niedziela, 22 października 2023

Past Lives (Poprzednie życie) - recenzja



Sytuacja ma miejsce kilka lat temu. W roku 2018, żeby być dokładnym, gdzieś w East Village, w barze znajdującym się na dolnym Manhattanie, miejscu słynącym z bogatego życia nocnego. Kobieta siedzi w towarzystwie dwóch mężczyzn. Ona jest kanadyjką koreańskiego pochodzenia z zieloną kartą zdobytą po poślubieniu Amerykanina. Jednym z tych mężczyzn jest właśnie on. Drugim jej dawna miłość z Korei, której nie widziała od czasu szkoły średniej. Siedzą, rozmawiają, ona stanowi pomost pomiędzy mężczyznami, zarówno komunikacyjny, bo tłumaczy rozmowę oraz różnice kulturowe, ale też pomost towarzyski, gdyż jest jedynym powodem, że życiowe drogi tych mężczyzn przecięły się w tamtym momencie. Ona się zastanawia, co sobie myślą, o ich trójkącie, obcy ludzie dookoła. Jak rozszyfrowują dynamikę tej relacji. Jakie nadają w niej role każdemu z nich. Mąż, chłopak, brat, przyjaciel, kto jest kim, dla niej, zdaniem nieznajomych. Jest to punkt zapalny do zrodzenia się w głowie Celine Song pomysłu na film „Past Lives” („Poprzednie życie”). 

 „Past Lives” nie jest jednak historią opartą w pełni na prawdziwych wydarzeniach. Film opowiada o młodzieńczym uczuciu dwójki koreańskich nastolatków, którzy zostają rozdzieleni, gdy dziewczyna przenosi się z całą rodziną do Kanady. On próbuje odnowić kontakt po 12 latach rozłąki, na jakiś czas rodzi to intensywną relację opartą na technologii, przede wszystkim na ciągłych rozmowach przy pomocy skype’a, ale ostatecznie całkowicie uciętą na kolejnych 12 lat. On pojawia się nagle w Nowym Jorku, gdzie ona już od dawna mieszka. Problem w tym, że jest już mężatką i to szczęśliwą. Czy stara miłość nie rdzewieje, a amerykański mąż okaże się dupkiem, który staje na drodze przeznaczeniu i „prawdziwej” miłości? Otóż niekoniecznie. 

No dobrze, uczucie jest obecne, zwłaszcza po jego stronie, bo dziewczyna była tą pierwszą wielką miłością do której wzdychał przez resztę życia. Sprawę niestety komplikuje amerykański mąż (świetny John Magaro), mający tupet bycia uroczym, mądrym, porządnym gościem. Gdyby usłyszał, że żona zostawia go dla nastoletniej miłości to najprawdopodobniej cierpiałby, ale zrozumiałby to. Dwójka koreańskich bohaterów natomiast zdaje sobie sprawę, że być może uciekła im szansa na jakąś wielką romantyczną miłość zapisaną w gwiazdach, ale w jej przypadku alternatywa wcale nie jest czymś gorszym, a miłosny zapis w niebie być może dotyczy tylko jakiejś alternatywnej rzeczywistości, albo ich kolejnego wcielenia. 


 

Jest to bardzo ciekawie rozpisana dynamika relacji pomiędzy postaciami, działająca pod względem emocjonalnym, oparta na szacunku i trosce, a nie dzikim pożądaniu i zdradzie, ale zbyt wykastrowana przez brak tych 24 lat prawdziwego kontaktu pomiędzy postaciami i jakiejś solidniejszej fabularnej nici splatającej te wszystkie lata, żeby do końca uwierzyć w głębię tego potencjalnego uczucia, które nigdy tak naprawdę nie zdołało w pełni zakwitnąć. Niewykluczone, że nie wierzy w to sama reżyserka, która cały wątek potencjalnego romansu i rozmów koreańskich bohaterów na temat przeznaczenia, dopisała do niewinnej pod tym względem autentycznej sytuacji ze wspomnianego baru, którą odczytała jako świetny punkt startowy do czegoś więcej. W filmie powracającym motywem jest koreańskie słowo „inyeon”, pochodzące z buddyzmu, określające więź łączącą parę ludzi poprzez ich wszystkie życia, rodzaj przeznaczenia, które może się skończyć romantyczną miłością. Bohaterka w pewnym momencie trochę to obśmiewa jako świetny tekst na podryw. Jednocześnie Celine Song sprytnie wykorzystuje okazję żeby uwieść przy jego pomocy widzów. 

Z całą świadomością oczywistości wykorzystanej przez niej sztuczki i emocjonalnych sznurków, za które zgrabnie pociąga, muszę jednak przyznać, że jestem nieco uwiedziony przez jej film. Zapewne nie jestem w tym odosobniony, bo Song porusza w nim kilka uniwersalnych tematów, które rezonują z odbiorcami z całego świata. Emigranckie doświadczenia kogoś żyjącego na przecięciu różnych kultur. Sentymentalna podróż w przeszłość, ku dawnej miłości, i rodzące się z tego pytania o to, co mogłoby być, a nie stało się. Wątpliwość, czy wybrało się najlepszą wersję swojego życia, a może jednak niekoniecznie. 

„Past Lives” być może nie do końca działa tak, jak tego chcielibyśmy, gdy rozważamy to jako historię o przeznaczeniu i miłości, ale jednocześnie jest w nim tyle uroku i pięknych emocji, zwłaszcza w drugiej połowie, że z przyjemnością wraca się do niego po jakimś czasie. Widziałem już dwukrotnie, najpierw na festiwalu, a później w kinowej dystrybucji, i nie mam wątpliwości, że jeszcze wrócę do niego w przyszłości. Z tego co zaobserwowałem, to takie powroty zafundowało sobie wiele osób, które miały okazję na kilkumiesięczne przerwy pomiędzy seansami. 

PS. Celine Song przyszła na ten świat jako Ha Young. Podobnie jak bohaterka filmu, gdy przeprowadzali się do Kanady, dostała od rodziców możliwość wybrania sobie nowego imienia. W pobliżu leżała wtedy płyta Celine Dion.