podążał własną ścieżkę i nie dał się zbyt szybko skusić komercyjnym projektom, bo jego umysł zapewne skrywa jeszcze niejedną fascynująca historię wymykającą się łatwej ocenie.



5. Portrait of a lady on fire (reż. Céline Sciamma)

Céline Sciamma, specjalizująca się dotąd w portretach współczesnych młodych Francuzek (jeżeli ktoś jeszcze nie widział „Girlhood” to polecam nadrobić), zabrała się tym razem za kostiumowy romans i w efekcie nakręciła najlepszy film w karierze. Historia opowiada o Marianne (Noémie Merlant), malarce z osiemnastowiecznej Francji, która dostaje zlecenie namalowania portretu młodej dziewczyny, ale jest pewien haczyk - musi to zrobić bez jej wiedzy. W tym celu płynie na odosobnioną wyspę, gdzie znajduje się portretowana osoba. Héloïse (Adèle Haenel) nie jest niestety skora do pozowania, bo dobrze wie, co się z tym wiąże (obraz ma trafić do przyszłego małżonka, którego nie miała jeszcze okazji nawet poznać). Poprzednia próba namalowania portretu przez innego artystę okazała się niewypałem więc Marianne musi to zrobić bez wiedzy Héloïse. Zostaje zatem przedstawiona swojej nieświadomej modelce jako partnerka do wspólnych spacerów po wyspie. Marianne musi je wykorzystać do ukradkowego studiowania twarzy bohaterki obrazu, a wieczorami spróbować przelać obrazy z głowy i pokątnych szkiców na płótno. Pomiędzy kobietami szybko zaczyna rodzić się więź, a wkrótce też uczucie, co popycha historię na zupełnie nowe tory.

Sciamma stylowo opowiada historię lesbijskiego romansu, który był skazany na zagładę jeszcze zanim się zdołał narodzić (co potwierdza już pierwsza scena). Reżyserka kreśli zmysłową, ale też bardzo subtelną, relację pomiędzy kobietami, nie stroniąc od nagości, ale uciekając od wulgarności i dosłowności. Wszystko w tym filmie wymaga czasu, ekranowy romans rozwija się powoli, ale w bardzo naturalny sposób, i gdy w końcu dociera do pierwszego punktu granicznego to atmosferę seksualnego napięcia wiszącego w powietrzu można już kroić nożem. Sciamma nie skupia się na ciągłym łapaniu odbiorcy za serce, pozwalając mu raczej zachwycić się niuansami doskonałych kreacji Merlant i Haenel oraz zgrabnym scenariuszem, ale gdy już zabiera się za tarmoszenie naszymi emocjami, robi to bezlitośnie i uderza z siłą rozpędzonej ciężarówki.




6. The Climb (reż. Michael Angelo Covino)

„The Climb” zabiera w podróż przez kolejnych kilka lat z życia dwójki mężczyzn, opowiadając o jego najważniejszych momentach, o tym jak ewoluowała ich przyjaźń i zmieniała się dynamika tej relacji. Będzie pogrzeb, będzie wesele, będzie też jeden zmarnowany indyk i rozwalona choinka. Jest to debiut zwiastujący narodziny nowego ekscytującego duetu w świecie amerykańskiego kina niezależnego. Michael Angelo Covino i Kyle Marvin wspólnie napisali scenariusz, wystąpili w głównych rolach, a ten pierwszy jeszcze to wyreżyserował. Pomiędzy panami jest naturalna chemia na ekranie (zapewne wynikająca z długoletniej znajomości), humor w jaki celują jest niewymuszony, sprawnie nim operują, zarówno na poziomie scenariusza, jak i późniejszej aktorskiej interpretacji, a do tego mają talent do pisania zabawnych, błyskotliwych dialogów.

Jest to zarazem projekt ambitny technicznie, nakręcony wprawdzie z surowością charakterystyczną dla kina niezależnego, ale oparty na skomplikowanych długich ujęciach, które nadają rytmu kolejnym epizodom z życia bohaterów. Covino lubi rozpoczynać (lub kończyć) sceny w niespodziewany sposób, ciągle dba o to żeby widza czymś zaskoczyć, rozbawić i zaciekawić. Nigdy nie pozostawia jednak z wrażeniem, że ktoś tu starał się zbyt bardzo i zobaczyliśmy coś wymuszonego przez scenarzystę. Wszystko wynika tutaj naturalnie z historii albo osobowości bohaterów.



