sobota, 3 września 2022

This is going to hurt (Będzie bolało) - recenzja

 


„Będzie bolało” („This is going to hurt”) to serial ponury jak listopad w moim mieście. Jednocześnie potrafi być zabawny niczym srogi, bezlitosny, smoliście czarny, humor. Jeżeli sarkazm, ironia i cynizm znajdują się w waszym repertuarze dopuszczalnych reakcji na tragedię, niedolę i cierpienie, no to mam dobrą wiadomość, „Będzie bolało” może stać się jednym z waszych ulubionych tegorocznych seriali. 

Serial oparty jest na książce napisanej przez brytyjskiego komika, Adama Kaya, który przez wiele lat pracował jako lekarz stażysta na oddziale położniczo-ginekologicznym. Praca w publicznej służbie zdrowia wyniszczyła Adama psychicznie, fizycznie i towarzysko, negatywnie wpływając na jego życie osobiste, ostatecznie doprowadzając do podjęcia decyzji o porzuceniu zawodu. Oglądając „Będzie bolało” ciężko mu się dziwić. Wszyscy bohaterowie serialu, zwłaszcza para głównych postaci, Adam (Ben Whishaw) i Shruti (Ambika Mod), młodzi stażyści, na różnych etapach kariery i edukacji zawodowej, egzystują w stanie permanentnego zmęczenia i wynikającej z tego irytacji. Adama poznajemy, gdy budzi się w swoim zdezelowanym samochodzie zaparkowanym przed szpitalem. Po kilkunastogodzinnej zmianie był tak zmęczony, że zasnął, gdy tylko usiadł za kierownicą nieodpalonego samochodu, którym miał wrócić do domu. Nie pozostaje mu więc nic innego, jak tylko wrócić do pracy, bo jego zmiana już się zaczęła. Zanim zdąży się napić kawy to trafi przed szpitalem na emigrantkę w ciąży, której z pochwy „wystaje” już kończyna dziecka. Witamy w świecie Kaya. 

„Będzie bolało” bywa przedramatyzowane, efekciarskie i dosadne w prezentowaniu szpitalnych realiów, nigdy nie uciekające od widoków nieprzyjemnych dla oka, ale przez to pięknie kreśli całą paletę sprzecznych emocji i doświadczeń wiążących się z tym zawodem. Mamy więc sufity dosłownie sypiące się ludziom na głowy w niedofinansowanych publicznych szpitalach, zobojętniałych, półprzytomnych lekarzy, patrzących na pacjentów jak na utrapienie, które najchętniej podrzuciliby komuś innemu, ale też nadludzkie akty dokonywane przez nich podczas kryzysowych sytuacji i chwilowe euforie, gdy zdołało się ocalić ludzkie życie, albo dwa. Ogromna dawka realizmu, często ponurego i nieprzyjemnego, połączona ze sprawnie dozowaną dramaturgią, humorem i emocjami, sprawiają, że nie można się od serialu oderwać. 

Jest tu dużo emocjonalnej prawdy, spore pokłady zawstydzenia i winy odczuwanej przez młodych lekarzy, że ktoś ucierpiał, bo czegoś nie dopilnowali, dokonali zbyt pochopnej oceny, albo poczuli się zbyt pewnymi siebie. Twórcy mają dla nich dużo empatii, ale nie próbują z nich uczynić sympatycznych postaci, łatwo zaskarbiających serca widowni, wbrew przeciwnie, można przejść przez cały serial i nie polubić większości z nich, a jednak odczuwać ogromny szacunek dla ich wiedzy oraz współczując im tego, jak wiele stresu i wyrzeczeń wymaga ich praca. 

Napisane jest to świetnie, błyskotliwie, szczerze, okazyjnie łamiąc czwartą ścianę albo serce („Przepraszam, próbowałam.”). W głównej roli doskonały Ben Whishaw, bystry, zabawny, charyzmatyczny, ale też oślizgły, ospały, antypatyczny. Generalnie to nie wiem, co tu jeszcze robicie, idźcie lepiej obejrzeć „Będzie bolało”, zamiast siedzieć w internecie, bo to jeden z najlepszych seriali w tym roku.

niedziela, 21 sierpnia 2022

Dragon Ball Super: Super Hero - recenzja

 


Przygodę z anime „Dragon Ball” zakończyłem jakieś kilkanaście lat temu z finałem „Dragon Ball GT”. Z pewnym sceptycyzmem podchodziłem więc do perspektywy wybrania się do kina na pełnometrażowego „Dragon Ball Super: Super Hero”. Kiedyś lubiłem tę markę, nawet bardzo, przez długi czas elementem rutyny każdego dnia było oglądanie kolejnych odcinków w telewizji, zaraz po szkole, o czym później dyskutowało się z kolegą. Natomiast mangę to już pod koniec kupowałem trochę z przyzwyczajenia, bo jakieś 20 ostatnich tomów zapamiętałem jako pozbawione emocji przekartkowywanie się przez dziesiątki stron pełnych napieprzających się, wrzeszczących gości. 

Gdy wspominam anime i mangę to cieplej myślę o tym ich początkowym etapie, gdy to była jeszcze opowieść przygodowa o zbieraniu tytułowych kul, czy też ekscytujących starciach turniejowych, a nie o waleniu się po mordzie dwóch koksów przez 34 odcinki. Sercem „Dragon Balla” były więc dla mnie relacje pomiędzy postaciami i ciągła ewolucja oraz samodoskonalenie się poprzez ciężką pracę. Jeżeli coś w tym anime najbardziej mi imponowało to właśnie ciągłe podkreślanie, że nie ma drogi na skróty, jeżeli chcesz być najlepszy i móc stanąć do boju z najsilniejszymi przeciwnikami to musisz przez długi czas zasuwać jak wół, najczęściej w jakichś ekstremalnych warunkach, doprowadzając do perfekcji swoje ciało oraz umiejętności w wykorzystywaniu go, a potem szukać nowych technik żeby stać się jeszcze lepszym. Późniejsze starcia oferowały satysfakcję ze spijania śmietanki, gdy cały ten zapierdziel owocował przeskakiwaniem fizycznych i mentalnych granic na polu bitwy, ale problem był w tym, że te z czasem zaczynały być coraz bardziej rozdęte i rozciągnięte, co wtedy mnie jeszcze bawiło, a dziś raczej szybko zakończyłoby moją przygodę z tym anime. 

 I tu wracamy do „Dragon Ball Super: Super Hero”. Czy po takiej długiej przerwie byłem w stanie się dobrze na tym bawić? Tak! 

Nowy pełnometrażowy film z uniwersum oferuje na wstępie pewnego rodzaju streszczenie dotychczasowej historii, ale niech to nikogo nie zwiedzie, nie jest to produkcja przyjazna nowym odbiorcom. Stoi przecież za tym kilkadziesiąt lat istnienia marki. Liczba postaci i powiązań pomiędzy nimi potrafi być przytłaczająca, a twórcy nie uciekają od ciągłych nawiązań do dawnych historii. Nie wszystko już pamiętałem, a późniejszych pełnometrażowych odsłon nie śledziłem, więc sam byłem chwilami nieco zagubiony, ale u swoich podstaw „Dragon Ball Super: Super Hero” jest historią o tych, którzy od dawna byli kośćcem tej serii, więc szybko się w tym odnalazłem. Szczególnie, że historia nie jest specjalnie wymyślna i prowadzi do tego, co zwykle. Napinania mięśni, zbierania ki, walenia do siebie różnymi promieniami, okładania się pięściami i wysadzania wszystkiego wokół w powietrze. 

Z tym że, tym razem wszystko to możemy oglądać na dużym ekranie, pięknie animowane, kolorowe, głośne, syczące oczy. I to robi różnicę, bo odpowiada po latach na dawne marzenie nastoletniego chłopca, który gdybał sobie, siedząc przed ekranem 21’ telewizora kineskopowego, jak cudownie byłoby to kiedyś zobaczyć na dużym ekranie. Czy jest to dość głupawe i niewyszukane anime? No jest. Czy przyjemnie było do tego wrócić po tylu latach i zobaczyć w skondensowanej (100 minut) formie? No tak.

poniedziałek, 15 sierpnia 2022

Everything Everywhere All at Once (Wszystko wszędzie naraz) - recenzja

 


„Wszystko wszędzie naraz” to towar zgodny z opisem. Gdy scenarzyści otwierają w historii drzwi do multiwersum i film automatycznie przeskakuje o trzy biegi wyżej to już do samego końca WSZYSTKO w nim atakuje widza ZEWSZĄD w KAŻDEJ MINUCIE SEANSU. Wcześniej to samo może powiedzieć o swoim życiu główna bohaterka, która jednocześnie musi radzić sobie z prowadzeniem pralni, audytem podatkowym, rozsypującymi się relacjami rodzinnymi i ogólnym rozczarowaniem egzystencją. Wszystko to będzie emocjonalnym kręgosłupem historii, który stale wybija z tej obłąkanej opowieści o równoległych światach i ludzkich losach oraz rozwiązywaniu rodzinnych waści poprzez intensywne wymachiwanie kończynami (love-fu). 

Film duetu Danielów (Dan Kwan i Daniel Scheinert) jest w sumie dość przytłaczający w tym nadmiarze pomysłów, zdarzeń, absurdów, konceptów naukowych oraz filozoficznych, bodźców wizualnych i nawiązań popkulturowych, jakimi stale ciska w kierunku widza, i to naraz. Nie wszystko, co się tutaj pojawia, jest dobrym pomysłem, bo i reżyserzy nie grają bezpiecznie, sięgając po każdy szalony koncept, jaki tylko przyszedł im do głowy, nie bojąc się wyskoczyć z czymś głupawym, wulgarnym, prostackim, co może ujść im płazem, ale może też odrzucić odbiorcę. Daniele liczą pewnie, że nikt nie ma za bardzo czasu do zastanawiania się nad tym, co w filmie zgrzyta, gdy wszystko w nim dzieje się w takim natężeniu i tempie. Jest w tej metodzie jakiś sens, bo „Wszystko wszędzie naraz” to film, z którym można zbłądzić i zabrnąć czasem na mielizny dobrego smaku i słabszych pomysłów, ale to nie przeszkadza, bo po drodze zalicza się podróż przez gąszcz kreatywności, a radość z tworzenia nieokrzesanego kina rozrywkowego bije z każdej sceny. 

 Nie można też nie pochwalić aktorskiego kwartetu znajdującego się w centrum tego filmowego obłędu. Michelle Yeoh w przeszłości sprawdzała się w kinie kopanym, filmach akcji, dramatach, komediach, romansach, a tutaj ma okazję zagrać to wszystko jednocześnie, dając w efekcie prawdziwy aktorski popis. Ke Huy Quan zalicza najlepszy „come back” roku, prawie 40 lat po występach w „Goonies” oraz „Indianie Jonesie i Świątyni Zagłady”, wraca z rolą mieszającą dawny komediowy talent ze szczerością odgrywanych emocji i energią pulsującą z jego osoby w scenach akcji. Jamie Lee Curtis pięknie bawi się monstrualnością swojej postaci, ale też potrafi sięgnąć po przekonującą wrażliwość i ciepło, gdy tego wymaga scenariusz. W końcu, Stephanie Hsu, największe objawienie filmu, równie wiarygodna w roli zwykłej młodej kobiety, zmęczonej toksyczną relacją z matką, jak i barwnej łotrzycy, krzykliwej, charyzmatycznej, nieoczywistej, robiącej wszystko, żeby zagrabić dla siebie jak najwięcej ekranu. 

