niedziela, 18 kwietnia 2021

Magnolia - recenzja

 


Pod koniec lat 90. Paul Thomas Anderson znalazł się w bardzo komfortowej sytuacji dla młodego reżysera. Jego drugi pełnometrażowy film w karierze („Boogie Nights”) stał się jednym z gorętszych tytułów roku 1997. I to nie tylko dlatego, że opowiadał o branży porno. Scenariusz Andersona zgarnął nominację do Oscara, z Paulem na lunch nagle chciało się umówić pół Hollywood, Spielberg wydzwaniał żeby wypytać jak zrealizował scenę zrobioną na długim ujęciu, Tom Cruise ściągnął na plan „Oczu szeroko zamkniętych” ich ukochanego Stanleya Kubricka, a New Line Cinema (które chciało się wtedy ścigać ze studiem Miramax w realizacji ambitniejszych produkcji zgarniających poklask krytyków i gremiów nagradzających filmy) oferowało mu „final cuta” jeżeli swój następny film zrobi dla nich. „Final cut”, czyli pełna władza nad finalnym kształtem filmu, a także solidny budżet, sprawiły, że Anderson odłożył na bok plan zrealizowania skromnego „prostego” filmu i zasiadł do pisania „Magnolii”, wielowątkowej, altmanowskiej w duchu, ponad trzygodzinnej, naładowanej dialogami i tragediami historii o cierpieniu, rozgoryczeniu, umieraniu oraz radzeniu sobie z demonami przeszłości. Po latach przyznał, że trochę mu wtedy odbiło i powinien był „Magnolię” przyciąć o jakieś 20 minut. Chociażby z litości dla widowni. 

Do „Magnolii” wracam co kilka lat i zawsze jestem pełen uznania jak bardzo nie odczuwam tych 188 minut. Oczywiście widać, że film jest pewnym popisem młodego reżysera, który dostał wszystkie potrzebne zabawki (budżet, doskonałych aktorów, pełną wolność artystyczną) i postanowił wszystkim pokazać, jak sprawnie potrafi się nimi posługiwać. Sęk w tym, że on naprawdę potrafił się tym posługiwać i nawet jeżeli aktorzy bluzgali pod nosem widząc ciągnące się całymi stronami dialogi, których będą musieli się wyuczyć, to jednocześnie zachwycali się tym, jak zostały one napisane. „Magnolia” stanowiła prężenie kreatywnego mięśnia przez Andersona, ale do cholery facet miał co prężyć. Film nie osuwa się pod swoim ciężarem właśnie dzięki temu, że wsparty jest na solidnych ramionach wybitnego reżysera który panuje nad swoim dziełem, operując optymalną ilością zazębiających się wątków pomiędzy którymi przeskakuje z imponującą precyzją. Nie bez znaczenia jest też empatia z jaką przygląda się swoim postaciom, dzięki czemu niezależnie od tego, komu się w danej chwili przyglądamy, i czy w ogóle lubimy jako osobę, zawsze z zaciekawieniem oglądamy kolejny skrawek jej historii. Idealnie w punkt jest też towarzysząca temu muzyka, szczególnie ta instrumentalna, wybijająca rytmiczne, często nerwowe, tonacje, które nadają energii zarówno tym długim dynamicznym jazdom kamery (nierzadko gwałtownie zmieniającej kierunek ruchu) śledzącej bohaterów filmu, ale również płynnemu przeskakiwaniu pomiędzy wątkami. 

Sekret sukcesu „Magnolii” chyba tkwi najbardziej w tym, że jest to bardzo osobista opowieść. Nie zawsze intencjonalnie. Tom Cruise przez lata nie utrzymywał kontaktu ze swoim ojcem, Thomasem Cruise’em Mapotherem III, którego określał jako tchórzliwego despotę. Zadra pomiędzy nimi była na tyle duża, że Tom odrzucił nazwisko ojca, gdy zaczął już o sobie decydować. Panowie spotkali się dopiero na początku lat 80., gdy Tom dowiedział się, że jego ojciec umiera na raka. Thomas zgodził się na spotkanie z nim pod warunkiem, że Tom nie będzie poruszać tematu ich przeszłości. Nikomu kto oglądał film nie muszę chyba wskazywać palcem na ile jest to zbliżone do wątku Franka granego przez Cruise’a. Anderson nie wiedział jednak o tym wszystkim, gdy proponował mu rolę, bo wątek czerpał głównie z własnych doświadczeń obserwowania śmierci (również spowodowanej rakiem) ojca. „Magnolia” to zbiór fragmentów zaczerpniętych z jego dotychczasowego życia, dorastania w The Valley, w cieniu Los Angeles, u boku ojca pracującego w telewizji, sam zresztą później pracował przy teleturnieju z dziećmi we wczesnych latach 90. („The Quiz Kids Challenge”). Kolejne pomysły, spostrzeżenia, emocje, wypluwał z siebie przy pisaniu scenariusza jak karabin maszynowy. 