7. The Swallows of Kabul (reż. Zabou Breitman, Eléa Gobbé-Mévellec)

Zupełnie nie będę zdziwiony jeżeli w przyszłym roku zobaczę ten film na liście pięciu animacji nominowanych do Oscara. Jest to skromny projekt, prosty od strony technicznej, ale przy tym ładny, estetycznie korzystający z uroków tradycyjnej animacji. Historia opowiada o mieszkańcach Kabulu żyjących pod jarzmem opresyjnego talibańskiego rządu ograniczającego ich wolność. Religia jest tu pretekstem do narzucania jednostkom tego jak mają żyć, zachowywać się i ubierać. Niedorzeczne ekstremistyczne reguły zabijają powoli duszę narodu, odbierają mu radość, odcinają od drobnych przyjemności takich jak muzyka, trzymanie za rękę ukochanej osoby podczas spaceru przez miasto, a nawet możliwość podwinięcia sobie koszuli za łokieć. Najmocniej uderza to oczywiście w kobiety, którym odebrana została tożsamość i niezależność, narzucono dehumanizujący ubiór, a przy tym skazano na życie w społeczeństwie w którym nie ma miejsca dla kobiet nieprzyporządkowanych do jakichś mężczyzn – mężów, ojców, krewnych. W „The Swallows of Kabul” odczuwalna jest delikatna nadzieja na to, że jeszcze można to odwrócić, postawić się regułom, spróbować pomóc ich ofiarom i zadbać o edukowanie młodych, którzy nie pamiętają już tego, co było kiedyś. Niestety odczuwalna jest też rezygnacja i bolesna świadomość tego, że ukochany kraj zamienił się w koszmarne wiezienie, które powoli korumpuje dusze swoich rezydentów.




8. Les Miserables (reż. Ladj Ly)

Spokojnie, to nie jest kolejna ekranizacja „Nędzników” Victora Hugo, ani tym bardziej musical. Z powieścią film łączy jedynie miejsce akcji, paryskie przedmieścia, w których być może przybyło od tamtego czasu sporo nowych grup etnicznych, ale tak naprawdę to niewiele się zmieniło przez te ponad 150 lat. W tegorocznym konkursie nie brakowało filmów opowiadających o tarciach klasowych i próbujących uchwycić dokładny moment, gdy frustracja wzbierająca w ludziach ubogich osiąga temperaturę wrzenia i wybucha klasie uprzywilejowanej w twarz. W żadnym innym nie rodziło to jednak takiej dzikiej, nieokiełznanej energii, jak w „ Les Miserables”. Film przypomina trochę „Dzień próby”, jest młody policjant z zewnątrz, świeżak na dzielni, który dołącza do specjalnej grupy interwencyjnej. Z dwoma nowymi kolegami rusza samochodem na miasto żeby poznać jego mieszkańców, lokalne reguły i relacje pomiędzy różnymi grupami, a także nauczyć się metod działania swojego oddziału. Nowi partnerzy przez cały czas sobie z nim pogrywają, testując przy okazji z kim mają do czynienia. Nie wiedzą jeszcze, że prawdziwy sprawdzian dopiero przed nimi, co zainicjuje fantastycznie zrealizowana scena z udziałem drona, bandy rozwrzeszczanych dzieciaków i trzech napompowanych adrenaliną policjantów. „ Les Miserables” opowiada o powoli narastającym gniewie będącym reakcją na brak szacunku, niesprawiedliwość i nadużywanie władzy. Ladj Ly, sam mieszkający od lat w portretowanym miejscu, walczy tutaj o dusze młodych Francuzów z przedmieść, dzieciaków poniewieranych przez społeczeństwo w którym przyszło im dorastać, ale też dojrzewających do buntu przeciwko zastanym wartościom i odnajdującym w końcu swój głos w formie krzyku wyrażającego frustrację i czyste wkurwienie na rzeczywistość. Jest to bardzo niebezpieczna mieszanka.



