środa, 27 grudnia 2023

Babylon (Babilon) - recenzja

 


Zauważyłem, że nawet osoby, którym „Babilon” przypadł do gustu, często kręcą nosem na jego finałowy akt, osadzony w latach 50. Zupełnie nie mogę się pod tym podpisać. Epilog w zasadzie „ustawił” mi ten film, dostroił go i idealnie spuentował ideę za nim stojącą. Wziął długą, szaloną, nieokrzesaną, wielowątkową historię i spiął ją zgrabną klamrą. No bo co tam widzimy? [Jeżeli ktoś jeszcze nie załapał, w tekście będą SPOILERY] Faceta, który załapał się jeszcze na ostatnią falę starego Hollywoodu. Dyskretnego obserwatora, ale też rezolutnego asystenta tego hedonistycznego, ekstrawaganckiego świata, zbudowanego wokół pierwszych fabryk celuloidowych marzeń i zblazowanych gwiazd kina niemego, głodnych ciągłych bodźców. Manny był świadkiem tego, co było dawniej, i beneficjentem tego, co nastąpiło później. Jako jeden z pierwszych dostrzegł potencjał komercyjny drzemiący w kinie dźwiękowym i wybił gwałtownie do góry na fali drastycznych zmian jakie wstrząsnęły ówczesnym Hollywood. 

 „Babilon” jest historią zmierzchu starego świata, ale też świtu czegoś nowego, zbudowanego na gruzach byłego porządku. Jeżeli mamy gruzy to oczywiście są też ofiary, a tymi są wszyscy, którzy nie potrafili, bądź nie chcieli, zaadaptować się do nowego Hollywoodu. Zanim jednak przyjdzie rozliczenie, najpierw musi zajść proces czerpania i wydawania, a Damien Chazelle wie, jak pokazać eksces, zarówno w pracy, jak i podczas bawienia się. Pierwsze kilkadziesiąt minut filmu poświęca najpierw temu drugiemu aspektowi, żeby następnie pokazać, jak niewiele się to różniło od procesu twórczego dawnego Hollywood. To długie wprowadzenie w ten świat jest niesamowitym, ale też nieco wyczerpującym, kalejdoskopem scen, portretujących obłęd, rozpasanie, wyniszczający styl życia, funkcjonowanie na najwyższych obrotach i katastrofalne upadki, gdy w końcu zabraknie w organizmie paliwa do utrzymywania tego szalonego lotu koszącego prowadzonego przez jego właściciela. Scena długiej, półgodzinnej, hedonistycznej imprezy, imponuje skalą wykonania, zamaszystością kolejnych scen, brakiem hamulców moralnych i estetycznych, wejściem w to na całego i dociśnięciem pedału gazu do końca, nie oglądając się nie tylko na obyczajność, ale też metraż. 

 

Jeszcze lepszy jest jednak „dzień po”, a w zasadzie to „dwie do czterech godzin po”, gdy większość zwłok zebrano już z parkietu, a kto dalej był w stanie ustać na nogach, ten zabrał się do pracy. Jest to mój ulubiony segment filmu, przecudowna kakofonia zgiełku, zbudowana z kurzu, potu, krwi, testosteronu, furii, rozbuchanych ambicji, jeszcze bardziej rozdętego ego, ale też miłości do kina, w skrócie: fascynujący chaos procesu realizacji sztuki filmowej. Uwielbiam postać niemieckiego reżysera, znajdującego się w samym oku tego cyklonu, karykaturalnego, despotycznego, wrzaskliwego gościa, który jednocześnie kona i odżywa na nowo w każdej sekundzie obłędu, jaki towarzyszy produkcji jego filmu. Warto dodać, że grający go Spike Jonze, reżyser mający na koncie takie filmy, jak „Ona”, „Adaptacja” i „Być jak John Malkovich”, spędził lata zerowe (i późniejsze) na produkowaniu oraz lataniu z kamerą za obłąkaną ekipą Jackassów, on swoją dawkę dzikiego, twórczego szaleństwa, już widział na własne oczy, przeżył to, miał z czego czerpać na planie „Babilonu”. 

Montaż w tym filmie utrzymuje się na doskonałym poziomie przez cały czas, ale przez pierwszą godzinę stoi na doprawdy wybitnym poziomie. Twórcy pewną ręką prowadzą widza przez ten intensywny świat doznań i zdarzeń, żonglując tym wszystkim jednocześnie, pławiąc się w chaosie i zgiełku, obrzucając tym odbiorcę, przytłaczając go, ale nigdy nie pozwalając mu zatonąć, wyciągając co jakiś czas pomocną dłoń, pozwalając się czegoś zaczepić, albo szokując nagłym przeskokiem tonalnym, gdy następuje cisza po burzy, czy też raczej chwila oddechu przed kolejną nawałnicą. 

„Babilon” jest filmem o ludziach przeżutych przez Hollywood, o gwiazdach, które błyszczały jasno, oświetlając drogę innym, ale gdy się wypalały, nie było nikogo, kto zrobiły to samo dla nich. Warto jednak pamiętać, że jest to film Damiena Chazelle’a, który większość reżyserskiej kariery poświęcił na przyklaskiwaniu takiemu spalaniu się na scenie lub w pracy. Owszem, wielkość i sława wymagają niebywałych poświęceń, składanych na ołtarzu sztuki lub kartach historii ludzkości, a ofiarodawcy mogą finalnie być nieszczęśliwi w życiu, z powykręcanymi relacjami z innymi ludźmi, ale Chazelle przypomina, że 100 lat później nie będzie to miało znaczenia, bo istotna będzie pamięć ludzkości o tych ponadprzeciętnych jednostkach. 


 

Jest to teza, z którą można się nie zgadzać, albo kręcić nosem na realizatorskie rozpasanie, spajające ten film, na zupełny brak umiarkowania w skali tej historii, niemiłosiernie długim metrażu opowieści, liczbie ekscesów na ekranie, piętrzonych wątków i czających się w nich truizmach. Chazelle dźwiga tutaj prawdziwie monumentalne dzieło pod którym stale chwieją mu się nogi. Wielokrotnie się wywraca i rozbija sobie twarz, ale jakoś daje radę stanąć ponownie na wyprostowanych kończynach, które jeszcze wielokrotnie mu się ugną pod tym kolosem. 

Z fascynacją przyglądam się temu za każdym razem, gdy zasiadam do kolejnej trzygodzinnej podróży przez ten nieidealny, ale jakże wciągający, świat dawnego Hollywood. I wzruszam, podobnie jak Manny, gdy zasiada w finale na pokazie „Deszczowej piosenki”, widząc jak Hollywood dworuje sobie z jego dawnych przyjaciół, robiąc sobie żarty z ich zawodowych dramatów, które ostatecznie były przyczyną ich bolesnego upadku. Nowe pożarło stare, a po latach urządza sobie jeszcze imprezę na jego resztkach, opowiadając przy okazji o samym procesie pożerania. Chazelle nie kończy jednak tej opowieści gorzką nutą, zamiast tego przypomina o istocie kina, jego pięknie, nieuchwytnej magii, wielorakości doświadczenia kinowego, o tym, że jest w nim miejsce zarówno dla miłośników intelektualnego czarno-białego Bergmana, jak i kolorowej Pandory z filmów Camerona, a także wszystkiego tego, co pomiędzy. Jest też miejsce na opowieści o artystach takich jak Nellie, Jack, Sidney i Lady Fay, osobach przemielonych i wyplutych przez show-biznes, a jednocześnie unieśmiertelnionych przez swego „oprawcę”.

niedziela, 22 października 2023

Past Lives (Poprzednie życie) - recenzja



Sytuacja ma miejsce kilka lat temu. W roku 2018, żeby być dokładnym, gdzieś w East Village, w barze znajdującym się na dolnym Manhattanie, miejscu słynącym z bogatego życia nocnego. Kobieta siedzi w towarzystwie dwóch mężczyzn. Ona jest kanadyjką koreańskiego pochodzenia z zieloną kartą zdobytą po poślubieniu Amerykanina. Jednym z tych mężczyzn jest właśnie on. Drugim jej dawna miłość z Korei, której nie widziała od czasu szkoły średniej. Siedzą, rozmawiają, ona stanowi pomost pomiędzy mężczyznami, zarówno komunikacyjny, bo tłumaczy rozmowę oraz różnice kulturowe, ale też pomost towarzyski, gdyż jest jedynym powodem, że życiowe drogi tych mężczyzn przecięły się w tamtym momencie. Ona się zastanawia, co sobie myślą, o ich trójkącie, obcy ludzie dookoła. Jak rozszyfrowują dynamikę tej relacji. Jakie nadają w niej role każdemu z nich. Mąż, chłopak, brat, przyjaciel, kto jest kim, dla niej, zdaniem nieznajomych. Jest to punkt zapalny do zrodzenia się w głowie Celine Song pomysłu na film „Past Lives” („Poprzednie życie”). 