Efektem tego jest niesamowity film, jeden z ważniejszych w latach 90., a także w jego imponującej karierze, będący wzorcowym przykładem jak należy opowiadać sążniste wielowątkowe historie z gwiazdorską obsadą.

niedziela, 21 marca 2021

Zack Snyder's Justice League - recenzja




Filmowemu uniwersum DC od Zacka Snydera z całą pewnością nie można zarzucić braku reżyserskiej wizji. Problem w tym, że jest to wizja gościa który podchodzi do tematyki superbohaterskiej z taką powagą i strasznym napinaniem się na bycie „dojrzałym twórcą”, że niezamierzenie staje się przez to zabawny. Cała narracja jaką zbudował wokół swoich filmów z uniwersum DC, a już zwłaszcza „Justice League”, świadczy o tym, że facet nie rozumie gdzie przebiega granica między poważną, mroczną opowieścią dla „dorosłych”, a pretensjonalnym, kiczowatym mrokiem. Nie uwzględnił w tym równaniu też faktu, że wciśnięci w taki świat kolorowi trykociarze z automatu będą sabotować taką „dojrzałą” wizję. Niezależnie od tego, jak bardzo wyprany z kolorów, radości oraz luzu, będzie sam film, to gość strzelający laserem z oczu w typa wyglądającego jak kilkunastoletnia semestralna praca zaliczeniowa studenta polibudy, wciąż będzie tylko postacią z medium wymagającego wejścia przez odbiorcę w jakąś (nieco infantylną) konwencję. Nie oznacza to, że nie można w ramach tej konwencji opowiedzieć „dojrzałej” historii, a nawet skręcić w kierunku realizmu, ale gdy podejdzie się do tego ze zbyt wielkim kijem w tyłku, próbując na każdym kroku pokazywać, jak bardzo „dorosła” jest to opowieść, to efektem tego najpewniej będzie niezamierzona parodia.


„Justice League” jest dla mnie taką parodią. Filmem, który próbuję coś udowodnić zbyt mocno i potyka się o wygórowane ambicje reżysera. Zaowocowało to czterogodzinną, rozlazłą, szaroburą, wypchaną pociesznym patosem, tandetnym efekciarstwem (mam bardziej na myśli te gromkopierdne sceny w slow-mo, jak superbohaterską rozwałkę, która sprawia jakąś tam satysfakcję) i dyskusyjnymi wyborami muzycznymi, przestrogą, jak nie należy podchodzić do robienia opowieści o komputerowej pokrace z kosmosu próbującej podbić Ziemię. Rozumiał to Joss Whedon, który próbował do tej historii wrzucić więcej luzu, humoru, nadziei i kolorów. Nie wyszło, bo efektem był pokraczny twór Frankensteina: chaotyczny, nie trzymający się kupy, rozbity stylistycznie, nieciekawy produkcyjniak. Jedyne co Whedonowi prawie się tam udało to skierowanie Supermana na właściwie tory, uczynienie z niego symbolu dobra, jaki znamy z popkultury, i przywrócenie tej postaci cieplejszych barw. Na tym przykładzie najlepiej widać różnice pomiędzy jego wizją kina superbohaterskiego, a tym co robi Snyder, który wrzuca tutaj Supermana w czarny, praktycznie żałobny, strój, obdarza grymasem oraz okrutnym usposobieniem i nie sprawia wrażenia, jakby to była tylko przejściowa „faza” wizerunkowa.


Whedon jest jednak największym przegranym po premierze wersji Snydera. Patrząc na dokręcony przez Jossa materiał widać wyraźnie jak bardzo „problematyczne” jest jego podejście do prezentowania heroin na ekranie. Widać te wszystkie dorzucone ujęcia tyłka Gal Gadot, sceny z Flashem lądującym twarzą w jej biuście (a raczej dublerki, bo aktorka odmówiła zagrania tego) oraz ciągłego, bezczelnego, zerkania kamerą pod jej skąpą sukienkę. Gdy dorzucić do tego różne wspomnienia z planu dokrętek „Justice League” dotyczące jego toksycznych zachowań, jak i tego, co ostatnio dowiedzieliśmy się o nim z czasów realizacji serialów „Buffy” i „Angel”, no to czasy idealizowania jego osoby już oficjalnie się skończyły (chociaż to już raczej tylko dopełnienie kilkuletniego procesu, bo Joss ma więcej grzechów na sumieniu).