9. Beanpole (reż. Kantemir Balagov)

Kantemir Balagov, autor „Bliskości” sprzed dwóch lat, opowiada tym razem o powojennym Leningradzie i ludziach noszących jeszcze świeże blizny (zarówno te fizyczne jak mentalne) z niedawnej wojny. Mieszkańcy Leningradu próbują zapomnieć o traumatycznym oblężeniu miasta, ale o tym, że jeszcze za wcześnie na powrót do normalności przypominają im krewni dogorywający w szpitalnych salach, zrujnowane miasto i małe dzieci dopytujące się jak wyglądają psy oraz inne zwierzęta, których nigdy nie widziały na oczy, bo wszystkie zostały zjedzone przez głodujących ludzi.
Dwie bohaterki filmu, Iya i Masha, przyjaciółki z frontu, też noszą bogatą kolekcję blizn fizycznych i psychicznych. Jedna jest zamknięta w sobie, anemiczna, pozbawiona życia, druga energiczna, bystra, zdeterminowana. Obie są równie pokiereszowane psychicznie i na własny sposób przyczyniają się do toksycznego charakteru ich relacji. Nie jest to przyjemny film, ani tym bardziej łatwy seans, bo reżyser zabiera nas w podróż wgłąb psychiki ludzi, którzy przeżyli horror i skutki tego doświadczenia trwale ich naznaczyły, wpływając na zachowanie, relacje z innymi ludźmi, a także sposób patrzenia na życie. Męczące, testujące cierpliwość, ale też dogłębnie poruszające i pouczające kino.



10. Pain and Glory (reż. Pedro Almodóvar)

Festiwal w Cannes bardzo lubi „swoich” reżyserów, artystów wracających tam cyklicznie, którzy zawsze witani są z otwartymi ramionami. Niewielu twórców ma jednak taką pozycję jak Pedro Almodóvar, który może film pokazać dwa miesiące wcześniej we własnym kraju i wciąż nie mieć problemu z dostaniem się do canneńskiego konkursu głównego. Problem z twórcami kina
autorskiego jest niestety taki, że w końcu ich projekty zaczynają przypominać filmy robione na autopilocie i ciężko wykrzesać z siebie entuzjazm myśląc o nich.

„Ból i blask” też trochę cierpi na tę przypadłość, bo jest to film, który nawet na moment nie pozostawia wątpliwości, kto jest jego autorem. Jest charakterystyczny klimat, bardzo kolorowe wystroje wnętrz i ciepłe zdjęcia, jest też Antonio Banderas i Penélope Cruz. Idealnie to jednak pasuje do „Bólu i blasku”, historii na tyle osobistej i niejako podsumowującej karierę reżysera, że ciężko byłoby sobie wyobrazić nakręcenie tego w jakimś rewolucyjnym dla niego stylu. Największą wartością filmu jest jednak Antonio Banderas, który od dawna nie był tak cholernie dobry na ekranie. Barwne, stylowe ubrania, siwa broda, nastroszone włosy i nieskończona miłość do kina. Aktor z całą pewnością dobrze wiedział w kogo wciela się w tym filmie. I zrobił to doskonale.

I na tym zakończę moją relację z tegorocznego festiwalu. Dziękuję za uwagę i mam nadzieję, że do tematu Cannes znowu powrócę w przyszłym roku.

sobota, 1 czerwca 2019

Dolor y gloria (Ból i blask) - recenzja


Festiwal w Cannes bardzo lubi „swoich” reżyserów, artystów wracających tam cyklicznie, którzy zawsze witani są z otwartymi ramionami. Jeżeli bracia Dardenne nakręcą nowy film to można być pewnym, że trafi do konkursu. Jeżeli Ken Loach znowu złamie decyzję o emeryturze to niewątpliwie znajdzie się dla jego filmu miejsce w oficjalnej selekcji. Niewielu twórców ma jednak taką pozycję jak Pedro Almodóvar, który może film pokazać dwa miesiące wcześniej we własnym kraju i wciąż nie mieć problemu z dostaniem się do canneńskiego konkursu głównego. Problem z wymienionymi reżyserami, twórcami kina niewątpliwie autorskiego, jest niestety taki, że w końcu ich projekty zaczynają przypominać filmy robione na autopilocie i ciężko wykrzesać z siebie entuzjazm myśląc o nich. Nie są to produkcje złe, zarówno „Young Ahmed”, jak i „Sorry we miss you”, to wartościowe historie, próbujące opowiedzieć widzowi coś istotnego o współczesnym świecie, ale jednocześnie sprawiają wrażenie, że od lat oglądamy ciągle ten sam film i zmieniają się tylko twarze aktorów oraz zarys historii.