„Wszystko wszędzie naraz” nie wszystkim przypadnie do gustu, bo wykorzystana forma i obecny w tym humor, należą zdecydowanie do rodzaju tych specyficznych, a już zwłaszcza, nie w każdym momencie, bo jest to film przesycony tyloma bodźcami, że zmęczony umysł zwyczajnie się przegrzeje i wyłączy podczas seansu. Jednocześnie twórcy na tyle bezpardonowo, zadziornie, ale też radośnie, rozrzucają po ekranie te wszystkie szalone koncepty, że łatwo się zauroczyć, albo wręcz zakochać, w tym niesfornym filmie.

niedziela, 10 lipca 2022

Nowe Horyzonty 2022: Filmy, które warto zobaczyć

 


Za półtora tygodnia rusza kolejna edycja festiwalu Nowe Horyzonty. Od wtorku jest dostępny cały program. Przestudiowałem, całość „ometkowałem”, wczoraj skończyłem układanie własnego grafiku seansów. Przy okazji wynotowałem sobie filmy, które już widziałem i mogę polecić. Mam nadzieję, że okażą się dla Was pomocne w układaniu własnych rozkładów kinowej jazdy. 

Bez zbędnego przeciągania, trzymajcie dziesięć, a w zasadzie to trzynaście, filmów, które warto zobaczyć: 

Podejrzana (reż. Park Chan-wook) – jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie filmów z tegorocznego Cannes musiał znaleźć się też na szczycie listy polecanych tytułów. Najdelikatniejszy (koreański) film w karierze Parka. Nie tylko w kwestii ukazywanej przemocy i seksu, ale też samej treści, bo to bezwstydny melodramat w którego ramy gatunkowe Park wchodzi bez oporów, co nie przeszkadza mu w stworzeniu wielowarstwowej historii meandrującej pomiędzy licznymi wątkami. 

W trójkącie (reż. Ruben Östlund) – do wybrania się na zdobywcę Złotej Palmy nikogo chyba nie muszę namawiać. Östlund trochę cwaniacko wygrał tę nagrodę, bo „W trójkącie” to taka hybryda jego dwóch ostatnich filmów nagrodzonych w Cannes, ale zobaczyć zdecydowanie warto, bo jest tu wiele rzeczy (pomysły fabularne, kreacje aktorskie, całe sekwencje) do polubienia. 

Blisko (reż. Lukas Dhont) – film Dhonta (autora „Girl” z 2018) zniszczy emocjonalnie niejednego odbiorcę. Dhont wgryza się w nieoczywisty sposób w wiele ciekawych zagadnień, przyglądając się płciowym rolom narzucanym przez społeczeństwo, odgórnym normom dotyczącym akceptowalnych granic cielesnej bliskości, poczuciu winy, wstydu, ale też rozpaczy. Wszystko to jednocześnie pozostawia do rozpakowania widzowi, bo podrzuca tylko wyraźne wskazówki, ale samemu jest bardziej zainteresowany dyskretną obserwacją swoich bohaterów i temu co się dzieje w ich głowach. 

Silent Twins (reż. Agnieszka Smoczyńska) - film śmiały formalnie, ale też ponury, chłodny, stonowany, skupiony na szczerych emocjach i głębi psychologicznej. Agnieszka Smoczyńska konsekwentnie podąża własną artystyczną ścieżką, nie oglądając się na oczekiwania i wymogi publiczności, szybko wypracowując charakterystyczny autorski styl, niełatwy w odbiorze, ale fascynujący, wciągający, pobudzający intelektualnie i emocjonalnie. 


 

Zbrodnie przyszłości (reż. David Cronenberg) – film w tym samym czasie trafi do dystrybucji kinowej więc każdy musi już sam ocenić, czy nie warto się wstrzymać i nadrobić w lokalnym kinie (o ile będzie wciąż uchwytny po dwóch tygodniach…), ale pierwsze dzieło Davida Cronenberga od ośmiu lat wypada zobaczyć, a nawet warto. Jest to przegadany film, ale to ten rodzaj dialogu, którego można słuchać bez chwili znużenia. Cronenberg nie nudzi, jest treściwy, zabawny, zdyscyplinowany pod względem montażu (całość trwa 107 minut), pięknie buduje futurystyczny klimat przy raczej skromnym budżecie. Jest tu dużo nawiązań stylistycznych do starszych filmów Kanadyjczyka, ale to raczej zbliżenie się o kilka kolejnych kroków do finalnych form idei rozwijanych przez całą twórczość jak tylko pasywne zżeranie własnego ogona. 

Rodeo (reż. Lola Quivoron) – debiut Loli Quivoron, skryty w sekcji Un Certain Regard, pełnej „anonimowych” twórców, łatwo było przeoczyć w Cannes, a jeszcze łatwiej to zrobić w nowohoryzontowym ogromie tytułów do zobaczenia, ale warto mu poświęcić czas, bo możemy być świadkiem początku kariery kolejnej ciekawej reżyserki. W „Rodeo” jest girl power, miłość do motocykli, energia, klimat, doskonała praca kaskaderów i przyciągająca uwagę główna bohaterka, która wygląda i zachowuje się jak „szorstka” wersja Zendayi. 

Prześwietlenie (reż. Cristian Mungiu) – Mungiu wypracował sobie takie nazwisko, że gdy nie mogę określić jego filmu jako rewelacyjnego to automatycznie czuję niemałe rozczarowanie, a „Prześwietlenie” to film „tylko” dobry, ale pominąć go na festiwalowej trasie byłoby dużym błędem. Nawet słabszy Mungiu to głos, który wciąż warto usłyszeć, no i zobaczyć, chociażby dla sceny kłótni lokalnej społeczności uchwyconej na kilkunastominutowym długim ujęciu. 

Holy Spider (reż. Ali Abbasi) - zainspirowany autentycznymi wydarzeniami z początku tego stulecia, opowiada o irańskim seryjnym mordercy, który zabijał prostytutki w Meszhed. Abbasi („Granica”) mówi, że jego film nie opowiada historii seryjnego mordercy. „Holy Spider” jest o społeczeństwie seryjnych morderców. Od budowania solidnego napięcia (film ma kilka mocnych scen), czy ekscytacji z podążania śladem mordercy, Ali bardziej jest zainteresowany sportretowaniem społeczeństwa, który morderczemu procederowi otwarcie przyklaskuje ze względu na charakter ofiar (bo „należało się nimi zająć”). 


 

Gorące dni (reż. Emin Alper) – kolejny niepozorny tytuł do którego trzeba było się dokopać w tegorocznym programie Un Certain Regard. Dokopać (w znaczeniu metaforycznym) do prawdy musi też główny bohater, młody prokurator, który trafia na spaloną słońcem turecką prowincję, gdzie przejmuje urząd po tajemniczym zaginięciu poprzedniej osoby na tym stanowisku. Uruchamia to duszny, niespieszny, ale dość wciągający i klimatyczny thriller polityczny. 

Io (reż. Jerzy Skolimowski) – historia o osiołku podróżującym przez Polskę i Europę. Czego tu można nie lubić? Prawdę mówiąc to trochę rzeczy by się znalazło, bo pod wieloma względami to dość nierówny film, dające spore pole manewru do kręcenia nosem, ale jednocześnie jest na tyle fascynujący, wciągający i pomysłowy formalnie, że warto do niego zasiąść pomimo świadomości jego różnych drobnych ułomności. 

Warto również wybrać się na film „Baby Broker”, bo japoński reżyser Hirokazu Koreeda („Złodziejaszki”) zdecydowanie lepiej odnalazł się tworząc w Korei, jak kilka lat wcześniej we Francji („Prawda” z 2019). „Tori i Lokita” też powinna się znaleźć na festiwalowej mapie, bo to najlepszy film braci Dardenne od lat. Można też rozważyć wybranie się na „Boy from Heaven”, ale jak to napisał krytyk z The Hollywood Reporter, jest to bardzo typowy thriller w bardzo nietypowym otoczeniu, czyli bardziej dla ludzi, którzy chcą zobaczyć coś osadzonego w Kairze, jak poszukujących filmu, który pozostawi po sobie trwałe wspomnienia. 

Udanych seansów i powodzenia przy polowaniu na bilety oraz porannym „zaklepywaniu” filmów.

niedziela, 26 czerwca 2022

Paryż, 13. dzielnica - recenzja

 


Od piątku, dzięki Gutek Film, w polskich kinach można w końcu obejrzeć film „Paryż, 13. dzielnica”, najnowsze dzieło Jacquesa Audiarda („Prorok”, „Imigranci”, „Bracia Sisters”), które zadebiutowało rok temu w Cannes. Nie będę owijać w bawełnę, widziałem już dwa razy, i to jedna z moich ulubionych tegorocznych premier kinowych. 

W teorii jest tu postawionych kilka znaków ostrzegawczych. Jest 69-letni reżyser opowiadający o egzystencji oraz życiu miłosnym i seksualnym pokolenia młodszego od siebie o prawie 40 lat. Jest obawa, że wyjdzie z tego moralizatorskie machanie palcem przez starszego pana. Jest też czarno-biały obraz sygnalizujący potencjalną artystyczną pretensję. Wiek Audiarda jest jednak nieistotny w oddaniu „prawdy” o naturze dzisiejszych młodych paryżan, bo historia oparta jest na trzech opowiadaniach z komiksu „Śmiech i śmierć” Adriana Tomine’a, a przy pisaniu scenariusza Audiarda wspierały Céline Sciamma i Léa Mysius. Obie panie to zdolne i cenione reżyserki (zwłaszcza Sciamma), ale też doświadczone scenarzystki, mające na koncie wielu filmów skupionych na portretowaniu dzisiejszej Francji. Audiard czerpie więc z wiedzy i wrażliwości młodszych od siebie twórców żeby przy pomocy swojego zestawu wypracowanych artystycznych narzędzi opowiedzieć o współczesnym Paryżu. Efektem tej kolaboracji jest piękny wizualnie i wrażliwy emocjonalnie portret młodych ludzi, o których opowiada się tu bez pruderii, ale też protekcjonalnej krytyki. 

„Paryż, 13. dzielnica” to roznegliżowany dramat obyczajowy, który urzeka wrażliwością z jaką kreśli relacje pomiędzy trójką głównych postaci i emocjonalną prawdą jaka w tym wszystkim tkwi. Nie ma w tej historii fałszywej nuty, jest szczerość uczuć wynikających z plątaniny żądzy, potrzeby bliskości, życiowego zagubienia w relacjach zarówno miłosnych, jak i zawodowych, ale też kompleksów, zazdrości oraz niezabliźnionych emocjonalnych blizn z niedalekiej przeszłości. Jest to kino skupione na dialogu, ale operujące słowem w tak lekki i naturalny sposób, że chłonie się te liczne przegadane sceny z uwagą i przyjemnością. 

Jeżeli lubicie kino opowiadające ciekawie o skrawkach zwykłego życia, bez zbytniego dramatyzowania, to jest film dla was.

The Black Phone (Czarny telefon) - recenzja

 


Na Disney+ wleciał już „Doktor Strange w multiwersum obłędu”, a w kinach pojawił się właśnie nowy film Scotta Derricksona, niedoszłego reżysera wspomnianego tytułu, którego w ostatniej chwili zastąpił Sam Raimi. Derrickson świeżo odzyskaną „wolność” od ograniczeń pracy nad kolejną odsłoną tasiemca od MCU wykorzystał na to, co lubi robić najbardziej – mroczny, ponury, brutalny horror, który potrafi złapać widza za gardło i zapewnić mu kilka solidnych podskoków w fotelu kinowym. 

„Czarny telefon” nie spieszy się z przejściem do rzeczy, czyli wrzucenia nastoletniego bohatera do piwnicy seryjnego mordercy dzieci, z której to będzie musiał się uwolnić, jeżeli nie chce dołączyć do długiej listy ofiar psychopaty. „The Grabber” („Wyłapywacz), jak zwą go lokalne media i ludzie z okolicy, majaczy gdzieś w tle i poboczu kadru od samego początku, wyłapując kolejne młodociane ofiary, ale pierwsza połowa filmu poświęcona jest sportretowaniu życia w Colorado lat 70., co stanowi horror samo w sobie. Czerpiący z własnych niemiłych wspomnień dorastania w robotniczej dzielnicy w Denver, gdzie brutalna przemoc była stałym elementem relacji pomiędzy ludźmi, Derrickson w surowy, ponury sposób, opisuje rzeczywistość młodego Finneya (Mason Thames) i jego siostry Gwen (Madeleine McGraw), doświadczających przemocy z ręki nadużywającego alkoholu ojca, ale też rówieśników ze szkoły. Jest to opowiedziane i poprowadzone na tyle sugestywnie oraz ciekawie, że tak naprawdę nie potrzeba już było gościa w demonicznej masce żeby utrzymać uwagę widza do końca. 