Abstrahując jednak od tego, wersja Snydera jest niewątpliwie lepszym filmem, bo przynajmniej stanowi spójną wizję. Wprawdzie nie przemówiła do mnie z powodów podanych wyżej, ale głównie pozytywny odbiór filmu pokazuje, że większość widzów przyjęło ją z otwartymi ramionami. Co mi się natomiast spodobało u Snydera to fakt, że historia w niektórych miejscach zaczęła mieć trochę więcej sensu, a postaci nabrały nieco głębi. Szczególnie Cyborg i Steppenwolf, który wygląda chyba jeszcze bardziej tragicznie, jak te kilka lat temu, ale przynajmniej teraz ma sensowne motywacje i nie jest już tylko kupką brzydkich pikseli teleportujących się po kolejne MacGuffiny. Czterogodzinna forma stanowi pewne wyzwanie, zwłaszcza, że nie brakuje niepotrzebnych scen i żenujących momentów, które powinny były wypaść przy montażu, a cały długi epilog jest zdecydowanie pomysłem bardzo chybionym. Gdy jednak Snyder bierze się za to, co potrafi najlepiej, czyli efektowną rozpierduchę, no to wtedy można odsunąć na bok wewnętrznego marudę i cieszyć się razem z reżyserem, który chyba kocha tych swoich umięśnionych trykociarzy, ale trochę za bardzo chce udowodnić, że to banda bardzo poważnych postaci.

niedziela, 7 lutego 2021

Hunger (Głód) - recenzja

 


Powtórzyłem sobie wczoraj „Hunger” Steve’a McQueena. Ostatni raz widziałem prawie jedenaście lat temu na Nowych Horyzontach, gdy był już osławiony zdobytą dwa miesiące wcześniej w Cannes nagrodą za najlepszy debiut. Wróciłem do niego teraz, bo ciągnęło mnie do tej powtórki od dawna, ale ostatecznie zostałem do tego zainspirowany niedawnym seansem antologii „Small Axe”. Zobaczywszy to dzieło twórcy niewątpliwie doświadczonego, z wyrobionym już stylem, nazwiskiem i Oscarem na koncie, zachciałem wrócić do początku jego drogi artystycznej, żeby nie tylko zobaczyć, jak wyrabiał się jego talent, ale też zrewidować własny dawny zachwyt.


„Hunger” podarował kinomanom tak naprawdę nie jedno, ale dwa istotne nazwiska, które przez następną dekadę miały rosnąć w siłę na filmowej arenie. Wspomniany McQueen już w debiutanckiej produkcji pokazał, że potrafi budować klimat i konstruować sceny dające po czerepie, które jeszcze długo po seansie kołatają się pod czaszką odbiorcy. W porównaniu do jego późniejszych filmów „Hunger” jest jednak dziełem bardziej wymagającym, surowszym w formie, niewątpliwie artystycznym, „festiwalowym”, opartym na długich ujęciach pozbawionych dialogów. Jest to zarazem slow cinema w formie do której łatwo się zaadaptować, bo hipnotyzującej obrazem, nastrojem i tym, co pokazuje, ale zdecydowanie nie każdemu to przypadnie do gustu.


Drugą osobowością świata kina, która narodziła się na planie „Hunger” jest oczywiście Michael Fassbender. Nie był to jego debiut aktorski, już siedem lat wcześniej mogliśmy go oglądać w doskonałej „Kompanii braci”, a dwa lata wcześniej w „300” Zacka Snydera. Jednak to „Hunger” był tym filmem, który pokazał, że karierze tego trzydziestokilkuletniego aktora zdecydowanie warto zacząć się przyglądać. Fassbender pokazał tam, że jest gotów na bardzo wiele dla dobrej roli. Wcielając się w autentyczną postać irlandzkiego terrorysty, który w ramach protestu zagłodził się na śmierć w brytyjskim więzieniu, aktor wiedział, że będzie musiał schudnąć. I to dużo. Zrzucił w sumie 19 kilogramów, kończąc na wadze 58, dokładnie tej samej, którą prawdziwy Bobby Sands zapisał w ostatnim wpisie w swoim dzienniku.


„Hunger” to jednak nie tylko szokująca transformacja fizyczna, ale też długie tygodnie przygotowań do imponującej kilkunastominutowej sceny rozmowy Bobby’ego z księdzem nakręconej na długim ujęciu. McQueen przez większość filmu stawia raczej na obraz, a nie słowa, ale gdy już pozwala się bohaterowi wygadać to zrzuca na barki aktorów dosłownie ścianę tekstu. Fassbender żeby sprostać temu zadaniu pojawił się w Belfaście na miesiąc przed startem zdjęć do filmu, żeby w wynajętym mieszkaniu całymi dniami ćwiczyć samotnie wspomnianą scenę. Nieco później wprowadził się do niego Liam Cunningham, towarzyszący mu na ekranie, z którym po dziesięć godzin dziennie trenował całą rozmowę. Gdy później usiedli na planie przed odpaloną kamerą to znali już na pamięć każde słowo i grymas. Cholernie to przykre, że tak doskonale się zapowiadająca aktorska kariera w ostatnich latach skręciła w kierunku jednego z największych rozczarowań. Mam nadzieję, że Michael się w końcu ogarnie w tej dekadzie i zacznie sobie dobierać role na miarę swojego potencjału.


