czwartek, 19 maja 2022

Top Gun: Maverick



Najlepsze porno z odrzutowcami na rynku. Poszedłem bez większych oczekiwań, pokochałem od pierwszych sekund, gdy tylko z głośników pieprznął potężny dźwięk silników wojskowych samolotów, a chwilę później dołączyło „Danger zone” Kenny’ego Logginsa. Joseph Kosinski i Tom Cruise doskonale wiedzą na jakiej nucie powinni zagrać żeby podbić serce docelowego odbiorcy. 

Nowy „Top Gun” to kino proste fabularnie. Historia jest pretekstowa i schematyczna. Dramaturgiczną oś konfliktu i przebieg finałowej misji można bezbłędnie zarysować sobie w głowie na podstawie zwiastunów. Maverick jest wciąż niepokorny, ale dalej uchodzi mu to płazem, bo jest wybitnym pilotem, a do tego wspiera go dawny kolega (Iceman), który zdążył się dochrapać rangi majora. Rooster (Miles Teller) jest obrażony na Mavericka, bo nie dość, że ten był zamieszany w śmierć jego ojca (Goose z pierwszej części) to jeszcze podkopał jego karierę w wojsku próbując ustrzec go przed pójściem w ślady taty. Historia nie przejdzie do finałowego etapu dopóki panowie nie zdołają się dogadać. Koniec fabuły. Aha, no i jeszcze jest miniaturowy wątek romantyczny z udziałem Jennifer Connelly. No jest. O taki tyci. 

 Wszystko to jest naprawdę nieważne. Nie ogląda się przecież porno z odrzutowcami dla zniuansowanych psychologicznie relacji pomiędzy postaciami i skomplikowanej fabuły. Samoloty mają pięknie wyglądać, robić hałas, latać z zawrotną prędkością i robić imponujące powietrzne piruety. W „Top Gun: Maverick” mamy to wszystko i jeszcze trochę. Cruise wiedział co robi ściągając do projektu swojego kolegę z „Oblivion”. Jeżeli Joseph Kosinski jest w czymś naprawdę dobry to niewątpliwie w tworzeniu ładnych filmowych obrazków. Wspólnie z nadwornym operatorem (Claudio Miranda) asystują w czułej, acz intensywnej, miłości pomiędzy kamerą i prawdziwymi gwiazdami tego filmu, odrzutowcami. Okiem kamery prześlizgują się po ich kształtach, obłapiają wzrokiem zagięcia, rakiety, kokpity. Z zachwytem wpatrują się jak pędzą w powietrzu. Tom Cruise nalegał żeby nie tylko on (co już nikogo nie dziwi na tym etapie jego kariery), ale też reszta obsady naprawdę siedziała w kokpitach i doświadczała przeciążeń wiążących się z lataniem tymi maszynami. Było warto, szczególnie w scenach z jego udziałem, gdy obserwujemy z bliska twarz Mavericka robiącego szalone „bączki” w powietrzu. 

 Jeżeli kogoś to zupełnie nie ekscytuje to film dostarczy mu trochę materiału do narzekań. Kosinski lubi uderzać w ckliwe tony. Bywa też lekko tandetny, ale w taki uroczo-pocieszny sposób. Historia nie trzyma na krawędzi fotela, ale wszystko to jest jedynie wypełniaczem pomiędzy kolejną dawką porno z odrzutowcami, a jako takie produkcja zapełnia 100% satysfakcji. Polecam obejrzeć w kinie z porządnym nagłośnieniem i potężnym ekranem.

niedziela, 15 maja 2022

Festiwal w Cannes 2022: Program

 


Od mojej ostatniej wizyty w Cannes minęły trzy lata. Jedną edycję odwołano. Z drugiej sam musiałem zrezygnować, gdy przenieśli termin, a podróżowaniu z Anglii do Europy towarzyszyło zbyt wiele niewiadomych żeby robić plany na kilka miesięcy do przodu. Ależ tęskniłem! W ubiegłym roku tak mnie bolało obserwowanie festiwalu z kanapy, że nie było innej opcji, musiałem w tym roku podjąć próbę uczestnictwa. Akredytacja prasowa ogarnięta, lokum zaklepane, bilet wykupiony. Jutro lecę. 

No dobra, do rzeczy jednak, bo zapomniałem wcześniej wrzucić na blog mój tekst o programie festiwalu, który trafił kilka tygodni temu na fanpage. Starym zwyczajem wjechałem w program z lupą żeby przyjrzeć się dokładnie twórcom pokazywanych filmów i ich filmografii. Układam tak dostępne informacje przede wszystkim dla siebie, żebym później nie przegapił niczego potencjalnie wartego uwagi, ale też mam nadzieję, że zaciekawi to Was i być może odkryje filmy którym warto się będzie przyglądać za kilka tygodni. 

A zatem, zaczynamy od programu głównego: 

 Od dawno zapowiadało się, że podczas tegorocznego Cannes będzie można zobaczyć nowy film Davida Cronenberga. Pierwszy od ośmiu lat! Z poprzednim też pojawił się na Lazurowym Wybrzeżu. Pamiętam to dobrze, bo była to pierwsza edycja festiwalu w której miałem okazję uczestniczyć. Niestety na „Mapy gwiazd” się wtedy nie dostałem, ale był to jedyny rok, w którym musiałem rezygnować z tych ostatnich, wieczornych pokazów, więc „Crimes of the Future” już na pewno nie odpuszczę. Osadzona w niedalekiej przyszłości historia ma opowiadać o ludziach, którzy w efekcie eksperymentów z DNA zaczęli wytwarzać w sobie dodatkowe organy. Główny bohater (Viggo Mortensen) jest artystą wystawiającym własne usunięte organy jako dzieła sztuki upiększane tatuażami wykonywanymi przez jego dziewczynę (Lea Seydoux). Brzmi jak Cronenberg na pełnym gazie. 

 


„Triangle of Sadness” Rubena Östlunda spodziewałem się zobaczyć już w zeszłorocznym programie więc gdy film przeczekał ubiegły rok to byłem pewien, że reżyser wstrzyma się z premierą do następnej edycji. W Cannes ma obecnie bardzo dobrą passę. Przedostatni film (znakomity „Turysta”) zdobył nagrodę jury w sekcji Un Certain Regard. Ostatni (równie dobre „The Square”) zapewniło mu pięć lat temu Złotą Palmę. Czy „Triangle of Sadness” nie przerwie tego zwycięskiego marszu okaże się za kilka tygodni, ale historia pary modeli trafiających na statek wycieczkowy dowodzony przez marksistowskiego kapitana (Woody Harrelson) z całą pewnością zapowiada się obiecująco. 