Co nie znaczy, że szkodzi to historii Finneya, która skręca nagle w nowym kierunku. Jest tutaj jedno „ale”, bo trzeba kupić pojawiający się w drugiej połowie filmu element „fantastyczny”. W piwnicy znajduje się tytułowy czarny telefon, niesprawny od lat, przez który z bohaterem zaczynają się kontaktować kolejne ofiary „Wyłapywacza” i podpowiadać, co powinien zrobić żeby nie pójść ich śladem. Jeżeli tylko „łyknie się” ten nadnaturalny motyw to w zamian dostaje się wciągający, chwilami dość straszny, horror o ofierze i prześladowcy. O właśnie, warto napisać coś więcej o prześladowcy, czyli „Wyłapywaczu”, świetnie odegranego przez Ethana Hawke’a w niecodziennej dla niego roli czarnego charakteru (choć już drugiej w tym roku). Przez większość filmu nie widać jego twarzy, skrywanej przez niepokojącą maskę, zmyślnie stworzoną z wielu wymiennych elementów, które odkrywają dolną lub górną część jego twarzy, albo całkowicie ją zakrywają, odzwierciedlając tak jego różne stany emocjonalne. Bardzo dobra rola, niezwykle fizyczna, oparta w dużej mierze na grze ciałem, ale też pracy niesamowitym głosem, który wykonuje tutaj połowę „roboty”. W jednej scenie wystarcza, że aktor siedzi tylko nieruchomo na krześle, gotowy do dzikiego ataku, żeby wywołać grozę samym swoim istnieniem i złem czającym się w oczach. Widz nie ma najmniejszej wątpliwości, że jest to przerażająca postać po której można się spodziewać wszystkiego co najgorsze. 

Kroku nie ustępuje mu nastoletni Mason Thames, niemalże debiutant, mający na koncie tylko niewielkie role w kilku serialach i jednej krótkometrażówce, który imponująco dobrze prowadzi nas przez pełną bólu i przemocy historię Finneya. Niemniej zachwyca Madeleine McGraw, wcielająca się w jego siostrę, która wywołała na Derricksonie tak duże wrażenie, że zdecydował się na opóźnienie dla niej realizacji filmu, bo była zajęta innym projektem. Warto się przyglądać dalszej karierze tej dwójki, bo jest tu zdecydowanie potencjał na wskoczenie do wyższej aktorskiej ligi. 

Natomiast brakuje trochę żeby to „Czarny telefon” wskoczył na wyższą półkę kina grozy, bo czasem coś tu zgrzytnie, jakiś element fabuły wyda się niezgrabnie dopasowany do reszty, pewne rozwiązania zbyt naciągane, albo naiwne, a całość historii zbyt prosta. Jest to jednak kawał solidnego horroru, ładnie grzebiącego w mrokach ludzkiej natury, zgrabnie kreślącego krajobraz Colorado z lat 70. i umiejętnie budującego nastrój grozy wszędzie tam, gdzie trzeba.

sobota, 11 czerwca 2022

Triangle of Sadness - recenzja

 


Ruben Östlund śmiało zmierza w kierunku wykręcenia rekordu w Cannes. Od roku 2014 nakręcił trzy filmy. Z wszystkimi pojawił się na festiwalu. Wszystkie zdobyły główne nagrody. Dwie Złote Palmy i najlepszy film w sekcji Un Certain Regards (doskonały „Turysta”). Jeżeli passa się utrzyma to już następny film może zapewnić mu tytuł pierwszego reżysera z trzema Złotymi Palmami na koncie. Miejmy nadzieję, że będzie to zarazem tytuł, który wpuści trochę świeżości do jego filmografii, bo o „Triangle of Sadness” z całą pewnością nie można tego powiedzieć. Co nie znaczy, że jest to zły film. 

Nowe dzieło Östlunda stanowi dopełnienie, ale też krzyżówkę, dwóch poprzednich. „Turysta” w błyskotliwy i zabawny sposób opowiadał o dzisiejszej męskości, różnych problemach i rozterkach współczesnego mężczyzny oraz jego roli w społeczeństwie i rodzinie. „The Square” również zahaczał o te tematy, ale przy okazji komentował w cięty sposób świat sztuki współczesnej o którym to opowiadał poprzez serię anegdotycznych scenek. „Triangle of Sadness” jest hybrydą obu filmów, dopinającą tę trylogię o męskości, ale też kontynuującą nabijanie się z łatwego celu jakiejś grupy ludzi. W poprzednim filmie byli to oderwani od rzeczywistości artyści, w tym najnowszym natomiast są to bogacze, modele i influencerzy. 

Historię można podzielić na trzy wyraźne segmenty. Pierwszy, ten najkrótszy, wprowadza parę głównych bohaterów (teoretycznie, bo trochę się to później rozmywa), popularną modelkę i jej partnera, również modela, ale dopiero aspirującego do zostania „kimś” w tym świecie. Östlund wykorzystuje ten segment do podzielenia się kilkoma bystrymi spostrzeżeniami na temat świata mody i relacji damsko-męskich. Z niemałą satysfakcją wskazuje chociażby, że jest to jeden z niewielu zawodów na świecie, gdzie to kobiety zarabiają zdecydowanie więcej od mężczyzn, co jest źródłem frustracji dla bohatera filmu. 

Drugi segment, zdecydowanie najlepszy, spędzamy na pokładzie luksusowego liniowca gdzie wspomniana para wypoczywa w towarzystwie ludzi nieprzyzwoicie bogatych. Mamy tam rozgadanego rosyjskiego oligarchę (świetny Zlatko Buric znany z roli Milo w trylogii „Pusher”), znerwicowanego członka zarządu jakiejś korporacji ukutej w Dolinie Krzemowej, a także sympatyczną parę poczciwych starszych Anglików, którzy fortunę zbili na produkcji granatów i min przeciwpiechotnych. Jest to wszystko oczywiście idealnym materiałem do przejechania się po tym ostrzem satyry, obśmiania, skrytykowania i przejaskrawienia. Zwłaszcza, że Östlund nie zapomina też o żartobliwym portrecie załogi okrętu dowodzonego przez marksistę (niewielka, ale soczysta rola Woody’ego Harrelsona). 

Trzeci segment, najdłuższy, jest też tym najsłabszym, ale jego największym problemem jest w sumie to, że Östlund nie jest zbyt dobry w przycinaniu swoich filmów. Bez wchodzenia zbyt głęboko na teren spoilerów, luksusowy okręt tonie, garstka ocalałych ląduje na bezludnej wyspie (spokojnie, wspominano o tym w oficjalnych materiałach), a dotychczasowa hierarchia wartości zostaje przewartościowana, bo na szczycie łańcucha pokarmowego ląduje osoba, która potrafi zdobyć jedzenie, a nie leniwy bogacz, któremu dotąd usługiwano. Jest to źródło do nowych radosnych gagów, złośliwych spostrzeżeń i satysfakcji ze zmieszania bogaczy z błotem. 

„Triangle of Sadness” jest filmem zabawnym, chwilami nawet bardzo, kilka pomysłów wciąż wywołuje uśmiech na twarzy, gdy sobie o nich przypomnę. Jak to było w poprzednich filmach, na poziomie pojedynczych scen Östlund potrafi zachwycić, ale tutaj już znacznie rzadziej niż dawniej, częściej po prostu jest precyzyjny w tym, co chce powiedzieć, celnie i błyskotliwie punktując pewne sprawy. Największym minusem „Triangle of Sadness” jest więc to, że wszystko to już było opowiedziane wcześniej w innych filmach tego reżysera, ale zrobione lepiej.

poniedziałek, 6 czerwca 2022

Men - recenzja

 


„Kinowe doświadczenie” różne ma oblicza. Czasem jest to ogłuszający huk wojskowych odrzutowców, zbliżenie na twarz Toma Cruise’a doświadczającego przeciążeń na pokładzie podniebnej bestii, wybuchy, dynamiczne sceny, szybki montaż i sala wypełniona ludźmi z rozdziawionymi ustami. Czasem jest to garstka widzów oglądających w ciszy niespieszne ujęcia z Jessie Buckley spacerującą powoli po brytyjskim lesie. Jedno i drugie sprawdza się tak dobrze, bo doświadczamy tego w sali kinowej, ale jakże odmienne są to emocje i przyczyny płynącej z tego satysfakcji. 

W „Men” Alex Garland rezygnuje z gatunku science-fiction, napędzającego dotąd jego twórczość, żeby poprzez formułę horroru folkowego opowiedzieć o traumie, poczuciu winy, ale też patriarchacie. Główna bohaterka, Harper, wyjeżdża do malowniczej angielskiej prowincji, gdzie zamierza spędzić dwa tygodnie na spacerach po lesie, jedzeniu jabłek prosto z drzewa, cieszeniu się z mieszkania w klimatycznej kilkusetletniej posiadłości, a przy okazji przepracować toksyczny związek zakończony tragiczną śmiercią męża. Z czasem poznajemy więcej szczegółów z przeszłości dręczącej Harper, a jednocześnie obserwujemy nasilające się teraźniejsze zagrożenie, które szybko zacznie rujnować pobyt w idyllicznej scenerii. 

Mam dobrą wiadomość, która jednocześnie jest złą wiadomością. Zależy od punktu widzenia. „Men” to kolejny „autorski” horror od studia A24. Oznacza to, że jeżeli liczycie na „jump scare’y”, potwora wyskakującego z szafy, klarowną, prostą historię, jakieś klasyczne mechanizmy gatunku, no to trafiliście pod zły adres. Jeżeli lubicie natomiast, gdy formuła gatunku zostaje wykorzystana jako punkt wyjścia, lub klamrę stylistyczną, do opowieści z zupełnie innego spektrum zainteresowań, jak tylko straszenie widza przez kilkadziesiąt minut, no to jesteście w domu. Garland potrafi pierwszorzędnie budować klimat grozy, powoli dokładając kolejne jego warstwy przez cały film, aż do finału, w którym robi sporą woltę w stronę psychodelicznego horroru cielesnego, gdzie leci już tak rozpędzony, że nic nie jest w stanie go zatrzymać. Żadna autocenzura, obawa przed odbiorem tego przez widza, pokusa przedwczesnego przejścia do puenty, no zupełnie nic, w zdecydowany sposób skręca na trajektorię ku totalnemu karambolu, ale ostatecznie kończy ten szalony rajd piękną katastrofą. 

Siłą „Men”, ale też pewną słabością, jest mocne oparcie historii na symbolizmie i metaforach, tych czytelnych, bardzo oczywistych, ale też takich nieco zagmatwanych. Dość czytelne jest to główne przesłanie o wielu twarzach patriarchatu prześladującego główną bohaterką. Wróć, wielu jego wcieleniach, bo twarz to akurat jest ta sama, Rory’ego Kinneara. Kinnear popisuje się niesamowicie, odgrywając wszystkie męskie role osób spotkanych przez bohaterkę na angielskiej prowincji. Jest to znakomita aktorska robota, bo w każdym przypadku mamy do czynienia z wiarygodnie zarysowaną postacią o odmiennych cechach i stylu bycia. Bywają zabawne momenty, gdy Kinnear prowadzi rozmowę z Kinnearem, bywają zgrzyty, gdy jego twarz zostaje koślawo nałożona komputerowo na ciało nastolatka, ale przestaje mieć to znaczenie (a wręcz nabiera sensu) w miarę rozwijania przez reżysera konceptu na całą historię. 

