wtorek, 28 maja 2019

The Lighthouse - recenzja


Od piątkowego seansu zastanawiałem się w jaki sposób ugryź nowy film Roberta Eggersa („Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii”) żeby idealnie oddać jego naturę. „The Lighthouse” oferuje fascynujące kinowe doświadczenie wymykające się prostym opisom. Chyba właśnie dlatego recenzenci tak chętnie łapią się w tym przypadku różnych chwytliwych porównań. Jakiś zachodni dziennikarz określił film „Lśnieniem” zreinterpretowanym przez Hermana Melville’a albo Edgara Allana Poego jako komedię o niedobranej parze w której obaj protagoniści są Jackiem Torrancem. I jest to w sumie całkiem trafne podsumowanie tego bardzo dziwnego filmu.

„The Lighthouse” zabiera widza na odległą wyspę u wybrzeża Nowej Anglii z końca dziewiętnastego wieku, gdzie stoi latarnia i skromny budynek mieszkalny dla dwóch latarników. Warunki życia są bardzo surowe, pogoda jeszcze gorsza, a nadzieję daje przede wszystkim wizja przyzwoitego wynagrodzenia oraz ograniczony czasowo pobyt w tym uroczym miejscu (cztery tygodnie). Na wyspie ląduje – nie pierwszy już raz - stary wyjadacz Thomas Wake (Willem Dafoe) oraz niedoświadczony Ephraim Winslow (Robert Pattinson) do niedawna zarabiający na życie jako drwal. Obaj panowie ewidentnie skrywają sekrety, w przypadku pierwszego związane z wyspą, a w przypadku drugiego z powodem wylądowania na niej. Jedno będzie źródłem rosnącej paranoi Ephraima, drugie natomiast pożywką dla skomplikowanej relacji pomiędzy nimi, balansującej pomiędzy otwartą wrogością, a okazyjnym wybuchom koleżeńskiej zażyłości napędzanej alkoholem.

Wake jest niełatwym współpracownikiem, a jeszcze gorszym współlokatorem, bo w czasie pracy rozpycha się łokciami i dyktuje zakres obowiązków, które teoretycznie powinny się równo rozkładać pomiędzy mężczyzn, a w czasie wolnym jest chlejącym, charkającym i popierdującym stereotypem przesądnego żeglarza, który (zdaniem samego Winslowa) brzmi jak cholerna parodia. Jest to rola stworzona dla kogoś tak charakterystycznego jak Willem Dafoe i ten wyciska z tego materiału ile tylko się da, stawiając na kreację bardzo teatralną, często przerysowaną, ale niezmiennie satysfakcjonującą. Robert Pattinson jest początkowo wycofany, ale wraz z zagęszczającym się klimatem paranoi i psychodelii szybko zaczyna doganiać kolegę w aktorskich szarżach, nie ustępując mu w tym kroku.

Eggers zdecydowanie nie celował w masową widownię przygotowując ten projekt. Czarno-białe zdjęcia, surowe w swej monochromatyczności i ściśniętej proporcji obrazu, pięknie budują klimat odosobnionego miejsca z piekła rodem, ale nie przyciągną raczej tłumów do kin. Sekunduje temu hipnotyzujący soundtrack Marka Korvena i wżerający się w mózg dźwięk syreny mgłowej, która przypomina ryk jakiejś mitycznej morskiej kreatury. A te również dostają swój czas ekranowy, występując w psychodelicznych wizjach, często nasyconych po równo grozą, jak i erotyzmem, pozostawiając otwartym pytanie, czy to tylko wytwór obłąkanego umysłu, czy też jak najbardziej namacalna groza, która może zagrozić życiu bohaterów.

„The Lighthouse” narobił wielkiego szumu w Cannes, szybko zostając okrzykniętym mianem arcydzieła i generując w efekcie kolejki porównywalne z największym wydarzeniem festiwalu, czyli nowym filmem Quentina Tarantino. Obawiam się, że to tylko mu zaszkodzi za kilka miesięcy, gdy już zwykli widzowie zaczną weryfikować wygórowane oczekiwania z rzeczywistością. Eggers zrobił kino bezkompromisowe, jeszcze mniej łaszące się do odbiorcy od „Czarownicy...”, oparte raczej na poetyce bergmanowskiej i filmach Tarkowskiego, jak na współczesnych post-horrorach, które przecież też zazwyczaj są odrzucane przez miłośników „normalnego” kina grozy. Jest to niewątpliwy dowód na to, że ten młody twórca posiada niebanalny styl i wrażliwość oraz talent i głowę wypełnioną nieoczywistymi pomysłami. Oby jak najdłużej podążał własną ścieżkę i nie dał się zbyt szybko skusić komercyjnym projektom, bo jego umysł zapewne skrywa jeszcze niejedną fascynująca historię wymykającą się łatwej ocenie.

poniedziałek, 27 maja 2019

Parasite - recenzja


Od początku seansu nie miałem najmniejszej wątpliwości – „Parasite” to najlepszy film jaki zobaczę w tym roku w Cannes. Złotą Palmę przyznałem po pierwszych 30 minutach. Później dorzuciłem jeszcze Oscara, Telekamerę oraz nagrodę Nobla. Można już było rozjechać się do domów. Najwyraźniej podobnie uznało jury, bo najważniejsza nagroda na festiwalu rzeczywiście trafiła w ręce Bong Joon-ho.

Nie mogło być inaczej, bo Koreańczyk zawstydził w tym roku większość konkurencji. Na Lazurowe Wybrzeże przyleciał z filmem totalnym. Jest to kino świeże, pomysłowe, zabawne, nieprzewidywalne, bezwstydnie rozrywkowe, ale też niestroniące od tematyki zaangażowanej społecznie.

Bohaterami filmu jest uboga koreańska rodzina żyjąca praktycznie w piwnicy. Najbliższe otoczenie obserwują z perspektywy kanału ściekowego, ze swojego „salonu” widzą głównie kostki przechodniów i pijaczków sikających nad ich oknem na świat. Dostęp do internetu i kontakt z ludźmi zapewnia im darmowe Wi-Fi z okolicznych lokali. Gdy jednego dnia właściciel restauracji zakłada hasło na swoją sieć bezprzewodową to rodzina nagle traci możliwość kontaktu ze swoim pracodawcą (składają pudełka na pizzę). Ich współlokatorami są karaluchy i czasem nawet porównują siebie do nich. Ich życie to polowanie na okazje. Na ulicy trwa dezynsekcja – zostawiają otwarte okna w mieszkaniu, bo to darmowy sposób na pozbycie się karaluchów, co prawda krztuszą się i duszą, ale trzeba sobie jakoś radzić. Na mieście dają komuś darmowe jedzenie – korzystają z tego, udając, że kwalifikują się do otrzymania posiłku. Kolega wyjeżdża do USA i zwalnia się pozycja prywatnego nauczyciela nastoletniej córki bogatego mężczyzny – trochę zabawy z fałszowaniem uczelnianych dokumentów i voila, nowa fucha dla syna, która znacząco podreperuje skromny domowy budżet.