O drugą Złotą Palmę (pierwszą dostał w 2018 za „Złodziejaszki”) zawalczy też Hirokazu Koreeda tym razem z koreańską obsadą. Jego poprzednia próba wyjścia z japońskiej strefy komfortu była połowicznym sukcesem, bo „Prawda” rzeczywiście sprawiała wrażenie skrzyżowania francuskiego filmu o burżuazji z charakterystycznym dla Koreedy skupieniem się na relacjach rodzinnych, ale było to kino zaledwie niezłe. Być może bliższa mu geograficznie Korea okaże się lepszym wyborem, a grający w filmie „Broker” Kang-Ho Song będzie mógł się pochwalić występem w kolejnym filmie nagrodzonym w Cannes (ostatnio w „Parasite”). 

 Z większym podekscytowaniem będę jednak wypatrywać premiery „Decision to Leave”, bo nowy film Park Chan-wook zawsze jest dla mnie wielkim wydarzeniem. W 2016 prywatną Złotą Palmę wręczyłem jego „Służącej” i jeżeli tylko koreański reżyser pojawi się na Lazurowym Wybrzeżu z czymś na miarę swojego talentu (a serialowa „Mała doboszka” pokazała, że nie przestaje dostarczać jakościowych produkcji) to może w końcu wyjedzie z Francji z najważniejszą nagrodą. 

Sądząc po jego dotychczasowej historii z festiwalem to zapewne z pustymi rękoma nie wyjedzie też Cristian Mungiu, wygrywający w przeszłości nagrody za reżyserię („Egzamin” w 2016), scenariusz („Za wzgórzami” w 2012) oraz samą Złotą Palmę („4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni” w 2007). Mungiu to zawsze gwarancja jakościowego, inteligentnego, poruszającego kina, „RMN” warto mieć więc na radarze. 

 


Niekoniecznie natomiast warto poświęcać jakiejś specjalnej uwagi innemu stałemu bywalcy różnych canneńskich sekcji. Arnaud Desplechin miewał dobre filmy (ostatnio w 2015 gdy„My golden days” trafiły do Director’s fortnight), ale otwierające festiwal z 2017 „Kobiety mojego życia” były chaotycznym, niepoukładanym średniakiem, a „Miłosierny” z 2019 dwugodzinnym, żmudnym, drobiazgowym śledztwem w sprawie staruszki uduszonej za wybielacz. Chwilowo nie odliczam dni do premiery jego najnowszego filmu. 

Z mniejszym pobłażaniem, ale też bez większego entuzjazmu, czekam na nowy film braci Dardenne. Wiedziałem, że będzie na festiwalu, bo wiedziałem, że powstał, a świat już tak jest skonstruowany, że jeżeli braci Dardenne robią nowy film to automatycznie trafia do Cannes. Nie zrozumcie mnie źle, mam sporo szacunku do ich twórczości, „Dziecko” (pokazywane na Nowych Horyzontach jeszcze za czasów Cieszyna) wprowadzało mnie w świat festiwali filmowych, ale ostatnim ich bardzo dobrym filmem były „Dwa dni, jedna noc” z 2014. Nie wykluczam, że mogą zaskoczyć i wjechać do Cannes z jakimś emocjonalnym walcem, ale raczej spodziewam się kolejnego przyzwoitego filmu typu „Nieznajoma dziewczyna” (2016) czy „Młody Ahmed” (2019). 

Sporo emocji natomiast będzie niewątpliwie towarzyszyć premierze filmu „Tchaikovski’s Wife” Kiriłła Sieriebriennikowa. Spodziewałem się jakiejś rosyjskiej produkcji na festiwalu po ich oficjalnym komunikacie sprzed kilku tygodni, że nie zamierzają gościć żadnych przedstawicieli rządowych struktur, ale nie planują też podkładać nogi tym twórcom filmowym, którym zawsze było nie po drodze z rosyjską władzą. Sieriebriennikow niewątpliwie wpisuje się w to drugie, bo kilka lat temu canneńską premierę „Lato” musiał świętował z domowego aresztu w Rosji. Spodziewam się jednak jakichś kontrowersji związanych z premierą rosyjskiego filmu i zgaduję, że polskie festiwale nie odważą się go wyświetlić w tym roku. Karierze Sieriebriennikowa kibicuję od chwili zobaczenia doskonałego „Ucznia” (sekcja Un Certain Regard w 2016) więc cieszę się, że chociaż we Francji będę miał okazję obejrzeć jego nowy film, ale przypuszczam, że jego walory artystyczne zejdą na dalszy plan w późniejszym dyskursie medialnym. 

Z ciekawością wypatruję też premiery „Armageddon Time” Jamesa Gray. W ostatnim czasie spekulowano, czy film pojawi się na festiwalu, bo podobno miał być odrzucony przez selekcjonerów. Gray jest twórcą nierównym, ale zazwyczaj ciekawym i wartym uwagi, co udowodnił dwoma ostatnimi produkcjami („Ad Astra” i „Zaginione miasto Z”). „Armageddon Tima” jest opowieścią o wchodzących w dorosłość nastolatkach z nowojorskiego Queens lat 80. W obsadzie Anne Hathaway, Anthony Hopkins i Jeremy Strong. 

Cieszy mnie, że do głównego konkursu awansowali Ali Abbasi i Lukas Dhont. Obaj trafili wcześniej do sekcji Un Certain Regard w roku 2018. „Granica” Abbasiego była cudownym przeżyciem festiwalowym obfitującym w szalone, dzikie, nieprzewidywalne pomysły fabularne oraz wizualne. „Girl” Dhonta natomiast była subtelną i empatyczną opowieścią, uważnie przyglądająca się niuansom życia bohaterki, jej interakcjom z innymi ludźmi, czasem skażonych bezmyślnym okrucieństwem, a częściej brakiem zrozumienia i taktu, a także jej desperackim gestom, nieco autodestrukcyjnej naturze i wrażliwej psychice. 

 


Możliwe, że z czymś ciekawym przyjedzie Tarik Saleh, którego kojarzę z niezłego „Morderstwa w hotelu Hilton” opowiadającego o śledztwie w sprawie morderstwa dokonanego w przededniu egipskiej rewolucji z początku ubiegłej dekady. Jakościowe kino powinny też dostarczyć takie doświadczone twórczynie jak Kelly Reichardt i Claire Denis, no i zawsze dobrze zobaczyć polskie nazwisko w canneńskim programie, ale na razie nie mam żadnych emocji względem „Eo” Jerzego Skolimowskiego. 

Niewiadomą natomiast są dla mnie takie osoby jak Valeria Bruni Tedeschi, Mario Martone, Saeed Roustaee, bo nie widziałem dotąd żadnego z ich poprzednich filmów. 

