wtorek, 17 marca 2020

Epidemia - szalony wyścig do sal kinowych


W październiku roku 1992 magazyn The New Yorker opublikował artykuł zatytułowany „Crisis in the Hot Zone”. Jego autor, Richard Preston, opowiedział o nadludzkim wysiłku jakiego dwójka wojskowych wirusologów dokonała żeby zdławić epidemię wirusa Ebola. Zaraza została przeniesiona z afrykańskiego lasu deszczowego na teren wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych i była zdolna do przeskakiwania pomiędzy gatunkami, bo ludzie zarazili się od małp. Jeżeli kryzys nie zostałby wtedy zażegnany to miałby szansę rozprzestrzenić się po całym świecie i potencjalnie wykończyć ludzkość. Co ciekawe, wspomniana para wojskowych specjalistów (Nancy i Jerry Jaxx) była małżeństwem, a w okresie epidemii Nancy została awansowana na pułkownika, przewyższając tym samym rangą swojego małżonka, co czyniło ich historię tym ciekawszą z perspektywy reportera. Małżeństwo żyło w stanie ciągłej paranoi, bo najmniejsze rozerwanie ich kombinezonów ochronnych mogło zaowocować zarażeniem śmiertelną chorobą. Nancy przeżyła horror, gdy pewnego dnia doszło do przecieku w kombinezonie i jej rękawica wypełniła się krwią zarażoną wirusem Ebola, gdy akurat miała skaleczony palec. Wszystko to brzmiało jak gotowy scenariusz do filmu i oczywiście nie trzeba było długo czekać żeby ktoś z Hollywood zainteresował się tą sprawą.

W początkowych tygodniach roku 1993 Richard Preston odebrał telefon od Arnolda Kopelsona. Mężczyzna wyprodukował takie hity jak „Pluton”, „Ścigany” i „Upadek”. Kopelson zawsze dbał o to, żeby jego rozmówcy wiedzieli z jaką grubą szychą mają do czynienia (nigdy nie zapominał też wspomnieć o wygranym Oscarze za film „Pluton”), więc zaczął rozmowę od zadania podstawowego pytania: „czy wiesz kim jestem?”. Zanim Preston miał okazję rozsiąść się wygodnie w fotelu to usłyszał już, że Kopelson („nazywaj mnie Arnold”) ma się doskonale i chciałby kupić prawa do jego artykułu, bo zamierza nakręcić o tym ważny film, który dokona zmiany w społeczeństwie. Podkreślił jeszcze, że nigdy nie robi filmów o budżetach niższych, jak 50 milionów dolarów, a tak w ogóle to kontaktował się już z prawnikami i jest pewien, że może nakręcić film o tej historii nie posiadając zgody od Prestona. Witamy w Hollywood.


O czym Preston jeszcze nie wiedział - Kopelson od jakiegoś czasu już pracował nad scenariuszem opowiadającym o zdarzeniach opisanych w artykule. Ponieważ nikt nie może posiadać praw do tego rodzaju faktów, bo należą one do domeny publicznej, więc można swobodnie je wykorzystywać jeżeli tylko nie wspomina się przy tej okazji nazwisk prawdziwych ludzi. Jeżeli wykorzystuje się nazwiska autentycznych osób to oczywiście należy uzyskać od nich zgodę. Kopelson miał już gotową pierwszą wersję scenariusza, z której nie był jednak zadowolony, zgłosił się więc do Teda Tally’ego („Milczenie owiec”) o poprawienie materiału. Prestona zamierzał zatrudnić w roli konsultanta, ale historia miała być tylko luźno oparta na faktach, bo planował nadać wydarzeniom odpowiedniego dramatyzmu i rozmachu. Producent stwierdził, że artykuł był dołujący, bo opowiadał w zasadzie o 100 małpach, które skończyły martwe. Nie dość, że miałby później na głowie aktywistów od praw zwierząt to nie miałby do tego niczego wpisującego się w formułę hollywoodzkiego filmu. Praw do wykorzystania artykułu ostatecznie nie zdobył, bo został przelicytowany przez Lyndę Obst („The Fisher King”) reprezentującą 20th Century Fox.

Ku zdziwieniu Obst nie zatrzymało to Kopelsona (reprezentującego Warner Bros) przed dalszymi pracami nad filmem. Jak sam powiedział: „jestem z Brooklynu i nie lubię przegrywać”. I tym sposobem rozpoczął się wyścig z czasem pomiędzy dwoma projektami: „The Hot Zone”, produkowanym przez Obst, oraz „Pandorą”, nawiązującą tytułem do greckiego mitu, realizowaną przez Kopelsona. „Pandora” szybko została przemianowana na „Outbreak” (co później w Polsce pokazywano pod tytułem „Epidemia”). Lynda Obst zgłosiła się najpierw do Jamesa V. Harta („Hook”, „Drakula”) z zadaniem napisania scenariusza. Hart właśnie skończył pisanie scenariusza „Kontaktu”, co zajęło mu ponad dwa lata i zaowocowało głównie utratą pracy, gdy tylko oddał skończoną wersję, która bardzo nie spodobała się ludziom z Warner Bros. Nie zraziło to Obst, która wiedziała jedno – Hart jest łebski i rozumie zagadnienia naukowe.

Hart dostał od 20th Century Fox trzy wytyczne. Po pierwsze: „dobrzy goście muszą zwyciężyć”. „Oczywiście każdy wirusolog, któremu to powiedziałbyś, odparłby, że tych starć się nie wygrywa, bo możesz co najwyżej wrzucić dżina z powrotem do butelki i czekać na następnego, który się z niej wydostanie”, skwitował to Hart. Po drugie: „przerazić ludzi”. „Powiedzieli mi, że wirus ma być równie przerażający co rekin w „Szczękach”. Nie stanowiło to specjalnego wyzwania, bo wszyscy specjaliści z którymi rozmawiałem, o wirusach wypowiadali się z tak dużą estymą, jakby komentowali jakieś dzieła sztuki – niesamowite, bezduszne, przepiękne stworzenia. Mikroby mogą poważnie zagrozić naszemu społeczeństwu, stanąć przeciwko całej naszej technologii, rzucić wyzwanie wszystkiemu, co stworzyła rasa ludzka, i mieć to w dupie”. Po trzecie: „musi dostarczyć scenariusz w dziesięć tygodni”. I to było najtrudniejsze, bo w tym czasie musiał zgłębić temat, przeprowadzić wywiady z wirusologami, wymyślić fabułę i napisać cały scenariusz. Po dziesięciu tygodniach musiała już być gotowa jego ostateczna wersja, bo trwał wyścig z konkurencją i nie było czasu na długie dopracowywanie tekstu.