 „Past Lives” nie jest jednak historią opartą w pełni na prawdziwych wydarzeniach. Film opowiada o młodzieńczym uczuciu dwójki koreańskich nastolatków, którzy zostają rozdzieleni, gdy dziewczyna przenosi się z całą rodziną do Kanady. On próbuje odnowić kontakt po 12 latach rozłąki, na jakiś czas rodzi to intensywną relację opartą na technologii, przede wszystkim na ciągłych rozmowach przy pomocy skype’a, ale ostatecznie całkowicie uciętą na kolejnych 12 lat. On pojawia się nagle w Nowym Jorku, gdzie ona już od dawna mieszka. Problem w tym, że jest już mężatką i to szczęśliwą. Czy stara miłość nie rdzewieje, a amerykański mąż okaże się dupkiem, który staje na drodze przeznaczeniu i „prawdziwej” miłości? Otóż niekoniecznie. 

No dobrze, uczucie jest obecne, zwłaszcza po jego stronie, bo dziewczyna była tą pierwszą wielką miłością do której wzdychał przez resztę życia. Sprawę niestety komplikuje amerykański mąż (świetny John Magaro), mający tupet bycia uroczym, mądrym, porządnym gościem. Gdyby usłyszał, że żona zostawia go dla nastoletniej miłości to najprawdopodobniej cierpiałby, ale zrozumiałby to. Dwójka koreańskich bohaterów natomiast zdaje sobie sprawę, że być może uciekła im szansa na jakąś wielką romantyczną miłość zapisaną w gwiazdach, ale w jej przypadku alternatywa wcale nie jest czymś gorszym, a miłosny zapis w niebie być może dotyczy tylko jakiejś alternatywnej rzeczywistości, albo ich kolejnego wcielenia. 


 

Jest to bardzo ciekawie rozpisana dynamika relacji pomiędzy postaciami, działająca pod względem emocjonalnym, oparta na szacunku i trosce, a nie dzikim pożądaniu i zdradzie, ale zbyt wykastrowana przez brak tych 24 lat prawdziwego kontaktu pomiędzy postaciami i jakiejś solidniejszej fabularnej nici splatającej te wszystkie lata, żeby do końca uwierzyć w głębię tego potencjalnego uczucia, które nigdy tak naprawdę nie zdołało w pełni zakwitnąć. Niewykluczone, że nie wierzy w to sama reżyserka, która cały wątek potencjalnego romansu i rozmów koreańskich bohaterów na temat przeznaczenia, dopisała do niewinnej pod tym względem autentycznej sytuacji ze wspomnianego baru, którą odczytała jako świetny punkt startowy do czegoś więcej. W filmie powracającym motywem jest koreańskie słowo „inyeon”, pochodzące z buddyzmu, określające więź łączącą parę ludzi poprzez ich wszystkie życia, rodzaj przeznaczenia, które może się skończyć romantyczną miłością. Bohaterka w pewnym momencie trochę to obśmiewa jako świetny tekst na podryw. Jednocześnie Celine Song sprytnie wykorzystuje okazję żeby uwieść przy jego pomocy widzów. 

Z całą świadomością oczywistości wykorzystanej przez niej sztuczki i emocjonalnych sznurków, za które zgrabnie pociąga, muszę jednak przyznać, że jestem nieco uwiedziony przez jej film. Zapewne nie jestem w tym odosobniony, bo Song porusza w nim kilka uniwersalnych tematów, które rezonują z odbiorcami z całego świata. Emigranckie doświadczenia kogoś żyjącego na przecięciu różnych kultur. Sentymentalna podróż w przeszłość, ku dawnej miłości, i rodzące się z tego pytania o to, co mogłoby być, a nie stało się. Wątpliwość, czy wybrało się najlepszą wersję swojego życia, a może jednak niekoniecznie. 

„Past Lives” być może nie do końca działa tak, jak tego chcielibyśmy, gdy rozważamy to jako historię o przeznaczeniu i miłości, ale jednocześnie jest w nim tyle uroku i pięknych emocji, zwłaszcza w drugiej połowie, że z przyjemnością wraca się do niego po jakimś czasie. Widziałem już dwukrotnie, najpierw na festiwalu, a później w kinowej dystrybucji, i nie mam wątpliwości, że jeszcze wrócę do niego w przyszłości. Z tego co zaobserwowałem, to takie powroty zafundowało sobie wiele osób, które miały okazję na kilkumiesięczne przerwy pomiędzy seansami. 

PS. Celine Song przyszła na ten świat jako Ha Young. Podobnie jak bohaterka filmu, gdy przeprowadzali się do Kanady, dostała od rodziców możliwość wybrania sobie nowego imienia. W pobliżu leżała wtedy płyta Celine Dion.

niedziela, 16 lipca 2023

Nowe Horyzonty 2023: Filmy, które warto zobaczyć

 


Już w najbliższy czwartek rusza kolejna edycja festiwalu Nowe Horyzonty. W tym roku z nowym sponsorem tytularnym (mBank). 23 edycja oferuje kinomanom ogrom filmów do zobaczenia, a w związku z tym niełatwy wybór przy zakupie biletów i preferowanych seansów dla posiadaczy karnetów, więc jak co roku przybywam z odsieczą i kilkunastoma tytułami, które mogę polecić osobom poszukującym inspiracji. 
 
 „Bulion i inne namiętności” (reż. Anh Hung Tran) – nie dajcie się odstraszyć polskiemu tytułowi, film był największą pozytywną niespodzianką tegorocznego konkursu głównego w Cannes. Jest to najpiękniejszy wizualny food porn dostępny na rynku w tym roku. Żarliwy list miłosny do wykwintnego jedzenia. Celebracja degustacji znakomitych potraw jako wyrafinowanego pomysłu na życie, ale też zachwyt nad samym procesem przyrządzania i odkrywania nowych smaków oraz potraw. Jedzenie jest tu punktem wyjścia, celem, spoiwem. Jest to środek wyrazu uczuć, manifestacja pożądania i troski, afrodyzjak i pocieszyciel, źródło radości i spełnienia. Odpowiada za to wietnamski reżyser, Ang Hung Tran, ale jest to film na wskroś francuski. Melodramat pełną piersią, w którym o uczuciach mówi się z równą pasją, co przyrządza skomplikowane potrawy, a cytaty z filozofów i poetów towarzyszą dyskusjom o nauce stojącej za kulinarnymi odkryciami. 
 
„Monster” (reż. Hirokazu Koreeda) - nowy film Hirokazu Koreedy rozpoczyna się w jego strefie komfortu. Japończyk znowu wychodzi od opowieści o rodzinie, ale szybko od tego tematu ucieka, bo to nie będzie kolejna w jego wykonaniu historia o więzach krwi lub patchworkowej komunii ludzi, których związało ze sobą nie tyle pokrewieństwo, co zrządzenie losu. „Monster” tak naprawdę jest o pozorach, relatywizmie, o tym z jaką łatwością wyrabiamy sobie opinię o innych i związanych z nimi wydarzeniach, nie posiadając pełnego zestawu informacji potrzebnych do sprawiedliwego osądu. Koreeda sugeruje jakąś tajemnicę do rozwiązania, źródło (a może źródła?) szkolnej przemocy do wskazania palcem, dziecięcy sekret do odkrycia, skomplikowaną siatkę powiązań pomiędzy postaciami do nakreślenia. Następnie robi woltę fabularną, złożone już kawałki emocjonalnej łamigłówki gwałtownie rozwala, dodając przy okazji nowe elementy, skrywane dotąd przez widzem. A później robi to jeszcze raz. I jeszcze raz. 
 

 
„Polite Society” (reż. Nida Manzoor) – cykl Nocne Szaleństwo to zawsze wielka ruletka, w której można trafić na jakąś cudowną rozrywkową perłę, zaskakującą czymś oryginalnym, ale często losuje się jakiegoś filmowego szrota, którego próbujemy zapomnieć jeszcze podczas seansu. „Polite Society” zdecydowanie bliżej do tej pierwszej kategorii. Podczas seansu kojarzył mi się trochę z „Wszystko wszędzie naraz”, ale nie tyle przez gatunek sci-fi, o który lekko tutaj zahaczono, co pomysł opowiedzenia o realiach emigranckiego życia (główne bohaterki są pakistańskiego pochodzenia) w angielskojęzycznym społeczeństwie poprzez formę szalonej komedii zmieszanej z filmem o sztukach walki. Lista gatunków i zapożyczeń stylistycznych wrzuconych przez reżyserkę do jednego filmowego kociołka bynajmniej się na tym nie kończy, bo mamy tutaj klimat oraz logikę wydarzeń rodem z bollywoodzkiej produkcji, elementy heist movie, jest młodzieżowo i wesoło, ale też szczerze pod względem emocjonalnym, bo opowiedziano to wszystko z sercem do bohaterów. 
 