Jak zwykle, z niewiadomych składa się większość nazwisk, które trafiły do sekcji Un Certain Regard. Oczywiście wybiorę się na „The Silent Twins”, czyli pierwszy pełnometrażowy angielskojęzyczny film Agnieszki Smoczyńskiej z Letitią Wright. Postaram się znaleźć czas dla „Les Pires” (reż: Lisa Akoka, Romane Gueret), bo dobrze wspominam ich film krótkometrażowy, „Chasse Royale”, nagrodzony kilka lat temu w sekcji Director’s Fortnight. Być może sprawdzę jak Riley Keough sprawdziła się w roli reżyserki („Beast” zrobione wspólnie z Giną Gammell). Z czym przyjechał Hlynur Palmason, czyli autor filmów „Zimowi bracia” oraz „Biały, biały dzień”. I może jeszcze zerknę z zaciekawieniem na „Sick of Myself” Kristoffera Borgli, którego „DRIB”, pokazywany kilka lat temu na Nowych Horyzotach, był filmem całkiem fajnym, zabawnym, ale nie tak odkrywczym i zabawnym, jak to się chyba zdawało jego twórcom. Generalnie jednak Un Certain Regards to wskakiwanie z zamkniętymi oczami w głęboką przepaść i liczenie, że skończy się to dla nas dobrze. 

Oprócz tego w pokazach specjalnych będzie można zobaczyć jeszcze nowe filmy Oliviera Assayasa, Quentina Dupieux, Sergieja Łoźnicy, Michela Hazanaviciusa („Artysta”), Bretta Morgena („Kurt Cobain: Życie bez cenzury”), Panosa H Koutrasa („Xenia”), Marco Bellocchio („Zdrajca”). Będzie „Top Gun: Maverick”, co raczej zobaczę w normalnej dystrybucji, „Elvis” Baza Luhrmanna, co raczej zobaczę na festiwalu, a także pierwszy film George’a Millera („Three Thousand Years Of Longing”) od czasu fantastycznego „Mad Max: Fury Road”. 

Warto dodać, że to tylko program główny. Sporo potencjalnych skarbów może jeszcze czaić się w programach bocznych sekcji Director’s Fortnight i Critics’ Week. Będzie co oglądać.

niedziela, 8 maja 2022

Doctor Strange in the Multiverse of Madness - recenzja

 


„Doctor Strange in the Multiverse of Madness” to najkrótszy film Marvela od czasu „Captain Marvel”. I to czuć, bo wszystko tutaj pędzi do przodu na złamanie karku, nie pozostawiając zbyt wiele miejsca na oddech. Z jednej strony jest to dobre, bo seans zlatuje błyskawicznie. Z drugiej strony, gdy pierwszy raz wyrwałem się z kolorowego transu i zerknąłem na zegarek, to odkryłem z lekkim rozczarowaniem, że do końca pozostało jakieś 20 minut, a historia ledwie prześlizgnęła się po „multiwersalnym obłędzie”. Znaczy się jakieś tam szaleństwo było, drobnych fajnych pomysłów tutaj w bród, ale wiele z nich bazuje na konceptach z animowanej serii „What if...”, tytuł obiecuje multiwersalną kabałę, a dostajemy ledwie czterowersalną rozróbę. Jest jeden moment, zapowiedziany lekko w zwiastunach, gdy bohaterowie przebijają się brutalnie przez kolejne uniwersa, niczym „Strażnicy Galaktyki” w swoim drugim filmie przez galaktykę, jest to praktycznie jedyny moment, gdy można tak naprawdę zasmakować tytułowego obłędu. Nieco rozczarowujące. 

Nie rozczarowuje natomiast Sam Raimi, który pięknie odnajduje się na starych (a jednak zupełnie nowych) superbohaterskich śmieciach. Najciekawsze w jego podejściu do tego filmu jest to, że czerpie nie tyle z doświadczenia wyniesionego z trylogii o Spider-manie, co raczej tej wcześniejszej, o gościu z piłą mechaniczną w miejscu dłoni. Jest tutaj wiele stylistycznych odniesień do horrorowo-komediowej twórczości Raimiego, począwszy na motywach fabularnych, poprzez jump-scare’y i lekką grozę obecną w tonacji niektórych scen, a na przejściach montażowych kończąc. Jest to chyba też najbrutalniejszy film Marvela, oczywiście daleko temu do Deadpoola, czy niektórych produkcji z DC, ale wyobraźnia ma tutaj gdzie pracować i dopowiadać sobie czytelnie zasugerowaną masakrę. Zwłaszcza, że trup ściele się gęsto. 

Jest to również najlepsza rola Elizabeth Olsen, i to nawet pamiętając o serialu „WandaVision”, bez którego znajomości pewnie można obejrzeć ten film, ale jest to trochę bez sensu. Scenarzysta wprawdzie podkładał jej nogę, wyrzucając w zasadzie do kosza całą drogę, jaką Wanda przeszła w serialu, ale tylko dzięki jej talentowi, rola, która mogła pociągnąć ten film w dół, gdyby trafiła do mniej uzdolnionej aktorki, staje się jednym z powodów, że nie można oderwać oczu od ekranu. 

Ogólnie jest to film, któremu najbardziej przeszkadza scenariusz, nieco zlepiony na ślinę, ale skutecznie pomagają o tym zapomnieć liczne pomysły formalne Raimiego (jakie on tutaj robi fajne fikołki z kamerą), rozmach scen akcji, różne drobne pomysły fabularne, jak pojedynek na nutki, wspomniana rola Olsen, czy też strona muzyczna, jedna z nielicznych w filmach Marvela na którą zwraca się uwagę, i to nie tylko dzięki nieoczywistym wyborom piosenek, ale też kompozycjom Danny’ego Elfmana.

wtorek, 12 kwietnia 2022

Severance - pierwszy sezon



„Severance” raczej nie należy (jeszcze?) do najbardziej popularnych tegorocznych seriali, ale z całą pewnością jest bardzo skuteczny w podbijaniu serc tych, którzy podarowali mu szansę. W ostatnich tygodniach otrzymałem kilka prywatnych wiadomości od osób zachwalających serial pod niebiosa i gorąco polecających obejrzenie go. „Koniecznie zobacz, puść później w świat dobre słowo, zwróć uwagę ludzi na Severance”. Zobaczyłem, informuję, polecam.

