niedziela, 21 sierpnia 2022

Dragon Ball Super: Super Hero - recenzja

 


Przygodę z anime „Dragon Ball” zakończyłem jakieś kilkanaście lat temu z finałem „Dragon Ball GT”. Z pewnym sceptycyzmem podchodziłem więc do perspektywy wybrania się do kina na pełnometrażowego „Dragon Ball Super: Super Hero”. Kiedyś lubiłem tę markę, nawet bardzo, przez długi czas elementem rutyny każdego dnia było oglądanie kolejnych odcinków w telewizji, zaraz po szkole, o czym później dyskutowało się z kolegą. Natomiast mangę to już pod koniec kupowałem trochę z przyzwyczajenia, bo jakieś 20 ostatnich tomów zapamiętałem jako pozbawione emocji przekartkowywanie się przez dziesiątki stron pełnych napieprzających się, wrzeszczących gości. 

Gdy wspominam anime i mangę to cieplej myślę o tym ich początkowym etapie, gdy to była jeszcze opowieść przygodowa o zbieraniu tytułowych kul, czy też ekscytujących starciach turniejowych, a nie o waleniu się po mordzie dwóch koksów przez 34 odcinki. Sercem „Dragon Balla” były więc dla mnie relacje pomiędzy postaciami i ciągła ewolucja oraz samodoskonalenie się poprzez ciężką pracę. Jeżeli coś w tym anime najbardziej mi imponowało to właśnie ciągłe podkreślanie, że nie ma drogi na skróty, jeżeli chcesz być najlepszy i móc stanąć do boju z najsilniejszymi przeciwnikami to musisz przez długi czas zasuwać jak wół, najczęściej w jakichś ekstremalnych warunkach, doprowadzając do perfekcji swoje ciało oraz umiejętności w wykorzystywaniu go, a potem szukać nowych technik żeby stać się jeszcze lepszym. Późniejsze starcia oferowały satysfakcję ze spijania śmietanki, gdy cały ten zapierdziel owocował przeskakiwaniem fizycznych i mentalnych granic na polu bitwy, ale problem był w tym, że te z czasem zaczynały być coraz bardziej rozdęte i rozciągnięte, co wtedy mnie jeszcze bawiło, a dziś raczej szybko zakończyłoby moją przygodę z tym anime. 

 I tu wracamy do „Dragon Ball Super: Super Hero”. Czy po takiej długiej przerwie byłem w stanie się dobrze na tym bawić? Tak! 

Nowy pełnometrażowy film z uniwersum oferuje na wstępie pewnego rodzaju streszczenie dotychczasowej historii, ale niech to nikogo nie zwiedzie, nie jest to produkcja przyjazna nowym odbiorcom. Stoi przecież za tym kilkadziesiąt lat istnienia marki. Liczba postaci i powiązań pomiędzy nimi potrafi być przytłaczająca, a twórcy nie uciekają od ciągłych nawiązań do dawnych historii. Nie wszystko już pamiętałem, a późniejszych pełnometrażowych odsłon nie śledziłem, więc sam byłem chwilami nieco zagubiony, ale u swoich podstaw „Dragon Ball Super: Super Hero” jest historią o tych, którzy od dawna byli kośćcem tej serii, więc szybko się w tym odnalazłem. Szczególnie, że historia nie jest specjalnie wymyślna i prowadzi do tego, co zwykle. Napinania mięśni, zbierania ki, walenia do siebie różnymi promieniami, okładania się pięściami i wysadzania wszystkiego wokół w powietrze. 