„How to Have Sex” (reż. Molly Manning Walker) – film, który zgarnął główną nagrodę w canneńskiej sekcji Un Certain Regard, atakuje widza trochę z zaskoczenia. Tytuł sugeruje kolejną głupawą komedię o napalonych nastolatkach. Pierwsza połowa filmu może rodzić skojarzenia z „Spring Breakers” Harmony’ego Korine’a. Same fałszywe tropy, bo oprócz dekadenckich obrazków imprezującej młodzieży i okazjonalnej luminescencyjnej kolorystyki, „How to have sex” nigdy nie skręca w kierunku lubieżnego, psychodelicznego „bad tripa”, w stylu wspomnianego filmu z ubiegłej dekady. Koszmar na pewnym etapie zagląda do tej historii, najpierw jedynie zasugerowany, jako coś istniejącego w umyśle widza, a następnie wiszącego już nad postaciami, ale jest to horror bardzo ludzki, przyziemny, intymny. Nie oznacza to, że tytuł jest mylący, przeciwnie, ten film jest o nastoletnich dziewczynach, które po ukończeniu szkoły średniej poleciały na wspólne wakacje na Krecie, gdzie na listę głównych aktywności wpisały alkohol, narkotyki i przygodny seks. Walker traktuje to jednak jako punkt wyjścia do wielu ciekawych spostrzeżeń, pomachania oskarżycielskim palcem, ale też po prostu wytłumaczenia, że empatia i dostrzeganie granic drugiej osoby to fundamentalne umiejętności, gdy chodzi o ludzką cielesność, godność i uczucia. 
 
„Perfect Days” (reż. Wim Wenders) – od czasu nieznośnie pretensjonalnego „Spotkania w Palermo” zdecydowanie bezpiecznej było wybierać Wendersa-dokumentalistę, jak Wendersa-opowiadacza fabularnych historii. „Perfect Days” jest chlubnym wyjątkiem od tej reguły, ale było blisko od „koszmaru”, bo opowiedziany w formacie 4:3, film o czyścicielu japońskich publicznych toalet, który podróżuje po Tokio słuchając kaset magnetofonowych z utworami Lou Reeda, Patti Smith i Vana Morrisona, wydaje się być przepisem na nieznośnie pretensjonalne kino artystyczne. „Perfect Days” jednak działa, bo ujmuje klimatem i empatią z jaką reżyser przygląda się egzystencji głównego bohatera (w tej roli, nagrodzony w Cannes, Kōji Yakusho) oraz otaczającego go świata i ludzi. Bonusowo będziecie zachwyceni stylem japońskich toalet. Serio. 
 
„Opadające liście” (reż. Aki Kaurismäki) – u Kaurismäkiego pod względem autorskiego stylu wszystko prezentuje się zgodnie z oczekiwaniami. Utulający klimat melancholii. Beznadzieja egzystencji kontrastowana subtelnym, ale naprawdę zabawnym, humorem. Finlandia portretowana jako miejsce poza czasem, wygląda jak Polska z początku lat 90., w kinie puszczają kilkuletni film „Truposze nie umierają” Jima Jarmuscha, z radia natomiast słyszymy zeszłoroczne doniesienia z ukraińskiego frontu. 100% Kaurismäkiego w Kaurismäkim. Jeżeli znacie jego twórczość i kochacie, no to raczej nie muszę namawiać. Jeżeli jeszcze nie znacie to macie właśnie idealną okazję na rozpoczęcie nowej znajomości z wyrazistym twórca od naprawdę dobrego filmu. 
 

 
„La Chimera” (reż. Alice Rohrwacher) – jednym za rekomendację wystarczy informacja, że to nowy film reżyserki „Szczęśliwego Lazzaro”, drugich może zachęcić opinia, że to klimatyczna i kunsztowna wizualnie opowieść o bandzie plądrującej w latach 80. starożytne groby w poszukiwaniu artefaktów do sprzedaży na czarnym rynku. 
 
„Eureka” (reż. Lisandro Alonso) - „Eureka” to w zasadzie kilka filmów w jednym. Świetna pierwsza godzina zaczyna się jako arthouse’owy horror z Viggo Mortensenem żeby następnie przerodzić się w historię rodem z „Fargo”. Ostatnia godzina to już klasyczne nowohoryzontowe szlajanie się po dżungli, co ma swoich zwolenników, ale jest też świetnym pretekstem do masowych wyjść z sal kinowych. Mimo wszystko warto, żeby przeżyć tę pierwszą godzinę, szczególnie, jeżeli jest się festiwalowym wyjadaczem gotowym na nieco bardziej ekstremalne kinowe doświadczenia w nadziei, że odpłacą nam za cierpliwość czymś ciekawym. „Eureka” odpłaca. 
 
Festiwalowa podróż to jednak nie tylko oglądanie dzieł kompletnych i filmów bardzo dobrych, ale też odkrywanie ciekawych spojrzeń, niebanalnych pomysłów na kino oraz śledzenie historii, które pozostawią coś po sobie na dłużej w pamięci, albo opowiedzą o odległych miejscach, skrytych jednak w produkcjach dalekich od ideału. Jeżeli lubicie eksplorować takie mniej „bezpieczne” punkty na mapie festiwalu, które mogą czymś zaintrygować, ale mogą też bardzo rozczarować lub odrzucić, to polecam zainteresować się również tymi filmami: 
 
„Tygrysica” (reż. Amanda Nell Eu) – nagrodzony w canneńskiej pobocznej sekcji Tygodnia Krytyki film „Tygrysica” to energetyczny malezyjski horror cielesny wykorzystujący w dość oczywisty i niesubtelny sposób opowieść o transformacji młodej dziewczyny w drapieżnego demona jako metaforę okresu dojrzewania oraz relacji pruderyjnego społeczeństwa z czymś tak naturalnym jak menstruacja. 
 
„Porwany” (reż. Marco Bellocchio) – weteran kina włoskiego w stylowej opowieści opartej na autentycznej historii żydowskiego chłopca ochrzczonego w tajemnicy przed rodzicami i porwanego przez papieża Piusa IX. Interesujące i stylowo zrealizowane. 
 
„Club Zero” (reż. Jessica Hausner) – szkolne zajęcia ze „świadomego” zdrowego odżywiania jako przepustka do sekciarskiej ekstremy. Jessica Hausner ma bardzo wyrazisty styl wizualny i ciekawą historię do opowiedzenia, którą nieco rozcieńcza pobocznymi wątkami fabularnymi, ale problematyczny główny wątek zainspiruje zapewne niejedną żywiołową dyskusję w festiwalowych przestrzeniach. 
 
Coś jeszcze? Owszem. Chociażby „Showing Up” Kelly Reichardt, czyli zeszłoroczny canneński konkurs główny. Z rocznym poślizgiem, ale warty uwagi. Warto skorzystać z okazji do zobaczenia na dużym ekranie „Infinity Pool” Brandona Cronenberga. Zdaje się, że już w sierpniu pojawi się na polskim streamingu „Marcel Muszelka w różowych bucikach”, ale jest to tak urocza produkcja, że warto tego doświadczyć na pełnej sali z festiwalową publicznością. Oprócz tego, jeżeli ktoś jeszcze nie widział, no to są jeszcze chociażby do nadrobienia takie przeboje z zeszłorocznej edycji Nowych Horyzontach jak „Pięć diabłów”, „W trójkącie”, „Alcarràs” i „Blisko”. 
 
Udanego festiwalu i dajcie znać na co szczególnie czekacie.

poniedziałek, 10 lipca 2023

Glengarry Glen Ross - recenzja

 


Gdy na początku lat 90. przygotowania do realizacji filmowej adaptacji (kilkuletniej już wtedy) sztuki Davida Mameta, „Glengarry Glen Ross”, w końcu zaczynały nabierać kształtu, na progu producentów szybko pojawiła się śmietanka ówczesnych męskich gwiazd Hollywood. Chęć występu w filmie deklarowali Robert De Niro, Richard Gere i Bruce Willis. Do projektu przypisany już był Jack Lemmon. Jeszcze na etapie zbierania obsady do pokazów na Broadwayu przymierzał się do tego Al Pacino, ale musiał niestety zrezygnować na rzecz innej sztuki Mameta („American Buffalo”) wystawianej w Londynie. Szybko zaklepał sobie za to miejsce w filmowej adaptacji. W ostatecznej wersji oprócz Pacino i Lemmona wystąpili jeszcze tacy mistrzowie aktorstwa jak zmarły niedawno Alan Arkin, Ed Harris, Kevin Spacey, Jonathan Pryce i Alec Baldwin. 
 