„Severance” to w pewnym sensie odcinek „Black mirror” rozciągnięty na cały serial. Zaczyna od ciekawego konceptu sci-fi i prędko zamienia go w koszmar. Historia opowiada o czwórce postaci, którzy przeszli tytułowy zabieg rozdzielenia. Sprowadza się on do tego, że podczas operacji na mózgu zostaje w niego wszczepiony specjalny chip, który potrafi wydzielić z człowieka nową osobowość, nie mającą dostępu do jego wspomnień (i vice versa). W praktyce jest to wykorzystywane do tworzenia korporacyjnych „botów”, których cała egzystencja sprowadza się do pracy od 9-17 w bezsensownej pracy biurowej. Oryginał nie pamięta połowy dnia, bo traci świadomość w momencie zjechania windą do swojego biura, więc praca wykonuje się „sama”, wypłata wpada na konto, a w głowie pozostaje tylko to, co się zrobiło przed i po. „Bot” ma gorzej, bo jedyne czego zaznaje w życiu to ciągła robota, wytyczne od korpo i owocowe czwartki jeżeli wykonał listę zadań. 

Szybko pojawia się w głowie szereg myśli, od pytań o aspekt moralny całego konceptu tworzenia takich niewolniczych odprysków ludzkich osobowości, poprzez empatyczne rozmyślania nad tym, jak koszmarne musiałoby być życie w takiej ciągłej biurowej pętli, po zastanawianie się nad tym, jak żyłoby się ze świadomością, że większa część naszego tygodnia jest czarną dziurą, a wielka korporacja mogła w tym czasie wykorzystać nasze ciała do jakichś niecnych rzeczy. Bynajmniej nie zamyka to listę rzeczy dostępnych do rozpakowania w „Severance”, który mnoży sekrety, tajemnicze zdarzenia i dziwaczne koncepty od pierwszych minut, nie kwapiąc się do szybkiego rozwiązywania większości z nich, a wręcz przeciwnie, ciągle dokładając kolejne. 

Jeżeli nad całością unosi się nieuchronnie duch Philipa K. Dicka to robi on jednak podniebne piruety nad budynkiem, który spokojnie mógłby należeć do Inicjatywy Dharma z serialu „Lost”. Lumon Industries, korporacja z „Severance”, również stawia na minimalistyczną, nieco retro-futurystyczną oprawę swoich przestrzeni. Komunikację z pracownikami opiera na niedoskonałych technicznie nagraniach video oraz przełożonych balansujących pomiędzy fałszywą serdecznością, a wiszącą w powietrzu groźbą. Sama praca jest natomiast dość absurdalna, bardzo zagadkowa, a prawdziwy jej cel pozostaje na razie w sferze domysłów. 

Lawiruję w tekście żeby nie zdradzić zbyt wiele , bo ciekawość tego, co jeszcze wydarzy się w tym dziwacznym, tajemniczym świecie, jest głównym motorem napędowym serialu. Bardzo powoli odkrywa się przed widzem kolejne fragmenty serialowej rzeczywistości, ale cierpliwość zdecydowanie popłaca, bo w ostatnich kilku odcinkach twórcy (większość wyreżyserował Ben Stiller) łapią odbiorcę za gardło już dość konkretnie, wydarzenia przyspieszają, emocje wzrastają, zanim się obejrzymy jest finał sezonu, a my nie do końca rozumiemy, co nas właśnie uderzyło po głowie i jakie będą tego skutki. Z całą pewnością zostajemy z obietnicą ekscytującego drugiego sezonu, który został już potwierdzony. 

I nawet nie wspomniałem jeszcze nawet słowem o świetnej obsadzie, która pięknie prowadzi nas przez tę historię. Adam Scott, Patricia Arquette, John Turturro, Christopher Walken, każde z nich dostało tutaj coś mięsistego do zagrania, ale odkryciem dla wielu będzie Britt Lower, charakterny rudzielec, któremu towarzyszymy przy odkrywaniu reguł tego pokręconego miejsca i przyglądamy się z zaciekawieniem kolejnym formom jej buntu na zastaną sytuację. 

Serial dostępny dziś na Apple TV+, a za rok na niejednej z list najlepszych tegorocznych seriali.

niedziela, 27 marca 2022

Peacemaker - pierwszy sezon

 


Muszę przyznać, że z dużym sceptycyzmem podszedłem do informacji o planowanej realizacji serialu poświęconego Peacemakerowi. Sceptycyzm bynajmniej nie opadł po zobaczeniu filmu „The Suicide Squad” w którym to mogliśmy poznać Peacemakera. John Cena i jego (anty)bohater spełnił swoją rolę w filmie, był zdecydowanie wyrazistą postacią, ale nie sprawiał wrażenia, że jest w tym potencjał na własny serial. Wystarczyła jednak pojedyncza scena w filmie żeby James Gunn dostrzegł to, co szybko staje się jasne podczas oglądania serialu - John Cena potrafi pójść ze swoją interpretacją w niespodziewanych kierunkach i dokopać się do zaskakujących pokładów emocjonalnej głębi w tej pozornie jednowymiarowej postaci. Obaj nie boją się też pójść w najbardziej szalone miejsca bez oglądania się przy tym na własną próżność i dumę. 

 „Peacemaker” nie jest owocem wyrachowanej decyzji biznesowej wielkiej korporacji, która próbuje czymś zapchać bibliotekę swojej platformy streamingowej, a dzieckiem bogatej wyobraźni gościa, który nagle pomyślał sobie „czy nie byłoby ekstra gdyby...” i następnie pozwolił popłynąć swojej kreatywności. Szczęśliwie korporacja dostrzegła, że nie należy mu w tym przeszkadzać. Przy okazji zyskała atrakcyjny wypełniacz wspomnianej biblioteki. Wszyscy wygrali. 

Serial sprawia widzowi tyle przyjemności, bo widać, że jest to dzieło pasji, zrobione z miłością, spontanicznie i bez jakiejś pretensji. Ewidentnie Gunn nie mógł się doczekać z przelaniem pomysłów na papier, a następnie realizacją tego na planie, bo wcisnął to wszystko w swój napięty grafik wysokobudżetowych produkcji. Gdyby tylko mógł to nakręciłby wszystkie osiem odcinków, ale musiał trochę odpuścić żeby zająć się kolejnym zobowiązaniem, czyli trzecią odsłoną „Strażników Galaktyki”. Już zapowiedział, że drugi sezon wyreżyseruje w całości. 

„Peacemaker” pokazuje dlaczego Gunn jest obecnie jednym z najlepszych reżyserów tworzących produkcje superbohaterskie. Nie podchodzi do tematu z namaszczeniem, bardzo chętnie żartuje sobie z materiału i gatunku, ale też rozumie, że istotne jest zbudowanie solidnych relacji pomiędzy postaciami i sięgnięcie po powagę tam, gdzie wymaga tego historia. Poziom jego poczucia humoru bywa wprawdzie dyskusyjny, ale wynika to też z faktu, że nie boi się pójść z historią w każdym możliwym kierunku, co czyni jego produkcje chwilami lekko żenującymi, ale jednocześnie cudownie odświeżającymi w swej nieprzewidywalności. Chociaż fabularnie sięga po wiele ogranych motywów, wręcz powielając nieco pomysł na przeciwnika z „The Suicide Squad”, to jednak do samego końca nie sposób jest przewidzieć w jakim jeszcze kierunku skręci ta historia, a kilka tych przewrotek jest. 