[Spoilery w następnym akapicie] 

W „Men” jest ta wspomniana, oczywista metafora, będąca krytyką patriarchatu, ale mamy też kolejny poziom interpretacyjny, do którego dostajemy klucz, czytelnie zasygnalizowany w finale, gdy dźwięk echa w tle wysyła nas myślami do istotnego momentu z początku filmu. Cudownie poprowadzona i zrealizowana scena zabawy w echo, kończąca się elementem grozy, okazuje się być momentem inicjującym całą dalszą fabułę, bo dochodzi w niej do rozszczepienia jakiegoś elementu osobowości Harper, oderwania się głęboko zakopanego poczucia winy, które dosłownie otrzymuje cielesną powłokę. Głos bohaterki, roznoszący się po tunelu falami, a każda z nich kopiująca ten oryginalny, pierwszy okrzyk, zdaje się też tworzyć w efekcie istotę będącą jakimś odpryskiem jej osoby niczym ostateczna forma echa, jego finalna kopia. Istota, która najpierw zostaje powołana do życia, a następnie przebudzona przez kolejne nadpływające „fale” okrzyków bohaterki, wstaje w końcu z ziemi i reaguje wściekłym krzykiem, jakby chciała wywrzeszczeć cały ból i wściekłość tkwiącą w Harper. Istota w różnych formach będzie prześladować Harper już do końca filmu, w finale dosłownie przechodząc przez długi cykl narodzin kolejnych form bólu, traumy i poczucia winy, które zrodziły się, ale też wyewoluowały, z tego pierwszego wydarzenia, czyli rodzinnej tragedii, i towarzyszącemu temu uczuciu zwątpienia oraz wyniszczającej myśli: „a może to była moja wina?”. 

Warto wspomnieć o zdjęciach, które początkowo odzwierciedlają i kodują kolorystycznie nastrój Harper. Piękne odcienie zieleni i ciepłego, słonecznego światła, oddają jej początkowy zachwyt prowincją oraz nadzieją, że miejsce uleczy jej udręczoną duszę. Skąpane w odcieniach czerwieni i pomarańczy sceny z przeszłości, głównie umieszczone w betonowym miejskim zamknięciu, ze światłem stłumionym przez zasłony, nadających mu nieprzyjemnej faktury, kojarzą się z czymś złym, przykrym, niechcianym. Dzika czerwień niektórych ścian kilkusetletniej prowincjonalnej posiadłości jest więc niczym zaproszenie, brama przejścia dla emocji wiążących się z tym negatywnym kodem kolorystycznym do realiów tego zielonego, przyjemnego, pocieszającego miejsca. Zieleń i promienne słońce szybko znikają z opowieści ustępując miejsca ciemnej nocy, niepokojącym mrokom i cieniom, ale też rozgwieżdżonemu niebu, sugerującemu, że być może jest jeszcze jakaś nadzieja dla bohaterki. 

Wielu widzów odrzuci „Men”, jedni rozczarowani autorskim dziełem odrzucającym proste ramy gatunkowe, drudzy dosłownością wielu zawartych w nim metafor, ale jest tu tyle dodatkowego dobra do przyswojenia i odkopania, obudowanego tyloma warstwami znakomitego aktorstwa, hipnotyzujących scen, pięknie tworzonego klimatu oraz soczystej grozy, że nie pozostaje mi nic innego, jak ponownie pokłonić się przed dziełem Alexa Garlanda.

niedziela, 29 maja 2022

Elvis - recenzja

 


To powinien być film otwarcia festiwalu w Cannes. Energetyczny, głośny, pobudzający i ekscytujący. Z drugiej strony wszystkie te zalety docenia się jeszcze bardziej pod koniec festiwalu, gdy tyłek boli już czterokrotnie bardziej podczas siedzenia na kolejnym smętnym filmie z niemrawą pracą kamery i montażystą robiącym sobie już trzydziestą przerwę na fajkę. Wtedy wpada Elvis, cały na biało, pokryty cekinami, posypany brokatem, głośniki walą szczodrze decybelami, a montażysta bierze nadgodziny żeby wyrobić się z wszystkimi tymi karkołomnymi sklejkami i przejściami. Rock ’n’ roll!!! 

Jeżeli chcecie się dowiedzieć czegoś wartościowego merytorycznie o Elvisie i czasach w których tworzył to raczej nie jest właściwy film. Baz Luhrmann poświęca wprawdzie należytą uwagę muzycznym inspiracjom artysty, czerpiącego garściami od czarnoskórych muzyków, opowiada o jego problemach z konserwatystami zniesmaczonymi seksualną naturą jego występów oraz histerii jaką wzbudzał w fankach. Jednocześnie ledwie prześlizguje się po wielu innych kwestiach, pomimo blisko trzygodzinnego metrażu, pędząc na złamanie karku przez klasyczną formułę biografii od kołyski aż po grób. 

Jest to zarazem zaleta tego filmu, stawiającego bardzo duży nacisk na spektakl, eksces i energię. Luhrmann miał zawsze świetne ucho przy wybieraniu muzyki do swoich filmów i tutaj nie jest inaczej. Muzyka rzadko cichnie w „Elvisie”, płynnie przeskakując pomiędzy piosenkami głównego bohatera i współczesnymi utworami, w tym rapem, często lepiąc je w jeden twór. Jest tego naprawdę dużo. Lista wykorzystanych utworów ciągnie się podczas napisów końcowych niczym seans filmu Alberta Serry. „Elvis” puszcza oko do młodych odbiorców, obojętnie podchodzących do twórczości (i osoby) klasyka muzyki popularnej, oferując im historię przybliżającą tę niezwykle istotną postać z przeszłości jednocześnie zanurzając ją w teraźniejszych nurtach muzycznych. Puryści pewnie będą zniesmaczeni, ale miłośnicy kultury śmiałego remiksu spod znaku „Moulin Rouge!” będą uradowani. 

Obsadzony w głównej roli Austin Butler jest doskonały. Wyśmienicie oddaje naturę artysty, charakterystyczną mimikę, styl wypowiedzi, przede wszystkim jednak imponująco odtwarza ogrom jego charyzmy scenicznej. Jest to też zasługa Luhrmanna, zakochanego w swoim bohaterze, zapatrzonego w niego, zbierającego szczękę z podłogi, leżącą obok tych należących do fanek, gdy Elvis potrząsa nieprzyzwoicie biodrami i w obślizgły sposób wpatrującego się okiem kamery w okolice jego krocza. Sceny występów to prawdziwa energetyczna petarda równie imponująca montażowo co inscenizacyjnie. Luhrmann kilkakrotnie przywołuje rozbuchany styl fotografii Davida LaChapelle, gdy Elvis na dużym zbliżeniu i spowolnieniu jest portretowany w rozpisanych choreograficznie w misterny sposób i pięknie wykadrowanych scenach interakcji z fankami stojącymi pod sceną. 

Najbardziej kontrowersyjną decyzją artystyczną Luhrmanna jest natomiast opowiedzenie historii Elvisa oczami jego menadżera, pułkownika Toma Parkera, cwaniaka i kombinatora, który swojego podopiecznego bezlitośnie eksploatował wysysając z niego życie, ale też przy okazji nieprzyzwoite ilości pieniędzy z jego konta. Reżyser nie próbuje go oceniać, pozwala nawet bronić mu swojego zachowania, odnosząc się w monologach z offu do stawianych mu zarzutów. Ostateczną decyzję pozostawia widowni, ale odbiór tej osoby będzie raczej jednoznaczny. Zwłaszcza, że Tom Hanks robi z niego karykaturę, uzbrojoną w dziwaczny akcent i pogrubiający kostium. 

„Elvis” to jednak przede wszystkim widowisko, a nie solidna biografia i staranne odtwarzanie faktów, bo Luhrmann bardziej jest zainteresowany próbą oddania emocji z patrzenia na Elvisa przez osobę żyjącą w połowie ubiegłego wieku, jak wgryzaniem się w głowę i serce artysty. Stąd też kłopotliwa pod pewnymi względami decyzja uczynienia go niejako bohaterem drugoplanowym własnego filmu biograficznego. Mamy się zachwycić wielką osobowością idola, a nie przebywać zbyt długo ze zmęczonym człowiekiem. Jeżeli chcecie emocji, fantastycznego widowiska i głośnej muzyki to trafiliście pod właściwy adres. Więcej merytorycznego konkretu musicie już niestety poszukać w innym miejscu.

sobota, 28 maja 2022

Close (Blisko) - recenzja

 


Z tegorocznego konkursu głównego w Cannes widziałem niemal wszystko. Zabrakło dwóch filmów do pełnego kompletu. Zobaczyłem dużo dobrych produkcji, ale nie mam żadnego faworyta, którego z miejsca pokochałabym równie mocno co „Parasite” podczas mojej ostatniej wizyty na Lazurowym Wybrzeżu. Jest natomiast kilka filmów, których wygraną przyjąłbym z zadowoleniem. Spośród nich, w sytuacji, gdy żaden z doświadczonych twórców nie pojawił się z rewelacyjnym tytułem, najbardziej kibicuję sukcesowi „Close” młodego (31 lat) belgijskiego reżysera, Lukasa Dhonta. 

 „Close” to zaledwie jego drugi pełny metraż w karierze, ale możecie go kojarzyć z debiutu, filmu „Dziewczyna”, który pojawił się kilka lat temu w Un Certain Regard. „Dziewczyna” była niezwykle subtelną i empatyczną opowieścią w której Dhont uważnie przyglądał się niuansom życia bohaterki, interakcjom z ludźmi, czasem skażonych bezmyślnym okrucieństwem, częściej jednak brakiem taktu i zrozumienia dla inności. Belg wnikliwie opisywał nieco autodestrukcyjną naturę głównej bohaterki, punktując desperację niektórych jej zachowań, ale przede wszystkim to jednak pochylał się nad wrażliwością Lary. 

Wszystko to jest również obecne w „Close”. Czułość z jaką opisuje głównych bohaterów, delikatność w kreśleniu niuansów ich relacji, empatia z jaką wgryza się w ich zachowania, ale też brak oceny przy przedstawianiu ich odmiennych postaw, wszystko to składa się na niezwykle wrażliwe, emocjonalnie naładowane, skromne kino o wielkich kwestiach. 

 Próba ugryzienia pełnej psychologicznej skali tej historii jest niemożliwa bez wejścia na teren istotnych spoilerów fabularnych, co byłoby w tej chwili oczywiście nie na miejscu, ale mogę zdradzić, że film opowiada o dwóch młodych chłopcach. Remi i Léo przyjaźnią się od lat. Chłopców łączy bardzo czuła więź charakteryzująca się dużym komfortem w okazywaniu sobie bliskości. Młodzi bohaterowie lubią być blisko siebie, przytulić się, otrzeć ramieniem, położyć głowę na kolanach wygrzewając się na trawie. Nie ma w tym seksualnej energii, Remi i Léo są jeszcze zbyt młodzi i niewinni żeby myśleć o pożądaniu drugiej osoby, na razie to dwoje przyjaciół lubiących spędzać ze sobą czas. Problem w tym, że ich otoczenie zaczyna zwracać na to uwagę i komentować, nie ma w tych słowach jakiejś niechęci lub wrogości podszytej homofobią, tylko niewinne żarty, ale to wystarcza żeby Léo zaczął się przejmować jak postrzegają ich szkolni znajomi. Zaczyna unikać fizycznego kontaktu z przyjacielem, samotnie zapisuje się do drużyny hokejowej i jest wyraźnie niezadowolony, gdy Remi rozważa dołączenie do zespołu. Remi zdaje się nie dostrzegać problemu Léo, nie zwraca uwagę na komentarze innych, nadal pragnie dużej bliskości przyjaciela więc rosnący dystans pomiędzy nimi bardzo go rani. 