Ki-woo szybko zdobywa zaufanie matki nastoletniej dziewczyny i gdy odkrywa, że jej nadpobudliwy kilkuletni syn również potrzebuje nowej nauczycielki to dostrzega w tym szansę załatwienia posady dla swojej siostry. Ki-jung z łatwością podporządkowuje sobie niesfornego chłopaka i oplata wokół palca jego naiwną matkę. Dziewczyna nie traci czasu i zaczyna kombinować jak znaleźć miejsce również dla głowy rodziny, Ki-taeka (znany z poprzednich filmów reżysera, Kang-ho Song). Oczywiście jakaś posada dla mamy też się znajdzie za jakiś czas…

Pierwsza godzina filmu to taka właśnie radosna opowieść o rodzinie oszustów, którzy niczym tytułowe pasożyty zaczynają żerować na naiwności bogatej rodziny, wykorzystując przeciwko nim ich aspiracje, zadufanie w sobie i bezkrytyczne patrzenie w kierunku USA. Ich ofiary nie mają oczywiście najmniejszego pojęcia, że ich nowi pracownicy są ze sobą spokrewnieni. Najbliższy odkrycia ich sekretu jest kilkuletni chłopiec, który zauważa, że „pachną tak samo”. Kojarzyć się to może trochę z filmem „Złodziejaszki”, czyli zeszłorocznym zdobywcą Złotej Palmy, ale styl opowiadania, lekkość realizacyjna, ale też narracyjna, bliższa jest raczej „Ocean’s Eleven”. Bong z humorem i wdziękiem opowiada o kolejnych pomysłowych spiskach czego zwieńczeniem jest wirtuozerska scena „zasadzenia” w skąpanym w luksusie domostwie ostatniego członka rodziny „pasożytów”. Dwukrotnie widziałem ten film z festiwalową publicznością i za każdym razem finałowe sekundy tej sceny były nagradzane burzą entuzjastycznych braw. Ostatni raz takie coś przeżyłem w Cannes na pokazie „Mad Maxa”.

Koreański reżyser nie byłby jednak sobą, gdyby na tym kończył się jego pomysł na film. Jest to zaledwie przyjemne preludium do wydarzeń, które wywrócą całą fabułę do góry nogami, otwierając przed widzem cały świat nowych znaczeń i ukrytych dotąd wątków. Moment, gdy docieramy do sceny otwierającej zupełnie nowy film i trwająca minutę niewiedza, co za chwilę zobaczymy, to jedno z najbardziej ekscytujących doświadczeń kinowych jakie przeżyłem w tym roku. Bong Joon-ho przygotował niejedną niespodziankę i odkrywanie tego, jak rozwija się napisana przez niego historia, to jedna z największych zalet filmu, ale bynajmniej nie jedyna.


Wszystko tutaj jest w punkt. Strona techniczna to produkt z najwyższej półki, ale to akurat nie jest zaskoczeniem, bo ten element zazwyczaj zachwyca w azjatyckich filmach. Mamy więc piękne zdjęcia, wycyzelowane kadry, przyjemną pracę kamery, żonglującą majestatycznie płynnym ruchem z dynamicznymi (ale nieroztrzęsionymi!) ujęciami z ręki i do tego starannie zaprojektowane scenografie, kontrastujące otwarte designerskie wnętrza bogatego domu z ciasnotą podziemnej klitki należącej do rodziny głównych bohaterów.

Nierówności społeczne, oderwanie bogatych klas uprzywilejowanych od realiów życia ludzi ubogich, niemożność zrozumienia ich problemów, a nawet dostrzeżenia ich, jest istotnym wątkiem, który sygnalizowany jest subtelnie od samego początku żeby w drugiej połowie filmu uderzyć już z pełną mocą. W „Parasite” nie ma jednak oskarżycielskiego tonu i wytykania palcem, jest próba zrozumienia racji obu stron i pokazania, że czasem niewiele trzeba, by sfrustrowana klasa niższa wybuchła zapalczywym gniewem spowodowanym nieświadomą istnienia pewnych kwestii zapalnych, klasą wyższą.

I taki właśnie jest ten „Parasite”, bardzo pomysłowy, niewymuszenie zabawny, bezwstydnie rozrywkowy, gdy pozwala na to fabuła, ale też dający po głowie i do myślenia, gdy zabiera się za poruszanie poważniejszych treści. Krótko mówiąc: koreańska perełka.

sobota, 25 maja 2019

Mektoub, My Love: Intermezz - recenzja


Kontynuacja filmu „Mektoub. Moja miłość: Pieśń pierwsza”. Abdellatif Kechiche zabierał w nim widza do francuskiej nadmorskiej miejscowości z lat 90. Bohaterami była grupa miejscowych (powiązanych ze sobą skomplikowaną siatką powiązań rodzinnych, uczuciowych i koleżeńskich), a także kilka przyjezdnych dziewczyn. Postacie swój cały czas spędzały na plażach, w restauracjach, klubach nocnych oraz… zagrodach z owcami. Życie upływało im na romansach, zabawach i plotkowaniu. Wchodziło to dobrze, Kechiche ma talent do opowiadania takich długich opowieści o niczym i portretowaniu w naturalny sposób młodzieńczych aktywności. Niewątpliwym minusem filmu była jednak jego długość. Jest pewna granica cierpliwości w oglądaniu zmierzającej donikąd wakacyjnej biby po przekroczeniu której widz zaczyna odczuwać znużenie. Kechiche przekroczył tę granicę o jakąś godzinę ekranowego czasu.

Gdy pierwsze informacje o kontynuacji powiadomiły, że będzie ona trwała jeszcze dłużej (cztery godziny) to poczułem zaniepokojenie. Liczyłem jednak na to, że Kechiche nie spędzi tym razem większości filmu na plażowej imprezie i zechce też opowiedzieć coś ciekawego. Przeliczyłem się.

Film ostatecznie został skrócony o 30 minut. Całe szczęście! Już pierwsza część cierpiała na jałowość scenariusza, ale w porównaniu z fabułą drugiej części była arcydziełem scenopisarstwa. Bohaterowie nie przeszli żadnej drogi od czasu pierwszego filmu, żyją i przeżywają dokładnie te same miałkie problemy co wcześniej, zatrzymali się w miejscu, a ich rozmowy sprawiają materiał wycięty z poprzedniego filmu. Historia zaczyna się w znajomym miejscu: na plaży. Młode, atrakcyjne dziewczyny, prężą się w strojach kąpielowych, a reżyser dba o to żeby kamera zaglądała im przez cały czas w dekolty, krocza i rejestrowała jędrność ich pośladków. Po jakichś 30 minutach pustych rozmów o niczym bohaterowie przenoszą się z plaży do znanego z poprzedniego filmu klubu nocnego i już z niego nie wychodzą. Kolejne trzy godziny to impreza w lokalnej mordowni w rytmach muzyki techno i popowych kawałków. Jeżeli widzieliście poprzednią część to wyobraźcie sobie rozszerzoną wersję scen klubowych bez robienia przerw na odwiedzenie lokalnych kawiarni, pubów i trzody chlewnej. Trzy godziny obserwowania seksownie prężących się dziewuch nasiąkających powoli alkoholem i potem. Kechiche bezwstydnie studiuje ich ciała, zawieszając się na powabnych detalach tak długo, że zawstydziłby nawet Michaela Baya. Dziewczyny tańczą, seksualne napięcie rośnie, tańczą jeszcze więcej, robią przerwę na drinka, ale nawet jak przystają żeby poplotkować to dostajemy przebitki na ich tańczące koleżanki, albo widać kogoś tańczącego w tle, a później wyginają się jeszcze więcej. I tak przez trzy godziny.