Wracając jednak do filmu. Jak wspomniałem już wcześniej, McQueen ma talent do tworzenia obrazów, które zostają z widzem na dłużej. Jak chociażby długa scena zmywania szczochów z podłogi, które Irlandczycy wylewają ze swoich cel. Rozpadające się ciało głównego bohatera. Zdarte do krwi kłykcie strażnika więziennego, rodzące liczne pytania w głowie odbiorcy, na które zresztą film odpowiada. Ściany wysmarowane gównem. Jest to bardzo cielesny film, bardzo ludzki, skupiony na tym, jak można wykorzystywać funkcje swojego organizmu przy walce z systemem, nie uciekający wstydliwie od skutków tych działań. Uwieńczeniem tego jest tytułowy głód, czyli powolne umieranie głównego bohatera biorącego udział w proteście głodowym, co zostaje pokazane ze wszystkimi okrutnymi, bardzo nieprzyjemnymi dla oczu, szczegółami takiej śmierci.


Mocne kino, kiedyś bardziej dawało mi po głowie, bo mniej innych filmów w niej siedziało, ale wciąż doceniam to, czego zdołał dokonać młody reżyser w swoim debiutanckim dziele.

poniedziałek, 25 stycznia 2021

10 najlepszych seriali w roku 2020

 


2020 nie był zbyt dobrym rokiem dla ludzkości. Niespecjalnie był też udany dla kinomanów (jeszcze do tego wrócę któregoś dnia). Nie mogli natomiast narzekać odbiorcy seriali.


Zanim przejdę do listy ulubionych zeszłorocznych seriali powinienem napisać o tym, czego jeszcze nie widziałem, a wydaje mi się, że mogłoby trafić do mojej pierwszej dziesiątki. Po pierwsze, „Devs”, czyli nowe dzieło Alexa Garlanda. Garland jeszcze niczym mnie nie rozczarował odkąd przeskoczył z roli scenarzysty do pozycji reżysera pracującego na swoich tekstach. „Dredd” (nieoficjalny debiut, bo przyklepanym reżyserem był ktoś inny, ale podobno to Alex tak naprawdę zrobił ten film), „Ex Machina”, „Annihilation”, wszystko to mógłbym zaliczyć do jednych z najciekawszych filmów sci-fi ubiegłej dekady. „Devs” zbierało mieszane opinie, sam długo zwlekałem z obejrzeniem go, ale w weekend w końcu się zabrałem za niego i po zobaczeniu dwóch odcinków mogę powiedzieć, że zdecydowanie chcę więcej. Na czwarty sezon „Fargo” przyszło nam trochę poczekać, i chociaż już miał premierę w amerykańskiej telewizji, to niestety wciąż nie jest nigdzie legalnie dostępny zarówno w Polsce, jak i w Anglii. No cóż, poczekam sobie na niego jeszcze trochę. Oprócz tego jestem dopiero w trakcie nadrabiania drugiego sezonu „The Crown”, wciąż nie zebrałem się jeszcze za pierwsze sezony „Dark” i „Ozark”, a zatem żaden z najnowszych sezonów tych seriali nie mógł się znaleźć na mojej liście. Na celowniku mam też seriale „Betty” i „I may destroy you”, ale to tytuły na kiedyś tam.


Co widziałem, spodobało się, ale nie zmieściło się na listę: The New Pope, The Third Day, Gangs of London, The Mandalorian: Season 2.

 


11. What We Do in the Shadows: Season 2


„What We Do in the Shadows” to półgodzinne dawki dobrego nastroju. Nienachalny humor, zabawne pomysły, pocieszna zbieranina postaci, a do tego najlepsza serialowa piosenka tytułowa ostatnich lat. To taki trochę bonusowy punkt na granicy właściwej listy, bo dopiero teraz się zabrałem za drugi sezon, ale chciałem zasygnalizować istnienie tego pociesznego serialu komediowego.


 


10. The Umbrella Academy: Season 2


Znacząca poprawa względem pierwszego sezonu. Drugi zaczyna się od solidnego apokaliptycznego pieprznięcia w pierwszych minutach i scenarzyści już praktycznie do samego końca nie tracą zainteresowania odbiorcy. Zagrało tu praktycznie wszystko. Przeniesienie bohaterów do lat 60. zostało rozegrane wzorcowo, prawie każdy ma tutaj co robić i wiąże się z tym coś ciekawego, a klimat serialu idealnie pasują do tego okresu. Twórcy podchodzą do historii bez nadęcia i powagi, co owocuje produkcją wariacką w przyjemny sposób, bo potrafiącą wrzucić do opowieści postać z gadającą złotą rybką w akwarium umieszczonym w miejscu głowy, ale też zgrabnie operować subtelniejszym humorem w relacjach pomiędzy postaciami które iskrzą. Wykonano tutaj kawał dobrej roboty w rozkręceniu produkcji z potencjałem w coś autentycznie fajnego, a zajawka trzeciego sezonu jest na tyle obiecująca, że chciałbym zobaczyć go jak najszybciej. 