„Close” opowiada o dojrzewaniu młodych chłopców, o tym formacyjnym momencie w życiu, gdy dziecięca niewinność wielokrotnie zderza się z szorstką rzeczywistością, a efekt tych licznych kolizji tworzy pierwszy zarys przyszłego dorosłego człowieka. Dhont wgryza się w nieoczywisty sposób w wiele ciekawych zagadnień, przyglądając się płciowym rolom narzucanym przez społeczeństwo, odgórnym normom dotyczącym akceptowalnych granic cielesnej bliskości, poczuciu winy, wstydu, ale też rozpaczy. Wszystko to jednocześnie pozostawia do rozpakowania widzowi, bo podrzuca tylko wyraźne wskazówki, ale samemu jest bardziej zainteresowany dyskretnej obserwacji swoich bohaterów i temu co się dzieje w ich głowach. Robi to fenomenalnie, bo już krążą po festiwalach korytarzach historie o mężczyznach, którzy większość seansu spędzili ocierając łzy z twarzy. 

Mając więc to wszystko na uwadze to przyznanie Złotej Palmy dla „Close” wydaje się być najlepszym wyborem. Po pierwsze, bo byłaby to piękna historia sukcesu młodego twórcy. Po drugie, bo jest to film, który naprawdę zasługuje na rozgłos i trafienie do jak najszerszego grona odbiorców.

piątek, 27 maja 2022

The Silent Twins - recenzja

 


Z przyjemnością i dumą obserwuję jak szybko Agnieszka Smoczyńska pnie się po canneńskiej drabince. Cztery lata temu pojawiła się w bocznej sekcji (Critics’ week) ze swoim drugim filmem. „Córki dancingu” narobiły wcześniej sporo szumu na świecie więc nie dziwiło, że „Fuga” została przyjęta z otwartymi ramionami przez sekcję skupioną na debiutach i drugich filmach w karierze młodych twórców. Minęło kilka lat i kolejny film Smoczyńskiej trafia do Cannes. Już w programie głównym. Jeszcze nie konkurs główny, ale niemniej prestiżowe Un Certain Regard dające zaistnieć na filmowej mapie mniej „gorącym” produkcjom. Nie zdziwię się jeżeli kolejny film Smoczyńskiej będzie już walczyć o Złotą Palmę. Zwłaszcza po tym, jak prezentowała się podczas przedwczorajszej festiwalowej premiery „The Silent Twins”. Pewna siebie, elokwentna, pełna pasji i miłości do swojego filmu oraz pracujących przy nim ludzi. Nie był to kolejny neurotyczny twórca wciąż niedowierzający, że przyjęto jego film do Cannes, tylko zdolna reżyserka, już rozpoznawalna na świecie, która jest na swoim miejscu. Całkiem słusznie, bo „The Silent Twins” to kawał porządnego kina. 

Film jest oparty na autentycznej historii dwóch bliźniaczek z Walii, które odmawiały komunikacji ze światem zewnętrznym. Siostry odzywały się tylko do siebie, i to gdy były same, wtedy dopiero żartowały, śpiewały, przekomarzały się, ale też prowadziły ostre kłótnie. Gdy pojawiał się ktoś trzeci, nieważne czy to był rodzic, siostra, nauczyciel, czy też ktoś zupełnie obcy, zupełnie milkły. W chwili wątpliwości, pokusy wydania z siebie dźwięku, jedna zerkała na drugą, jakby w poszukiwaniu potwierdzenia, że pakt milczenia jest wciąż w mocy, a może w nadziei, że dojdzie do jego złamania, otrzymania przyzwolenia na zrobienie tego. June (Letitia Wright) i Jennifer (Tamara Lawrence) dzieliła niezdrowa, toksyczna relacja, wywierały na sobie nawzajem okropny wpływ, nakręcając się latami w tej chorej relacji ze światem zewnętrznym, gdy były razem to czasem kończyło się wybuchami przemocy pomiędzy nimi i pełnymi nienawiści wyrzutami, ale odseparowane wpadały w stany katatoniczne. 

Brzmi jak idealna historia dla reżyserki, która wyspecjalizowała się w portretach niebanalnych kobiet. W „Córkach dancingu” przyglądała się siostrzanej relacji młodych niecodziennych młodych kobiet stających naprzeciw reszty świata. W „Fudze” opowiadała o kobiecie, która musiała odkryć siebie na nowo, odkopać informacje o zapomnianej przeszłości i zdecydować, czy chce odgrywać rolę obcej jej kobiety i powrócić do prowadzenia życia, którego nie pamięta. W „The Silent Twins” odnajdziemy ślady obu tych filmów. Film bywa śmiały formalnie. Już w pierwszej scenie bohaterki czytają na głos nazwiska obsady, w tym samych siebie, łamiąc tym samym czwartą ścianę w animowanych napisach początkowych, zwiastujących przy okazji powracający przez cały film motyw kolorowych, szalonych scen, pokazujących bogatą wyobraźnie obu sióstr, którą próbują przelać na papier (jedna wydała nawet książkę). Jednocześnie jest to film równie ponury, chłodny, stonowany, skupiony na szczerych emocjach i głębi psychologicznej, co „Fuga”. Odnaleźć można tu lekki romans z konwencją horroru, zwłaszcza w początkowej części opowiadającej o małych dziewczynkach, milczących, dość niepokojących, kopiujących swoje ruchy i zachwiania, porozumiewających się ze sobą w bardzo specyficzny sposób, będący czymś pomiędzy seplenieniem, a nie w pełni wykształconym narządem mowy. Gdy młode aktorki ustępują miejsca Wright i Lawrence (wszystkie cztery role bardzo dobre) to mniej w tym już grozy, a więcej smutku, bo porzucone przez nierozumiejące je społeczeństwo pogrążają się coraz głębiej w swoim aspołecznym dziwactwie prowadzącym do napiętnowania ich jako osób chorych psychicznie. 

„The Silent Twins” wysyła wyraźny sygnał, że Smoczyńska gra już w nowej, światowej lidze. Jest to oczywiście projekt niezależny, raczej niekomercyjny, kino zdecydowanie festiwalowe, skierowane do bardziej wymagających kinomanów, ale pokazujące, że polska reżyserka bez kompleksów odnajduje się w realiach produkcji zagranicznej i mogłaby spokojnie udźwignąć jakiś bardziej komercyjny angielskojęzyczny projekt. Pytanie natomiast, czy tego w ogóle pożąda i potrzebuje do szczęścia. Agnieszka Smoczyńska konsekwentnie podąża własną artystyczną ścieżką, nie oglądając się na oczekiwania i wymogi publiczności, szybko wypracowując charakterystyczny autorski styl, niełatwy w odbiorze, ale fascynujący, wciągający, pobudzający intelektualnie i emocjonalnie.

wtorek, 24 maja 2022

Crimes of the Future - recenzja

 


W ostatnich tygodniach, a zwłaszcza dniach, prowadzących do canneńskiej premiery, tyle krążyło doniesień o szokujących scenach w nowym filmie Davida Cronenberga, o zniesmaczonych ludziach, którzy będą masowo wychodzić już po pierwszych minutach seansu, a przy okazji pełnych rozrzewnienia wspomnień z okresu, gdy Lazurowe Wybrzeże zapłonęło gniewem i odrazą po festiwalowych pokazach „Crash”, że łatwo było ulec wrażeniu nadchodzącej niechybnie apokaliptycznej nocy, która wstrząśnie Cannes w tym roku. Otóż nie. „Z pokazu wyszło tylko pięć ludzi”, donosił później rozczarowany zachodni krytyk. No rzeczywiście trochę słabo, bo więcej ludzi z sali kinowej jest tu w stanie przegonić dziesięciominutowa scena pasącej się kozy. 

 Nie miejcie jednak złudzeń, osoby nieprzygotowane na kontakt z Cronenbergiem dostaną tutaj pełno motywów od których odbiją się z głośnym hukiem. Rozcinane ciała oddychających ludzi odkrywające skrywane w nich bebechy kręcone na dużych zbliżeniach. Sekcja zwłok kilkuletniego chłopca uduszonego przez matkę obrzydzoną jego mutacją. Lizanie otwartych ran jako źródło seksualnej rozkoszy. Cronenberg przygotował dla widowni pełen pakiet cielesnej grozy i odrazy. Jednocześnie nie ma tutaj niczego niespodziewanego dla osób zaznajomionych z jego twórczością. Klient dostaje towar zgodny z zamówieniem. Smakowitą, mroczną, skąpaną w czarnym humorze potrawkę z ciała i narośli nowotworowej. 

 W „Crimes of the Future” Cronenberg kreśli ponury świat przyszłości na granicy posthumanizmu. Ludzie zapomnieli czym jest ból fizyczny. Przestali go odczuwać. Ich organizmy zaczynają wytwarzać nowe organy, które (jeszcze?) nie spełniają żadnego zadania. Specjalna organizacja próbuje dopilnować żeby osoby z tymi dziwnymi nowotworami nie płodziły potomstwa z obawy, że młode pokolenia będą się już od razu rodzić z organami nieznanymi dotąd ludzkości. Walka jest oczywiście skazana na porażkę i gruntowna ewolucja ludzkości w coś nowego wydaje się być nieunikniona. Na razie główny bohater, Saul Tenser (Viggo Mortensen), wykorzystuje wyjątkową płodność swojego organizmu do wytwarzania nowych organów przy performance’ach artystycznych podczas których jego partnerka (Léa Seydoux) wycina je i tatuuje. 

Ciężko tu w sumie mówić o jakiejś fabule, bo film jest raczej panoramą tego specyficznego świata skąpanego w mroku. Cronenberga od budowania jakiejś historii bardziej interesuje stawianie pytań o to, gdzie kończy się człowiek, a zaczyna nowa istota. Zastanawia się nad stawianiem granic moralnych w sztuce i przygląda ludzkości, która daleko oddaliła się od swoich naturalnych zachowań. 

Jest to przegadany film, ale to ten rodzaj dialogu, którego można słuchać bez chwili znużenia. Cronenberg nie nudzi, jest treściwy, zabawny, zdyscyplinowany montażowo (całość trwa 107 minut), pięknie buduje futurystyczny klimat przy raczej skromnym budżecie. Jest tu dużo nawiązań stylistycznych do starszych filmów Kanadyjczyka, ale to raczej zbliżenie się o kilka kroków do finalnej formy idei rozwijanych przez całą twórczość jak pasywne zżeranie swojego ogona. 

Jest to też film zadziwiająco uroczy, reżyser przygląda się z pewnym ciepłem swoim głównym bohaterom i łączącej ich relacji, jakby chciał powiedzieć, że nawet gdy pewnego dnia zabraknie na świecie miejsca dla ludzkości jaką znamy, to wciąż będzie istnieć idea humanizmu w tym, co po niej zostało. 

Jest to chyba najbardziej szokująca rzecz w jego nowym filmie.

niedziela, 22 maja 2022

Three tousand years of longing - recenzja

 


Nowy film George’a Millera został zrobiony niejako w kontrze do poprzedniego jego dzieła. „Mad Max: Fury Road” został przez niego wykastrowany z historii i dialogów, ale jednocześnie obdarzony imponująca ilością detali opisujących postapokaliptyczne realia za pomocą obrazu. Miller dokonał imponującej sztuki poprowadzenia narracji oraz rozwoju relacji pomiędzy postaciami głównie poprzez (wybitnie zrealizowane) sceny akcji bez żadnej straty dla filmu. „Fury Road” było zaplanowane jako bardzo prosta historia zabierająca bohaterów w wariacką pogoń tam i z powrotem przez pustynię wypełnioną psychopatami. Fabuły w tym było niewiele, ale treści już całkiem sporo, bo uważny widz, skupiony na tym, co wyłożono przed nim, otrzymywał starannie przemyślany portret różnych społeczności żyjących na bezdrożach nuklearnej ziemi jałowej. 