Do projektu została szybko przypisana Jodie Foster skuszona bardzo ciekawą rolą doktor Nancy Jaxx. Wymarzonym reżyserem dla takiego filmu był wtedy Wolfgang Petersen któremu wysłano finalną wersję scenariusza „The Hot Zone”. Problem w tym, że dosłownie tego samego dnia dostał też scenariusz „Epidemii”. Po przeczytaniu obu doszedł do wniosku, że czasem życie nie pisze ciekawszych scenariuszy od fikcji i postawił na „Epidemię”. Ostatecznie ekipa od „The Hot Zone” dogadała się z Ridleyem Scottem, który sprowadził własnych scenarzystów. W efekcie, Hart, który odrobił wcześniej wszystkie potrzebne zadania domowe, stracił robotę. Scott zatrudnił Toma Topora (mającego na koncie scenariusz „Oskarżonych”). Do projektu dołączył też Robert Redford, któremu towarzyszył jego własny scenarzysta, Richard Friedenberg („Rzeka życia”), mający zadbać o to, żeby rola Jerry’ego Jaxxa została odpowiednio rozbudowana do potrzeb aktora jego formatu. Wszyscy zaczęli się nagle mieszać przy pisaniu tekstu: studio, Lynda Obst, ekipa Ridleya Scotta, Robert Redford, no i Jodie Foster, której postać zaczęła być powoli spychana na bok. Nikt się tam specjalnie nie lubił, wszyscy walczyli o wpływy, konflikty narastały, a Friedenberg w końcu się postanowił ewakuować z tego chaosu, wcześniej jednak ubłagał Harta, żeby ten wrócił do projektu i spróbował nad tym bajzlem jakoś zapanować.

Najwięcej problemów leżało jednak na barkach Obst, która każdego tygodnia, a nawet każdego dnia, ba, czasem to w każdej godzinie, odkrywała jakieś nowe pożary do ugaszenia, co wynikało z wrzącego połączenia różnych ambitnych osób i pośpiechu z jakim to wszystko było robione. Pewnego dnia nawet usłyszała w tajemnicy (od zaprzyjaźnionej agentki), że reżyser i scenarzysta „Epidemii” lecą właśnie do Roberta Redforda żeby zaoferować mu główną rolę w konkurencyjnym projekcie. Szybko zwąchała to też prasa, która i tak już żyła wyścigiem obu produkcji. Obst już tylko czekała na informację o odejściu Redforda, oczyma wyobraźni widząc też Jodie Foster, ewakuującą się z tego tonącego okrętu, co ostatecznie uwaliłoby projekt. Szczęśliwie dla niej Redford postanowił być wierny „The Hot Zone”. Gorzej, że następnie sprowadził sobie kolejnego scenarzystę, Paula Attanasio, który później miał dostać nominację do Oscara za film „Quiz Show” (wyreżyserowany zresztą przez Redforda). Attanasio dorzucił do historii wątek romansu pomiędzy postaciami granymi przez Foster i Redforda, czego kulminacją miał być gorący pocałunek w laboratorium znajdującym się w strefie zakażenia. Jodie Foster, która przecież dołączyła do projektu skuszona pierwotnym scenariuszem, poświęcającym dużo miejsca inteligentnej bohaterce walczącej ze śmiercionośnym wirusem, powiedziała tylko: „lol, nope” (no dobra, może niedosłownie) i wypisała z tego interesu. Nie był to ostatni raz, gdy zrezygnowała ze współpracy ze Scottem zniesmaczona poziomem scenariusza produkowanego przez niego filmu („Hannibal”). Z Obst aktorka natomiast pracowała kilka lat później przy „Kontakcie”, o którym się zresztą dowiedziała w momencie, gdy dostała wspomniany już scenariusz napisany przez Harta, co miało stanowić próbkę jego umiejętności.

Filmem próbowano zainteresować Meryl Streep (licząc na atrakcyjne komercyjnie powtórzenie duetu z „Pożegnania z Afryką”), ale gdy aktorka odkryła, że zdjęcia ruszają za kilka tygodni, a projekt wciąż jest w rozsypce to postanowiła zamiast tego wystąpić w „Co się wydarzyło w Madison County” Clinta Eastwooda. Niedługo później z roli zrezygnował też Redford, co ostatecznie dobiło projekt, który już od dawna balansował na granicy istnienia. Ridley Scott jeszcze próbował szczęścia w wytwórni Paramount, ale chociaż scenariusz pod wieloma względami był lepszy od „Epidemii”, co potwierdzili też ludzie z Paramount, no to jednak wydanie 40-50 milionów dolarów na realizację czegoś, co będzie konkurowało później w kinach z bardzo podobnym filmem, nie było zbyt kuszącą ofertą.