I podobnie było z poprzednim filmem Pedro („Julieta”) pokazywanym w canneńskim konkursie głównym. Znaliśmy już tę historię. Oglądaliście w jego wykonaniu wiele razy. Rozciągnięta na kilka dekad opowieść o życiu kobiety, którą poznawaliśmy jako dojrzałą osobę z ogromnym bagażem życiowych wspomnień. Bohaterka rozpakowywała i wykładała je przed nami na stole, zaczynając snuć swoją narrację. Była gorąca miłość, zdrady, szalone fryzury, kolorowe kostiumy, śliczne miejsca, pęknięte serca i życiowe dramaty. Wszystko to, czego należałoby się spodziewać po Pedro. Wesołe, lekkie, przyjemne, nieco melancholijne, trochę smutne, nie za długie, wywołujące letnie emocje i niestety ulatujące z głowy zanim zdążyliśmy przypomnieć sobie o czym było pięć poprzednich filmów Hiszpana.

„Ból i blask” też trochę cierpi na tę przypadłość, bo jest to film, który nawet na moment nie pozostawia wątpliwości, kto jest jego autorem. Jest charakterystyczny klimat, bardzo kolorowe wystroje wnętrz i ciepłe zdjęcia, jest też Antonio Banderas i Penélope Cruz. I nie chcę powiedzieć, że twórca trzymający się jednego klucza wizualno-narracyjnego przez większość kariery jest artystą złym, kino autorskie – nawet takie ocierające się o autoplagiat - ma swoje zalety, ale jedną z nich niestety nie jest uczucie ekscytacji wynikające z oglądania czegoś „świeżego” i zaskakującego. Czasem to przeszkadza, czasem stanowi wartość, gdy bardzo lubimy czyjś styl, a raz na jakiś czas idealnie pasuje do konkretnego filmu. I tak jest w przypadku „Bólu i blasku”, historii na tyle osobistej i niejako podsumowującej karierę reżysera, że ciężko byłoby sobie wyobrazić nakręcenie tego w jakimś rewolucyjnym dla niego stylu.


Oczywiście, że mieszkanie głównego bohatera jest starannie zaprojektowanym wnętrzem nasyconym głęboką czerwienią (kolor powracający przez cały film w wielu formach). Oczywiście, że zarówno luksusowy dom jego przyjaciela, jak i jaskinia, w której Salvador dorastał w dzieciństwie, stanowią koncepcyjne i kolorystyczne cukierki dla oczu. Oczywiście, że Penélope Cruz, jego wieloletnia muza, która zapewne zawdzięcza mu międzynarodową karierę, występuje tutaj w roli jego matki (o przepraszam, w roli matki głównego bohatera). Oczywiście, że główna rola trafiła w ręce Antonio Banderasa, który miałby pewnie problem ze wskazaniem, czy więcej zawdzięcza jemu, czy też Robertowi Rodriguezowi (stawiam na Pedro). I całe szczęście, że trafiła! Antonio Banderas już od dawna nie był tak cholernie dobry na ekranie. Almodóvar podkreślał podczas konferencji prasowej, że nie należy zbyt dosłownie przekładać tego filmu na jego życie, bo to jednak głównie fikcja, ale ciężko w postaci Salvadora Mallo nie dostrzec alter ego Pedro. Barwne, stylowe ubrania, siwa broda, nastroszone włosy i nieskończona miłość do kina. Antonio z całą pewnością dobrze wiedział w kogo wciela się w tym filmie. I zrobił to doskonale. Szkoda, że gość się od lat marnuje w tych wszystkich przeciętniakach, o których nikt później nie pamięta, bo skrywa w sobie chyba jeszcze niejedną znakomitą rolę.

Nie dziwi więc, że canneńskie jury (mogące każdemu filmowi przyznać tylko jedną nagrodę) z całego projektu zdecydowało się wyróżnić właśnie aktora, bo Pedro Almodóvar zgrabnie wykorzystał wiedzę, umiejętności, sztuczki i obsesje zebrane przez całą kilkudziesięcioletnią karierę do stworzenia z nich tego niewątpliwie udanego filmu, ale Antonio Banderas błyskotliwie skorzystał z materiału podarowanego przez reżysera do stworzenia pełnokrwistej postaci o której będzie się pamiętać długo po seansie.


wtorek, 28 maja 2019

The Lighthouse - recenzja


Od piątkowego seansu zastanawiałem się w jaki sposób ugryź nowy film Roberta Eggersa („Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii”) żeby idealnie oddać jego naturę. „The Lighthouse” oferuje fascynujące kinowe doświadczenie wymykające się prostym opisom. Chyba właśnie dlatego recenzenci tak chętnie łapią się w tym przypadku różnych chwytliwych porównań. Jakiś zachodni dziennikarz określił film „Lśnieniem” zreinterpretowanym przez Hermana Melville’a albo Edgara Allana Poego jako komedię o niedobranej parze w której obaj protagoniści są Jackiem Torrancem. I jest to w sumie całkiem trafne podsumowanie tego bardzo dziwnego filmu.