Kechiche jest dobry w nasączaniu filmu erotyzmem i obsesyjnym podglądaniu piękna kobiecego ciała, ale w tym projekcie osiąga to tak patologiczne stany, że znudziłoby nawet największego onanistę. Stałe biczowanie mózgu odbiorcy miarowym techno oraz podskakującymi piersiami i tyłkami znieczula go w końcu na przekazywaną treść i pozostawia w stanie otumaniania. Z filmu wyszedłem tak wyczerpany jakbym spędził tę całą morderczą noc na parkiecie razem z bohaterami. I poniekąd spędziłem. Chyba żeby rozbudzić nas z tego letargu Kechiche pod koniec drugiej godziny seansu wrzuca długą pornograficzną scenę seksu oralnego. Pierwsze doniesienia mówiły o 27 minutach, być może część z tego padło ofiarą wspomnianych cięć montażowych, bo ostatecznie sekwencja trwa „zaledwie” kilkanaście minut. Wystarczająco dużo żebyśmy poznali każdy skrawek ciała aktorki w tym intymnym momencie.

Mam problem z tym jak Kechiche traktuje w swoim filmie młode aktorki (czytaj: jak kawał mięsa). Reżyser może się bronić, że to był zamierzony efekt artystyczny, obsesyjna dbałość o realizm (wspomniana scena seksu) oraz chęć celebrowania piękna kobiecego ciała, ale nie należy zapominać z jaką traumą Léa Seydoux i Adèle Exarchopoulos wspominają pracę z nim przy „Życiu Adeli”. Obawiam się, że starszy pan cynicznie zasłania się sztuką żeby wykorzystywać niedoświadczone dziewczyny z Europy do robienia przed kamerą rzeczy, które nie przeszłyby na amerykańskim planie zdjęciowym (zwłaszcza teraz). I wcześniej przynajmniej służyło to angażującej historii („Życie Adeli” to bardzo dobry film), a teraz wydaje się nadrzędną wartością i pretekstem do pokazania roznegliżowanych i gołych bab, czego kwintesencją jest ostatnia scena w filmie.

czwartek, 23 maja 2019

Once upon a time... in Hollywood - recenzja


Wtorkowy dzień w Cannes należał do Quentina Tarantino. W ostatniej godzinie poprzedzającej pierwszy oficjalny pokaz prasowy na świecie można było odnieść wrażenie, że każdy posiadacz akredytacji dziennikarskiej postanowił zobaczyć ten film w tym właśnie momencie. Zważywszy na to, że liczba akredytowanych osób kilkukrotnie przewyższa liczbę wolnych miejsc na sali to można się łatwo domyśleć do jakich scen dochodziło na zewnątrz budynku. Były żałosne próby wmieszania się w tłum posiadaczy akredytacji z najwyższym priorytetem przez osoby stojące najniżej w festiwalowej hierarchii (ostatecznie nikt z nich nie zobaczył filmu tamtego dnia), ale czujna obsługa odsyłała takich delikwentów na koniec przypisanej im kolejki. Były próby wbicia się w ostatnich 20 minutach na krzywy ryj na początek kolejki, ale z winowajcami rozprawiano się szybko i okrutnie. Ich ciała wciąż wiszą na okolicznych latarniach jako ostrzeżenie dla innych cwaniaków. Niektórzy Quentina Tarantino nienawidzą, niektórzy kochają, ale wszyscy równie mocno chcieli zobaczyć jego nowy film.

Zapewne to nie jakiś fan jego twórczości głośno buczał i krzyczał coś gniewnie po francusku, gdy przedstawiciel festiwalu wyszedł na scenę żeby poprosić w imieniu reżysera o rozważne korzystanie ze spoilerów w recenzjach i nie psucie zabawy widzom, którzy film zobaczą dopiero w połowie lata. Cannes znowu udowodniło, że bycie francuskim krytykiem to stan umysłu i zazwyczaj wiąże się z byciem irytującym bucem. Sama uwaga o unikaniu spoilerów wydawała się być mocną przesadą przez większość seansu aż… zaczęła być zrozumiała. Nie czas i miejsce żeby się o tym teraz rozpisywać, ani tym bardziej wdawać w szczegóły, ale reżyser przygotował w finale kilka soczystych niespodzianek i rozwiązań fabularnych, które jednych będą równie mocno zachwycać (publiczność na pokazie wielokrotnie wybuchała salwą entuzjastycznych braw), co drugich irytować i bulwersować. Quentin zdecydował się na garść kontrowersyjnych decyzji fabularnych i jestem przekonany, że niejeden artykuł z clickbaitowym tytułem zostanie w przyszłości napisany na ten temat.

Zostawmy jednak na razie tę kwestię, bo szalony, krwawy, energetyczny finał jest nie tyle sednem filmu, co okazją do pojechania po bandzie w ostatnich 30 minutach i nagrodzenia przy okazji odbiorców za cierpliwe wysłuchanie tego, co Tarantino miał do powiedzenia wcześniej, a miał dużo. Przez ponad dwie godziny. Reżyser opisuje swój film jako najbliższy temu, co zrobił w „Pulp Fiction”, a jednocześnie dodaje, że był to dla niego równie osobisty projekt co „Roma” dla Alfonso Cuaróna. Oba porównania, jakkolwiek trafne do pewnego stopnia, mogą być mylące. Z „Pulp Fiction” film dzieli strukturę fabularną, pozornie niepowiązane ze sobą wątki, które powoli zazębiają się, ostatecznie tworząc przemyślaną konstrukcję.

Delikatna i subtelna „Roma” może zaskakiwać jako punkt referencyjny dla filmu Quentina Tarantino orbitującego wokół słynnego krwawego mordu, ale sęk w tym, że reżyser od samego początku powtarzał – to nie jest film o Mansonie (ten pojawia się tylko w jednej scenie), ale opowieść o Los Angeles w roku 1969. Jest to historia miasta jakie zapamiętał sześcioletni wtedy Quentin, ale też kinofilski wehikuł czasu opowiadający o czasach, które odeszły. Jest to (osadzony kilka miesięcy wcześniej) prolog do „nocy nienawiści”, która była ponurym epilogiem „lata miłości”. Krwawy mord dokonany w wilii Polańskiego wstrząsnął całym krajem, ale przede wszystkim to wylał kubeł zimnej wojny na głowy ówczesnych gwiazd żyjących w L.A. Nikt nie czuł się już bezpiecznie. Skończyły się beztroskie czasy, niezamykane dotąd drzwi zaczęły być ryglowane, wokół nieogrodzonych will rozbudowywano mury i stawiano bramy, a w mieście zapadła groza i panika, bo nie wiadomo było, czy to był pojedynczy mroczny epizod, czy też początek krwawej serii.

Film Tarantino nie wybiega jednak tak daleko i nie opowiada o tym, co było później, skupia się raczej na tym, co było wcześniej. „Pewnego razu… w Hollywood” nie ma jakiejś konkretnej historii, bo to wycieczka po tytułowym Hollywood. Opowieść o gwieździe telewizyjnego serialu z lat 50., która bezskutecznie próbowała zrobić karierę kinową w latach 60. (Leonardo DiCaprio). O jego koledze kaskaderze, którego mroczna przeszłość (a może tylko okropna plotka?) towarzyszy mu niczym cień, utrudniając wykonywanie zawodu, częściej więc robi za szofera i chłopca na posyłki jak za gościa, który może zlecieć z czegoś wysokiego (Brad Pitt). Jest to też historia wschodzącej gwiazdki dużego ekranu, pięknej, młodej aktorki, żony słynnego reżysera, która jeszcze nie jest wystarczająco znana żeby wywoływać sensację spacerem po ulicy, ale dość popularna żeby kojarzyli ją ludzie z branży (Margot Robbie).