Producenci „Epidemii” złamali niepisaną zasadę w Hollywood, że jeżeli ktoś wydał kupę pieniędzy na prawa do jakiejś historii to nikt inny się jej później nie tyka. Nie dość, że zignorowali ten fakt i ruszyli z dalszymi pracami jakby nic się nie stało, no to jeszcze nie kryli się specjalnie z tym, że przeczytali wszystkie powstałe wersje scenariusza „The Hot Zone” z którego liczne elementy fabularne (pochodzące z wywiadów przeprowadzonych przez Harta) trafiły do finalnej wersji „Epidemii”. Rozważano oczywiście pozew, ale dział prawny Foxa uznał, że nie warto, bo nie mają wystarczająco mocnych dowodów do ugrania czegokolwiek w sądzie. Producenci „Epidemii” nie rozumieli problemu, tłumacząc się tym, że nikt nie może zastrzec sobie praw do opowiedzenia powszechnie znanej historii. W wygraniu tego wyścigu niewątpliwie pomogło im, że pracowali pod skrzydłami studia Warner, które w tamtym momencie mogło pochwalić się najdłużej panującym składem zarządu w całym Hollywood, co oczywiście wpływało na efektywność całego procesu decyzyjnego. Co nie znaczy, że nie mieli własnych problemów wynikających z pośpiechu w jakim podejmowano wszystkie decyzje kreatywne i realizacyjne, co generowało liczne spięcia pomiędzy ludźmi zaangażowanymi w projekt. Gdy tylko 20th Century Fox oficjalnie zrezygnowało z dalszych prac nad swoim filmem to zarząd Warnera postanowił wstrzymać się na rok z wchodzeniem na plan zdjęciowy i najpierw rozwiązać wszystkie sporne kwestie. Przede wszystkim to musieli ogarnąć chaotyczny scenariusz przy którym pracowało w sumie 15 (!) różnych ludzi.

„Epidemia” trafiła do kin wiosną roku 1995 i zebrała niecałe 190 milionów dolarów. Prezes Foxa, Peter Chernin, zadzwonił do Harta zaraz po zobaczeniu filmu i powiedział: „nie powinniśmy byli z tego rezygnować!”. Obaj panowie byli przekonani o tym, że zrobiliby o wiele lepszy film, który bez większego problemu obroniłby się w starciu z „Epidemią”.

Richard Preston, czyli autor artykułu „Crisis in the Hot Zone”, tak podsumował „Epidemię”:

„W ogóle nie była straszna. Mieli tam strupy, które wyglądały jak żelki. Krew dozowali chyba kroplomierzem. W prawdziwych przypadkach infekcji wirusem ebola mężczyźni wykrwawiali się przez sutki. Chciałbym zobaczyć Hoffmana wykrwawiającego się przez sutki.”

Żródło:
"Tales from Development Hell", David Hughes. 

niedziela, 23 lutego 2020

365 dni - recenzja


W połowie filmu „365 dni” główna bohaterka przechodzi „oszałamiającą” metamorfozę, ścina krótko włosy, farbuje je na blond, wskakuje w obcisłą kolorową kieckę, nabiera bardziej drapieżnego wyglądu, w skrócie: zamienia się w autorkę książki, Blankę Lipińską. Jest to dość znaczące, skoro oglądamy ekranizację powieści stanowiącej zapewne opis seksualnej fantazji Lipińskiej. Oczywiście mogę tylko zgadywać, że tak było, być może pomysł na „365 dni” wyniknął nie tyle z zapisu własnych marzeń, co raczej z przekonania o tym, że autorka rozumie czego pragną Polki. Ogromny sukces oryginału, jak i bardzo dobry wynik frekwencyjny jego ekranizacji, zdają się potwierdzać: seksistowska opowieść o przemocowej relacji w oparach kultury gwałtu jest tym, czego pragną Polki. Byłoby to bardziej zaskakujące i niepokojące, gdyby nie fakt, że zarówno grupa docelowa, jak i sama autorka, zdają się nie dostrzegać, co jest w tej historii takiego niewłaściwego. I ja to w pewnym stopniu jestem w stanie zrozumieć. Gdy spojrzeć na tę historię bez odrobiny refleksji i próby wgryzienia się nawet w wierzchnią warstwę, można dostrzec po prostu spełnienie czyjegoś marzenia o przystojnym Włochu z ogromnym salami między nogami i jeszcze większym kontem bankowym, który porwie kobietę, ale z czystej miłości, żeby obsypywać ją później prezentami, wozić po całym świecie i grzmocić po wszystkich kątach luksusowego jachtu.

No i wszystko pięknie, ale usunąć z tego równania przystojnego Włocha i mamy nagle dreszczowiec o agresywnym psychopacie, który uprowadza obcą kobietę, więzi ją w swoim domu, nieustannie molestuje seksualnie, a przy okazji torturuje wieczorem jakiegoś typa, którego trzyma w piwnicy (a nawet jeszcze „lepiej”, bo w lochu). Rozumiecie, jest Włochem, do tego z Sycylii, więc oczywiście, że jest też gangsterem, co nawet nie dziwi, przecież to historia zbudowana na logice fantazji seksualnej, nie musi więc mieć sensu, albo klasy, ma tylko pobudzać. Czy pobudza? No głównie do śmiechu, bo jest to żenująca opowiastka, która nie trzyma się kupy. Zachowania głównej bohaterki, jej reakcje na całą sytuację, interakcje z posiadaczem ogromnego salami (uwędzonego przez Szatana) i skokowa, niczym nie umotywowana fabularnie, ewolucja jej podejścia do niego, wszystko to stanowi niezamierzoną komedię. Albo horror, gdy się pomyśli, do jak licznego grona trafiła ta opowieść, przy okazji pompując do ich głów bardzo szkodliwy przekaz.

Kilka lat temu Barbara Białowąs objawiła się Polsce jako pełna pretensji i roszczeniowego tonu autorka debiutanckich wypocin („Big Love”), tak bardzo pozbawiona śladów jakiejś samokrytyki i zdrowego rozsądku, że pobiegła dyskutować przed kamerą z krytykiem filmowym, będąc przy tym w pełni przekonaną o swojej wyższości nad nim. Ona nie poszła tam dyskutować, ona poszła go zniszczyć, a jedyne co tym osiągnęła to zostanie internetowym memem. Można było mieć wtedy nadzieję, że wyciągnie z tego żenującego doświadczenia jakąś lekcję, albo po prostu weźmie i zniknie z polskiego kina na dobre. No cóż, lekcję chyba rzeczywiście wyciągnęła, bo nie wyzywa już krytyków na ubitą ziemię, ale powróciła z filmem jeszcze gorszym, bo szkodliwym tematycznie, nielogicznym, tandeciarskim, chwilami pokracznie zmontowanym (zdjęcia za to ładne!) i wyreżyserowanym. I mogącym pochwalić się ponad milionem widzów na koncie. Jeszcze usłyszymy więc o Barbarze Białowąs. Właśnie dostała zielone światło od masowej widowni. Z jednej strony się cieszę, bo pewnie jeszcze wywinie jakąś pocieszną akcję. Z drugiej strony się smucę, bo znowu coś nakręci.