„The Lighthouse” zabiera widza na odległą wyspę u wybrzeża Nowej Anglii z końca dziewiętnastego wieku, gdzie stoi latarnia i skromny budynek mieszkalny dla dwóch latarników. Warunki życia są bardzo surowe, pogoda jeszcze gorsza, a nadzieję daje przede wszystkim wizja przyzwoitego wynagrodzenia oraz ograniczony czasowo pobyt w tym uroczym miejscu (cztery tygodnie). Na wyspie ląduje – nie pierwszy już raz - stary wyjadacz Thomas Wake (Willem Dafoe) oraz niedoświadczony Ephraim Winslow (Robert Pattinson) do niedawna zarabiający na życie jako drwal. Obaj panowie ewidentnie skrywają sekrety, w przypadku pierwszego związane z wyspą, a w przypadku drugiego z powodem wylądowania na niej. Jedno będzie źródłem rosnącej paranoi Ephraima, drugie natomiast pożywką dla skomplikowanej relacji pomiędzy nimi, balansującej pomiędzy otwartą wrogością, a okazyjnym wybuchom koleżeńskiej zażyłości napędzanej alkoholem.

Wake jest niełatwym współpracownikiem, a jeszcze gorszym współlokatorem, bo w czasie pracy rozpycha się łokciami i dyktuje zakres obowiązków, które teoretycznie powinny się równo rozkładać pomiędzy mężczyzn, a w czasie wolnym jest chlejącym, charkającym i popierdującym stereotypem przesądnego żeglarza, który (zdaniem samego Winslowa) brzmi jak cholerna parodia. Jest to rola stworzona dla kogoś tak charakterystycznego jak Willem Dafoe i ten wyciska z tego materiału ile tylko się da, stawiając na kreację bardzo teatralną, często przerysowaną, ale niezmiennie satysfakcjonującą. Robert Pattinson jest początkowo wycofany, ale wraz z zagęszczającym się klimatem paranoi i psychodelii szybko zaczyna doganiać kolegę w aktorskich szarżach, nie ustępując mu w tym kroku.

Eggers zdecydowanie nie celował w masową widownię przygotowując ten projekt. Czarno-białe zdjęcia, surowe w swej monochromatyczności i ściśniętej proporcji obrazu, pięknie budują klimat odosobnionego miejsca z piekła rodem, ale nie przyciągną raczej tłumów do kin. Sekunduje temu hipnotyzujący soundtrack Marka Korvena i wżerający się w mózg dźwięk syreny mgłowej, która przypomina ryk jakiejś mitycznej morskiej kreatury. A te również dostają swój czas ekranowy, występując w psychodelicznych wizjach, często nasyconych po równo grozą, jak i erotyzmem, pozostawiając otwartym pytanie, czy to tylko wytwór obłąkanego umysłu, czy też jak najbardziej namacalna groza, która może zagrozić życiu bohaterów.

„The Lighthouse” narobił wielkiego szumu w Cannes, szybko zostając okrzykniętym mianem arcydzieła i generując w efekcie kolejki porównywalne z największym wydarzeniem festiwalu, czyli nowym filmem Quentina Tarantino. Obawiam się, że to tylko mu zaszkodzi za kilka miesięcy, gdy już zwykli widzowie zaczną weryfikować wygórowane oczekiwania z rzeczywistością. Eggers zrobił kino bezkompromisowe, jeszcze mniej łaszące się do odbiorcy od „Czarownicy...”, oparte raczej na poetyce bergmanowskiej i filmach Tarkowskiego, jak na współczesnych post-horrorach, które przecież też zazwyczaj są odrzucane przez miłośników „normalnego” kina grozy. Jest to niewątpliwy dowód na to, że ten młody twórca posiada niebanalny styl i wrażliwość oraz talent i głowę wypełnioną nieoczywistymi pomysłami. Oby jak najdłużej podążał własną ścieżkę i nie dał się zbyt szybko skusić komercyjnym projektom, bo jego umysł zapewne skrywa jeszcze niejedną fascynująca historię wymykającą się łatwej ocenie.