Piękna jest ta konsekwencja z jaką Gunn wyciąga ze śmietnika komiksowej historii różne indywidua o których pamiętają tylko najwięksi fani tematu. Jest to oczywiście nieprzypadkowe. W tej chwili mógłby już pewnie poprosić o każdą postać z katalogu DC i dostać ją, ale Gunn wie, że im bliżej składu Justice League, tym mniejsza wolność artystyczna, a przecież cała moc jego superbohaterskich opowieści tkwi w tym, że nie podlegają regułom i mogą zabrać postaci wszędzie, nawet w miejsce bez powrotu. 

 „Peacemaker” bywa nieśmieszny, chociaż usilnie stara się bawić, bywa też niezgrabny, a fabularnie czasem skręca na manowce, ale jest w nim tyle radości z opowiadania o różnych wyrzutkach komiksowego świata, szczerości w budującej się pomiędzy nimi więzi oraz pobudzającego szaleństwa w drodze, którą muszą wspólnie obrać, że wszelkie minusy tracą na znaczeniu.

sobota, 26 marca 2022

Yellowjackets - pierwszy sezon



Patrząc na mizerną liczbę ocen na Filmwebie i wspomnień w social mediach to zeszłoroczny serial „Yellowjackets” przeleciał raczej niezauważenie pod radarami polskich widzów. Nie dziwi to specjalnie, bo wciąż nie można go znaleźć na żadnej z platform dostępnych na polskim rynku. Sam dowiedziałem się o jego istnieniu na początku roku sprawdzając jakie seriale byłoby jeszcze warto nadrobić przed ułożeniem rankingu najlepszych zeszłorocznych produkcji. „Yellowjackets” miało imponująca średnią na RT (100%) i wiele bardzo pozytywnych recenzji. Zabrakło mi na niego czasu w styczniu, ale korzystając z tego, że pojawił się jakiś czas temu na streamingu należącym do brytyjskiego Sky spędziłem ostatnich kilka dni w kanadyjskiej dziczy. 

 „Yellowjackets” już na wstępie składa widzowi obietnicę, że będzie się tutaj działo, i to rzeź, ale musi się wykazać cierpliwością. W pierwszym odcinku mamy przebłyski z finału historii, które sprawę stawiają dość jasno: „Władca much” skrzyżowany z „Alive, dramatem w Andach”. Samolot z drużyną nastolatek grających w piłkę nożną rozbił się gdzieś daleko od cywilizacji i zanim dziewczyny zdążyły wyliczyć cały skład Backstreet Boys to zaczęło się już bieganie w skórach zwierząt i zjadanie koleżanek.

Sęk w tym, że właśnie nie. Kanibalizm zapewne jeszcze wjedzie w tę historię na pełnej petardzie, ale najpierw skupia się ona na procesie powolnego rozpadu norm społecznych i odwróceniu ról, jakie dziewczyny pełniły w grupie przed wypadkiem. Królowa licealnych dusz, szkolna gwiazdka i kapitan drużyny, szybko spada na dno społecznej drabiny, gdy okazuje się, że sztuka przetrwania nie należy do jej talentów. Lokalne pośmiewiska, nie potrafiące się odnaleźć w szkolnych realiach, stają się istotnymi osobami w grupie, gdy okazuje się, że potrafią sprawnie odrąbać nogę wymagającą amputacji, dostrzec w świecie rzeczy niewidoczne dla innych, albo po prostu upolować jelenia. 

Narracja prowadzona jest dwutorowo, bo jednocześnie śledzimy losy kilku bohaterek, 25 lat później, które zdołały przeżyć i wrócić do cywilizacji. Ich życia różnie się poukładały, ale wszystkie noszą w sobie różne psychiczne blizny i sekrety skrywane przed resztą świata, który nigdy nie poznał prawdy o tym, czego nastoletnie dziewczyny się dopuściły w kanadyjskiej puszczy. W tych rolach cztery świetne aktorki: Christina Ricci, Melanie Lynskey, Juliette Lewis i Tawny Cypress. Szczególnie mocno błyszczą tutaj Ricci i Lynskey. Pierwsza w cudownie poprowadzonej kreacji socjopatki, a druga jako niepozorna gospodyni, która skrywa w sobie duże pokłady wyrachowania i bezwzględności, łącząc ze sobą ciapowatość kury domowej z bezpardonowością osoby potrafiącej zabić szpadlem królika znalezionego w ogrodzie i zrobić z niego obiad dla nieświadomej rodziny. 

„Yellowjackest” jest serialem, który skutecznie przykuwa przed ekranem i nie pozwala na porzucenie przed finałem sezonu, ale często leci na oparach wygenerowanych przez te „mocniejsze” momenty, jakieś krwiste sceny, soczyste interakcje pomiędzy postaciami, elementy powolnie budowanej intrygi, no i wspomnianej obietnicy „kanibalistycznej jatki” złożonej w pierwszym odcinku. Nie wszystko tutaj działa, campowy ton, często wdzierający się do historii, jest fajny, ale czasem zgrzyta. Kreacja Juliette Lewis chwilami ociera się o niezamierzoną parodię (ale to typ roli, którą jedni pewnie określą mianem doskonałej, a drudzy jako tragiczną). Byłem też trochę rozczarowany, gdy pod koniec dotarło do mnie, że to jednak nie będzie zamknięta historia, a zaledwie jej pierwszy sezon. Mam nadzieję, że nie będą tego nieznośnie przeciągać i całość zamkną w maksymalnie trzech sezonach, ale finał pierwszego jest na tyle mocny i intrygujący, że drugi będzie pozycją obowiązkową. 