Baldwinowi początkowo zaproponowano rolę Ricky’ego, postaci granej w filmie przez Pacino, bo ten był chwilowo zajęty występem w filmie „Morze miłości”. Gdy Alec odkrył, że jest tylko „zastępstwem”, które zostanie natychmiast zastąpione Alem jeżeli ten zasygnalizuje gotowość do występu, puścił focha i spakował manatki. Jerry Tokofsky, producent filmu, zapragnął jednak upolować obu aktorów. Ubłagał jakoś Baldwina żeby ten wybaczył niezgrabność z jaką został potraktowany i rozważył przyjęcie innej roli, która została napisana specjalnie dla niego. Krótki, ale mięsisty, wątek Blake’a, nie był obecny w sztuce. Alec przyjął rolę, wielkiej łaski jednak nie zrobił, bo szczerze przyznał, że w tamtym okresie nie miał okazji przeczytać żadnego innego równie dobrego scenariusza. Podjął słuszną decyzję, bo Blake pojawia się w „Glengarry Glen Ross” jedynie na kilka minut, ale tyle wystarcza żeby Baldwin zaliczył jeden z najbardziej wyrazistych występów w karierze. Blake to wściekły ogar kapitalizmu spuszczony ze smyczy żeby poturbować bandę kundli w nadziei, że w efekcie znajdą w tym motywację do wzniesienia się na szczyt swojego potencjału. Metoda kija i marchewki oznacza dla niego zaczęcie od solidnego wysmagania kijem, dorzucenie do tego kilku kopniaków i zachowaniae marchewki jedynie dla kogoś, kto znajdzie w tym inspirację do efektywnego działania dla dobra firmy. 
 
Krótki występ Baldwina to fantastyczna miniatura, działająca nawet w oderwaniu od fabuły, aktorski popis i pamiętny moment, który zawsze będzie się kojarzyć z tym filmem, ale też zaledwie wstęp do aktorskiej uczty jaką stanowi seans „Glengarry Glen Ross”. Nieprzypadkowo każdy kumaty aktor dobijał się do drzwi osób odpowiedzialnych za produkcję filmu. Scenariusz Mameta (oparty na sztuce nagrodzonej Pulitzerem) to majstersztyk w operowaniu dialogami - soczystymi, wulgarnymi, kontrowersyjnymi, ale przede wszystkim to perfekcyjnie wycyzelowanymi. Widać po każdym jednym aktorze w tym filmie, że operowanie słowami nawleczonymi przez Mameta sprawiało im autentyczną przyjemność, delektują się nimi, przeżuwają z rozkoszą, chłoną każde słowo. Najbardziej służą one Jackowi Lemmonowi, wyciskającego z roli przecudne niuanse, ale tutaj nie ma słabych występów, nikt nie odstaje, wszyscy stają na wysokości zadania i „dowożą” aktorstwo najwyższej jakości. Przez jakiś czas może się wydawać, że Kevin Spacey dostał zbyt mało ciekawą rolę, żeby mógł dorównać tutaj kolegom, stoi nieco na uboczu tej historii, pełni rolę obserwatora i popychadła, sprawia wrażenie aktora u progu kariery, składającego obietnicę przyszłego talentu, ale na razie będącego jedynie kurierem tlącego się potencjału, który dopiero niebawem miał w pełni eksplodować. Wtedy jednak docieramy do finałowych minut filmu, gdy jego John ma w końcu okazję pokazać pazury, bystrość umysłu i prawdziwy charakter, natychmiast staje się jasne, że Spacey nie znalazł się wśród tej wybitnej obsady przypadkiem, bo wystarczy mu odrobina solidnego scenariusza i natychmiast przejmuje ekran dla siebie. 
 
Doskonały film, jeżeli lubicie kino stojące dialogiem, spoczywające wyłącznie na barkach aktorów, wręczające im wybitne narzędzia do pracy i następnie przyglądające się z namaszczeniem temu, jak cudownie nimi operują, no to trafiliście na żyłę złota.

sobota, 1 lipca 2023

Nimona - recenzja

 


Netflix udostępnił wczoraj animację „Nimona”. Był to bardzo dobry wybór na ostatni dzień Miesiąca Dumy. 
 
Niewiele jednak brakowało, a „Nimona” nigdy nie trafiłaby do odbiorców na całym świecie. Projekt narodził się ponad 10 lat temu jako komiks transpłciowego artysty, ND Stevensona, który odpowiedzialny był później za serial „She-Ra and the Princesses of Power”. Historia opowiadała o zmiennokształtnej istocie żyjącej w świecie stanowiącym krzyżówkę realiów fantasy z elementami sci-fi. Świecie, który nienawidzi jej, ale też śmiertelnie obawia się i odbiera jako potwora. Była to oczywista alegoria transpłciowości i pokrewnych tematów, ale też opowieść o demonizowaniu tego, czego nie znamy, osamotnieniu, przede wszystkim jednak, radosna, energiczna, punkrockowa w duszy historia o nieustannym podkładaniu ładunków wybuchowych pod społeczne normy i ograniczenia, a następnie wysadzaniu ich w efekciarski sposób. W ubiegłej dekadzie Blue Sky Studios, odpowiedzialne za serię „Epoka lodowcowa”, podjęło się zrobienia animowanej adaptacji komiksu, nad czym pracowało przez kilka lat do roku 2019, gdy Fox (właściciel wspomnianego studia) został kupiony przez Disneya, a ten po jakimś czasie wyrzucił projekt do kosza za bycie „zbyt gejowskim”. Szczęśliwie dla filmu, w ubiegłym roku wjechał Netflix, cały na tęczowo, ujeżdżając różowego jednorożca, i przejął projekt. 
 
No wiem, pewnym osobom już kilkukrotnie zdążyła się rozświetlić tablica kontrolna. Miejmy to za sobą, tak, to jest jedna z tych animacji, w których nie dość, że zawarto transpłciową alegorię, no to jeszcze pojawia się gejowski wątek, z dyskretnym łapaniem się za dłonie i pocałunkiem, a sprawę „pogarszają” do tego polskie napisy, gdzie kobietę pełniącą dyrektorską pozycję określa się jako: dyrektora. Dla niektórych będzie to próg nie do przejścia i tych straciliśmy już pewnie w okolicy drugiego zdania tego wpisu, a już na pewno na początku drugiego akapitu. 
 
Cała reszta natomiast ma szansę bawić się naprawdę dobrze, bo to piękna wizualnie, interesująca koncepcyjnie, zabawna, pomysłowa, wypełniona akcją, ale też niegłupią treścią, animacja, która pędzi do przodu na złamanie karku, tym bardziej jednak dzięki temu trafia w serce, gdy okazjonalnie przyhamowuje na chwilę żeby skupić się na czymś emocjonalnym.

wtorek, 6 czerwca 2023

Spider-Man: Across the Spider-Verse - recenzja

 


„Spider-Man: Across the Spider-Verse” przez zaledwie kilka dni, jakie minęły od premiery, zdążył zarobić na świecie ponad 200 milionów dolarów. Jest to już ponad połowa łącznych zarobków pierwszej części! Wygląda na to, że masowa publiczność potrzebowała trochę czasu na należyte docenienie najlepszego filmu o Spider-Manie, a jednocześnie jednej z najlepszych, najładniejszych, najfajniejszych i najbardziej pomysłowych oraz przełomowych animacji ostatnich lat, ale udało się, pieniądze w końcu lecą w odpowiednim kierunku. 
 
Czy jednak kontynuacja „Spider-Man: Into the Spider-Verse” zasłużenie zbiera teraz owoce z nasion zasianych kilka lat temu przez inny film? No pewnie! „Across…” nie jest oczywiście animacją tak przełomową w wyznaczaniu nowych trendów na swoim poletku jak poprzedni film (przypominam, że jesteśmy kilka miesięcy po premierze filmu „Puss in Boots: The Last Wish”, a kilka tygodni przed premierą „Teenage Mutant Ninja Turtles: Mutant Mayhem”, produkcji czerpiących garściami z pomysłów wizualnych animacji o Spider-manie), ale bierze to, co stworzono kilka lat temu, i podkręca w imponujący sposób zgodnie z zasadą porządnego sequela: więcej, lepiej, fajniej. 
 
Od pierwszych minut filmu widać, że twórcy nie próżnowali przez te wszystkie lata, przygotowując starannie animację, która zrobi wszystko, co tylko możliwe, żeby wgnieść widza w fotel. Jeszcze zanim dostaniemy planszę tytułową i świat głównego bohatera znany z pierwszego filmu, to zaliczymy długi wstęp w oceanie atrakcji, jakie ofiaruje wymiar Spider-Gwen, rzeczywistość odmalowana w akwarelowej stylistyce nawiedzona przez renesansowego Vulture’a. Gwen jest klamrą spinającą ten film, postacią, która musi przejść ewolucję, zanim będzie w stanie zainicjować rewolucję, od niej się wszystko zaczyna, na niej też kończy, to dusza tej historii, pięknie uzupełniająca się z jej sercem, czyli Milesem. On instynktownie wie, gdzie należy ulokować uczucia i co jest właściwe, ale idące za tym działania skażone są brakiem doświadczenia oraz chaosem spontaniczności i nieprzygotowania. Ona pewne rzeczy musi zrozumieć, nauczyć się słuchać serca, a nie zawierzać życie jedynie zimnej kalkulacji, ale gdy już o coś walczy z przekonaniem to działa metodycznie, sprytnie, skutecznie. Oboje są równomiernymi bohaterami tej historii. 
 