Tarantino nie spieszy się, pozwala swoim bohaterom wygadać się, co nie specjalnie dziwi w jego przypadku, zaskakująco często jednak pozwala im też pomilczeć, przejechać się samochodem po mieście, zrobić sobie spacer jego ulicami, albo wybrać do kina i nacieszyć samotnym seansem. Jest tu bardzo dużo scen, które nie mają specjalnego celu, służą tylko jednemu – pokazaniu życia w L.A. tamtego okresu. Miłość do kina wylewa się tutaj z każdego kadru, sceny i umiejscowienia akcji. Z każdego wiszącego starego plakatu, kinowego szyldu i dawnej gwiazdy ekranu zaliczającej pomysłowe cameo (doskonali Damian Lewis i Mike Moh jako Steve McQueen i Bruce Lee). Quentin dużo też nawiązuje do własnej twórczości, sięga po motywy, utwory, postaci, a przede wszystkim to charakterystycznych aktorów, których z łatwością wyłapie każdy miłośnik jego twórczości.

Składa się to wszystko na film powolny, wręcz zbyt wolny, osobiście cieszyłem się każdą minutą seansu, ale jednocześnie dostrzegałem minusy takiego tempa i podejścia do prowadzenia historii. Mam wątpliwości, czy tak skonstruowany film ma potencjał do bycia dziełem wielokrotnego użytku (ale z całą pewnością przetestuję to w sierpniu) i zapewne wielu widzów będzie narzekać na ślamazarność filmu oraz brak jakiejś konkretnej historii. Film sprawia wrażenie niedokończonego w postprodukcji, obciążonego zbyt dużą dawką materiału, który powinien był wylecieć na stole montażowym. Wynika to zapewne z pośpiesznych prac żeby zdążyć na festiwal. Nie zdziwiłbym się, gdyby Quentin spędził teraz następnych kilka tygodni na dopieszczaniu swojego dzieła, poprawianiu jego rytmu i wyrzucaniu niepotrzebnych scen. Jeżeli rzeczywiście zdecyduje się na taki krok to z dużym zainteresowaniem zasiądę ponownie do filmu, gdy już trafi do normalnej dystrybucji.

poniedziałek, 20 maja 2019

A Hidden Life - recenzja


Terrence Malick nie ma litości dla niecierpliwych albo niewyspanych widzów. Fabułę, która wystarczyłaby na godzinę bardzo powolnego filmu rozciągnął do trzech godzin morderczo ślamazarnego filmu. Nie jest to film stworzony do oglądania w realiach festiwalowych, bo długie ujęcia na falującą trawę, górski strumyk i ludzi w falującej trawie patrzących na górski strumyk, okazały się być poważnym wyzwaniem dla mojego zmęczonego umysłu, który wyłączył się dwukrotnie podczas seansu. I tak prawdę mówiąc to nie byłem później pewien, czy po przebudzeniu patrzę na tę samą scenę z falującą trawą, czy też może przegapiłem jakąś sekwencję z górskim strumykiem.

Nabijam się trochę, bo Malick ma to do siebie, że lubi zawiesić się na jakimś statycznym kadrze z którego przeskakuje (albo raczej drepcze) do następnego statycznego kadru, ale zawsze wygląda to obłędnie i cieszenie tym oczu stanowi wartość samą w sobie. „A Hidden Life” zachwyca za każdym razem, gdy pokazuje pokryte zielenią górskie austriackie krajobrazy, gdy śledzi życie we wiosce, pokazuje stare drewniane chaty i miejscową ludność pochłoniętą swoimi codziennymi zajęciami. Niestety tym razem za zdjęcia nie odpowiadał Emmanuel Lubezki, ale ponieważ zastępujący go Jörg Widmer był operatorem kamery we wszystkich filmach Malicka od czasu „Drzewa życia” to bez większego problemu odnalazł się w charakterystycznym dla twórczości tego reżysera stylu wizualnym.

Jeżeli nie byliście w stanie przebrnąć przez ostatnie produkcje Malicka to „A Hidden Life” raczej nie trafi na listę waszych ulubionych tegorocznych premier kinowych. Zapowiadany powrót Malicka do tradycyjnej narracji filmowej oznacza w praktyce, że rzeczywiście jest tu jakaś historia, ale oficjalne streszczenie fabuły opowiada w zasadzie cały film. Oparta na faktach historia przybliża postać Franza Jägerstättera, austriackiego rolnika, który w czasie II Wojny Światowej odmówił walki po stronie nazistów. I niezależnie od tego, czy znacie szczegóły prawdziwych losów Franza, czy też dowiecie się o nich z filmu to najprawdopodobniej nie zostaniecie zaskoczeni przez (powolny) rozwój historii.

Oczywiście nie każda historia ma obowiązek zaskakiwać, a Malick zdecydowanie nie próbuje tego dokonać. „A Hidden Life” to medytacja na temat granic moralności w czasie wojny. Filozoficzny traktat o powinnościach wobec rodziny, społeczeństwa i własnego sumienia. I w końcu historia o nieprzyjemnych konsekwencjach podążania własną ścieżką jeżeli skierowana jest ona w odmiennym kierunku niż główny trakt używany przez resztę ludzi.

Nie wiem, czy to kwestia wspomnianego festiwalowego zmęczenia, czy też zbyt prostolinijnego scenariusza, ale niestety zupełnie nie chwyciło mnie to na poziomie emocjonalnym. Malick ładnie rozpisuje relację głównego bohatera z jego żoną i niespiesznie (no raczej) kreśli przykłady ostracyzmu z jakim spotykają się w rodzinnej wiosce, ale beznadziejna walka o ideały, jakiej podejmuje się Franz, działa wprawdzie na poziomie estetycznym, ale pozostawiła mnie obojętnym względem losu bohatera i skutków podejmowanych przez niego decyzji.

Gdy połączyć to z zamiłowaniem Malicka do kaznodziejstwa, natchnionych, górnolotnych przemyśleń płynących z głośników (oczywiście narracja z offu towarzyszy widzowi przez cały film), bogobojnością i sporą dawką pretensji – otrzymujemy film, który pewnie podzieli fanów jego twórczości, ale raczej nie przekona do niego nieprzekonanych.

niedziela, 19 maja 2019

J'ai perdu mon corps (I lost my body) - recenzja


Jak na razie najlepsze co widziałem w tym roku w Cannes. Jestem całkowicie urzeczony debiutancką animacją Jérémy’ego Clapina.

Młody chłopak przypadkowo ucina sobie dłoń. Odcięta kończyna budzi się do życia w szpitalnej lodówce. Ucieka z budynku i wyrusza w długą oraz niebezpieczną podróż przez miasto w poszukiwaniu reszty swojego ciała. Jednocześnie poznajemy historię nieszczęśliwego chłopaka, jego dzieciństwa w Afryce, stratę rodziców i przenosiny do nieprzyjemnego krewnego w Europie, gdzie dawne plany zostania muzykiem oraz astronautą (w takiej kolejności) musiały zostać zweryfikowane i zastąpione pracą w charakterze dostawcy pizzy. Chłopak jest marnym pracownikiem, ale dzięki tej robocie poznaje uroczą dziewczynę (ich długa rozmowa przez domofon podczas ulewnego wieczoru to najromantyczniejsza scena jaką widziałem w tym roku w kinie) co prowadzi do zasadniczych zmian w jego życiu.

Wątek odciętej dłoni przemierzającej świat przy pomocy palców to motyw, który mógł zaistnieć - i tak szybko zadziałać - tylko w filmie animowanym. Nie mam oczywiście na myśli problemów natury technicznej, wszyscy przecież pamiętamy i lubimy Rączkę z Rodziny Adamsów. Jako postać istniał on jednak w filmie o określonym charakterze, gdzie nie dziwił, bo stanowił fragment dużego świata złożonego z podobnych mu istot. W formie animowanej można natomiast łatwo zaakceptować osadzenie takiego nadnaturalnego motywu w realistycznej historii i nie zadawać przy okazji niepotrzebnych pytań. Dłoń żyje w oderwaniu od ciała, ma świadomość i wspomnienia? Ok, spoko, lecimy dalej.