 PS. Wydarzenia z przeszłości mają miejsce w latach 90. więc mamy sporo dobrej muzy z tamtego okresu, chociażby Portishead, Hole, PJ Harvey, ale też klimatyczną scenę z „Kiss from a rose” w wersji a capella.

niedziela, 20 marca 2022

Spider-Man: No Way Home - recenzja

 


W zależności od tego, kogo o to zapytamy, „Spider-man: No way home” może być wszystkim tym, co najgorszego Marvel Studio sprowadziło do kina rozrywkowego, albo szalenie przyjemnym fanowskim doświadczeniem. Licha historia, nie potrafiąca ustać na własnych nogach, bo zbudowana na fundamentach co najmniej 10 innych filmów, bez znajomości których nie warto się nawet do tego zbliżać. Jednocześnie piękne podsumowanie prawie 20-letniej przygody różnych filmowych wcieleń Spider-mana. Jest to film, który wiele rzeczy robi zarówno dobrze, jak i źle, ale w którym kierunku podąży ocena zależy już przede wszystkim od podejścia odbiorcy do filmów superbohaterskich oraz samego MCU zbudowanego na „serializowaniu” kina rozrywkowego. „No way home” jest więc punktem szczytowym tej strategii albo dowodem na sięgnięcie przez dzisiejsze blockbustery ostatecznego dna. 

 Jest też filmem, o którym nie warto rozmawiać bez spoilerów, więc niniejszym ostrzegam, że będą fruwać po poniższym tekście. 

Wydaje mi się, że „No way home” może się brzydko zestarzeć i przy kolejnych seansach stracić połowę swego uroku, ale pierwszy kontakt jest wypełniony satysfakcjonującymi momentami prowadzącymi do kolejnych fanowskich uniesień. Z założeniem oczywiście, że ma się chociaż trochę serducha do tej całej kolorowej superbohaterszczyzny. W takim wypadku łatwo dać się złapać na emocjonalny haczyk (z nostalgią jako główną przynętą) zarzucony przez Sony i Marvel Studios. Pojawienie się na ekranie dwóch poprzednich Spider-manów jest rozegrane dość niezgrabnie, wręcz topornie, byle tylko jakoś ich wrzucić do fabuły, ale gdy już zostają w niej umieszczeni to wystarcza sama ich obecność, naturalna charyzma, no i pamięć widza, żeby emocjonalne klocki wskoczyły na swoje miejsce, a pomiędzy postaciami pojawiła się chemia. 

Jeżeli w „No way home” się coś szczególnie udało to zgrabne oddanie hołdu ostatniemu dwudziestoleciu filmów o Spider-manie. Zwłaszcza tej środkowej odsłonie w wykonaniu Andrew Garfielda. Przedwcześnie porzucony przez studio dostał tutaj szansę na dopowiedzenie swojej historii, dokończenie jakiejś emocjonalnej drogi tej postaci i domknięcie jej umowną klamrą. 

Jednocześnie nie jest to film zapominający o tym, kto powinien być tutaj w centrum uwagi, chociaż tyczy się to raczej pierwszej godziny i późniejszych skutków finalnego aktu poświęcenia, no to jednak dostajemy całkiem zgrabnie rozpisaną relację Petera z jego dziewczyną i przyjacielem. Oczywiście jak na film, który miał być rozrywkowym wydarzeniem dla fanów wszystkich wcieleń postaci, opartym na ciągłych nawiązaniach do przeszłych projektów. Naturalnie MJ i Ned zostają więc zepchnięci na boczny tor, gdy pojawiają się Garfield i Maguire, ale jednak gdyby nie było zbudowanej jakiejś przyzwoitej więzi pomiędzy nimi, a Peterem, to finał nie działałby na emocje, a uważam, że działa. 

„No way home” to słaby film, gdy próbuje się go ocenić jako autonomiczne dzieło. Nie działa to w ten sposób. Nie ma w nim śladu tej ożywczej energii animowanego „Into the Spider-Verse” wypełnionego po brzegi świeżymi, błyskotliwymi pomysłami, zarówno fabularnymi, jak i realizacyjnymi. Scenom akcji brakuje pazura, sferze wizualnej przebłysku szaleństwa, albo technicznej maestrii, a dialogom mniej oczywistego humoru i zgrabniejszego rytmu. Film Jona Wattsa stanowi jedynie kafelek większej całości. O jego istnieniu i ewentualnej wartości stanowi przynajmniej 10 innych filmów bez których byłbym niczym. Jeżeli jako odbiorcy jesteśmy w stanie zaakceptować taki układ to dostajemy w zamian przyzwoity produkt, który nie wybija się niczym z tłumu podobnych mu marvelowskich projektów, no może z wyjątkiem tego, że odpowiada na potrzebę fanów zobaczenia prawdziwego filmowego multiwersum. Niebawem będziemy mieli tego motywu serdecznie dość, bo horyzont już jest zawalony kolejnymi projektami w tym stylu, ale chwilowo Watts ma tę przewagę, że sięgnął po niego jako jeden z pierwszych.

poniedziałek, 14 marca 2022

Najgorszy człowiek na świecie - recenzja

 


Od piątku w polskich kinach można oglądać „Najgorszego człowieka na świecie” Joachima Triera. Film często określany mianem „komedii romantycznej”. Jeżeli ta informacja działa odstraszająco to zignorujcie ją, bo jest daleka od rzeczywistości. Rzeczywiście, nie brakuje tutaj zgrabnie pomyślanych i wykonanych elementów romantycznych, ale no właśnie, to tylko jedne z wielu udanych fragmentów składających się na błyskotliwy komediodramat, który potrafi wzruszyć i rozbawić, ale też przywalić ponurymi wątkami. 

Film Triera działa na wielu poziomach. Jest to chociażby wnikliwa opowieść o pokoleniu reżysera (40+) obytym w posługiwaniu się dzisiejszą technologią, dobrze jednak pamiętającym realia życia w analogowym, „namacalnym” świecie, gdy popkultura zajmowała fizyczną przestrzeń w naszych domach na kasetach i płytach, a nie tylko krążyła po kablach i wi-fi. W osobie Aksela reżyser kanalizuje różne swoje obawy, przemyślenia i frustracje, czemu (kolejny już raz) daje twarz Andersa Danielsena Lie, swojego „nadwornego” aktora. Poprzez Aksela wypowiada najbardziej gorzkie egzystencjalne myśli związane z ludzką śmiertelnością i tym, co po sobie zostawiamy. Aksel jest też sposobem na wykrzyczenie przez Triera gniewu na współczesne problemy związane z szeroko pojętą „poprawnością polityczną”. 