Jeżeli coś uwiera w „Across the Spider-Verse” to jego urwany finał. Jest to zaledwie połowa historii, której zakończenie poznamy dopiero w przyszłym roku (w „Spider-Man: Beyond the Spider-Verse”), co jest odczuwalne, bo film kończy się wyraźnym zawieszeniem akcji w kulminacyjnym momencie, ale jest to zarazem błogosławieństwo dla tej opowieści. „Across...” to animacja wypełniona po brzegi atrakcjami i bodźcami, szalona, energetyczna, pomysłowa, naładowana akcją i emocjami, ale nigdy nie zapominająca o swoich bohaterach, o tworzeniu i rozwijaniu relacji pomiędzy nimi, plątaniu gęstych sieci powiązań, emocjonalnych, fabularnych, motywacyjnych, nadających tej historii głębi, ale też serca. Przez rozbicie fabuły na dwa filmy scenarzyści pozwolili odetchnąć temu światu pełną piersią, rozwinąć się w wielu interesujących kierunkach, przystanąć na chwilę, żeby zawiesić się na jakiejś emocjonalnej prawdzie, ale też nigdy nie uciekając zbyt daleko od szalonej jazdy przez multiwersum popkulturowych nawiązań i powiązań, stylistycznych fikołków, wizualnych wodotrysków oraz klęski urodzaju pomysłów, ciskając w kierunku widza tyloma konceptami naraz, że nie sposób tego wszystko wyłapać przy pierwszym seansie. 
 
Kolejne alternatywne uniwersa mają swoje unikalne style animacji, kolorystykę, szaty graficzne, czerpiące z komiksów, artystów (futurystyczny Nueva York inspirowany twórczością Syda Meada, nieżyjącego już artysty odpowiedzialnego za projekty w takich filmach sci-fi jak obie części „Blade Runnera”, „Tron”, „Aliens”, „Elysium”), albo sięgające po kulturę jakiegoś regionu i wyciskające z tego bajecznie piękną wizję Nowego Jorku skrzyżowanego z indyjskim miejskim molochem. Ekran często rozszczepia się, dzieląc się na mniejsze, komiksowe kadry, a poliwizja staje się tutaj nie tylko zabiegiem efekciarskim, ale też efektywnym, bo treściwym, serwującym dodatkowe szczegóły, wzbogacając narrację, dynamikę i dorzucając widzowi informacje o postaciach. Jest to wszystko chwilami nieco przytłaczające, jeżeli przymknie się oko na dwie sekundy to można przeoczyć z pół tony wizualnej treści, trzeba więc oglądać to łapczywie, z szeroko otwartymi oczami, na bezdechu, żeby nie uronić jakiegoś klawego motywu, pociesznego gagu, popkulturowego nawiązania albo ciekawej informacji. Jednocześnie jest to wszystko podawane z taką precyzją, dbałością o rytm i czytelność, że nie sposób się w tym wizualnym chaosie pogubić, jeżeli tylko poświęca się filmowi całą uwagę. 
 
Jest tu jeszcze wiele interesujących rzeczy do rozpakowania. Narrację o determinizmie i okrutnym przeznaczeniu, od którego nie można, a nawet nie powinno się, uciekać. Kult rozwoju poprzez cierpienie i poświęcenie, ale też narzucanie tego innym. Postać lidera „spider-społeczności”, która jest trochę kreślona na głównego antagonistę, a trochę na ponurego mędrca, który dostrzega szerszy ogląd sprawy i rozumie, że wizjoner musi podejmować niezwykle trudne i niepopularne decyzje dla „większego dobra”. Naukę, że dzieci trzeba kiedyś wypuścić z bezpiecznego gniazda do nieprzyjaznego świata, bo tylko w ten sposób będą mogły osiągnąć pełny potencjał. Ostrzeżenie, że nierozważne ciskanie bajglami w innych może wiązać się z poważnymi konsekwencjami. 
 
Przede wszystkim jednak, jest to cholernie dobre, pomysłowe i satysfakcjonujące kino rozrywkowe, które pokazuje, że o superbohaterach wciąż można opowiadać bez sztampy i nadęcia.

środa, 24 maja 2023

Asteroid City - recenzja

 


Odbiór twórczości Wesa Andersona to ciekawy paradoks. Z jednej strony jest to twórca o bardzo oryginalnym, wyrazistym, rozpoznawalnym stylu, którego nie sposób pomylić z żadnym innym reżyserem. W tym tkwi zapewne tajemnica łatwości z jaką kolekcjonuje do każdego filmu te imponujące obsady wypełnione absurdalną liczbą gwiazdorskich nazwisk. Aktorzy i aktorki wiedzą, że ten angaż będzie ciekawym doświadczeniem, wyróżniającym się na tle większości mainstreamowych produkcji z Hollywood w jakich występują. Dziwny, specyficzny humor i klimat, charakterystyczny styl gry aktorskiej, a do tego operowanie w ramach wiadomej kompozycji kadru – to wszystko musi być niczym odhaczenie jakiegoś aktorskiego rytuału wtajemniczenia. Ewidentnie wiedzą na co się piszą i szanują tę artystyczną konsekwencję i samego reżysera, bo nawet tacy aktorzy jak Bill Murray, Edward Norton, czy też (albo raczej: przede wszystkim) Bruce Willis, znani z niesubordynacji i sprawiania kłopotów na planach innych reżyserów, zawsze grzecznie wchodzili w andersonowską konwencję. Jeżeli występuje się u Andersona to tylko wedle jego reguł. 
 
Z drugiej strony Anderson bawi się na swoich zasadach od tak wielu lat, że dawno stał się w tym przewidywalny stylistycznie. Chociaż na tle reszty filmów z Hollywood wciąż jest to oryginalne podejście do opowiadania historii, no to zarazem cholernie wtórne względem poprzednich filmów reżysera. 
 
Osobiście odbieram to jako konsekwentnie szlifowany autorski styl, który niezmiennie trafia w mój gust, ale doskonale rozumiem głosy, że jest coś rozczarowującego w tej powtarzalności. Rozumiem, ale nie podzielam. Lubię w nim to, że nie zamierza się zmieniać na siłę, bo bardzo wcześnie odnalazł swój język filmowca i biegle się nim posługuje od ubiegłego stulecia. „Asteroid City” jest najnowszym przykładem, że ta formuła wciąż działa i bawi. Albo i nie, zależy to już tylko od podejścia odbiorcy do twórczości artysty. Jest w tym filmie wszystko, czego należałoby oczekiwać po kinie Wesa Andersona. Pastelowe kolory? Oczywiście. Czarnobiałe sekwencje w proporcjach obrazu 4:3? O tak. Ekran zaludniony przez neurotyków, dziwaków i neurotycznych dziwaków? No raczej. Specyficzny humor, klimat i styl narracji? Mhm. Znajoma kompozycja kadru? A jakże! 
 
Jeżeli kupujecie u niego to wszystko, seans będzie jedną wielką przyjemnością, bo „Asteroid city” jest opowiedziane z biegłością bajarza, który poświecił całe życie na doskonalenie sposobu podania treści. Główna historia jest dość pretekstowa, ale to nieistotne, bo stanowi tak naprawdę tylko punkt wyjścia dla kolejnych gagów, absurdalnych sytuacji, cudownych pomysłów realizacyjnych, zabawy formą i zderzania ze sobą bogatego zbioru barwnych postaci odgrywanych przez plejadę Hollywood. Dbałość o szczegóły wypełniające ekranowy świat, piętrowe żarty umieszczone na drugim planie, piękno tej scenografii i kostiumów, wszystko to się składa na niezwykle satysfakcjonujące doświadczenie kinowe, bo widać, że tworzono to wszystko z sercem, rozrzutnie sypiąc na wszystkie strony kreatywnymi pomysłami. 
 