 „Three tousand…” jest zupełnym przeciwieństwem tego fabularnego minimalizmu. Film jest przeładowany treścią, historią, dialogami. Postaciom rzadko zamykają się tu buzie. Prowadzą widza ciągłym głosem z offu nawet przez sceny akcji. Zupełnie jakby Miller chciał wyrobić jakieś normy dialogowe zaniżone poprzednim filmem. „Three tousand…” jest tak bardzo skupione na snuciu opowieści jako podstawowej wartości filmu, że główną bohaterką (Tilda Swinton) czyni wykładowczynię akademicką specjalizującą się w narratologii. Kobieta jest znawczynią i fascynatką sztuki opowiadania. Z uwagą studiuje historie od stuleci snute przez ludzkość, analizując ich budowę, znaczenia, powtarzalne motywy. Śpi w pokoju hotelowym w którym Agatha Christie napisała „Śmierć na Nilu”. W antykwariatach wyszukuje przedmioty, które „niosą ze sobą jakąś historię”. W taki sposób wchodzi w posiadanie magicznej lampy skrywającej w sobie dżinna (Idris Elba). 

 Znacie reguły. Trzy życzenia. Ostatnie daje wolność magicznej istocie uwięzionej od wieków w naczyniu. Forma w jakiej dochodzi jednak do spełnienia tychże życzeń zazwyczaj bywa podchwytliwa, bo rzadko kończą się one czymś dobrym dla osób wypowiadających je. Z całą pewnością nie trzeba tego tłumaczyć bohaterce, która najchętniej zrezygnowałaby z oferty dżinna, pomimo jego licznych zapewnień, że nie ma złych intencji i chciałby tylko mieć to już za sobą. Natychmiast nawiązuje się pomiędzy nimi relacja oparta na rozciągniętej na kilka tysięcy lat opowieści snutej przez magiczną istotę. Poznajemy jego losy, historie osób, które korzystały wcześniej z trzech życzeń, co poszło nie tak w ich przypadku, ale też dlaczego dżinn ciągle kończył jako istota uwięziona. 

 I tutaj się zatrzymam, bo śledzenie rozwoju tej historii jest tym, co trzyma przy ekranie. „Three tousand…” to wciągająca filmowa baśń, rządząca się regułami opowieści z morałem, ale starająca się przez cały czas uciekać od moralizatorskiego tonu lub pretensjonalnych wynurzeń. Miller jest tutaj bardziej rozgadany, ale nie zapomina o stronie wizualnej, którą oparł na przyjemnej dla oczu (bogatej) palecie kolorystycznej i pięknych „kosmicznych” motywach. Porusza się w realiach magicznych więc pozwala sobie na nieco więcej w kwestii umowności niektórych scen, ale zawsze jest to w granicach obranej konwencji, ma zadanie olśniewać i imponować, nigdy nie sprawia natomiast wrażenia pustej formy i niepotrzebnego komputerowego fajerwerku. Cukierek dla oczu, ale spełniający rolę dopełnienia historii. Miałem przyjemność oglądać w sali Imax i tym właśnie było, czystą estetyczną satysfakcją wynikającą z obcowania z czymś ładnym. 

 Nie spodziewajcie się natomiast kolejnego „Fury Road”, nie ma tutaj tego „pieprznięcia”, tej dzikiej energii, drobiazgowo zaplanowanych detali opisujących filmowy świat, czy też potencjału do wielokrotnych seansów. Nie jest to jednak zarzut, bo wcale nie mieliśmy tego znaleźć w tym filmie, nie ma w nim miejsca na takie rzeczy, gdyż to zupełnie innego rodzaju opowieść. Jest to wielowątkowa baśń skupiona na sztuce opowiadania, na czarowaniu odbiorcy przyjemnie płynącą narracją i kreśleniu przed nim świata pełnego magii. Z tego zadania wywiązuje się bardzo dobrze.

czwartek, 19 maja 2022

Top Gun: Maverick



Najlepsze porno z odrzutowcami na rynku. Poszedłem bez większych oczekiwań, pokochałem od pierwszych sekund, gdy tylko z głośników pieprznął potężny dźwięk silników wojskowych samolotów, a chwilę później dołączyło „Danger zone” Kenny’ego Logginsa. Joseph Kosinski i Tom Cruise doskonale wiedzą na jakiej nucie powinni zagrać żeby podbić serce docelowego odbiorcy. 

Nowy „Top Gun” to kino proste fabularnie. Historia jest pretekstowa i schematyczna. Dramaturgiczną oś konfliktu i przebieg finałowej misji można bezbłędnie zarysować sobie w głowie na podstawie zwiastunów. Maverick jest wciąż niepokorny, ale dalej uchodzi mu to płazem, bo jest wybitnym pilotem, a do tego wspiera go dawny kolega (Iceman), który zdążył się dochrapać rangi majora. Rooster (Miles Teller) jest obrażony na Mavericka, bo nie dość, że ten był zamieszany w śmierć jego ojca (Goose z pierwszej części) to jeszcze podkopał jego karierę w wojsku próbując ustrzec go przed pójściem w ślady taty. Historia nie przejdzie do finałowego etapu dopóki panowie nie zdołają się dogadać. Koniec fabuły. Aha, no i jeszcze jest miniaturowy wątek romantyczny z udziałem Jennifer Connelly. No jest. O taki tyci. 

 Wszystko to jest naprawdę nieważne. Nie ogląda się przecież porno z odrzutowcami dla zniuansowanych psychologicznie relacji pomiędzy postaciami i skomplikowanej fabuły. Samoloty mają pięknie wyglądać, robić hałas, latać z zawrotną prędkością i robić imponujące powietrzne piruety. W „Top Gun: Maverick” mamy to wszystko i jeszcze trochę. Cruise wiedział co robi ściągając do projektu swojego kolegę z „Oblivion”. Jeżeli Joseph Kosinski jest w czymś naprawdę dobry to niewątpliwie w tworzeniu ładnych filmowych obrazków. Wspólnie z nadwornym operatorem (Claudio Miranda) asystują w czułej, acz intensywnej, miłości pomiędzy kamerą i prawdziwymi gwiazdami tego filmu, odrzutowcami. Okiem kamery prześlizgują się po ich kształtach, obłapiają wzrokiem zagięcia, rakiety, kokpity. Z zachwytem wpatrują się jak pędzą w powietrzu. Tom Cruise nalegał żeby nie tylko on (co już nikogo nie dziwi na tym etapie jego kariery), ale też reszta obsady naprawdę siedziała w kokpitach i doświadczała przeciążeń wiążących się z lataniem tymi maszynami. Było warto, szczególnie w scenach z jego udziałem, gdy obserwujemy z bliska twarz Mavericka robiącego szalone „bączki” w powietrzu. 

 Jeżeli kogoś to zupełnie nie ekscytuje to film dostarczy mu trochę materiału do narzekań. Kosinski lubi uderzać w ckliwe tony. Bywa też lekko tandetny, ale w taki uroczo-pocieszny sposób. Historia nie trzyma na krawędzi fotela, ale wszystko to jest jedynie wypełniaczem pomiędzy kolejną dawką porno z odrzutowcami, a jako takie produkcja zapełnia 100% satysfakcji. Polecam obejrzeć w kinie z porządnym nagłośnieniem i potężnym ekranem.

niedziela, 15 maja 2022

Festiwal w Cannes 2022: Program

 


Od mojej ostatniej wizyty w Cannes minęły trzy lata. Jedną edycję odwołano. Z drugiej sam musiałem zrezygnować, gdy przenieśli termin, a podróżowaniu z Anglii do Europy towarzyszyło zbyt wiele niewiadomych żeby robić plany na kilka miesięcy do przodu. Ależ tęskniłem! W ubiegłym roku tak mnie bolało obserwowanie festiwalu z kanapy, że nie było innej opcji, musiałem w tym roku podjąć próbę uczestnictwa. Akredytacja prasowa ogarnięta, lokum zaklepane, bilet wykupiony. Jutro lecę. 

No dobra, do rzeczy jednak, bo zapomniałem wcześniej wrzucić na blog mój tekst o programie festiwalu, który trafił kilka tygodni temu na fanpage. Starym zwyczajem wjechałem w program z lupą żeby przyjrzeć się dokładnie twórcom pokazywanych filmów i ich filmografii. Układam tak dostępne informacje przede wszystkim dla siebie, żebym później nie przegapił niczego potencjalnie wartego uwagi, ale też mam nadzieję, że zaciekawi to Was i być może odkryje filmy którym warto się będzie przyglądać za kilka tygodni. 

A zatem, zaczynamy od programu głównego: 

 Od dawno zapowiadało się, że podczas tegorocznego Cannes będzie można zobaczyć nowy film Davida Cronenberga. Pierwszy od ośmiu lat! Z poprzednim też pojawił się na Lazurowym Wybrzeżu. Pamiętam to dobrze, bo była to pierwsza edycja festiwalu w której miałem okazję uczestniczyć. Niestety na „Mapy gwiazd” się wtedy nie dostałem, ale był to jedyny rok, w którym musiałem rezygnować z tych ostatnich, wieczornych pokazów, więc „Crimes of the Future” już na pewno nie odpuszczę. Osadzona w niedalekiej przyszłości historia ma opowiadać o ludziach, którzy w efekcie eksperymentów z DNA zaczęli wytwarzać w sobie dodatkowe organy. Główny bohater (Viggo Mortensen) jest artystą wystawiającym własne usunięte organy jako dzieła sztuki upiększane tatuażami wykonywanymi przez jego dziewczynę (Lea Seydoux). Brzmi jak Cronenberg na pełnym gazie. 

 


„Triangle of Sadness” Rubena Östlunda spodziewałem się zobaczyć już w zeszłorocznym programie więc gdy film przeczekał ubiegły rok to byłem pewien, że reżyser wstrzyma się z premierą do następnej edycji. W Cannes ma obecnie bardzo dobrą passę. Przedostatni film (znakomity „Turysta”) zdobył nagrodę jury w sekcji Un Certain Regard. Ostatni (równie dobre „The Square”) zapewniło mu pięć lat temu Złotą Palmę. Czy „Triangle of Sadness” nie przerwie tego zwycięskiego marszu okaże się za kilka tygodni, ale historia pary modeli trafiających na statek wycieczkowy dowodzony przez marksistowskiego kapitana (Woody Harrelson) z całą pewnością zapowiada się obiecująco. 

O drugą Złotą Palmę (pierwszą dostał w 2018 za „Złodziejaszki”) zawalczy też Hirokazu Koreeda tym razem z koreańską obsadą. Jego poprzednia próba wyjścia z japońskiej strefy komfortu była połowicznym sukcesem, bo „Prawda” rzeczywiście sprawiała wrażenie skrzyżowania francuskiego filmu o burżuazji z charakterystycznym dla Koreedy skupieniem się na relacjach rodzinnych, ale było to kino zaledwie niezłe. Być może bliższa mu geograficznie Korea okaże się lepszym wyborem, a grający w filmie „Broker” Kang-Ho Song będzie mógł się pochwalić występem w kolejnym filmie nagrodzonym w Cannes (ostatnio w „Parasite”). 

 Z większym podekscytowaniem będę jednak wypatrywać premiery „Decision to Leave”, bo nowy film Park Chan-wook zawsze jest dla mnie wielkim wydarzeniem. W 2016 prywatną Złotą Palmę wręczyłem jego „Służącej” i jeżeli tylko koreański reżyser pojawi się na Lazurowym Wybrzeżu z czymś na miarę swojego talentu (a serialowa „Mała doboszka” pokazała, że nie przestaje dostarczać jakościowych produkcji) to może w końcu wyjedzie z Francji z najważniejszą nagrodą. 

Sądząc po jego dotychczasowej historii z festiwalem to zapewne z pustymi rękoma nie wyjedzie też Cristian Mungiu, wygrywający w przeszłości nagrody za reżyserię („Egzamin” w 2016), scenariusz („Za wzgórzami” w 2012) oraz samą Złotą Palmę („4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni” w 2007). Mungiu to zawsze gwarancja jakościowego, inteligentnego, poruszającego kina, „RMN” warto mieć więc na radarze. 

 


Niekoniecznie natomiast warto poświęcać jakiejś specjalnej uwagi innemu stałemu bywalcy różnych canneńskich sekcji. Arnaud Desplechin miewał dobre filmy (ostatnio w 2015 gdy„My golden days” trafiły do Director’s fortnight), ale otwierające festiwal z 2017 „Kobiety mojego życia” były chaotycznym, niepoukładanym średniakiem, a „Miłosierny” z 2019 dwugodzinnym, żmudnym, drobiazgowym śledztwem w sprawie staruszki uduszonej za wybielacz. Chwilowo nie odliczam dni do premiery jego najnowszego filmu. 