 



9. We Are Who We Are


Luca Guadagnino pozazdrościł Samowi Levinsonowi i zrealizował własny serial o nastolatkach poszukujących tożsamości seksualnej i swojego miejsca na świecie. Z „Euforią” łączy ten projekt jednak głównie autorski stempel, bo oba seriale są dziełami w których odczuwalna jest osoba głównego twórcy spinającego całość w konsekwentnym kluczu audiowizualnym. 50-letni Luca nie próbuje jednak udawać, że rozumie dzisiejszych młodych ludzi wychowanych w erze mediów społecznościowych równie dobrze, co trzydziestokilkuletni Sam. Osadza więc historię w świecie sprzed kilku lat, u progu prezydentury Donalda Trumpa, mniej uwagi poświęcając technologii, a więcej emocjom targającym młodzieżą wychowaną w bazie wojskowej położonej na skąpanym w słońcu włoskim wybrzeżu. W serial wchodziłem powoli, zajęło mi dobre kilka odcinków zanim w pełni zrozumiałem relację pomiędzy parą głównych bohaterów, ale było to ciekawe doświadczenie, pełne wielu znakomitych scen, aczkolwiek polubienie głównego bohatera było niełatwym zadaniem przez to jak został napisany i zagrany.

 

 


8. Small Axe


„Small Axe” ucieka łatwemu zaszufladkowaniu. Można go znaleźć na wielu listach najlepszych seriali roku 2020, ale jednocześnie niektóre z pięciu zawartych opowieści trafiło na niejedną listę najlepszych filmów ubiegłego roku. Autor projektu, Steve McQueen, który odżegnuje się od seriali telewizyjnych, powiedziałby pewnie, że to po prostu antologia pięciu historii opisujących życie karaibskich imigrantów w Londynie z lat 70. i 80. Będzie to chyba najuczciwsze postawienie sprawy, bo wszystkie odsłony niewiele ze sobą łączy, rozrzucone w czasie i różnych częściach miasta, opowiedziane w niejednolitym stylu wizualnym (kamera cyfrowa, ale też taśmy filmowe: 16 i 35 mm) dzielą ze sobą jedno – oskarżycielski palec wymierzony w brytyjskie społeczeństwo i systemowy rasizm Anglii tamtego okresu. Ciekawy portret pewnej epoki, różnych odcieni tego samego miasta, a także pewnej konkretnej społeczności, jakże różnej pod wieloma względami, a jednocześnie połączonej odbijaniem się od tej samej ściany zbudowanej z uprzedzeń, wrogości i rasizmu. 

 

 


7. Des


Jeżeli odczuwacie pustkę po „Mindhunterze”, a nie widzieliście jeszcze „Desa”, no to koniecznie musicie sięgnąć po ten bardzo krótki brytyjski serial. Tytułowy Des wydaje się być najmniej „filmowym” seryjnym mordercą w historii gatunku. Już w pierwszych minutach zostaje złapany przez policję i bez wahania wykłada swoje karty na stół, ochoczo odpowiada na pytania śledczych, chętnie podsuwa im tropy i wydaje się być równie zainteresowany odkryciem źródła swoich morderczych zapędów, co osoby, które go schwytały. David Tennant daje tu kolejny popis niewątpliwego talentu, ale tym razem pohamowuje nieco swój ekstrawertyczny i ekscentryczny styl (co nie znaczy, że w ogóle nie korzysta z tych aktorskich narzędzi) na rzecz stonowanej kreacji, co w efekcie przekłada się na autentycznie niepokojącą, choć bardzo fascynującą, postać. Jeżeli lubicie się zanurzyć w głębiny mroków ludzkiej natury, no to Des będzie dobrych druhem do takiej podróży.

 

 


6. BoJack Horseman: Season 6


Czyli tak w zasadzie druga połowa finałowego sezonu. „BoJack Horseman” stale poszukiwał nowych formuł na opowiedzenie widzowi czegoś ciekawego. Wielokrotnie efektem tego był niemały zachwyt nad jakimś pomysłowym odcinkiem, błyskotliwą zabawą strukturą fabularną albo zgrabnym kombinowaniem jak pokazywać różne schematyczne wątki w „świeży” sposób. Dorzucić jeszcze należy stałe pogrywanie sobie założeniami przedstawionego świata i zachowaniami zamieszkujących go istot oraz (nierzadko brutalnie złośliwymi) odniesieniami do prawdziwego Hollywood. Spędziłem z tym serialem kilka lat, często gubiąc z nim kontakt na wiele miesięcy, ale cieszę się, że zawsze do niego wracałem, bo dzięki temu zobaczyłem coś bardzo dobrego. „BoJack Horseman” pozostawia po sobie sporo mentalnych blizn, ale można z nich wyciągnąć sporo konstruktywnych myśli i zachowań. 