Co ciekawe, często się zapomina o tym, że przy filmie pracował jeszcze jeden reżyser, Tomasz Mandes. Pewnie dlatego, że ciężko uwierzyć w obecność na planie tego filmidła nawet jednego reżysera, a co dopiero dwóch.

niedziela, 2 lutego 2020

Uncut Gems (Nieoszlifowane diamenty) - recenzja


Z dużą satysfakcją obserwuję artystyczny rozwój braci Safdie, jak z dobrego kina festiwalowego z nieznaną obsadą („Bóg wie co”) płynnie przeskoczyli do dobrego kina festiwalowego ze znanym aktorem („Good Time”) żeby w końcu dostarczyć rewelacyjny film, który… leży gdzieś pomiędzy tytułem „dla wtajemniczonych” kinomanów, a kinem głównego nurtu. „Nieoszlifowane diamenty” spokojnie mogłyby się znaleźć (a wręcz powinny) w tym roku wśród grona nominowanych do najważniejszych nagród filmowych. Film został niestety zupełnie zignorowany przez większość z nich. W tym przypadku nie należy się jednak zastanawiać nad tym, czego tej produkcji zabrakło, żeby została później należycie doceniona, a raczej wskazać na to, co jej w tym przeszkodziło. Przyczyny są dwie. Jest to o tyle tragiczne, że obie te „przeszkody” stanowią jednocześnie o sile tego filmu i czynią go jedną z najlepszych tegorocznych premier.

PO PIERWSZE, Adam Sandler, który jest tutaj fantastyczny, ale jest Adamem Sandlerem, królem żenujących komedii, i choćby nie wiem jak dobrze zagrał raz na dekadę, to wiele osób nigdy mu nie zapomni tego, że przez większość czasu występuje tylko w głupich filmach. Szkoda, bo tutaj pokazuje, że nawet korzystając z wielu swoich sztuczek słabego komedianta, jest w stanie stworzyć pełnokrwistego bohatera, gdy tylko te firmowe manieryzmy zostaną odpowiednio utemperowane, ukierunkowane i umieszczone w odpowiednim kontekście. Kontekstem, czyli PO DRUGIE, są artystyczne korzenie braci Safdie wywodzących się z kina niezależnego, co czyni „Nieoszlifowane diamenty” tak ekscytującą przejażdżką, ale też odrzuci od filmu widza spragnionego kina „wygładzonego”, będącego oszlifowanym diamentem, wyzbytym brudu, natychmiast zachwycającym oczy i nie wprawiającym w estetyczny dyskomfort swoją chaotyczną naturą. Chaos jest trwale wpisany w kod genetyczny tego filmu, będącego chaotyczną, krzykliwą, energetyczną podróżą w której naszym przewodnikiem jest nieokiełznana siła natury o twarzy Sandlera.

Jego bohater pławi się w chaosie, a nieuporządkowane życie to jedyne co zna. Wieczna improwizacja, balansowanie na krawędzi, wbrew rozsądkowi i ostrzeżeniom innych, ciągłe zdawanie się na przypadkowość losu, obsesyjne wręcz rzucanie się na ślepo w głęboką wodę, ale też ciągła pogoń za jakimś wzorcem, mapą przeznaczenia, czy też wytrychem do szczęścia, nie czynią jego życia łatwym, bo wokół niego wiecznie coś wybucha, jeden rozwiązany problem prowadzi do dziesięciu innych, a egzystencja sprowadza się do wiecznej walki o utrzymanie się na powierzchni. Oddaje to konstrukcja filmu, będącego energetyczną opowieścią leżącą gdzieś na przecięciu trzymającego za gardło thrillera, a poniewierającego emocjami dramatu gościa uzależnionego od ryzyka. Bracia Safdie często wrzucają go w środek kakofonii dźwięków i krzyków, mnożąc do przesady liczbę otaczających go bodźców, tych wizualnych, dźwiękowych, ale też po prostu nakładających się na siebie wątków oraz dialogów. O ich wielkim reżyserskim kunszcie świadczy to, że nigdy nie przeradza się to w nieczytelny bełkot, zawsze potrafią wyodrębnić z tego chaosu najbardziej istotne informacje. Uczestnictwo w tym doświadczeniu może przyprawić widza o ból głowy, ale będzie on ceną warta zapłacenia za wzięcie udziału w intensywnym, ponad dwugodzinnym, filmowym rajdzie, którego finał może zwalić z nóg.

wtorek, 14 stycznia 2020

Najlepsze filmy w roku 2019

Myślę, że chyba wszyscy się z tym zgodzimy – rok 2019 był bardzo udanym okresem dla miłośników kina, jednocześnie w rewelacyjny sposób zamknął lata dziesiąte. Dostaliśmy bardzo dobre filmy uznanych twórców, kilka tytułów, które potwierdziły, że poprzedzające je obiecujące debiuty nie były dziełem przypadku, świat w końcu należycie docenił talent Bonga Joon-ho, a do tego dostaliśmy trzy świetne filmy animowane, reprezentujące trzy różne podejścia do sztuki animacji, wszystkie równie udane, choć jakże odmienne od siebie.

Było co oglądać, jest co teraz polecać, więc tym razem moja tradycyjna coroczna lista najlepszych premier kinowych z ostatnich dwunastu miesięcy liczy równe 20 pozycji. Zasada była ta sama, co zwykle: ograniczyłem się do tytułów, które trafiły do polskich kin w ubiegłym roku. Jest poniżej kilka pozycji, które można było zobaczyć na Netfliksie, ale zawsze (z jednym wyjątkiem) poprzedzały to premiery kinowe.

Kolejność tytułów na liście nie jest zupełnie przypadkowa, ale powyżej pierwszej piątki podchodziłem do tego w dość luźny sposób, więc nie zwracajcie na to specjalnej uwagi.