Nie będę niczego więcej zdradzać, bo główną atrakcją tutaj jest możliwość oddania lejców w ręce Andersona, zaufania mu i ruszenia na oślep, doświadczając z radością kolejne atrakcje jakie przygotował. Jeżeli kochacie ten styl to szeroki uśmiech nie będzie schodzić z waszej twarzy podczas seansu.

wtorek, 23 maja 2023

Killers of the Flower Moon - recenzja

 Nie mam najmniejszej wątpliwości – pokaz „Killers of the Flower Moon” jest najgorętszym wydarzeniem tegorocznego festiwalu w Cannes. Żyją tym obserwatorzy imprezy, od samego początku dopytujący się w jaki dzień będzie, o której się rozpocznie, wypatrujący później pierwszych opinii. Przeżywają też uczestnicy, najpierw z obawą wyczekujący momentu, gdy wszyscy się rzucą - w tej samej chwili - do zaklepywania biletów na jedyny dostępny pokaz prasowy, później celebrujący ewentualny sukces lub ciężko przeżywający porażkę, a następnie rozpoczynający kilkudniowy proces nerwowego odświeżania strony z rezerwacjami, w nadziei, że jeszcze zwolnią się jakieś miejsca. „Udało ci się?” było jednym z najczęściej zadawanych pytań w kolejkach na seanse w pierwszym tygodniu imprezy. Martin Scorsese nie gościł w programie głównym od kilkudziesięciu lat i festiwal przyjął jego powrót z entuzjazmem połączonym z histerią. 

 Na szczęście osiemdziesięcioletni reżyser nie okazał się być zarazem największym rozczarowaniem imprezy i przyjechał do Francji z filmem, który wynagrodził całe to zamieszanie jakie powstało wokół niego. 

 W „Killers of the Flower Moon” Scorsese rozlicza się z problematyczną historią Stanów Zjednoczonych ubiegłego wieku. Co jest oczywiście niemałym eufemizmem dla systemowego i oddolnego mordowania ludzi nie pasujących do świata ułożonego przez białych ludzi oraz szybkiego sprowadzania ich na dno, gdy tylko zdołali się wybić nieco ponad swój status społeczny. W filmie kilkukrotnie wspomniana jest masakra w Tulsy, przez długi czas dość zapomniana rzeź sprzed stu lat, gdy duże skupisko czarnoskórych bogaczy zostało zbombardowane przez członków Ku Klux Klanu, co zainicjowało największe zamieszki na tle rasowym w historii USA. Nieprzypadkowo Scorsese przypomina o tej tragedii, bo jej mroczne widmo unosi się nad portretowaną w filmie społecznością Osagów. Tulsa była dla nich przypomnieniem, że nawet jeżeli ktoś spoza świata białych zdoła się w tamtych czasach wznieść finansowo ponad ich poziom to znajdą jakiś sposób na ściągnięcie w dół. 

 


W okresie, gdy „czarne Wall Street” w Tulsie spływało krwią, w małym miasteczku w północno-wschodniej Oklahomie żyli jedni z najbogatszych ludzi na świecie – plemię Osagów. Zostali tam przesiedleni pod koniec XIX wieku z Kansas. Nieurodzajne, skaliste ziemie, były kolejnym przekleństwem zesłanym im przez białych ludzi. Wbrew pierwotnej intencji okazały się jednak błogosławieństwem, gdy wiele lat później odkryto tam jedne z największych złóż ropy naftowej w Stanach Zjednoczonych. Lokalni rdzenni Amerykanie zaczęli opływać w luksusach, co szybko ściągnęło w ich strony tłumy chciwych białych Amerykanów, którzy im usługiwali, nadskakiwali, oszukiwali i okradali. Jak się niebawem miało okazać dopuszczali się też o wiele gorszych praktyk, bo Osagowie zaczęli umierać w tajemniczych okolicznościach. Gdy zginęło już ponad 20 osób, w tym osoby, które próbowały się przyjrzeć tej zagadce, na miejsce wysłano agentów - niedawno utworzonego - FBI. Film opowiada o odkrytym przez nich spisku, który funkcjonował przez długie lata, czego efektem były liczne morderstwa, otrucia, nie wspominając już o tysiącach, jeżeli nie milionach, skradzionych dolarów. 

 Głównym bohaterem filmu jest Ernest Burkhart (Leonardo DiCaprio), weteran wojenny, któremu oszczędzono piekła okopów I Wojny Światowej, bo służbę odbył głównie w kuchni. Ernesta poznajemy, gdy przybywa do Fairfax, śladem starszego brata i wuja – Williama Hale’a (Robert De Niro), bogatego właściciela rancza. Hale to oszust i kombinator wiecznie kręcący jakieś przekręty ubezpieczeniowe, ale to tak przy okazji, na boku, bo głównym źródłem zysku w Fairfax jest dojenie Osagów z ich fortun. Krąg Williama robi to w wyjątkowo wyrachowany i okrutny sposób, uwodząc bogate kobiety, wchodząc z nimi w związki małżeńskie, a następnie zabijając. Ernest niebawem też znajdzie sobie bogatą żonę Mollie (Lily Gladstone) i zanim zdąży się jeszcze dobrze doliczyć posiadanego przez nią majątku to prędko zabierze się – nagabywany przez wuja – za powolne podtruwanie małżonki trucizną zmieszaną z podawaną jej insuliną. 

Powiązania pomiędzy postaciami, jak i same ich rysy psychologiczne, nie są jednak tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać. Ernest to prosty facet, obdarzony jakimś tam urokiem osobistym, ale niezbyt bystry i obciążony rozregulowanym kompasem moralnym. Najprawdopodniej związek z Mollie rozpoczął z niewinnymi intencjami, nawet jeżeli główną motywacją było wzbogacenie się poprzez małżeństwo, to chyba rzeczywiście pokochał wybrankę i początkowo nie planował dorabiać się kosztem jej życia. Za ten diaboliczny pomysł odpowiada Hale, lokalny „dobroczyńca”, prawdziwie demoniczny starszy pan, pozornie potulny i przyjazny Osagom, a jednocześnie bez mrugnięcia okiem skazujący na śmierć każdą osobę na której tragedii mógłby zarobić. Ernest jest postacią skonfliktowaną wewnętrznie, wije się i cierpi moralne katusze, gdyż uczucie do żony gryzie się z powolnym jej zabijaniem, ale obrzydliwa chciwość i obawa przed gniewem wuja są jednak silniejsze od miłości do kobiety. William nie ma takich problemów moralnych, co więcej, na wszelkie ich przejawy u innych patrzy z dezaprobatą i niesmakiem. Jest to idealna rola dla De Niro, którego jedno surowe spojrzenie potrafi sprawić, że człowiek zaczyna rozważać wyprowadzkę na inny kontynent w trybie natychmiastowym. Wszystkie jego interakcje z głupawym krewniakiem oraz innymi sługusami to festiwal najlepszych aktorskich trików z dostępnego repertuaru legendy kina. Cudownie jest znowu zobaczyć go w tak dobrej formie. 

 


Leonardo DiCaprio wprawdzie przy wyborze ról i środków wyrazu nigdy nie zszedł poniżej dobrego poziomu, ale w jego przypadku też będzie można w przyszłości wymieniać tę rolę jako znaczący punkt w karierze. Odegrana na subtelnościach, kreślących siatkę nieoczywistych zachowań i niedookreślonej postawy, zapewne przyniesie mu w przyszłym roku kolejną nominację do Oscara. Podobnie zresztą jak reszcie głównej obsady włącznie z Jesse’em Plemonsem, którego co prawda tutaj nie ma tak dużo, jak moglibyśmy sobie tego życzyć, pojawia się dopiero w ostatniej godzinie filmu, ale z czasu ekranowego, jaki mu podarowano, wyciska ile się da, przy czym to też rola z gatunku tych opartych na skromnych środkach wyrazu. Prawdziwą gwiazdą ekranu jest tu jednak Lily Gladstone, operująca niesamowitą skalą emocji i aktorskich sztuczek. Łatwo byłoby sprowadzić postać Mollie do roli wyniosłej, opanowanej kobiety o stalowym spojrzeniu, ale Lily nadaje jej wiele nieoczywistych warstw, pozwalając bohaterce na okazjonalne bycie figlarną, zadziorną, wrażliwą, albo zalotną. 

Scorsese z tej bardzo utalentowanej obsady i fascynującej historii o bezdennej otchłani moralnego dna oraz bezmiaru ludzkiej chciwości, lepi kawał imponującego kina, które wprawdzie mogłoby być krótsze o jakieś 30 minut, ale też nigdy nie dłuży się jakoś niemiłosiernie. Od początkowych minut, gdy członkowie plemienia Osagów, po odkryciu pierwszego złoża ropy, zaczynają tańczyć w jej strugach, w spowolnionym tempie, do rytmu ekstatycznych pulsacyjnych bębnów, poprzez stylizowane na czarnobiałą kronikę filmową sceny opowiadające pokrótce historię plemienia, aż po kolejne wybuchy nagłej przemocy stale towarzyszącej życiu w miasteczku Fairfax, ten film płynie w niezwykle piękny, majestatyczny sposób, trzymając uwagę widza zarówno w licznych powolnych momentach, gdy reżyser zawiesza się na detalach i scenach z ówczesnego życia, jak i wtedy, gdy knowania Hale’a przynoszą kolejne krwawe żniwa. Scorsese lubi się też nieco zabawić formułą i pomysłowo odświeżyć sposób podania typowych informacji tekstowych umieszczanych w tego typu autentycznych opowieściach pod koniec filmu. 