Z mniejszym pobłażaniem, ale też bez większego entuzjazmu, czekam na nowy film braci Dardenne. Wiedziałem, że będzie na festiwalu, bo wiedziałem, że powstał, a świat już tak jest skonstruowany, że jeżeli braci Dardenne robią nowy film to automatycznie trafia do Cannes. Nie zrozumcie mnie źle, mam sporo szacunku do ich twórczości, „Dziecko” (pokazywane na Nowych Horyzontach jeszcze za czasów Cieszyna) wprowadzało mnie w świat festiwali filmowych, ale ostatnim ich bardzo dobrym filmem były „Dwa dni, jedna noc” z 2014. Nie wykluczam, że mogą zaskoczyć i wjechać do Cannes z jakimś emocjonalnym walcem, ale raczej spodziewam się kolejnego przyzwoitego filmu typu „Nieznajoma dziewczyna” (2016) czy „Młody Ahmed” (2019). 

Sporo emocji natomiast będzie niewątpliwie towarzyszyć premierze filmu „Tchaikovski’s Wife” Kiriłła Sieriebriennikowa. Spodziewałem się jakiejś rosyjskiej produkcji na festiwalu po ich oficjalnym komunikacie sprzed kilku tygodni, że nie zamierzają gościć żadnych przedstawicieli rządowych struktur, ale nie planują też podkładać nogi tym twórcom filmowym, którym zawsze było nie po drodze z rosyjską władzą. Sieriebriennikow niewątpliwie wpisuje się w to drugie, bo kilka lat temu canneńską premierę „Lato” musiał świętował z domowego aresztu w Rosji. Spodziewam się jednak jakichś kontrowersji związanych z premierą rosyjskiego filmu i zgaduję, że polskie festiwale nie odważą się go wyświetlić w tym roku. Karierze Sieriebriennikowa kibicuję od chwili zobaczenia doskonałego „Ucznia” (sekcja Un Certain Regard w 2016) więc cieszę się, że chociaż we Francji będę miał okazję obejrzeć jego nowy film, ale przypuszczam, że jego walory artystyczne zejdą na dalszy plan w późniejszym dyskursie medialnym. 

Z ciekawością wypatruję też premiery „Armageddon Time” Jamesa Gray. W ostatnim czasie spekulowano, czy film pojawi się na festiwalu, bo podobno miał być odrzucony przez selekcjonerów. Gray jest twórcą nierównym, ale zazwyczaj ciekawym i wartym uwagi, co udowodnił dwoma ostatnimi produkcjami („Ad Astra” i „Zaginione miasto Z”). „Armageddon Tima” jest opowieścią o wchodzących w dorosłość nastolatkach z nowojorskiego Queens lat 80. W obsadzie Anne Hathaway, Anthony Hopkins i Jeremy Strong. 

Cieszy mnie, że do głównego konkursu awansowali Ali Abbasi i Lukas Dhont. Obaj trafili wcześniej do sekcji Un Certain Regard w roku 2018. „Granica” Abbasiego była cudownym przeżyciem festiwalowym obfitującym w szalone, dzikie, nieprzewidywalne pomysły fabularne oraz wizualne. „Girl” Dhonta natomiast była subtelną i empatyczną opowieścią, uważnie przyglądająca się niuansom życia bohaterki, jej interakcjom z innymi ludźmi, czasem skażonych bezmyślnym okrucieństwem, a częściej brakiem zrozumienia i taktu, a także jej desperackim gestom, nieco autodestrukcyjnej naturze i wrażliwej psychice. 

 


Możliwe, że z czymś ciekawym przyjedzie Tarik Saleh, którego kojarzę z niezłego „Morderstwa w hotelu Hilton” opowiadającego o śledztwie w sprawie morderstwa dokonanego w przededniu egipskiej rewolucji z początku ubiegłej dekady. Jakościowe kino powinny też dostarczyć takie doświadczone twórczynie jak Kelly Reichardt i Claire Denis, no i zawsze dobrze zobaczyć polskie nazwisko w canneńskim programie, ale na razie nie mam żadnych emocji względem „Eo” Jerzego Skolimowskiego. 

Niewiadomą natomiast są dla mnie takie osoby jak Valeria Bruni Tedeschi, Mario Martone, Saeed Roustaee, bo nie widziałem dotąd żadnego z ich poprzednich filmów. 

Jak zwykle, z niewiadomych składa się większość nazwisk, które trafiły do sekcji Un Certain Regard. Oczywiście wybiorę się na „The Silent Twins”, czyli pierwszy pełnometrażowy angielskojęzyczny film Agnieszki Smoczyńskiej z Letitią Wright. Postaram się znaleźć czas dla „Les Pires” (reż: Lisa Akoka, Romane Gueret), bo dobrze wspominam ich film krótkometrażowy, „Chasse Royale”, nagrodzony kilka lat temu w sekcji Director’s Fortnight. Być może sprawdzę jak Riley Keough sprawdziła się w roli reżyserki („Beast” zrobione wspólnie z Giną Gammell). Z czym przyjechał Hlynur Palmason, czyli autor filmów „Zimowi bracia” oraz „Biały, biały dzień”. I może jeszcze zerknę z zaciekawieniem na „Sick of Myself” Kristoffera Borgli, którego „DRIB”, pokazywany kilka lat temu na Nowych Horyzotach, był filmem całkiem fajnym, zabawnym, ale nie tak odkrywczym i zabawnym, jak to się chyba zdawało jego twórcom. Generalnie jednak Un Certain Regards to wskakiwanie z zamkniętymi oczami w głęboką przepaść i liczenie, że skończy się to dla nas dobrze. 

Oprócz tego w pokazach specjalnych będzie można zobaczyć jeszcze nowe filmy Oliviera Assayasa, Quentina Dupieux, Sergieja Łoźnicy, Michela Hazanaviciusa („Artysta”), Bretta Morgena („Kurt Cobain: Życie bez cenzury”), Panosa H Koutrasa („Xenia”), Marco Bellocchio („Zdrajca”). Będzie „Top Gun: Maverick”, co raczej zobaczę w normalnej dystrybucji, „Elvis” Baza Luhrmanna, co raczej zobaczę na festiwalu, a także pierwszy film George’a Millera („Three Thousand Years Of Longing”) od czasu fantastycznego „Mad Max: Fury Road”. 

Warto dodać, że to tylko program główny. Sporo potencjalnych skarbów może jeszcze czaić się w programach bocznych sekcji Director’s Fortnight i Critics’ Week. Będzie co oglądać.

niedziela, 8 maja 2022

Doctor Strange in the Multiverse of Madness - recenzja

 


„Doctor Strange in the Multiverse of Madness” to najkrótszy film Marvela od czasu „Captain Marvel”. I to czuć, bo wszystko tutaj pędzi do przodu na złamanie karku, nie pozostawiając zbyt wiele miejsca na oddech. Z jednej strony jest to dobre, bo seans zlatuje błyskawicznie. Z drugiej strony, gdy pierwszy raz wyrwałem się z kolorowego transu i zerknąłem na zegarek, to odkryłem z lekkim rozczarowaniem, że do końca pozostało jakieś 20 minut, a historia ledwie prześlizgnęła się po „multiwersalnym obłędzie”. Znaczy się jakieś tam szaleństwo było, drobnych fajnych pomysłów tutaj w bród, ale wiele z nich bazuje na konceptach z animowanej serii „What if...”, tytuł obiecuje multiwersalną kabałę, a dostajemy ledwie czterowersalną rozróbę. Jest jeden moment, zapowiedziany lekko w zwiastunach, gdy bohaterowie przebijają się brutalnie przez kolejne uniwersa, niczym „Strażnicy Galaktyki” w swoim drugim filmie przez galaktykę, jest to praktycznie jedyny moment, gdy można tak naprawdę zasmakować tytułowego obłędu. Nieco rozczarowujące. 

Nie rozczarowuje natomiast Sam Raimi, który pięknie odnajduje się na starych (a jednak zupełnie nowych) superbohaterskich śmieciach. Najciekawsze w jego podejściu do tego filmu jest to, że czerpie nie tyle z doświadczenia wyniesionego z trylogii o Spider-manie, co raczej tej wcześniejszej, o gościu z piłą mechaniczną w miejscu dłoni. Jest tutaj wiele stylistycznych odniesień do horrorowo-komediowej twórczości Raimiego, począwszy na motywach fabularnych, poprzez jump-scare’y i lekką grozę obecną w tonacji niektórych scen, a na przejściach montażowych kończąc. Jest to chyba też najbrutalniejszy film Marvela, oczywiście daleko temu do Deadpoola, czy niektórych produkcji z DC, ale wyobraźnia ma tutaj gdzie pracować i dopowiadać sobie czytelnie zasugerowaną masakrę. Zwłaszcza, że trup ściele się gęsto. 

Jest to również najlepsza rola Elizabeth Olsen, i to nawet pamiętając o serialu „WandaVision”, bez którego znajomości pewnie można obejrzeć ten film, ale jest to trochę bez sensu. Scenarzysta wprawdzie podkładał jej nogę, wyrzucając w zasadzie do kosza całą drogę, jaką Wanda przeszła w serialu, ale tylko dzięki jej talentowi, rola, która mogła pociągnąć ten film w dół, gdyby trafiła do mniej uzdolnionej aktorki, staje się jednym z powodów, że nie można oderwać oczu od ekranu. 

Ogólnie jest to film, któremu najbardziej przeszkadza scenariusz, nieco zlepiony na ślinę, ale skutecznie pomagają o tym zapomnieć liczne pomysły formalne Raimiego (jakie on tutaj robi fajne fikołki z kamerą), rozmach scen akcji, różne drobne pomysły fabularne, jak pojedynek na nutki, wspomniana rola Olsen, czy też strona muzyczna, jedna z nielicznych w filmach Marvela na którą zwraca się uwagę, i to nie tylko dzięki nieoczywistym wyborom piosenek, ale też kompozycjom Danny’ego Elfmana.

wtorek, 12 kwietnia 2022

Severance - pierwszy sezon



„Severance” raczej nie należy (jeszcze?) do najbardziej popularnych tegorocznych seriali, ale z całą pewnością jest bardzo skuteczny w podbijaniu serc tych, którzy podarowali mu szansę. W ostatnich tygodniach otrzymałem kilka prywatnych wiadomości od osób zachwalających serial pod niebiosa i gorąco polecających obejrzenie go. „Koniecznie zobacz, puść później w świat dobre słowo, zwróć uwagę ludzi na Severance”. Zobaczyłem, informuję, polecam.

„Severance” to w pewnym sensie odcinek „Black mirror” rozciągnięty na cały serial. Zaczyna od ciekawego konceptu sci-fi i prędko zamienia go w koszmar. Historia opowiada o czwórce postaci, którzy przeszli tytułowy zabieg rozdzielenia. Sprowadza się on do tego, że podczas operacji na mózgu zostaje w niego wszczepiony specjalny chip, który potrafi wydzielić z człowieka nową osobowość, nie mającą dostępu do jego wspomnień (i vice versa). W praktyce jest to wykorzystywane do tworzenia korporacyjnych „botów”, których cała egzystencja sprowadza się do pracy od 9-17 w bezsensownej pracy biurowej. Oryginał nie pamięta połowy dnia, bo traci świadomość w momencie zjechania windą do swojego biura, więc praca wykonuje się „sama”, wypłata wpada na konto, a w głowie pozostaje tylko to, co się zrobiło przed i po. „Bot” ma gorzej, bo jedyne czego zaznaje w życiu to ciągła robota, wytyczne od korpo i owocowe czwartki jeżeli wykonał listę zadań. 