Z tym że, tym razem wszystko to możemy oglądać na dużym ekranie, pięknie animowane, kolorowe, głośne, syczące oczy. I to robi różnicę, bo odpowiada po latach na dawne marzenie nastoletniego chłopca, który gdybał sobie, siedząc przed ekranem 21’ telewizora kineskopowego, jak cudownie byłoby to kiedyś zobaczyć na dużym ekranie. Czy jest to dość głupawe i niewyszukane anime? No jest. Czy przyjemnie było do tego wrócić po tylu latach i zobaczyć w skondensowanej (100 minut) formie? No tak.

poniedziałek, 15 sierpnia 2022

Everything Everywhere All at Once (Wszystko wszędzie naraz) - recenzja

 


„Wszystko wszędzie naraz” to towar zgodny z opisem. Gdy scenarzyści otwierają w historii drzwi do multiwersum i film automatycznie przeskakuje o trzy biegi wyżej to już do samego końca WSZYSTKO w nim atakuje widza ZEWSZĄD w KAŻDEJ MINUCIE SEANSU. Wcześniej to samo może powiedzieć o swoim życiu główna bohaterka, która jednocześnie musi radzić sobie z prowadzeniem pralni, audytem podatkowym, rozsypującymi się relacjami rodzinnymi i ogólnym rozczarowaniem egzystencją. Wszystko to będzie emocjonalnym kręgosłupem historii, który stale wybija z tej obłąkanej opowieści o równoległych światach i ludzkich losach oraz rozwiązywaniu rodzinnych waści poprzez intensywne wymachiwanie kończynami (love-fu). 

Film duetu Danielów (Dan Kwan i Daniel Scheinert) jest w sumie dość przytłaczający w tym nadmiarze pomysłów, zdarzeń, absurdów, konceptów naukowych oraz filozoficznych, bodźców wizualnych i nawiązań popkulturowych, jakimi stale ciska w kierunku widza, i to naraz. Nie wszystko, co się tutaj pojawia, jest dobrym pomysłem, bo i reżyserzy nie grają bezpiecznie, sięgając po każdy szalony koncept, jaki tylko przyszedł im do głowy, nie bojąc się wyskoczyć z czymś głupawym, wulgarnym, prostackim, co może ujść im płazem, ale może też odrzucić odbiorcę. Daniele liczą pewnie, że nikt nie ma za bardzo czasu do zastanawiania się nad tym, co w filmie zgrzyta, gdy wszystko w nim dzieje się w takim natężeniu i tempie. Jest w tej metodzie jakiś sens, bo „Wszystko wszędzie naraz” to film, z którym można zbłądzić i zabrnąć czasem na mielizny dobrego smaku i słabszych pomysłów, ale to nie przeszkadza, bo po drodze zalicza się podróż przez gąszcz kreatywności, a radość z tworzenia nieokrzesanego kina rozrywkowego bije z każdej sceny. 

 Nie można też nie pochwalić aktorskiego kwartetu znajdującego się w centrum tego filmowego obłędu. Michelle Yeoh w przeszłości sprawdzała się w kinie kopanym, filmach akcji, dramatach, komediach, romansach, a tutaj ma okazję zagrać to wszystko jednocześnie, dając w efekcie prawdziwy aktorski popis. Ke Huy Quan zalicza najlepszy „come back” roku, prawie 40 lat po występach w „Goonies” oraz „Indianie Jonesie i Świątyni Zagłady”, wraca z rolą mieszającą dawny komediowy talent ze szczerością odgrywanych emocji i energią pulsującą z jego osoby w scenach akcji. Jamie Lee Curtis pięknie bawi się monstrualnością swojej postaci, ale też potrafi sięgnąć po przekonującą wrażliwość i ciepło, gdy tego wymaga scenariusz. W końcu, Stephanie Hsu, największe objawienie filmu, równie wiarygodna w roli zwykłej młodej kobiety, zmęczonej toksyczną relacją z matką, jak i barwnej łotrzycy, krzykliwej, charyzmatycznej, nieoczywistej, robiącej wszystko, żeby zagrabić dla siebie jak najwięcej ekranu. 

„Wszystko wszędzie naraz” nie wszystkim przypadnie do gustu, bo wykorzystana forma i obecny w tym humor, należą zdecydowanie do rodzaju tych specyficznych, a już zwłaszcza, nie w każdym momencie, bo jest to film przesycony tyloma bodźcami, że zmęczony umysł zwyczajnie się przegrzeje i wyłączy podczas seansu. Jednocześnie twórcy na tyle bezpardonowo, zadziornie, ale też radośnie, rozrzucają po ekranie te wszystkie szalone koncepty, że łatwo się zauroczyć, albo wręcz zakochać, w tym niesfornym filmie.