 

 


5. The Queen’s Gambit

 

Netflix sprezentował nam w październiku idealny serial do wyłączenia się na kilka godzin od tego, co się działo na polskich ulicach. Serial błyskawicznie stał się fenomenem na całym świecie. Co było pewnym zaskoczeniem, bo kto by przypuszczał tydzień wcześniej, że tyle emocji i radochy może dać kilkugodzinny serial o szachistach. Nie było natomiast dla mnie zaskoczeniem, że jest to tak dobre, bo Scott Frank miał u mnie spory kredyt zaufania za serial „Godless” oraz scenariusz „Logana”. Dorzucić do tego Anyę Taylor-Joy (no i Dorocińskiego) i wiedziałem od samego początku, że to będzie tytuł do zobaczenia w premierowym tygodniu. Nie przypuszczałem natomiast, że podobnie uczyni większość posiadaczy Netfliksa. Ciężko się jednak temu dziwić, bo serial wciągał niemiłosiernie, był dobrze napisany i zagrany, zarażał przy okazji miłością do szachów, co prędko się rozeszło po social mediach.



4. Better Call Saul: Season 5


Można dyskutować, czy „Better Call Saul” jest serialem lepszym od „Breaking Bad”, równym mu, czy też dalej pozostające w cieniu wielkiego brata. Spokojnie można jednak powiedzieć, że to najlepszy spin-off w historii telewizji i jeden z najlepszych aktualnie nadawanych seriali. Zarazem jeden z najbardziej ekscytujących pod względem wizualnym. Nie przestaje mnie zachwycać jak przepięknie został nakręcony. Widać, że przy każdym odcinku poświęca się bardzo dużo czasu na estetyczne i pomysłowe komponowanie kadrów oraz wyszukiwanie niebanalnych ustawień kamery. Średnio raz na dziesięć minut miałem ochotę przybić piątkę autorowi zdjęć. Od strony fabularnej oczywiście niezmiennie dostarcza się tutaj produkt najwyższej klasy, a postać Kim jest wystarczającym powodem żeby rzucić wszystko, jak tylko pojawia się kolejny sezon. No i Mike, gdyby Mike’a kiedyś nie stworzono to świat telewizji byłby teraz o wiele gorszym miejscem.

 



3. The Boys: Season 2


„The Boys” wykonał podobne zadanie, co „The Queen’s Gambit”, ale w nieco innym stylu. Oba seriale to czysta radość z oglądania świetnie wykonanego produktu rozrywkowego, który pozwala rozsiąść się przed ekranem i zapomnieć o świecie na zewnątrz. „The Boys” to już jednak jazda bez trzymanki: krwawa, wulgarna, przesycona seksem, przemocą i obscenicznością, a jednocześnie wciągająca fabularnie i zaludniona zgrabnie napisanymi postaciami. Widać, że twórcy robią wszystko, co tylko możliwe, żeby ciągle czymś szokować i zaskakiwać swoich odbiorców, ale robią to z takim wdziękiem i polotem, choć czasem w nieco gówniarskim stylu, że można im tylko przyklasnąć.

 

 



2. The Last Dance


Twórcy „The Last Dance” genialnie sobie radzą ze sztuką ściągania pełnej uwagi odbiorcy. Serial sprawia wrażenie emocjonującego thrillera, rzuca „przynęty” w ostatnich sekundach odcinków, praktycznie cliffhangerowe w swej naturze, które zachęcają do oglądania pierwszych minut kolejnych odcinków, a pierwsze minuty tychże, nasycone emocjami i zapowiedzią kolejnych ciekawych opowieści, robią jeszcze większy smak na kontynuowanie seansu. Nawet krótka czołówka, nasycona sensacyjnymi cytatami oraz dramatyczną muzyką, składa obietnicę wieczoru spędzonego na skraju fotela. I dlatego łatwo pozostać głuchym na słowa krytyków, którzy wytykają, że może Michael Jordan jednak nie powinien być producentem dokumentu o sobie. I może rzeczywiście zbyt dużo miejsca poświęcono tutaj jego osobie. I zbyt łatwo wybacza się mu różne grzechy. Siedząc jednak na skraju fotela, oglądając z wypiekami historię Chicago Bulls, chłonąc obrazki z kolejnych niesamowitych akcji na boisku, przypominając sobie o tym, dlaczego kiedyś się kochało oglądać mecze NBA, jednocześnie obiecując sobie, że spróbuje się powrócić do śledzenia tego sportu, raczej nie myśli się o tym, czy uwaga twórców została sprawiedliwie rozłożona. Myśli się natomiast, jak cudownie opowiadają o tym, co postanowili nam pokazać. 