Szybko pojawia się w głowie szereg myśli, od pytań o aspekt moralny całego konceptu tworzenia takich niewolniczych odprysków ludzkich osobowości, poprzez empatyczne rozmyślania nad tym, jak koszmarne musiałoby być życie w takiej ciągłej biurowej pętli, po zastanawianie się nad tym, jak żyłoby się ze świadomością, że większa część naszego tygodnia jest czarną dziurą, a wielka korporacja mogła w tym czasie wykorzystać nasze ciała do jakichś niecnych rzeczy. Bynajmniej nie zamyka to listę rzeczy dostępnych do rozpakowania w „Severance”, który mnoży sekrety, tajemnicze zdarzenia i dziwaczne koncepty od pierwszych minut, nie kwapiąc się do szybkiego rozwiązywania większości z nich, a wręcz przeciwnie, ciągle dokładając kolejne. 

Jeżeli nad całością unosi się nieuchronnie duch Philipa K. Dicka to robi on jednak podniebne piruety nad budynkiem, który spokojnie mógłby należeć do Inicjatywy Dharma z serialu „Lost”. Lumon Industries, korporacja z „Severance”, również stawia na minimalistyczną, nieco retro-futurystyczną oprawę swoich przestrzeni. Komunikację z pracownikami opiera na niedoskonałych technicznie nagraniach video oraz przełożonych balansujących pomiędzy fałszywą serdecznością, a wiszącą w powietrzu groźbą. Sama praca jest natomiast dość absurdalna, bardzo zagadkowa, a prawdziwy jej cel pozostaje na razie w sferze domysłów. 

Lawiruję w tekście żeby nie zdradzić zbyt wiele , bo ciekawość tego, co jeszcze wydarzy się w tym dziwacznym, tajemniczym świecie, jest głównym motorem napędowym serialu. Bardzo powoli odkrywa się przed widzem kolejne fragmenty serialowej rzeczywistości, ale cierpliwość zdecydowanie popłaca, bo w ostatnich kilku odcinkach twórcy (większość wyreżyserował Ben Stiller) łapią odbiorcę za gardło już dość konkretnie, wydarzenia przyspieszają, emocje wzrastają, zanim się obejrzymy jest finał sezonu, a my nie do końca rozumiemy, co nas właśnie uderzyło po głowie i jakie będą tego skutki. Z całą pewnością zostajemy z obietnicą ekscytującego drugiego sezonu, który został już potwierdzony. 

I nawet nie wspomniałem jeszcze nawet słowem o świetnej obsadzie, która pięknie prowadzi nas przez tę historię. Adam Scott, Patricia Arquette, John Turturro, Christopher Walken, każde z nich dostało tutaj coś mięsistego do zagrania, ale odkryciem dla wielu będzie Britt Lower, charakterny rudzielec, któremu towarzyszymy przy odkrywaniu reguł tego pokręconego miejsca i przyglądamy się z zaciekawieniem kolejnym formom jej buntu na zastaną sytuację. 

Serial dostępny dziś na Apple TV+, a za rok na niejednej z list najlepszych tegorocznych seriali.

niedziela, 27 marca 2022

Peacemaker - pierwszy sezon

 


Muszę przyznać, że z dużym sceptycyzmem podszedłem do informacji o planowanej realizacji serialu poświęconego Peacemakerowi. Sceptycyzm bynajmniej nie opadł po zobaczeniu filmu „The Suicide Squad” w którym to mogliśmy poznać Peacemakera. John Cena i jego (anty)bohater spełnił swoją rolę w filmie, był zdecydowanie wyrazistą postacią, ale nie sprawiał wrażenia, że jest w tym potencjał na własny serial. Wystarczyła jednak pojedyncza scena w filmie żeby James Gunn dostrzegł to, co szybko staje się jasne podczas oglądania serialu - John Cena potrafi pójść ze swoją interpretacją w niespodziewanych kierunkach i dokopać się do zaskakujących pokładów emocjonalnej głębi w tej pozornie jednowymiarowej postaci. Obaj nie boją się też pójść w najbardziej szalone miejsca bez oglądania się przy tym na własną próżność i dumę. 

 „Peacemaker” nie jest owocem wyrachowanej decyzji biznesowej wielkiej korporacji, która próbuje czymś zapchać bibliotekę swojej platformy streamingowej, a dzieckiem bogatej wyobraźni gościa, który nagle pomyślał sobie „czy nie byłoby ekstra gdyby...” i następnie pozwolił popłynąć swojej kreatywności. Szczęśliwie korporacja dostrzegła, że nie należy mu w tym przeszkadzać. Przy okazji zyskała atrakcyjny wypełniacz wspomnianej biblioteki. Wszyscy wygrali. 

Serial sprawia widzowi tyle przyjemności, bo widać, że jest to dzieło pasji, zrobione z miłością, spontanicznie i bez jakiejś pretensji. Ewidentnie Gunn nie mógł się doczekać z przelaniem pomysłów na papier, a następnie realizacją tego na planie, bo wcisnął to wszystko w swój napięty grafik wysokobudżetowych produkcji. Gdyby tylko mógł to nakręciłby wszystkie osiem odcinków, ale musiał trochę odpuścić żeby zająć się kolejnym zobowiązaniem, czyli trzecią odsłoną „Strażników Galaktyki”. Już zapowiedział, że drugi sezon wyreżyseruje w całości. 

„Peacemaker” pokazuje dlaczego Gunn jest obecnie jednym z najlepszych reżyserów tworzących produkcje superbohaterskie. Nie podchodzi do tematu z namaszczeniem, bardzo chętnie żartuje sobie z materiału i gatunku, ale też rozumie, że istotne jest zbudowanie solidnych relacji pomiędzy postaciami i sięgnięcie po powagę tam, gdzie wymaga tego historia. Poziom jego poczucia humoru bywa wprawdzie dyskusyjny, ale wynika to też z faktu, że nie boi się pójść z historią w każdym możliwym kierunku, co czyni jego produkcje chwilami lekko żenującymi, ale jednocześnie cudownie odświeżającymi w swej nieprzewidywalności. Chociaż fabularnie sięga po wiele ogranych motywów, wręcz powielając nieco pomysł na przeciwnika z „The Suicide Squad”, to jednak do samego końca nie sposób jest przewidzieć w jakim jeszcze kierunku skręci ta historia, a kilka tych przewrotek jest. 

Piękna jest ta konsekwencja z jaką Gunn wyciąga ze śmietnika komiksowej historii różne indywidua o których pamiętają tylko najwięksi fani tematu. Jest to oczywiście nieprzypadkowe. W tej chwili mógłby już pewnie poprosić o każdą postać z katalogu DC i dostać ją, ale Gunn wie, że im bliżej składu Justice League, tym mniejsza wolność artystyczna, a przecież cała moc jego superbohaterskich opowieści tkwi w tym, że nie podlegają regułom i mogą zabrać postaci wszędzie, nawet w miejsce bez powrotu. 

 „Peacemaker” bywa nieśmieszny, chociaż usilnie stara się bawić, bywa też niezgrabny, a fabularnie czasem skręca na manowce, ale jest w nim tyle radości z opowiadania o różnych wyrzutkach komiksowego świata, szczerości w budującej się pomiędzy nimi więzi oraz pobudzającego szaleństwa w drodze, którą muszą wspólnie obrać, że wszelkie minusy tracą na znaczeniu.

sobota, 26 marca 2022

Yellowjackets - pierwszy sezon



Patrząc na mizerną liczbę ocen na Filmwebie i wspomnień w social mediach to zeszłoroczny serial „Yellowjackets” przeleciał raczej niezauważenie pod radarami polskich widzów. Nie dziwi to specjalnie, bo wciąż nie można go znaleźć na żadnej z platform dostępnych na polskim rynku. Sam dowiedziałem się o jego istnieniu na początku roku sprawdzając jakie seriale byłoby jeszcze warto nadrobić przed ułożeniem rankingu najlepszych zeszłorocznych produkcji. „Yellowjackets” miało imponująca średnią na RT (100%) i wiele bardzo pozytywnych recenzji. Zabrakło mi na niego czasu w styczniu, ale korzystając z tego, że pojawił się jakiś czas temu na streamingu należącym do brytyjskiego Sky spędziłem ostatnich kilka dni w kanadyjskiej dziczy. 

 „Yellowjackets” już na wstępie składa widzowi obietnicę, że będzie się tutaj działo, i to rzeź, ale musi się wykazać cierpliwością. W pierwszym odcinku mamy przebłyski z finału historii, które sprawę stawiają dość jasno: „Władca much” skrzyżowany z „Alive, dramatem w Andach”. Samolot z drużyną nastolatek grających w piłkę nożną rozbił się gdzieś daleko od cywilizacji i zanim dziewczyny zdążyły wyliczyć cały skład Backstreet Boys to zaczęło się już bieganie w skórach zwierząt i zjadanie koleżanek.

Sęk w tym, że właśnie nie. Kanibalizm zapewne jeszcze wjedzie w tę historię na pełnej petardzie, ale najpierw skupia się ona na procesie powolnego rozpadu norm społecznych i odwróceniu ról, jakie dziewczyny pełniły w grupie przed wypadkiem. Królowa licealnych dusz, szkolna gwiazdka i kapitan drużyny, szybko spada na dno społecznej drabiny, gdy okazuje się, że sztuka przetrwania nie należy do jej talentów. Lokalne pośmiewiska, nie potrafiące się odnaleźć w szkolnych realiach, stają się istotnymi osobami w grupie, gdy okazuje się, że potrafią sprawnie odrąbać nogę wymagającą amputacji, dostrzec w świecie rzeczy niewidoczne dla innych, albo po prostu upolować jelenia. 

Narracja prowadzona jest dwutorowo, bo jednocześnie śledzimy losy kilku bohaterek, 25 lat później, które zdołały przeżyć i wrócić do cywilizacji. Ich życia różnie się poukładały, ale wszystkie noszą w sobie różne psychiczne blizny i sekrety skrywane przed resztą świata, który nigdy nie poznał prawdy o tym, czego nastoletnie dziewczyny się dopuściły w kanadyjskiej puszczy. W tych rolach cztery świetne aktorki: Christina Ricci, Melanie Lynskey, Juliette Lewis i Tawny Cypress. Szczególnie mocno błyszczą tutaj Ricci i Lynskey. Pierwsza w cudownie poprowadzonej kreacji socjopatki, a druga jako niepozorna gospodyni, która skrywa w sobie duże pokłady wyrachowania i bezwzględności, łącząc ze sobą ciapowatość kury domowej z bezpardonowością osoby potrafiącej zabić szpadlem królika znalezionego w ogrodzie i zrobić z niego obiad dla nieświadomej rodziny. 

„Yellowjackest” jest serialem, który skutecznie przykuwa przed ekranem i nie pozwala na porzucenie przed finałem sezonu, ale często leci na oparach wygenerowanych przez te „mocniejsze” momenty, jakieś krwiste sceny, soczyste interakcje pomiędzy postaciami, elementy powolnie budowanej intrygi, no i wspomnianej obietnicy „kanibalistycznej jatki” złożonej w pierwszym odcinku. Nie wszystko tutaj działa, campowy ton, często wdzierający się do historii, jest fajny, ale czasem zgrzyta. Kreacja Juliette Lewis chwilami ociera się o niezamierzoną parodię (ale to typ roli, którą jedni pewnie określą mianem doskonałej, a drudzy jako tragiczną). Byłem też trochę rozczarowany, gdy pod koniec dotarło do mnie, że to jednak nie będzie zamknięta historia, a zaledwie jej pierwszy sezon. Mam nadzieję, że nie będą tego nieznośnie przeciągać i całość zamkną w maksymalnie trzech sezonach, ale finał pierwszego jest na tyle mocny i intrygujący, że drugi będzie pozycją obowiązkową. 

 PS. Wydarzenia z przeszłości mają miejsce w latach 90. więc mamy sporo dobrej muzy z tamtego okresu, chociażby Portishead, Hole, PJ Harvey, ale też klimatyczną scenę z „Kiss from a rose” w wersji a capella.