Jest w tym trochę takiego starszego faceta wymachującego pięścią w niebo i pomstującego na klimat obecnego dyskursu publicznego, ale to w sumie istnieje sobie trochę na boku tej opowieści, bo główna historia jest skupiona na czym innym. Trier z ogromnym zaciekawieniem przygląda się pokoleniu nieco młodszemu od siebie - dwudziestolatkom uczącym się bycia trzydziestolatkami w świecie wypełnionym bodźcami i rozpraszaczami uwagi. Na główną bohaterkę filmu wybrał młodą kobietę, która wciąż poszukuje, kim tak naprawdę pragnie być w życiu, a także u czyjego boku go spędzić. Obie te rzeczy sprawdza metodą eliminacji. O jej wyborach życiowych, zarówno w kwestii edukacji i wykonywanego zawodu, jak i partnerów, częściej decydują emocje, jak rozum, bo ten nie zawsze potrafi jeszcze ubrać we właściwe słowa tego, co Julie (doskonała Renate Reinsve) podpowiada intuicja. „Kocham ciebie, ale nie kocham ciebie”, mówi wieloletniemu partnerowi, którego niebawem porzuci dla innego. On chce od niej konkretu, jasno opisanych uczuć, czytelnej analizy tego, co w ich związku nie działa i należy naprawić, a ona nie zaprząta sobie takimi rzeczami głowy, bo skoro nie działa, no to trudno, trzeba próbować gdzie indziej. Jak trafi w końcu na właściwy związek to będzie o tym wiedzieć, bo powie jej o tym serce. 

 „Najgorszy człowiek na świecie” działa jako całość, bo forma filmu ładnie uzupełnia się z jego treścią, ale wybija się ponad przeciętność dlatego, że Trier ma niezwykły talent do tworzenia scen zapadających w głowie i sercu. Jeżeli będzie się wielokrotnie wracać do tego filmu (a ja już wiem, że będę) to żeby zobaczyć (i przeżyć) jeszcze raz scenę weselną, motyw ze wstrzymanym czasem, albo imprezę z grzybkami halucynogennymi. Wewnątrz tych scen są dodatkowo jeszcze te szczególne momenty, które automatycznie trafiają w głowie do szufladki z ukochanymi migawkami filmowymi. Jak chociażby scena z dymem papierosowym robiącym za substytut pocałunku. 

Wybierzcie się do kina, bo jest duża szansa, że gdy będziecie za 9 miesięcy wspominać najlepsze filmowe doświadczenia tego roku to „Najgorszy człowiek na świecie” będzie jednym z pierwszych tytułów, o których pomyślicie. W moim sercu na pewno pozostanie jedną z ulubionych tegorocznych premier.

czwartek, 10 marca 2022

Batman - recenzja


 

Nowy „Batman” niewątpliwie ociera się o bycie ostateczną formą pewnej ściśle określonej wizji tej postaci. Reżyser, Matt Reeves, nie pozostawia najmniejszych złudzeń, od samego początku pokazuje, że jego zdaniem optymalna historia o Batmanie to smoliście mroczna opowieść o piekielnym mieście, które strzeże postać o poważnie przetrąconej psychice. Osoba tak zagubiona w swojej brutalnej krucjacie i chęci zasiania terroru w przestępczym świecie, że w efekcie wzbudza przerażenie nie tylko w oprawcach, ale również ich ofiarach. W upiorne ulice Gotham wchodzimy niczym do przedsionka jądra ciemności. Otula nas mrok, atmosfera jest pełna nerwowego napięcia, a za przewodnika robi gość, który żywi się tą negatywną energią. Batman niczym postać z kina noir opowiada widzowi z offu o mieście patroszonym przez kryminalistów oraz grozie jaką w nich próbuje wzbudzić. Nie może być wszędzie, ale bandyci powinni czuć stały niepokój, że może się na nich czaić w każdym ciemnym zakamarku. Jest to ponura nocna kreatura, a nie błyskotliwy playboy rzucający żarcikami za dnia, a wieczorami tłukący bandziorów. Bruce Wayne teoretycznie istnieje, ale tak naprawdę jest tylko stłamszoną osobowością zepchnięta na margines przez bożka zemsty. 

Matt Reeves jest w 100% oddany tej wizji. Na dobra i na złe. Nie idzie na półśrodki. Nie próbuje odgonić tego wszechobecnego mroku czymś lekkim, nie ucieka od powagi w objęcia okazjonalnych żartów. Nie kontrapunktuje ogromnego patosu tej opowieści próbą zdystansowania się jakimś mrugnięciem oka, tylko wchodzi w to na całego, pozostając śmiertelnie poważnym przez cały czas. Jeżeli chcieliście prawdziwie Mrocznego ekranowego Rycerza to już chyba nie da się zajść dalej (pozostając w ramach kina rozrywkowego). Dylan Clark, producent filmu „Batman”, oznajmił Christopherowi Nolanowi jakiś czas temu, że zamierzają go pobić i zrobić najlepszy film o tej postaci. Widać, że nie blefował i naprawdę próbowali tego dokonać, bo ten projekt kipi od wniesionej w niego pracy i serca. 

 Świadczy o tym dbałość o szczegóły, chociażby różne elementy kostiumu, noszącego już ślady zużycia, dość prostego, poręcznego, ułatwiającego walkę wręcz, ale też obwieszonego różnymi potrzebnymi pierdołami, kamizelką kuloodporną, żeby Batman mógł przyjąć strzały na klatę, torbę z gadżetami przyczepioną do uda, paralizator na przedramieniu. Zgrabny, zwinny, a zarazem imponujący wizualnie jest też Batmobil. Nie jest to masywny czołg osadzony na kołach niczym z traktora, który dostaliśmy w wizjach Nolana i Snydera, ani też piękny, niezapomniany, ale jednak dość nieporęczny w obsłudze burtonowski krążownik. Batmobil u Reevesa to ziejący ogniem mały potwór, stanowiący kolejny element grozy, jaką Batman wzbudza w sercach przeciwników, ale jest to smukły oraz zwinny pojazd w którym może się bez wahania wdać w dynamiczny i efekciarski pościg po zatłoczonej autostradzie. 

Wszystko to składa się na konsekwentnie budowany koncept Batmana, który jest osobą przekraczającą psychofizyczne granice przeciętnego człowieka, bardzo sprawny fizycznie, wybitnie spostrzegawczy i inteligentny, ale jest w tym wszystkim zarazem bardzo ludzki. Popełnia różne błędy, często bardzo bolesne, zarówno w akcji, jak i sztuce dedukcji, ale przecież to jeszcze młody Batman, działający dopiero od dwóch lat, wciąż uczący się na swoich błędach, a wszystkie te wpadki posuwają go krok dalej w kierunku bycia w pełni ukształtowanym superbohaterem. Jest to film o przebytej drodze i wynikającej z tego ewolucji postaci. O uświadomienie sobie, że równie ważne jest wzbudzanie nadziei i zaufania w sercach mieszkańców Gotham, jak lęku w umysłach przestępców. Zgaduję, że następny film będzie o przebudzeniu człowieka pod maską i odkryciu dobra, jakie miastu może zaoferować też Bruce Wayne. 