„Killers of the Flower Moon” to kino długie i powolne, ale jeżeli kogoś zmęczył „Irlandczyk” to niekoniecznie odbije się również od nowego filmu Martina, bo ta historia ma zdecydowanie lepsze tempo, choć dalej niespieszne, ciekawi, prowokuje do rozmyślań, a nierzadko też bawi, choć to humor czarny i niewygodny, bo oparty na paskudnych machlojach bandy chciwych ludzi, których nic nie jest w stanie zatrzymać w pogoni za bogactwem.

piątek, 12 maja 2023

Gorączka 2 - recenzja książki

 


Michael Mann coraz głośniej mówi o zamiarze realizacji kontynuacji doskonałej „Gorączki”. Zbyt wcześnie żeby traktować jeszcze takie pomysły obsadowe w pełni poważnie, ale wygląda na to, że w młodego McCauleya (Robert De Niro) może się wcielić Adam Driver. Al Pacino miałby powrócić w roli Vincenta, a Ana de Armas zagrać dawną partnerkę McCauleya. Prawdę mówiąc to nie podoba mi się żaden z tych pomysłów. Bardzo wysoki Driver nie byłby zbyt wiarygodny jako młody Neil albo Vincent (początkowe plotki łączyły go z tą postacią). Ana nie pasuje mi do charakteru książkowej postaci. Pacino natomiast jest już zbyt stary żeby przekonująco udawać, że od wydarzeń z pierwszej „Gorączki” minęło zaledwie kilka lat. Mam nadzieję, że Mann postawi na jakieś odważniejsze, nieoczywiste wybory obsadowe, które lepiej oddadzą naturę tych postaci. Zwłaszcza, że Val Kilmer nie będzie przecież mógł powtórzyć roli Chrisa, a skoro jego trzeba będzie zastąpić to nie ma też potrzeby żeby kurczowo trzymać się Pacino. 
 
Najważniejsze jednak, że kręgosłup historii, którą mielibyśmy dostać, istnieje już w formie książki, i jest naprawdę dobry. Co więcej, od kilku miesięcy jest dostępny po polsku, co mogło umknąć osobom nieśledzącym premier książkowych, bo wydawnictwo Harper Collins Polska najwyraźniej postanowiło, że nie musi jej promować wśród kinomanów. 
 
„Gorączka 2” została napisana przez samego Michaela Manna wspieranego przez Meg Gardiner. On pewnie zapewnił pomysły na fabułę i dbałość o opisywane detale techniczne, ona wypolerowała jego kanciasty styl i sprawiła, że zaczęło to przypominać dzieło literackie, a nie rozciągnięty scenariusz filmowy. Efekt finalny jest generalnie satysfakcjonujący, ale odniosłem wrażenie, że duet docierał się powoli, a stylowość tekstu była ulepszana wraz z postępem prac nad książką i pewna toporność stylu Manna bardziej wybijała się przez pierwszych kilkadziesiąt stron, co później zgrabniej było już przykrywane przez Gardiner. Oczywiście bazuję tę opinię na podstawie lektury polskiego przekładu Danuty Fryzowskiej, która to mogła być tak naprawdę odpowiedzialna za ten efekt stopniowego „polerowania” stylu książki. Możliwe też, że to po prostu historia zrobiła się na tyle interesująca, że przestałem zwracać uwagę na takie stylistyczne wymysły, bo byłem zbyt pochłonięty samą opowieścią. 
 
Właściwie to tutaj nie ma miejsca na jakąś wątpliwość, zdecydowanie byłem pochłonięty treścią, bo „Gorączka 2” to 544 stron wypełnionych tyloma wątkami, że spokojnie by wystarczyły na osobne filmy opowiedziane z dwóch perspektyw czasowych (przed i po „Gorączce”). Osobiście to chyba nawet wolałbym żeby Mann najpierw się skupił na historii z lat 80., bo jest ciekawsza i bardziej „filmowa”. Jest też zdecydowanie mroczniejsza i wypełniona po brzegi tym wysokokalorycznym sensacyjnym „mięskiem” połączonym z interesującymi relacjami pomiędzy postaciami za które kochamy filmowy pierwowzór. Autorzy zadbali również o kilka znakomitych scen akcji, od których trudno się oderwać podczas lektury, jednocześnie wyobrażając sobie jak potężnego kopa adrenaliny mogą zapewnić w ewentualnej wersji ekranowej. Nie jest zresztą trudno sobie to wyobrazić, bo duet Mann/Gardiner wszystkie momenty akcji w książce opisuje w taki sposób, że stanowią już praktycznie gotową matrycę do odbicia w scenariuszu filmowym. 
 
W sumie to jedyny moment kręcenia nosem zaliczyłem na początku lektury, gdy streszczana jest pokrótce fabuła filmowej „Gorączki”, a czytelnik dowiaduje się ze szczegółami o tym, co dokładnie działo się z Chrisem przez następnych kilkadziesiąt godzin po wydarzeniach z finału pierwowzoru i jak wyglądało dochodzenie Vincenta w tej sprawie. W moim odczuciu było to dopisywanie niepotrzebnych szczegółów do kompletnego już arcydzieła. Im bardziej jednak fabuła książki odskakuje od filmowych wydarzeń, zarówno w przeszłość, jak i przyszłość, tym ciekawsza i bardziej satysfakcjonująca staje się jej lektura. 
 
Jeżeli również uwielbiacie „Gorączkę” to nawet nie macie się nad czym zastanawiać, im głębiej wgryziecie się w książkę, tym trudniej będzie się od niej oderwać, a jeżeli z filmowej ekranizacji ostatecznie jednak nic nie wyjdzie to obrazy jakie pozostaną w głowie po lekturze powinny zaspokoić na jakiś czas głód porządnej sensacji działającej na wyobraźnię i emocje.

niedziela, 16 kwietnia 2023

Beef (Awantura) - pierwszy sezon

 


Zaczyna się od nagłej psychozy na drodze. Ktoś komuś zajeżdża drogę. Zostaje wytrąbiony i potraktowany środkowym palcem. Sytuacja prędko eskaluje do szalonego pościgu ulicami L.A., rajdu przez cudze trawniki i niemalże staranowania jednego samochodu przez drugi. Później jest już tylko coraz ostrzej i absurdalniej, bo życiowe ścieżki dwójki narwanych osób jeszcze wielokrotnie będą się przecinać, a efektem tego będzie narastający chaos w ich życiu i coraz tragiczniejsze konsekwencje tegoż. 
 
„Beef” („Awantura”) wciąga odbiorcę w swój szalony świat od pierwszego odcinka i nie puszcza do samego końca. Osią całej akcji jest konflikt w którym nie ma „dobrej” strony. Oboje głównych bohaterów (doskonałe role Ali Wong i Stevena Yeuna) jest równie antypatycznymi osobami, których grzechy i naganne życiowe postawy mogą się od siebie różnić, ale generalnie to kosa trafiła na kamień, a wynikające z tego iskry wzniecą w ich otoczeniu niejeden pożar. 
 
Serial porusza wiele interesujących zagadnień, takich jak nierówności społeczne, depresja, agresja zatruwająca relacje międzyludzkie, rozczarowanie egzystencją, no i wieczne widmo wypalenia życiowego kroczącego tuż za chwilami osiągnięcia tej prawdziwej satysfakcji. Jest tu miejsce na krytykę i satyrę na świat bogaczy oraz sztuki współczesnej, ale też niepochlebny portret gościa z dolnych szczebel drabiny społecznej, który całe życie musiał kombinować i oszukiwać żeby coś ugrać dla siebie. Znaleziono przestrzeń na surrealne i absurdalne momenty rodem z „Fargo” i „Atlanty”, ale też sporo emocjonalnej prawdy i niejednoznacznego kreślenia portretów różnych postaci. 
 
Brzmi to wszystko bardzo poważnie, ale twórcy „Beef” nigdy nie traktują swojej historii zbyt serio, zawsze utrzymując odpowiedni poziom humoru i energii, którymi tętni serial, skutecznie trzymając odbiorcę przed ekranem, nie pozwalając odejść od siebie na zbyt długo. Kawał porządnej produkcji, która zapewne trafi pod koniec roku na większość list z najlepszymi tegorocznymi premierami. Naprawdę warto zobaczyć.

niedziela, 26 marca 2023

John Wick 4 - recenzja

 


Gdy usłyszałem, że czwarty „John Wick” będzie trwać prawie trzy godziny to pomyślałem: „kogoś tam pogrzało”. No cóż, nie wiedziałem wtedy, że w ten czas będzie wliczone 60 finałowych minut najbardziej ekscytującej (ciągłej) akcji, jaką najprawdopodobniej zobaczymy w tym roku w kinie. A wcześniej, no wiecie, jeszcze więcej solidnej nawalanki i strzelanki typowej dla „Johna Wicka”. 
 