„I lost my body” zachwyciło mnie, bo stanowi pełny pakiet. Jest pięknie animowane, oparte na wciągającej historii i wypełnione po brzegi różnymi emocjami. Nieważne, czy chodzi o romantyczne gesty zakochanego chłopaka, nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa, szczere w swej naturalności interakcje międzyludzkie, czy też odcięta dłoń walczącą o przeżycie w starciu z gołębiem i agresywnymi szczurami – opowieść zawsze generuje zamierzony efekt w odbiorcy. Jest wzruszająco, przygnębiająco, ujmująco albo emocjonująco. I nie powinno to dziwić, że ten film tak zgrabnie żongluje romantyzmem, nostalgią, humorem i elementami realizmu magicznego, bo jednym ze scenarzystów jest Guillaume Laurant, stały współpracownik Jean-Pierre Jeuneta, mający na koncie chociażby scenariusz „Amelii”.

Jeżeli jesteście fanami filmów animowanych (dla dojrzałych odbiorców) zapamiętajcie ten tytuł, bo to będzie jeden z najlepszych filmów jakie zobaczycie w tym roku.

sobota, 18 maja 2019

The Climb - recenzja


„The Climb” narodziło się jako pokazywany w Sundance film krótkometrażowy – zabawna, kilkuminutowa opowieść o dwóch długoletnich przyjaciołach, którzy próbują pokonać na rowerach jakąś górzystą drogę. Jeden z nich, ten bardziej wysportowany, wykorzystuje okazję żeby wyznać drugiemu, że od dłuższego czasu sypia z jego narzeczoną.

Pełnometrażowy „The Climb” zaczyna się właśnie od tej sceny, nakręconej ponownie, zmienionej w drobnych szczegółach (dialogach i niektórych zachowaniach postaci), powiększonej o nowy finał ich rowerowej wyprawy oraz puentującą go późniejszą scenę. Jest nieco inaczej, ale równie zabawnie. I stanowi za punkt wyjścia do jednego z najlepszych filmów w tegorocznych canneńskim programie.

„The Climb” zabiera nas w podróż przez kolejnych kilka lat z życia dwójki mężczyzn, opowiadając o jego najważniejszych momentach, o tym jak ewoluowała ich przyjaźń i zmieniała się dynamika tej relacji. Będzie pogrzeb, będzie wesele, będzie też jeden zmarnowany indyk i rozwalona choinka.

Jest to debiut zwiastujący narodziny nowego ekscytującego duetu w świecie amerykańskiego kina niezależnego. Michael Angelo Covino i Kyle Marvin wspólnie napisali scenariusz, wystąpili w głównych rolach, a ten pierwszy jeszcze to wyreżyserował. Pomiędzy panami jest naturalna chemia na ekranie (zapewne wynikająca z długoletniej znajomości), humor w jaki celują jest niewymuszony, sprawnie nim operują, zarówno na poziomie scenariusza, jak i późniejszej aktorskiej interpretacji, a do tego mają talent do pisania zabawnych, błyskotliwych dialogów.

Jest to zarazem projekt ambitny technicznie, nakręcony wprawdzie z surowością charakterystyczną dla kina niezależnego, ale oparty na skomplikowanych długich ujęciach, które nadają rytmu kolejnym epizodom z życia bohaterów. Covino lubi rozpoczynać (lub kończyć) sceny w niespodziewany sposób, ciągle dba o to żeby widza czymś zaskoczyć, rozbawić i zaciekawić. Nigdy nie pozostawia jednak z wrażeniem, że ktoś tu starał się zbyt bardzo i zobaczyliśmy coś wymuszonego przez scenarzystę. Wszystko wynika tutaj naturalnie z historii albo osobowości bohaterów.

Zapamiętajcie sobie nazwiska tych panów, bo Hollywood niebawem zacznie do nich wydzwaniać.

piątek, 17 maja 2019

Sorry we missed you - recenzja


Ken Loach ma szansę zapisania się w historii jako pierwszy posiadacz trzech Złotych Palm. Osobiście to uważam, że trzy lata temu niezasłużenie zgarnął nagrodę za „Ja, Daniel Blake” (do „Wiatru buszującego w jęczmieniu” nie mam zastrzeżeń), bo tamtego roku w konkursie głównym było kilka lepszych filmów, ale to tylko pokazało, że wrażliwy społecznie przekaz jego filmów trafia do uprzywilejowanych członków jury i Brytyjczyk może ponownie zaskoczyć.

„Sorry we missed you” sprawia wrażenie duchowej kontynuacji poprzedniego filmu. Również osadzony w Newcastle opowiada o „zwykłych” ludziach, brytyjskiej rodzinie zmagającej się z długami, rachunkami do zapłacenia i niesfornym synem. On jest kurierem, ona opiekunką starszych osób, ich dzieci są rude, a życie w Anglii niełatwe. Klasyczny Loach. Bohaterowie filmu, rodzina Turnerów, zmaga się jednak z innymi problemami niż schorowany Blake i jego koleżanka egzystująca na granicy ubóstwa. Oni nie cierpią na brak pracy, ale nadmiar, bo kilkunastogodzinne zmiany po sześć dni w tygodniu to stały element ich życia.

On właśnie podjął się nowej pracy, która w teorii brzmi jak idealna szansa na odmianę jakości ich życia i kupna własnego domu, ale w praktyce okazuje się, że samozatrudnienie i „bycie samemu sobie szefem” jest sprytnym sposobem na bezlitosny wyzysk pracowników, który jednak nie przekłada się na wymarzone zarobki. Życiem Ricky’ego rządzi elektroniczne urządzenie, które dyktuje gdzie ma jechać, jak szybko musi tam dotrzeć i czy tym razem też będzie musiał się załatwiać do butelki.

Jego żona, Annie, jako opiekunka pracuje na równie chorych warunkach. Agencja wysyła ją do mieszkań różnych osób, głównie starszych ludzi, ale płaci tylko za czas wizyty, a zatem w praktyce kobieta spędza w robocie kilkanaście godzin dziennie, ale otrzymuje wynagrodzenie tylko za kilka godzin, bo wypłata nie uwzględnia czasu marnowanego na podróżowanie po całym mieście do mieszkań „klientów”.

Wszystko to odbija się na życiu rodzinnym, bo nie dość, że Ricky i Annie praktycznie siebie nie widują to nie mają też czasu na doglądanie dzieci, które wytyczne od matki otrzymują każdego dnia drogą telefoniczną. Szczęśliwie dla nich młoda córka jest odpowiedzialną dziewczynką której nie trzeba pilnować na każdym kroku. Nie można tego samego powiedzieć o nastoletnim synu, mającym już liczne problemy w szkole, a nawet z policją.