PARASITE (reż. Bong Joon-ho)

Twórczość Bong Joon-ho uważnie śledzę już od kilkunastu lat. „Zagadka zbrodni” to jeden z moich ulubionych koreańskich filmów. Bong od zawsze eksplorował różne gatunki, zazwyczaj efekt tego był co najmniej dobry, a często wręcz bardzo dobry. Gdy zasiadałem więc w Cannes na pierwszym pokazie „Parasite” byłem pewny, że będzie to udany seans. Nie spodziewałem się natomiast, że wyjdę z niego taki zachwycony. Złotą Palmę przyznałem po pierwszych 30 minutach. Później dorzuciłem jeszcze Oscara, Telekamerę oraz nagrodę Nobla. Kilka dni później wybrałem się na niego jeszcze raz. Chociaż to był dopiero maj i karciłem się za to w myślach, to nie mogłem się pozbyć uczucia, że właśnie zobaczyłem najlepszy film roku. Nie bez przyczyny, bo pół roku później nie miałem już najmniejszej wątpliwości, że tak właśnie było.

Koreańczyk zrobił film totalny. Jest to kino świeże, bardzo pomysłowe, niewymuszenie zabawne, nieprzewidywalne, bezwstydnie rozrywkowe, gdy pozwala na to fabuła, ale też dające po głowie i do myślenia, gdy zabiera się za poruszanie poważniejszych treści. Krótko mówiąc: koreańska perełka.


LIGHTHOUSE (reż. Robert Eggers)

Bardzo ciekawy przypadek, bo to film, który narobił zaskakująco dużo szumu jak na produkcję opartą na czarno-białych zdjęciach, surowych w swej monochromatyczności i ściśniętej proporcji obrazu, co wprawdzie pięknie budowało klimat odosobnionego miejsca z piekła rodem, ale raczej nie powinno ekscytować tłumów współczesnych odbiorców. Tymczasem „Lighthouse” od samego początku (czyli Cannes, gdzie szybko został okrzyknięty mianem arcydzieła i zaczął generować kolejki porównywalne z największym wydarzeniem festiwalu, czyli nowym filmem Quentina Tarantino) wzbudzał ogromne zainteresowanie. I słusznie, bo „The Lighthouse” to prawdziwe kinowe doświadczenie, o którym nie zapomina się łatwo: psychodeliczna jazda, często nasycona po równo grozą, jak i erotyzmem, od której wielu odbiorców się odbije. Robert Eggers zrobił kino bezkompromisowe, jeszcze mniej łaszące się do odbiorcy od „Czarownicy...”, oparte raczej na poetyce bergmanowskiej i filmach Tarkowskiego, jak na współczesnych post-horrorach, które przecież też zazwyczaj są odrzucane przez miłośników „normalnego” kina grozy. Stanowi niewątpliwy dowód na to, że ten młody twórca posiada niebanalny styl i wrażliwość, a także ogromny talent i głowę wypełnioną nieoczywistymi pomysłami. Oby jak najdłużej podążał własną ścieżką i nie dał się zbyt szybko skusić komercyjnym projektom, bo jego umysł zapewne skrywa jeszcze niejedną fascynująca historię wymykającą się łatwej ocenie.


HISTORIA MAŁŻEŃSKA (reż. Noah Baumbach)

Noah Baumbach nie pozostawia złudzeń, rozwód to paskudna bitwa (szczególnie, gdy zamieszane są w to dzieci), która powoduje ostateczną erozję uczucia łączącego kiedyś dwójkę ludzi. Reżyser wie o czym mówi, bo inspiracją do napisania scenariusza był jego własny rozwód. Genezą „Historii małżeńskiej” były więc gorzkie wspomnienia, ale zaowocowały one czymś pięknym, choć bardzo przykrym, bo szczerą historią o skomplikowanych ludzkich relacjach. Co ważne, „Historia małżeństwa” nie jest jednostronną opowieścią, Baumbach nie pozwala sobie na to. W tej historii nie ma tych dobrych (co najwyżej niepozbawieni wad ludzie), a za złych robią tylko prawnicy, bezlitośnie rzucający się do gardeł stronie przeciwnej w imieniu swoich klientów.

O tym, ile w bohaterach tak naprawdę tkwi złości względem siebie, niechęci, a wręcz czystej nienawiści, widać w scenie wielkiej kłótni pomiędzy nimi, gdy już ostatecznie puszczają im hamulce i wyrzucają z siebie wszystko, co dusili w sobie, a te słowa są tak okrutne, że ostatecznie najbardziej ranią ich nadawców, autentycznie przerażonych wypowiedzianymi przez siebie myślami. Bardzo mocna scena, stanowiąca katharsis, tak potrzebne Nicole i Charliemu, ale też dopełniająca pięknie zniuansowane kreacje Scarlett Johansson i Adama Drivera, które niosą widza przez całą historię, sprawiając, że nie chcemy się opowiedzieć po żadnej ze stron, ale za to obojgu ich bohaterów życzymy, żeby całe to przykre doświadczenie pchnęło ich życia w jakimś lepszym kierunku.


ZGUBIŁAM SWOJE CIAŁO (reż. Jérémy Clapin)

W roku 2019 nie brakowało dobrych animacji, film „Zgubiłam swoje ciało” zachwycił mnie jednak najbardziej, bo stanowi pełny pakiet. Jest pięknie animowany, oparty na wciągającej historii i wypełniony po brzegi kompletem różnych emocjami. Nieważne, czy chodzi o romantyczne gesty zakochanego chłopaka (długa rozmowa przez domofon podczas ulewnego wieczoru to najromantyczniejsza scena jaką widziałem w tym roku w kinie), nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa, szczere w swej naturalności interakcje międzyludzkie, czy też odciętą dłoń (warto dodać, że żyjącą i myślącą) walczącą o przeżycie w starciu z gołębiem i agresywnymi szczurami – opowieść zawsze generuje zamierzony efekt w odbiorcy. Jest wzruszająco, przygnębiająco, ujmująco i zdecydowanie emocjonująco.