 

 

 


1. Normal People


Nie zajęło zbyt długo żeby adaptacja bestsellerowej książki Sally Rooney podbiła moje serce. Jakieś kilkanaście minut pierwszego odcinka i byłem już kupiony. Historia związku Connella i Marianne to opowieść o wzlotach i upadkach, ale głównie o tych drugich, a tak naprawdę to o okresach pomiędzy. Cała siła „Normal People” tkwi w tym, jak pierwszorzędnie zostało to napisane, odegrane i zrealizowane. Historia podbija serce swoją szczerością i wnikliwością w opowiadaniu o relacjach ludzkich. Kolejne rozstania, powroty, ale też inne związki pomiędzy, zawsze wypadają naturalnie. Nie ma tutaj krzykliwych emocjonalnie scen i wielkich dramatów, jest natomiast jakaś prawda o życiu i szczerość w opowiadaniu o związkach. Od „Normal People” ciężko się oderwać, bo widza interesuje równie mocno oboje bohaterów i autentycznie kibicuje się ich związkowi który wydaje się być zrodzony trochę wbrew logice, a jednocześnie oparty jest na tak ogromnej wzajemnej chemii, przywiązaniu i pożądaniu, ale też ciekawości tego, co druga strona ma do powiedzenia, że nietrudno zrozumieć dlaczego bohaterowie ciągle do siebie wracają.





niedziela, 10 stycznia 2021

Small Axe (Mały topór) - recenzja


 


„Small Axe” ucieka łatwemu zaszufladkowaniu. Można go znaleźć na wielu listach najlepszych seriali roku 2020, ale jednocześnie niektóre (z pięciu) opowieści składających się na niego trafiło na niejedną listę najlepszych filmów ubiegłego roku. Autor projektu, Steve McQueen, który odżegnuje się od seriali telewizyjnych, powiedziałby pewnie, że to po prostu antologia pięciu historii opisujących życie karaibskich imigrantów w Londynie z lat 70. i 80. Będzie to chyba najuczciwsze postawienie sprawy, bo wszystkie odsłony niewiele ze sobą łączy, rozrzucone w czasie i różnych częściach miasta, opowiedziane w niejednolitym stylu wizualnym (kamera cyfrowa, ale też taśmy filmowe: 16 i 35 mm) dzielą ze sobą jedno – oskarżycielski palec wymierzony w brytyjskie społeczeństwo i systemowy rasizm Anglii tamtego okresu.


Steve’owi McQueenowi zajęło dekadę by pomysł na „Small Axe” przeobraził się w coś konkretnego, ale tak naprawdę ten projekt dojrzewał w nim od 50 lat. Urodzony w Londynie, będący dzieckiem karaibskich imigrantów, doświadczał rasizmu i niechęci ze strony białych Brytyjczyków, ale też wspólnotowego dzielenia się różnymi radosnymi momentami i walki o godne życie, przez całą młodość. Antologia jest zbiorem historii prawdziwych ludzi, kolekcją wspomnień McQueena i jego rodziny, a nawet biograficznymi fabułami. Poszczególne „odcinki” różnią się od siebie znacząco, jest dwugodzinny dramat sądowy, godzinna historia o niesprawiedliwym systemie edukacyjnym, ale też bardzo długa impreza w jamajskich rytmach. Szczególnie to ostatnie, czyli „Lovers Rock”, jest cholernie efektywne w podbijaniu serc odbiorców. Oparte na szczątkowej fabule skupia się na oddaniu piękna radosnej domówki czarnej społeczności bujającej się w rytmach reggae, soulu i przebojów disco. Długie ujęcia kamery krążącej wśród rozbawionego tłumu ludzi pozwalają zapomnieć na kilkadziesiąt minut o świecie i zanurzyć się w hipnotyzujących rytmach oraz poczuć energię tłumu, która bywa figlarna i radosna, ale też sensualna i pełna seksualnego napięcia. W roku, który był wypełniony kolejnymi nieodbytymi imprezami w prawdziwym życiu, McQueen zabrał widzów na najlepszą domówkę 2020.


„Lovers Rock” to emocje i wibracje, ale jeżeli chodzi o wartości poznawcze to najciekawszą wydała mi się historia wieńcząca „Small Axe” (tytuł jest nawiązaniem do piosenki Boba Marleya, która natomiast odnosiła się do przysłowia: „jeżeli jesteś wielkim drzewem, my jesteśmy małym toporem”), czyli „Education”, opowiadające o młodym chłopcu z dysleksją który zostaje przeniesiony do „klasy specjalnej” gdzie nie ma już szans na otrzymanie przyzwoitej edukacji. Nieprzypadkowo tak zaciekawia, ale też trafia w odpowiednie emocje, bo jest to poniekąd historia samego McQueena, którego niezdiagnozowana dysleksja, kolor skóry i opaska na oku (Steve miał „leniwe oko”) sprawiały, że był niedoceniany przez cały okres edukacji i odsyłany do klas skupionych na produkowaniu klasy robotniczej.