„Sorry we missed you” jest mniej moralizatorskie od poprzedniego filmu Loacha, mniej też próbuje szokować tragedią niefortunnych ofiar systemu, a bardziej przybliżyć trudne realia pracy osób z którymi regularnie spotykamy się jako klienci. I jest to już wystarczająco szokujące samo w sobie, nie potrzebuje dodatkowego „efektu rażącego”. Niestety Loach nie byłby sobą, gdyby problemów nie podkręcił do ekstremum. Wszystko co tutaj może pójść nie tak i zwalić się na barki bohaterów oczywiście idzie nie tak. Jest to trochę rozczarowujące, bo Loach ma talent do opowiadania o losach przeciętnych mieszkańców Anglii i jego ostatnie dwa filmy najlepsze są wtedy, gdy z wdziękiem i lekkością opowiadają o codziennym życiu Brytyjczyków oraz ich małych problemach. Gdy zaczyna je przesadnie podkręcać dla wywołania na odbiorcy mocniejszego efektu to historia przestaje już być portretem , a staje się moralitetem, który wypada troszkę niezgrabnie, bo reżyser znów wykłada ustami bohaterów, co powinniśmy wynieść z tej historii.

sobota, 11 maja 2019

Cannes 2019: oczekiwania i nadzieje


Za jakieś kilkanaście godzin powinienem wylądować na nicejskim lotniku. Jakąś godzinę później zobaczę pierwsze canneńskie palmy, te prawdziwe, nieozłocone. W ubiegłych latach dzieliłem się tutaj swoją wiedzą (i oczekiwaniami) na temat niekompletnego canneńskiego programu krótko po ogłoszeniu tego, kto został wybrany przez organizatorów. W tym roku nie miałem na to czasu, ani zapału, więc zamiast tego będzie o moich oczekiwaniach tuż przed rozpoczęciem festiwalu, gdy znamy już tytuły wszystkich wyświetlanych filmów i posiadamy trochę informacji o większości z nich.


NAJBARDZIEJ CZEKAM NA:

Quentina Tarantino („Once Upon a Time in Hollywood”)

Nawet nie będę próbować udawać, że jest inaczej. W tym roku zdecydowanie najmocniej czekam na nowy film Quentina Tarantino. Gdy tylko usłyszałem (w ubiegłe wakacje), że „Once Upon a Time in Hollywood” ma zaplanowaną datę premiery na sierpień tego roku, no to już wiedziałem. Ten film musi trafić do Cannes! Jak wiadomo, wcale nie było to takie pewne, bo Quentin niemal do ostatniej chwili trzymał w niepewności, nie potrafiąc zagwarantować, czy wyrobi się z montażem. Na szczęście wyrobił się i będę teraz mocno trzymać kciuki żeby ten film okazał się być bardzo dobry, bo byłoby pięknie, gdyby w 25 rocznicę wygrania Złotej Palmy za „Pulp Fiction” reżyser opuścił Lazurowe Wybrzeże z kolejną nagrodą.


Joon-ho Bong („Parasite”)

W zasadzie samo nazwisko wystarcza żeby to była jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie canneńskich premier. Bong dotąd rozczarował mnie tylko raz, debiutem angielskojęzycznym („Snowpiercer”), co zostało mu zapomniane, gdy dwa lata temu pojawił się w Cannes z cudowną „Okją”. O „Parasite” na razie mało wiem, oprócz tego, że będzie oparty na koreańskiej obsadzie, pięknych zdjęciach i zagadkowo brzmiącej fabule, niczego więcej jednak nie potrzebuję (ani nie chcę) wiedzieć.

Robert Eggers („The Lighthouse”)

I w sumie to samo mogę powiedzieć o „The Lighthouse”. Samo nazwisko reżysera wystarcza żeby ten projekt powędrował na szczyt mojej listy. Eggers ma na koncie dopiero jeden film, ale za to jaki! „Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii” zwróciła na niego uwagę kinomanów na całym świecie, czyniąc go jednym z najbardziej obiecujących młodych reżyserów, a przy okazji podarowała światu Anyę Taylor-Joy. „The Lighthouse”, osadzony w Maine z końca dziewiętnastego wieku, zapowiada się na kolejną dawkę nieoczywistej grozy. Oficjalny opis wspomina o hipnotyzującej, halucynogennej opowieści o dwóch latarnikach (Robert Pattinson, Willem Dafoe), pierwsze zdjęcie zapowiada kino czarno-białe, a całość została nakręcona na taśmie 35mm w formacie akademii (obraz kinowy o proporcjach 1,37:1). Kino festiwalowe pełną piersią.

Kleber Mendonça Filho, Juliano Dornelles („Bacurau”).

O Filho pierwszy raz usłyszałem za sprawą „Sąsiedzkich dźwięków”, które widziałem na festiwalu Nowe Horyzonty (gdzie zgarnęły nagrodę FIPRESCI). Również na Nowych Horyzontach oglądnąłem jego następny film, „Aquariusa”, którego nie dałem rady zobaczyć w Cannes trzy lata temu. „Sąsiedzkie dźwięki” były dobrym filmem, ale „Aquarius” był już rewelacyjny. Piękne, umiarkowanie długie, powolne (ale nie ślamazarne i nudne) kino o współczesnej Brazylii, o przywiązaniu do miejsc i rzeczy, o sentymentach, miłości do kultury, ale też bucie, upartości i bezlitosnej ocenie rzeczywistości wynikającej z życiowego doświadczenia. Film o dojrzałej kobiecie (znakomita Sonia Braga), która walczy ze złą korporacją, ale też cieszy się życiem, delektuje słońcem, morzem i plażą oraz dniami spędzanymi przy muzyce i winie. Fascynująca bohaterka, interesujący scenariusz, czarujący film. Juliano Dornelles pracował przy obu projektach w roli scenografa. Najwyraźniej z tej długoletniej współpracy zrodził się pomysł na kolejny wspólny film, tym razem zrealizowany już jako dwóch reżyserów.


Jean-Pierre i Luc Dardenne („Young Ahmed”)

Bracia Dardenne to już stali goście canneńskiego konkursu głównego. Osiem edycji i dwie Złote Palmy na koncie. W ostatnim latach czasem pojawiali się z czymś przeciętnym („Nieznajoma dziewczyna”), a czasem dającym po głowie i trafiającym w serducho („Dwa dni, jedna noc”). Ignorować ich jednak nie należy, bo mają szansę stać się pierwszymi w historii posiadaczami trzech Złotych Palm na koncie. „Young Ahmed” opowie o belgijskim nastolatku, będącym pod wpływem muzułmańskich ekstremistów, który planuje zabić swoją nauczycielkę.

Terrence Malick („A Hidden Life”)

No wiem, co niektórzy sobie myślą, gdy słyszą to nazwisko. Ja mam jednak słabość do Malicka, zarówno tego starszego, który jeszcze próbował opowiadać jakąś „normalną” historię, jak i tego obecnego, odpływającego w pretensjonalne tripy okraszone przepięknymi zdjęciami. „A Hidden Life” ma podobno być powrotem do tych „normalniejszych” filmów i opowiedzieć historię Austriaka, który odmówił wstąpienia do nazistowskiej armii podczas II Wojny Światowej. Ostatnim razem, gdy Malick był w Cannes to wyjechał z niego ze Złotą Palmą w ręku (za „Drzewo życia”). Czy historia się powtórzy? Zapewne nie, ale przebieram już z ekscytacją nogami na myśl o zobaczeniu jego przepięknych kadrów na ogromnym canneńskim ekranie.

Jim Jarmusch („The Dead Don’t Die”)

W zasadzie od samego początku, gdy tylko usłyszałem o tym projekcie, to nie miałem wątpliwości, że znajdzie się w tegorocznym programie. Nie przypuszczałbym natomiast, że nowy film Jarmuscha, komedia o zombie, otworzy festiwal. Z filmami otwarcia w ostatnich latach było dość kiepsko, czasem były one przyzwoite („Śmietanka towarzyska”, „Z podniesionym czołem”), czasem tragiczne („Grace księżna Monako”), ale jednak najczęściej słabe („Kobiety mojego życia”) albo rozczarowujące („Wszyscy wiedzą”). Oby „The Dead Don’t Die” mogło się zaliczyć przynajmniej do tej pierwszej listy. Nie spodziewam się po tym filmie nie wiadomo czego, liczę na luźną zabawę historią o inwazji zombie z udziałem zaprzyjaźnionych aktorów (oj, kogo tam nie ma w tej obsadzie) i właśnie to chciałbym dostać. Jakieś gore, pomysłowe żarty, dobrze bawiąca się obsada i będzie git.