Nie powinno w sumie dziwić, że ten film tak zgrabnie żongluje romantyzmem, nostalgią, humorem i elementami realizmu magicznego, bo jednym ze scenarzystów jest Guillaume Laurant, stały współpracownik Jean-Pierre Jeuneta, mający na koncie chociażby scenariusz „Amelii”.


PEWNEGO RAZU… W HOLLYWOOD (reż. Quentin Tarantino)

Kilka miesięcy temu nie brakowało osób, których nowy film Quentina Tarantino rozczarował. Nie było to zadziwiające, bo Tarantino nie spieszy się z fabułą, pozwala swoim bohaterom wygadać się, co nie specjalnie dziwi w jego przypadku, zaskakująco często jednak pozwala im też pomilczeć, przejechać się samochodem po mieście, zrobić sobie spacer jego ulicami, albo wybrać do kina i nacieszyć samotnym seansem. Jest tu bardzo dużo scen, które nie mają specjalnego celu, służą tylko jednemu – pokazaniu życia w L.A. tamtego okresu. Miłość do kina wylewa się tutaj z każdego kadru, sceny i umiejscowienia akcji. Z każdego wiszącego starego plakatu, kinowego szyldu i dawnej gwiazdy ekranu zaliczającej pomysłowe cameo. Składa się to wszystko na film powolny, wręcz zbyt wolny, ale gdy Quentin w końcu wrzuca wyższy bieg, robi to w tak szalony sposób, że widz ma ochotę zaklaskać.

Co ważne, Tarantino dokonuje tutaj czegoś cudownego - zrzuca z Sharon piętno ofiary, odsuwa od widza krwawe wizje z miejsca zbrodni, pozwala na trochę zapomnieć o tym, jak zakończyło się jej życie, a zamiast tego pokazuje jak żyła i jakim była cudownym człowiekiem. Reżyser do spółki z urzekającą Margot Robbie sprawiają, że Sharon Tate staje się istotą z krwi i kości, która będzie teraz kojarzyć się z czymś innym. Ze spacerem po ulicy L.A. w białych kozaczkach wśród klasycznych plakatów filmowych i pięknych samochodów. Z kobietą zgarniającą z ulicy autostopowiczkę, przegadującą z nią całą drogę przez miasto, a na koniec żegnającą się z nią, jak z dobrą koleżanką. Z żoną prezentującą mężowi dobrą książkę („Tessa d'Urberville”), która zainspiruje go później do nakręcenia filmu. Z brudnymi stopami. Z dziewczyną, która idzie do kina na własny film, bo chce go doświadczyć z publicznością, poczuć energię płynącą od widzów, że śmieją się tam, gdzie powinni się śmiać, a ekscytują tam, gdzie powinni się ekscytować. Piękne jest to, że obserwujemy wtedy na ekranie prawdziwą Sharon Tate. Quentin zaryzykował wyrwaniem widza z iluzji i czaru rzucanego przez Margot, ale było warto, bo oddał mały hołd kobiecie, którą na pół wieku uczyniono ofiarą i „martwą żoną Romana Polańskiego”. Cudownie, że znowu stała się „po prostu” Sharon Tate, młodą, piękną aktorką, która próbowała kiedyś szczęścia w Hollywood.


FAWORYTA (reż. Jorgos Lantimos)

Jorgos Lantimos, autor „szalonych” greckich filmów, odkąd zaczął zatrudniać angielskojęzycznych aktorów to z każdym kolejnym projektem ustawiał się trochę bliżej „normalnego” kina hollywoodzkiego. Efektem (finalnym?) tego jest „Faworyta”, która zgarnęła ogromną liczbę nominacji do przeróżnych nagród filmowych, w tym aż 9 oscarowych, i to w najważniejszych kategoriach, co ostatecznie zakończyło się statuetką przyznaną cudownej Olivii Colman. Zupełnie nie przeszkadza mi taki skręt w kierunku filmów „przystępniejszych” dla odbiorcy, bo Lantimos wciąż pozostaje sobą, artystą lubiącym absurd i zaskakiwanie widza nieoczywistymi rozwiązaniami, ale przez konsekwentne piłowanie swoich pazurów zyskał dostęp do utalentowanych artystów (i solidnych budżetów), którzy uszlachetniają jego dzieła i pomagają im dotrzeć do większej liczby odbiorców. „Faworyta” to kino kostiumowe opowiedziane z brawurą i humorem, oddające scenę paniom, które dzielą i rządzą, zarówno w historii, jak i przed kamerą (zasłużone morze nominacji aktorskich dla całego wspaniałego kobiecego tercetu).


NA NOŻE (reż. Rian Johnson)

Możliwe, że „Na noże” straci przy kolejnych seansach. Nie wiem, jak jego formuła kina kryminalnego zbudowanego wokół zagadkowego zgonu napędzającego całą fabułę sprawdzi się przy kolejnych seansach, ale ten pierwszy był bardzo satysfakcjonujący. Jest to film, którego warto było doświadczyć w kinie, nie dla powalających efektów specjalnych i niesamowitej strony wizualnej, ale dla atmosfery grupowego przeżywania tej historii.

Scenariusz jest zabawny, błyskotliwy, pogrywający sobie z gatunkiem i jego regułami, wypełniony po brzegi charakterystycznymi bohaterami, odegranymi przez plejadę zdolnych aktorów, którzy przed kamerą wyraźnie mieli równie dużo radochy, co widzowie patrzący na nich. W tę historię się wskakuje, dając się pochłonąć stworzonemu światu, tropiąc detale w słowach i zachowaniach postaci, a także uważnie przyglądając się temu, co widać na drugim planie, próbując samemu rozwikłać zagadkę śmierci nestora rodu. I czuje się, że reszta osób na sali kinowej robi to samo, chłonie historię, żywo przy tym reagując na żarty, cięte dialogi, ale też twisty fabularne.