Warto jest się przejść do kina już chociażby dla tych pierwszych dwóch godzin, pięknie nakręconych, pomysłowych wizualnie i choreograficznie, z fabułą wprawdzie prostą i dość naciąganą, ale sprawnie łączącą ze sobą kolejne sceny akcji. Wszystko to płynie dość żwawo, zatrzymuje się na dłużej tam, gdzie trzeba, żeby zapewnić jakieś emocje względem postaci (i motywacje dla nich) biorących udział w ekranowych rozróbach, ale nigdy nie pozwala nam zapomnieć o tym, że historia służy tutaj jedynie jako spoiwo pomiędzy wieloma skomplikowanymi i bardzo długimi scenami akcji. 
 
Ostatnia godzina to już jednak tak mistrzowska petarda, że głowa mała. Wszystko jest tu podporządkowane adrenalinie. Począwszy od muzyki nadającej rytmu dla tej pożogi i zbudowanej na zasadzie energetycznego mix-tape’a utworów płynnie przeskakujących pomiędzy elektroniką, metalem i… motywem rodem ze spaghetti westernów. Poprzez imponującą stronę techniczną z dłuższymi ujęciami łączącymi szaloną kaskaderkę z efektami komputerowymi. Kończąc na potężnym wysiłku fizycznym wszystkich aktorów i kaskaderów biorących udział w tym obłędzie. Widać w każdej scenie ten ból, pot i poobijane gnaty jakie musiały towarzyszyć realizacji tego. 
 
Jest w tym wszystkim sporo logiki (a może raczej braku tejże) i stylistyki zaczerpniętej z gier komputerowych. Czasem to nieco bawi, gdy bywalcy klubu nocnego, niewzruszeni brutalną rozróbą, jaka dzieje się tuż obok nich, wesoło podskakują do muzyki, robiąc za tło dla sceny sprawiającej wrażenie planszy z konsolowego mordobicia. Częściej jednak wywołuje opad szczęki, szczególnie w chwili, gdy kamera wędruje pod sufit, skąd obserwuje przez dłuższy czas efekciarską strzelaninę wewnątrz budynku, z góry pokazując nam postacie prujące do siebie z różnych pomieszczeń. Fantastyczny pomysł i wykonanie. 
 
Już dawno się tak dobrze nie bawiłem w kinie na filmie akcji. Najlepsza odsłona serii.

sobota, 11 marca 2023

Scream VI (Krzyk 6) - recenzja

 


Niesamowite, jak dobrym filmem, i to na etapie szóstej części, 27-letniej przecież serii slasherów, jest nowa odsłona „Krzyku”. Wypuszczony zaledwie rok po premierze piątej części nie sprawia wrażenie produktu pospiesznie zdjętego z bezdusznego taśmociągu corocznych krwawych straszaków. Oczywiście, że fabularnie już dawno przerodziło się to w pocieszną telenowelę z dodatkiem gore w której scenarzyści stają na głowie żeby mordercy byli jakoś powiązani w finale z bohaterami cyklu i nawiązywali do poprzednich psychopatów przebranych za Ghostface’a. W starszych odsłonach tożsamości morderców i stojące za nimi historie bywały słabe (trójka), dobre (czwórka), naciągane (dwójka i piątka), ale nigdy nie zbliżały się do piorunującego efektu (zarówno pod względem efektu samego zaskoczenia, jak i tego, co się następnie działo w finale) zakończenia pierwszego filmu. W szóstce osiąga to już doprawdy niedorzeczny poziom, ale to zarazem jedyna zła rzecz jaką mogę powiedzieć o tym filmie. 
 
„Krzyk 6” uzmysłowił mi, w połączeniu z niedawnym maratonem z wszystkimi poprzednimi filmami, że jest to moja ulubiona seria slasherów. Uwielbiam w niej to, że jej szósta odsłona wciąż potrafi zaskakiwać i satysfakcjonować świeżymi pomysłami, dając kupę radochy z oglądania krwawego baletu z nożem, ale też solidnie budowanego napięcia. Już na etapie zapowiedzi intrygowała ta znoszona maska Ghostface’a i scena w której poluje na bohaterki ze strzelbą w łapie. Skończyły się czasy zamaskowanej niezguły, która podczas pościgu za ofiarą dostaje doniczką w łeb i potyka się o przewrócone krzesło. Nowy Ghostface traktuje zamknięte drzwi z buta, a pyskate dziewczyny tnie nożem głęboko i bezlitośnie. Przy okazji jego postać bawi się oczekiwaniami widza już w prologu filmu, w którym to twórcy zdają się odrzucać pewne reguły cyklu, tym samym szybko wpuszczając do historii pierwszy powiew świeżości. 
 
Działają tutaj relacje pomiędzy bohaterami, bo to pierwsza grupa nowych postaci (mam na myśli tych, którzy przetrwali poprzedni film) od czasu wprowadzenia ekipy z oryginalnego „Krzyku”, która została napisana i zagrana na tyle zgrabnie, że sympatyzuje się z nimi i nie patrzy obojętnie na ich los. Sceny morderstw są świetnie poprowadzone, podobnie jak starcie Gale z mordercą, nie brakuje w tym wszystkim różnych małych zaskoczeń i nieoczekiwanych rozwiązań, odpowiedniego rytmu wydarzeń, no i satysfakcjonujących puent. 
 
Bawiłem się przednio, jeżeli lubicie serię to szósty „Krzyk” jest czystą przyjemnością, a stojący za tym reżyserski duet (Matt Bettinelli-Olpin, Tyler Gillett) zaczyna być coraz ciekawszym głosem w dzisiejszym kinie grozy.

poniedziałek, 30 stycznia 2023

The Fabelmans (Fabelmanowie) - recenzja

 


„Fabelmanowie” wprawdzie wpisują się w mini-nurt projektów doświadczonych reżyserów opowiadających o swoim dzieciństwie, który rozpoczęła kilka lat temu „Roma” Cuarona, ale są też świadectwem tego, jak niezafiksowanym na swoim ego twórcą jest Spielberg. Jego film to oczywiście introspektywne spojrzenie w swoją daleką przeszłość, ale jeszcze bardziej czuły, pełen empatii i zrozumienia, portret niebanalnych rodziców. Obdarzonego umysłem ścisłym ojca, wspierającego zainteresowania syna, a jednocześnie nie potrafiącego spojrzeć na tworzenie filmów jak na poważny pomysł na dorosłe życie, bagatelizującego go i umniejszającego jego wartość. Nieszczęśliwej matki, która artystyczną duszę i muzyczny talent musiała złożyć na ołtarzu wielodzietnej rodziny. Steven szczerze i wnikliwie przygląda się związkowi swoich rodziców, uciekając od łatwych ocen kreśli ich relację i portrety. Dostrzega naturę ojca, poczciwiny, o łagodnej naturze i smutnym uśmiechu, która kocha swoją rodzinę, ale nie zawsze potrafi zapewnić jej szczęście, co nie przeszkadza mu próbować to robić, czasem kosztem własnego bólu. Widzi pogłębiającą się depresję matki, która dostrzega dobroć męża i bezmierne oddanie całej rodzinie, ale nie potrafi już odnaleźć w tym źródła szczęścia dla siebie, co jednocześnie stale wpędzą ją w poczucie winy. 
 
Film Spielberga to list miłosny do kina i procesu tworzenia filmów, ale to nie tylko nostalgiczna podróż do początków własnej artystycznej drogi, co raczej świadectwo tego, jak pasja przeradzała się w rzemiosło, jak rodziło się głębokie zrozumienie natury kina i tego, jak różne emocje potrafią wywierać filmy na widowni oraz jaką stawia to odpowiedzialność przed twórcą. 
 
W „Fabelmanach” bardzo interesująca jest rozpiętość tematyczna i wartość zawartych w nich spostrzeżeń. Nie tylko w temacie rodziny oraz miłości, i tego, że czasem trzeba ukochanej osobie podarować wolność, i to również od siebie, jeżeli tego potrzebuje do rozkwitnięcia. Jest to ciekawy portret żydowskiej rodziny, tradycji przesadzonej ze starego kontynentu, zderzonej z realiami Stanów Zjednoczonych z połowy ubiegłego stulecia. Zarazem bolesne wspomnienie ówczesnego antysemityzmu, agresji i uprzedzeń. 
 
Nie widzę w tym filmie „starczych” sentymentalnych wspominków o lepszych, dawnych czasach. Widzę szczere podsumowanie historii swojej rodzinny, ciepły obraz pierwszych reżyserskich kroków i ujmującej wspólnoty osób biorących w realizacji tych amatorskich produkcji, portret żydowskiej perspektywy i poświęceń jakie trzeba ponieść decydując się na podążenie drogą artysty. 
 
Przede wszystkim jednak jest to film o tym, że nigdy nie należy ustawiać horyzontu na środku kadru.