Céline Sciamma („A portrait of a lady on fire”)

Céline Sciammę kojarzę jako reżyserkę dobrego „Girlhood” i scenarzystkę niezłego „Mając 17 lat”. Obu filmom daleko do miana rewelacyjnych, ale oferowały ciekawe i wyraziste (to raczej bardziej pasuje do „Girlhood”) portrety dzisiejszych młodych Francuzów. Jej poprzedni film działał szczególnie dobrze na poziomie pojedynczych scen, które do dziś okazjonalnie wspominam z przyjemnością, ale jego największa zaleta, czyli portret współczesnych dziewczyn z francuskich nizin społecznych, raczej nie przełoży się na nowy film reżyserki. „A portrait of a lady on fire” opowiada o malarce z osiemnastowiecznej Francji, która dostaje zlecenie namalowania portretu ślubnego młodej dziewczyny, ale bez jej wiedzy. Za dnia obserwuje więc bohaterkę obrazu, nawiązując z nią w efekcie nić porozumienia, a wieczorami tworzy swoje dzieło. Fabuła zapala mi w głowie trochę alarmowanych lampek, bo brzmi to trochę jak kolejny francuski przeciętniak kostiumowy o którym prędko zapomnę, ale pozwolę sobie zachować trochę wiary w reżyserkę z potencjałem.

Takashi Miike („First Love”)

Takashi Miike to taki gość, który nakręcił już ponad 100 filmów i zanim doczytacie do końca to zdanie to pewnie zdąży już napisać scenariusz kolejnego filmu. Będzie o samurajach. Albo yakuzie. A może nawet samuraju walczącym z yakuzą. „First Love” jest o yakuzie. No, tak pośrednio, bo bohaterem jest młody bokser i atrakcyjna prostytutka, uzależniona od narkotyków, którzy dają się wplątać w jakiś bałagan ze szmuglowanymi narkotykami i muszą uciekać przed skorumpowanym policjantem, yakuzą oraz płatną zabójczynią wysłaną przez chińską triadę. W tle Tokio nocą oraz pewnie kilka galonów krwi. I fajnie, dobrze będzie zobaczyć kolejny film Miike na dużym ekranie. Poprzedni taki seans również zaliczyłem w Cannes. Oczywiście to był film o samurajach.

Bertrand Bonello („Zombi Child”)

Haiti, lata 60., martwy mężczyzna zostaje przywrócony do życia i wysłany do morderczej pracy przy trzcinie cukrowej. 55 lat później, Paryż, prestiżowa szkoła, młoda Haitanka zdradza swoim przyjaciołom mroczny rodzinny sekret. Jedna z dziewczyna wykorzysta tę informację do zrobienia jakiejś niewyobrażalnej rzeczy, gdy ktoś złamie jej serce. Ciężko powiedzieć, czy wyniknie z tego coś wartego uwagi, ale instynkt mi podpowiada, że tak. Widzę tutaj potencjał na mroczne i wciągające kino z voodoo w tle. Widziałem trzy ostatnie filmy Bertrando Bonello. „Apollonide. Zza okien domu publicznego” podobał mi się bardzo, dwa kolejne („Saint Laurent” i „Nocturama”) już zdecydowanie mniej, oby więc poziomem było to coś bliższego temu pierwszemu tytułowi.


JESTEM CIEKAWY:

Pedro Almodovar („Pain and glory”)

Almodovar jako jeden z niewielu twórców na świecie ma ten komfort, że jego filmy trafiają do canneńskiego konkursu głównego pomimo wcześniejszych premier w Hiszpanii. Festiwal stawia na światowe premiery, ale dla Pedro już nie pierwszy raz robią wyjątek. Daje to ten komfort, że można jeszcze przed festiwalem podejrzeć sobie w hiszpańskojęzycznych recenzjach czego należy się spodziewać po filmie. Wygląda na to, że filmu bardzo osobistego, udanego, ale dalekiego od rewelacji. Czyli niestety typowego Almodovara z ostatnich lat, twórcę którego dalej warto oglądać, ale czasy tworzenia filmów wzbudzających zachwyt już chyba minęły. Szkoda.

Ken Loach („Sorry we missed you”)

Loach, podobnie jak wspomniani już bracia Dardenne, ma szansę zapisania się w historii jako pierwszy posiadacz trzech Złotych Palm. Osobiście uważam, że niezasłużenie zgarnął trzy lata temu nagrodę za „Ja, Daniel Blake” (do „Wiatru buszującego w jęczmieniu” nie mam zastrzeżeń), bo tamtego roku w konkursie głównym było kilka o wiele lepszych filmów, ale to tylko pokazało, że wrażliwy społecznie przekaz jego filmów trafia do wpływowych członków jury i może ponownie zaskoczyć. „Sorry we missed you” zapowiada się na takiego właśnie Loacha, klasycznego, skupionego na maluczkich - zmagającej się z zaległymi rachunkami brytyjskiej rodzinie, która wciąż nie zdołała się pozbierać po kryzysie finansowym z ubiegłej dekady. On jest dostawcą, ona opiekunką starszych osób, ich dzieci są rude, a życie w Anglii niełatwe. Klasyczny Loach.

Xavier Dolan („Matthias and Maxime”)

Xavier Dolan to złote dziecko kina. I zbyt często też zachowuje się jak niedojrzały chłopiec. Rozgoryczony kiepskimi recenzjami filmu „To tylko koniec świata” (które i tak zgarnęło Grand Prix festiwalu!) obraził się na Cannes i swój kolejny projekt, ambitny debiut angielskojęzyczny, przetrzymał do premiery na festiwalu w Toronto. Zapewne liczył, że pozytywne opinie poniosą go ku Oscarom. Przeliczył się, bo „The Death and Life of John F. Donovan” został zdruzgotany przez krytyków i szybko o nim zaginął słuch. Dolan wraca więc do macierzystego festiwalu, gdzie pierwszy raz o nim usłyszano, z projektem już skromniejszym, francuskojęzycznym i mam nadzieję, że co najmniej dobrym i pozwalającym odzyskać nieco wiarę w tego zdolnego młodego twórcę.


Annie Silverstein („Bull”)

„Bull” brzmi jak duchowy krewny pięknego filmu „The Rider”, który zadebiutował w Director’s Fortnight dwa lata temu (obecnie można zobaczyć na HBO GO, polecam). Osadzony na obrzeżach Houston i nakręcony głównie z naturszczykami opowiada o nastolatce, która ukojenie w ciężkiej życiowej sytuacji znajduje w środowisku ludzi uczestniczących w walkach byków.

Quentin Dupieux („Deerskin”)

W świadomości kinomanów Dupieux zapisał się najmocniej filmem „Mordercza opona”, czyli szaloną historią o oponie obdarzonej świadomością i parapsychologicznymi umiejętnościami, która podąża śladem pewnej kobiety, siejąc przy okazji śmierć i zniszczenie. Bywalcy festiwali filmowych wiedzą jednak, że bynajmniej nie był to ostatni dziwny projekt filmowy Dupieuxa, który uwielbia prowadzić z widzami surrealistyczny meta-dialog. Po „Deerskin”, które otworzy w tym roku sekcję Director’s Fortnigh, również nie spodziewam się niczego normalnego. I dobrze.