 Jest to piękny film, gdy tylko Reeves i (operator) Greig Fraser podejmują decyzję o pójściu w takim kierunku, no to wtedy kolory (ta czerwień! ten niebieski!), fantazyjne ustawienia kamery, sposób kadrowania, rozsadzają mózg odbiorcy wizualnymi bodźcami. Częściej jednak odważnie stawia się tutaj na czerń, mrok i skąpanie ekranu w półcieniach. Interesującym zabiegiem jest też ciągłe przyklejenie kamery do bohatera, pokazywanie scen akcji z jego wąskiej perspektywy, skupianie się na grymasach jego twarzy, na jakichś detalach pojazdów w scenie pościgu albo na przedstawieniu sytuacji z unikalnej perspektywy oprycha, jak w tym cudownym odwróconym kadrze ujętym z wnętrza samochodu, który wylądował na dachu. 

Jednocześnie jest to też kino bezwstydnego recyklingu. Reeves budując swoją długą, mroczną, realistyczną opowieść o Batmanie, czerpie garściami z dorobku swoich kolegów po fachu. Jest tu sporo zapożyczeń z trylogii Nolana, trochę z Burtona, ale przede wszystkim to ostra „inspiracja” twórczością Davida Finchera. Skojarzenia z „Siedem” stale rodzą się w głowie, a sama postać Riddlera i styl jego interakcji z Batmanem oraz policją to już praktycznie pełna zżyna z Zodiaka, zarówno tego prawdziwego, jak i filmowego. Z tych wszystkich zapożyczeń Reeves klei satysfakcjonujący thriller superbohaterski, który w końcu próbuje przedstawić Batmana jako detektywa, a nie tylko osiłka żonglującego pięściami. Efektem tego jest kino zaskakująco powolne i stonowane, jak na film o Batmanie, ale jest to bardzo przyjemne w kontakcie podejście do tematu. Przez pierwsze dwie godziny. Ostatnia godzina chwilami się nieco dłuży, ale widać, że wynika to z wielu interesujących wątków, które scenarzyści (Reeves i Peter Craig) próbowali zgrabnie ze sobą połączyć i domknąć w finale, co niestety wymagało takiego morderczego metrażu i niespiesznego tempa. Udało się, ale film trochę się ugina pod ciężarem ogromnej ambicji swoich twórców. Zdecydowanie więcej jest tutaj budowania klimatu i rozwijania narracji, jak komiksowego łubu-dubu. Nie wszystkim przypadnie do gustu takie podejście do kina rozrywkowego, ale cieszę się, że wyłożono pieniądze na taką śmiałą wizję filmowego Batmana. Z dużym zainteresowaniem będę wypatrywać co dalej z tym zrobią.

sobota, 22 stycznia 2022

Titane - recenzja

 


Rodzicami Julii Ducournau była ginekolożka i dermatolog. Niespecjalnie dziwi więc, że w całej twórczości reżyserki widać tak ogromną fascynację kobiecym ciałem, jego metamorfozami i ich wpływem na ludzką psychikę. „Junior” opowiadał o nastoletniej chłopczycy, która odkrywa w sobie dziewczęcość. „Mange” dotyczyło problemu bulimii. Metamorfoza, zarówno cielesna, jak i psychiczna, jest również ważnym elementem „Mięsa”. „Titane” natomiast… no cóż, nawet nie wiem od czego tutaj najpierw zacząć. 

W okresie dojrzewania Julia miała powracający przez kilka lat koszmar w którym „rodziła” części samochodowego silnika. Jest to niewątpliwie, obok zasłyszanych w dzieciństwie opowieści z pracy rodziców, mocne źródło inspiracji stojącej za „Titane”. Zanim jednak przechodzimy do tego wątku (czyli najbardziej kojarzonego z filmem stosunku z samochodem oraz wynikającej z tego późniejszej ciąży) to mamy najpierw opowieść o socjopatycznej seryjnej morderczyni, która przemienia się w historię o nieufnej istocie pełnej różnych emocjonalnych blokad próbującej się odnaleźć w nowej sytuacji i płciowej roli, co później przeistacza się w przypowieść o bezwarunkowej miłości i desperackim odsuwaniu od siebie faktów w imię stworzenia z kimś relacji opartej na zaufaniu i bliskości. Po drodze jest tu jeszcze sporo innych konceptów do rozpakowania, bo Ducournau wypchała „Titane” po brzegi licznymi pomysłami dotykającymi takich zagadnień jak androginiczność, transhumanizm, płynność w przesuwaniu płciowych granic, jednocześnie pochylając się nad ludzką potrzebą bliskości i humanitarnym otwarciem się na potrzeby drugiej osoby oraz podarowaniem jej potrzebnego czasu i przestrzeni na przepracowanie swoich traum. 

Jeżeli brzmi to jak pokręcony, nieznośnie wydumany, artystyczny projekt, no to nie będziecie dalecy od prawdy, bo zdecydowanie nie jest to film dla ludzi ceniących sobie klarowne historie prowadzące widza za rączkę lub wyraźnie naprowadzające go na obrany cel. Ducournau ciągle zwodzi odbiorcę, kilkukrotnie wywracając ramy gatunkowe filmu, odskakując od ścieżki jednej historii żeby przeskoczyć w tor opowieści o czymś zupełnie innym, zmieniając przy tym zupełnie reguły gry. „Titane” wydaje się być naturalistycznym kinem francuskim, żeby nagle dowalić groteskowo zabawną scenką o znoju wiążącym się z dokonaniem nieplanowanej krwawej rzezi, jednocześnie przygląda się chorobie psychicznej i urojeniom, ale też nieprzepracowanej żałobie, żeby ostatecznie paść w ramiona umownego realizmu magicznego. Odbieranie tego filmu poprzez logiczną soczewkę, doszukując się realistycznego łącznika pomiędzy wszystkimi scenami, jest skazane na porażkę. Ducournau wprawdzie przez cały czas panuje nad materiałem, ale jednocześnie wymaga od widza żeby ten puścił lejce, nie próbował wszystkiego ogarnąć analitycznym rozumem, tylko pozwolił być poniesionym tam, gdzie zabierze go historia, płynnie przełączając się pomiędzy tym, co pobudza w niej intelektualnie, wymagając samodzielnego rozpakowania oferowanych treści i zastanowienia się nad podsuniętymi ideami, a tym, co bazuje na odbiorze opartym o emocjonalną dojrzałość i empatyczną otwartość na odmienność. 

 „Titane” bywa nieprzyjemny w odbiorze, bo szokujący scenami przemocy, odrzucający horrorem cielesnym, zagadkowy, surrealistyczny, ale przez to wszystko jest zarazem intrygujący, pobudzający intelektualnie, nieoczywisty, piękny wizualnie, wkręcający się w mózg.