TOY STORY 4 (reż. Josh Cooley)

To niedorzeczne jak dobrym filmem jest „Toy Story 4”. Jeżeli ostatnie sto lat kina czegoś nas nauczyło to tego, że filmy z czwórką w tytule nie mają prawa być tak bardzo udane. Pixar tymczasem zawstydził nie tylko robione od sztancy sequele, ale też konkurencję od lat trzaskającą przeciętniaki, ochoczo odcinającą kupony od jednego genialnego pomysłu o żółtym kolorze. „Toy Story 4” oszałamia już na wstępie jakością animacji, wręcz absurdalną dbałością o detale, i tym, jak pięknie się to wszystko prezentuje od strony wizualnej. Historia wprawdzie nigdy nie wskakuje na tak wysokie emocjonalne rejestry, co w wiadomej scenie z trzeciej części, ale też nie próbuje, bo jest to zupełnie innego rodzaju opowieść. „Toy Story 4” jest trochę gorzką, chwilami ponurą, ale zawsze odnajdującą w tym jakąś nadzieję i ciepło, historią o dojrzewaniu, przede wszystkim emocjonalnym, do podjęcia pewnych decyzji. Jest to film pomysłowy, energetyczny, zabawny, stale czymś zaciekawiający i oferujący ładny finał dla tej 24-letniej już serii. Kolejny już zresztą.

I w sumie to nawet nie tyle finał, co raczej epilog, zabierający na jeszcze jedną przejażdżkę z ekipą Woody’ego. Było warto wziąć w niej udział.


MIDSOMMAR. W BIAŁY DZIEŃ (reż. Ari Aster)

Co urzekło mnie przy pierwszym seansie, i nie zmieniło się przy drugim, to obserwowanie fascynujących pogańskich rytuałów, które widz odkrywa powoli razem z bohaterami. Od filmu odbiło się bardzo wiele osób, bo pewnie spodziewali się mocnego horroru dającego po głowie, a film wprawdzie rzeczywiście daje po głowie, ale groza wynika raczej z niewiedzy na temat tego, czego możemy się spodziewać przy następnym rytuale, a nie elementów typowego horroru. Doskonale rozumiem, że tempo „Midsommara” może być zniechęcające, a groteska w jaką popada pod koniec nie polepsza sytuacji, ale w tym tkwi właśnie jego siła, w zaciekawieniu z jakim Aster przygląda się pogańskiej komunie i jej interakcjom z bohaterami filmu oraz w zupełnym braku hamulców, gdy już wszystko zostaje ujawnione i rozwinięte przed nami.

Cudowna jest tutaj Florence Pugh, zarówno w pierwszej godzinie filmu, gdy jest zrozpaczoną kobietą, której całe życie zostało rozszarpane na strzępy (moment, gdy pierwszy raz słyszymy jej rozdzierający serce wrzask pozostał ze mną długo po pierwszym seansie), jak i później, gdy z jednej strony próbuje ogarnąć umysłem to, czego jest świadkiem w osadzie, a z drugiej, gdy próbuje zrozumieć swoją relację z partnerem i dojrzeć do decyzji o ostatecznym zerwaniu jej. Przepięknie to wszystko wygląda. Paweł Pogorzelski znowu pozamiatał i stanął na głowie żeby dostarczyć soczyste kadry. Chwilami dosłownie, bo kamera miejscami wyczynia tutaj niezłe fikołki. Dopełnia to klimatyczna muzyka Bobby’ego Krlica i żelazna dyscyplina z jaką reżyser opowiada, ale też klei (niektóre cięcia montażowe są fantastyczne), tę popieprzoną historię.


BOŻE CIAŁO (reż. Jan Komasa)

Najlepszy film Jana Komasy. Jest tu dużo dobra: surowego, ale nieprzesadzonego portretu polskiej prowincji, pięknych zdjęć, zgrabnie napisanych bohaterów, doskonałej obsady, ale po kilku miesiącach od premiery w głowie najbardziej siedzi jedna rzecz, a w zasadzie to osoba, Bartosz Bielenia. Doskonała rola. Bielenia ma twarz, w której można wyczytać wszystkie emocje (te oczy!), ale nie odgrywa całego filmu na jednej nucie, potrafi być wrażliwy, przejmujący, natchniony, bywa jednak też agresywny, wulgarny, prostacki. Zawsze trafia w punkt, zawsze bez cienia fałszu.


MAIDEN (reż. Alex Holmes)

Dokument o pierwszej w historii kobiecej załodze startującej w prestiżowych, a przy tym niebezpiecznych i bardzo wymagających fizycznie, wielomiesięcznych regatach Whitbread Round the World Race. „Maiden” to fascynujący, ale też cholernie emocjonujący, zapis walki człowieka z naturą, bo na suchym lądzie to męscy szowiniści i skostniałe poglądy mogły stanowić głównego przeciwnika, próbującego odebrać prawo do robienia tego, co się zamarzyło młodym żeglarkom, ale na otwartej wodzie musiały zmierzyć się z jeszcze gorszym wrogiem, nieugiętą siłą natury, która w każdej chwili była gotowa na odebranie im życia. Ocean nie wybacza błędów. Moment, gdy bohaterki dopływają w końcu do jednego z portów, pierwszy raz wygrywając etap regat, wbrew ekstremalnym warunkom pogodowym i protekcjonalnym uwagom konkurencji oraz komentatorów sportowych, no to był ten moment, gdy się autentycznie wzruszyłem.

Jest w tym filmie jeszcze kilka takich momentów autentycznie chwytających za serce (również tych gorzkich). Od strony formalnej „Maiden” nie oferuje niczego nadzwyczajnego: standardowe żonglowanie wypowiedziami gadających głów z archiwalnymi ujęciami (bohaterki nagrały sporo materiału dokumentującego ich życie na łodzi). Jest to jednak tak wciągające, angażujące emocjonalnie (jeżeli jeszcze nie znacie ich historii to będziecie mocno trzymać kciuki za końcowy wynik bohaterek) oraz interesujące, że w sumie do utrzymania uwagi odbiorcy nie potrzebuje niczego więcej, jak tylko tej niesamowitej historii o kilkunastu kobietach skupionych na jednym celu. Pokochacie to nawet jeżeli nie uważacie żeglarstwa za coś interesującego, bo to jest jeden z tych filmów, które pozwalają zrozumieć czyjąś pasję.