Gaspar Noé („Lux Æterna”)

Zapewne normalnym filmem nie będzie też nowa produkcja Gaspara Noé. Średniometrażowa fabuła opowie o dwóch aktorkach (Béatrice Dalle i Charlotte Gainsbourg) snujących na planie filmowym historie o wiedźmach. Podobno jest to projekt stanowiący deklarację miłości reżysera do kina, esej na ten temat, ale też dokument o histerii towarzyszącej czasem pracy przy filmie. Jest to wszystko mocno enigmatyczne i trochę się obawiam, że wyjdzie z tego lekki artystyczny bełkot, o którym szybko zapomnę, ale to Noé, zobaczyć trzeba.

Abdellatif Kechiche („Mektoub, my love: Intermezz”)

Do tego filmu podchodzę dość nieufnie. „Mektoub. Moja miłość: Pieśń pierwsza” zabierał widza do francuskiej nadmorskiej miejscowości z lat 90. Bohaterami była grupa miejscowych (powiązanych ze sobą skomplikowaną siatką powiązań rodzinnych, uczuciowych i koleżeńskich), a także kilka przyjezdnych dziewczyn. Postacie dnie i noce spędzały na plażach, w restauracjach, klubach nocnych oraz… zagrodach z owcami. Życie upływało im na romansach, zabawach i dyskusjach o tym, kto z kim i za czyimi plecami. Wchodziło to dobrze, Kechiche ma talent do opowiadania takich długich opowieści o niczym i portretowaniu w naturalny sposób młodzieńczych aktywności. Jednak gdzieś tak w okolicy trzydziestej godziny filmu, poczułem się nieco znużony obserwowaniem wakacyjnej biby, która zmierza donikąd. Nie zaszkodziłoby, gdyby twórca zmusił się do zamknięcia całości w dwóch godzinach, a skoro taki był efekt trzygodzinnego filmu, no to obawiam się, czy zdzierżę czterogodzinną kontynuację. Liczę jednak na to, że Kechiche nie spędzi już większości czasu na plażowej imprezie i zechce jednak też opowiedzieć coś ciekawego.


I tak jeszcze w telegraficznym skrócie o kilku innych tytułach, których jestem ciekawy:

Corneliu Porumboiu („The Whistlers”), bo jego poprzedni film (prezentowany kilka lat temu w Un Certain Regard „Skarb”) był wciągający i zabawny.

Yi'nan Diao („The wild goose lake”), bo jeszcze nie miałem okazji zobaczyć żadnego filmu tego zdobywcy Złotego niedźwiedzia sprzed pięciu lat (za „Czarny węgiel, kruchy lód”), czas to naprawić.

Asif Kapadia („Diego Maradona”), bo poprzednimi dokumentami („Sienna”, „Amy”) pokazał, że jego filmom warto poświęcać czas.

Won-Tae Lee („The gangster, the cop, the devil”), bo jestem prostym człowiekiem, jeżeli w programie widzę koreańskie kino gangsterskie to automatycznie ustawiam się w kolejce na seans.

Lorcan Finnegan („Vivarium”), bo to thriller sci-fi z Jesse’em Eisenbergiem i Imogen Poots.

Werner Herzog („Family Romance, LLC.”), bo jeżeli Herzog wraca do Cannes po dłuższej nieobecności z filmem nakręconym z japońskimi naturszczykami, no to wypada się tym zainteresować.

Robert Rodriguez („Red 11”), bo surrealna opowieść o paranoicznym uczestniku badań medycznych może być fajną odskocznią od ciężkiego kina artystycznego.


Pierwsze recenzje z Cannes już niebawem na Kinofilii.

piątek, 10 maja 2019

Long Shot (Niedobrani) - recenzja


Jeżeli nachodziliście się już do kina na „Endgame” to film „Niedobrani” jest komedią, którą warto teraz zobaczyć. Jest to nie tylko idealny pomysł na randkę z kimś, ale też na radosny wspólny wypad ze znajomymi, albo spontaniczny samotny seans, bo akurat przechodziło się obok kina a film się zaczynał za kilka minut (#truestory).

W „Niedobranych” wszystko działa jak należy. Przede wszystkim jest idealna chemia pomiędzy Sethem Rogenem i Charlize Theron. Oglądanie ich razem na ekranie sprawia czystą przyjemność. Można się zżymać z pomysłu, że cholernie ambitna i politycznie zaangażowana kandydatka na prezydenta Stanów Zjednoczonych mogłaby zakochać się w takim typie jak Seth Rogen, ale ja to kupiłem bez większych problemów. Jego bohater może wygląda niechlujnie, nie ma obycia w świecie „wyższych sfer” i jego życiowe osiągnięcia wypadają blado w zestawieniu z karierą Charlotte (Theron), ale gość jest bystry, spostrzegawczy, wprowadza do jej nieznośnie poukładanego życia (przepracowana bohaterka żeby odpocząć robi sobie mikro-drzemki polegające na staniu z otwartymi oczami) sporo chaosu i luzu, a co najważniejsze – potrafi ją rozbawić. Jestem w stanie uwierzyć, że mógł tym podbić jej serce.

„Niedobrani” to komedia romantyczna, ale zgrabnie unikająca wiążących się z tym kolein fabularnych i irytujących schematów. Głównie dlatego, że nie jest to historia o dwójce ludzi wzdychających do siebie i zmuszonych do radzenia sobie w trzecim akcie z jakimś bzdurnym problemem podrzuconym przez scenarzystów, który zazwyczaj dałoby się łatwo rozwiązać, gdyby tylko raczyli ze sobą szczerze porozmawiać i wysłuchać racji drugiej strony. W „Niedobranych” największym twistem jest to, że gdy pojawia się problem to oni naprawdę podejmują dyskusję. I to pomaga w rozwiązaniu problemu. Szokujące odkrycie.

Jednak to jest nie tyle historia romantyczna, co raczej opowieść o dwójce ludzi, którzy dobrze się bawią w swoim towarzystwie i spędzają ze sobą dużo czasu, a jakieś głębsze uczucie pojawiające się pomiędzy nimi wynika z tej relacji w naturalny sposób. A oni tak fajnie się razem bawią. Szczególnie, gdy Fred zabiera Charlotte w tango na miasto i zapoznaje z MDMA, a oczywiście nagle okazuje się, że bohaterka musi awaryjnie przeprowadzić telefoniczną negocjację w sprawie uwolnienia Amerykanina, który wpadł w ręce wroga. Widok naćpanej Theron próbującej zachować profesjonalizm i przytomny umysł (oraz sposób w jaki wybrnęła z tej sytuacji) to komediowe złoto.

I dużo jest w tym filmie takich właśnie scen, oferujących lekki, niewymuszony, bezpretensjonalny humor, który naprawdę bawi i utrzymuje w dobrym nastroju. Nie wspominając o kilku całkiem udanych spostrzeżeniach na temat seksizmu w polityce oraz kondycji współczesnej demokracji i przy okazji wyśmiania błaznów dostających się na szczyt władzy, czego uosobieniem jest filmowy amerykański prezydent, grany przez Boba Odenkirka, który sprawowania władzy uczył się z… wcielania się w prezydenta w popularnym telewizyjnym sitcomie.

Wychwalałem wcześniej łamanie schematów fabularnych, ale nie zrozumcie mnie źle, to wciąż jest dość standardowa komedia romantyczna, idąca jak po sznurku, często przewidywalna, oferująca dość naiwny w wymowie finał, ale naturalność i luz z jakim ekranowy duet przeprowadza nas przez tę historię, ilość udanych żartów, fajnych dialogów, pociesznych postaci drugoplanowych (O’Shea Jackson Jr.!) i pozytywny klimat unoszący się nad tym wszystkim, sprawiają, że ogląda się to z dużą przyjemnością.