wtorek, 21 kwietnia 2015

Child 44 (System) - recenzja


Film już praktycznie został zlinczowany przez zachodnich krytyków. Narodowość odbiorcy jest jednak w tym przypadku nie bez znaczenia i warto nie zrażać się opiniami osób spoza obszaru dawnego Układu Warszawskiego. Nie jest to bynajmniej niedoceniona perełka, o nie, ale doświadczenia historyczne nadają mu dodatkowej wartości, która ucieka widzom urodzonym w krajach angielskojęzycznych. Przede wszystkim jest to ponury obraz miejsca, w którym traumy wojenne, świeża pamięć widma głodowej śmierci, która zabrała za wschodnią granicą tak wiele istnień oraz wieloletnie życie pod batem opresyjnego rządu, wypaczyły społeczne relacje. Filmowy Związek Radziecki zaludniony jest przez ludzi, którzy żyją w strachu, nędzy i paranoi. Patrzą więc na wszystkich wrogo, traktując każdego, jako potencjalnego donosiciela, oprawcę, albo frajera do oskubania. W pewnym stopniu przywołuje to skojarzenie z ponurą poetyką twórczości Smarzowskiego, ale podczas, gdy u Polaka rzeczywistość napędzana jest oparami wódki, tak u Szweda zanurzamy się po prostu w zwykłej biedzie i szarzyźnie sowieckiego krajobrazu.

Daniel Espinosa trochę jednak pogubił się przy budowie filmu, ambitnie sięgnął po zbyt wiele wątków, próbując ugryźć temat od zbyt wielu stron, tak naprawdę nie wgryzając się jednak porządnie od żadnej. Ucierpiał na tym przede wszystkim główny wątek, czyli śledztwa w sprawie seryjnych morderstw dokonywanych na dzieciach. Jest on zaskakująco nudny, pozbawiony klimatu i zwyczajnie nieabsorbujący należycie uwagi. Problem w tym, że sam reżyser nie sprawia wrażenia, jakby specjalnie był zainteresowany intrygą kryminalną. Wątek prowadzony jest chaotycznie, wielokrotnie schodzi na dalszy plan, nieuważny widz może łatwo się w nim pogubić i zostaje zamknięty nieco topornie. W filmie w ogóle można łatwo zgubić rozeznanie, bo wiele elementów historii nie jest wyjaśniane wprost, reżyser wymaga więc od widza skupienia na fabule i kojarzenia faktów, co może być trudne, gdy forma filmu nie zachęca do poświęcania mu należytej uwagi.

"System" jest niestety zbyt długi, chociaż paradoksalnie za krótki na porządne ogarnięcie wszystkich poruszonych wątków. Niejednemu widzowi seans będzie się dłużył, bo film jest nieco topornie ociosany, surowy w formie, nieco męczący roztrzęsioną kamerą i nieostrym obrazem, do tego usypiający ponurą, szarą kolorystyką sowieckiej rzeczywiści. Dzielnie dźwiga go na swoich szerokich barach Tom Hardy, ale chyba jako jedyny włożył w rolę trochę serca, bo pomimo obsady obfitującej w wiele uznanych, bądź dobrze rokujących nazwisk, jako jedyny pozostaje po seansie w pamięci. Cała reszta wykonuje wprawdzie solidną, ale raczej rzemieślniczą, robotę.

Reasumując, za dość dosadny i niecodzienny w amerykańskim kinie obraz stalinowskiej Rosji, warto poświęcić "Systemowi" trochę uwagi, ale nie należy się przy tym nastawiać na trzymający w napięciu thriller, bo niecodzienne realia, w jakich go osadzono, stłamsiły jego sensacyjny potencjał.


0 komentarzy:

Publikowanie komentarza