Warto sięgnąć po „Small Axe”, bo to ciekawy portret pewnej epoki, różnych odcieni tego samego miasta, a także pewnej konkretnej społeczności, jakże różnej pod wieloma względami, a jednocześnie niestety połączonej odbijaniem się od tej samej ściany zbudowanej z uprzedzeń, wrogości i rasizmu.

niedziela, 3 stycznia 2021

Normal People (Normalni ludzie) - recenzja

 


Nie zajęło zbyt długo żeby adaptacja bestsellerowej książki Sally Rooney podbiła moje serce. Jakieś kilkanaście minut pierwszego odcinka i byłem już kupiony. „Norman People” zaczyna się w okresie szkoły średniej, gdy narodziło się uczucie pomiędzy dwójką głównych bohaterów. Jest to zaledwie przygrywka przed właściwą drogą zabierającą widza w podróż przez okres ich studiów i tego, co następuje później, ale te pierwsze nastoletnie doświadczenia, ukradkowe spojrzenia, pierwsze rozmowy o życiu i sztuce, wczesne pocałunki, orgazmy i ekstazy, ale też rozczarowania sobą nawzajem, rzutują na kolejne lata znajomości Connella (Paul Mescal) i Marianne (Daisy Edgar-Jones). „Normal People” to historia pary, która byłaby dla siebie wprost stworzona, gdyby tylko nie wchodziły ciągle w drogę ich różne neurozy, depresje, traumy rodzinne, zahamowania psychiczne i kompleksy.


Historia związku Connella i Marianne to opowieść o wzlotach i upadkach, ale głównie o tych drugich, a tak naprawdę to o okresach pomiędzy. On ma poważne problemy z wyrażaniem uczuć, nie potrafi się otwierać na innych ludzi i jasno wyrażać swoich emocji, a do tego cechuje się postawą koniunkturalną, trochę wychodzi to z niechęci do „wychylania się”, a trochę (bardziej) z gówniarskiej obawy o utracenie swojej pozycji społecznej. Ona jest pozornie bezkompromisowa, ale wewnętrznie przetrącona emocjonalnie tym, jak reagują na nią wszyscy rówieśnicy, a także niezdrową (wręcz patologiczną) relacją z oziębłą matką i pełnym pogardliwej agresji bratem. On będzie ciągle sabotować ich relację swoją trudną osobowością. Ona będzie się godzić na upokarzające podstawy większości jej związków z mężczyznami, bo uważa, że nie zasługuje na nic lepszego.

 



Cała siła „Normal People” tkwi w tym, jak pierwszorzędnie zostało to napisane, odegrane i zrealizowane. Historia podbija serce swoją szczerością i wnikliwością w opowiadaniu o relacjach ludzkich. Kolejne rozstania, powroty, ale też inne związki pomiędzy, zawsze wypadają naturalnie. Nie ma tutaj krzykliwych emocjonalnie scen i wielkich dramatów, jest natomiast jakaś prawda o życiu i szczerość w opowiadaniu o związkach. Możemy często nie rozumieć zachowań bohaterów, dziwić się temu, jak łatwo czasem odpuszczają walkę o siebie i jak głupio sabotują swoje szczęście, ale czyni to ich historię tym prawdziwszą, bo wady postaci czynią ich tylko prawdziwymi ludźmi jakich mogliśmy kiedyś poznać. Rozpisanie tego na dwanaście półgodzinnych odcinków daje tej relacji odetchnąć pełną piersią. Pozwala zanurzyć się w tych pięknych chwilach romantycznych uniesień na odpowiednio długo, żeby poczuć wraz z bohaterami ich miłość, ale też obserwować z brzegu wszystko to, co wydarza się pomiędzy, wystarczająco długo, żeby zrozumieć ewolucję jaką przechodzą postaci i wyniesione przez nich lekcje. Jest to bardzo zmyślnie opowiedziane, często jednym cięciem montażowym, albo sceną, mówi się wszystko, co potrzebne widzowi, bez niepotrzebnego nabijania metrażu. Całe tygodnie, albo miesiące, z życia bohaterów potrafią paść „ofiarą” takiego cięcia montażowego, a jednocześnie wszystko jest jasne dla widza, bo nowe realia w jakie zostaje wrzucony w naturalny sposób wynikają z tego, co widział wcześniej. Zazwyczaj spotyka to poboczne postacie, zwłaszcza partnerów i partnerki głównych bohaterów, którzy często znikają z ich żyć poza kamerą, co tylko podkreśla, że tutaj liczy się tylko Connell i Marianne, a wszystko inne służy jedynie pokazania ewolucji ich relacji.


Od „Normal People” tak ciężko się oderwać, bo widza interesuje równie mocno oboje bohaterów i autentycznie kibicuje się ich związkowi który wydaje się być zrodzony trochę wbrew logice, a jednocześnie oparty na tak ogromnej wzajemnej chemii, przywiązaniu i pożądaniu, ale też ciekawości tego, co druga strona ma do powiedzenia, że nie trudno zrozumieć dlaczego ciągle do siebie wracają. Pozostaje tylko trzymać kciuki żeby niczym Jesse i Celine z kultowej trylogii Richarda Linklatera powrócili do nas kiedyś też Connell i Marianne, bogatsi o dekadę kolejnych doświadczeń, już w zupełnie innym punkcie życia, ale wciąż przyciągani do siebie jakąś magiczną siłą.