MIRAI (reż. Mamoru Hosoda)

Nieczęsto mamy okazję oglądać anime w naszym kraju na dużym ekranie. Ucieszyło mnie więc, że Stowarzyszenie Nowe Horyzonty postanowiło podjąć się dystrybucji nowego filmu Mamoru Hosody. „Mirai” mogła jednak zmęczyć, bo głównym bohaterem filmu jest rozwrzeszczany kilkulatek, który non stop drze buzię, co może dość skutecznie odrzucić od filmu. Jeżeli jednak nie przeszkadzało Wam to w filmie „Florida Project”, który zapewne wiele osób obdarował bólem głowy, no to jesteście bezpieczni, tutaj jest tylko jeden dzieciak nadużywający swojego otworu paszczowego i daleko mu do decybeli generowanych przez małoletnią ekipę z produkcji Seana Bakera.

„Mirai” nie mogła być inna, bo historia opowiada o rozpieszczonym jedynaku, który nagle traci swój status „najciekawszego stworzenia” w rodzinie. W domu pojawia się noworodek, siostrzyczka Kuna, czyli tytułowa Mirai. Rodzice pochłonięci opieką nad nowym dzieckiem oraz implementacją pewnych zmian w rozkładzie domowych obowiązków nie poświęcają synowi takiej uwagi co dawniej, a Kuna ciężko to znosi. Chłopiec cały czas walczy o uwagę najbliższego otoczenia, zafascynowanego nowym członkiem rodziny, co najczęściej przejawia się atakami dziecięciem histerii, natarczywym zachowaniem, a nawet agresją względem siostry. Hosoda wplata w historię dużo humoru, realizmu magicznego, ale przede wszystkim to rodzinnego ciepła i wnikliwej obserwacji zachowań małych dzieci.


AVENGERS: KONIEC GRY (reż. Anthony Russo, Joe Russo)

Jak przekonali się boleśnie twórcy (a jeszcze boleśniej jego fani) serialu „Gry o tron”, opowiedzenie zakończenia historii, która przez lata trzymała widzów przed ekranami, nie jest łatwym zadaniem. „Avengers: Koniec Gry” to wprawdzie nie tyle zakończenie, co raczej podsumowanie ostatnich 11 lat (i ponad 20 filmów) spędzonych z MCU, ale wywiązuje się z tego zadania idealnie. Film oferuje wzruszające pożegnania z niektórymi postaciami, solidną dawkę kina przygodowego w środkowej części, odpowiednią porcję zgryzoty w pokazywaniu skutków tragicznego finału „Wojny bez granic”, a także konkretną rozpierduchę w finałowym akcie, zapewniając przy tym satysfakcjonujące rzucanie w widza wszystkim tym, co zostało mu przedstawione w poprzednich filmach. Martin Scorsese powie, że jest to ekwiwalent przejażdżki kolejką górską, ale cholera, jednego dnia człowiek potrzebuje zobaczyć w kinie coś poniewierającego nim emocjonalnie albo stawiającego jakieś wyzwanie intelektualne, a innego dnia chce po prostu zobaczyć jak zielony typ pierze się po ryju z fioletowym typem.


JUTRO ALBO POJUTRZE (reż. Bing Liu)

Bing Liu przez przynajmniej połowę życia robił dwie rzeczy, jeździł na deskorolce i kręcił swoich kolegów jeżdżących na deskach. Zaowocowało to dokumentem portretującym w ciepły sposób grupę młodych skejtów, którzy większość wolnego czasu spędzają w skate parku. Przynajmniej tak wydaje się na początku, bo dość niespodziewanie, pewnie nawet dla samego twórcy filmu, skończyło się to stworzeniem czegoś o wiele bardziej poruszającego. Lata leciały, kolejne siniaki na ciałach młodych skejtów pojawiały się i znikały, a niestrudzony Liu dalej uganiał się za kolegami z kamerą. Nagle niefrasobliwe buzie przepełnionych energią nastolatków, przed którymi było jeszcze całe życie wypełnione różnymi możliwościami, zmieniły się w twarze pozbawionych złudzeń dwudziestokilkuletnich mężczyzn, rozumiejących już, że urodzili się na dole drabiny społecznej i odchodząc z tego świata będą znajdować się (w najlepszym razie) o zaledwie kilka szczebli wyżej.

„Jutro albo pojutrze” to intymny portret grupy mężczyzn, którzy odkrywają, że jazda na desce od zawsze była dla nich rodzajem ucieczki od problemów i znojów codziennej egzystencji, a przemoc domowa, która była stałym elementem dzieciństwa większości z nich, odcisnęła piętno na każdym z nich, ale podczas gdy jedni zaczęli powtarzać zaszczepiony im wzór relacji opartych na przemocy, drudzy przyglądają się temu w zasmuceniu. Piękny i empatyczny dokument będący emocjonalną podróżą w głąb dusz młodych mężczyzn.


DOM, KTÓRY ZBUDOWAŁ JACK (reż. Lars von Trier)

Sporo zostało powiedziane o przemocy w tym filmie (z premierowego pokazu w Cannes wyszło 100 osób), co oczywiście nie dziwi. Reżyser nie ma litości, nie szczędzi widzowi widoku zmiażdżonych głów, odciętych piersi i maltretowanych zwierząt. Sceną, która „słabsze ogniwa” ostatecznie popchnie do zakończenia seansu, jest moment, gdy w filmie pojawia się matka z dwójką małych dzieci…

Błędnym byłoby jednak założenie, że pomysł reżysera na film „Dom, który zbudował Jack” ograniczył się do szokowania przemocą. Jest to projekt bardzo pomysłowy, skręcający w nieoczywistym kierunku w finale, a chociaż długość projekcji dochodzi do 150 minut to nawet przez moment nie odczuwa się zmęczenia i zniecierpliwienia. Ciągle się tutaj coś dzieje, zarówno na poziomie formy, jak i treści. Lars żongluje retrospekcjami, wstawia bohatera w sekwencje delikatnie burzące czwartą ścianę, bo stawiające go w roli ozdobnika formalnego uzupełniającego przekazywane informacje, a do tego pompuje do historii dużo humoru, oczywiście zazwyczaj równie czarnego, co jego serce. Jest to więc film niewątpliwie testujący odbiorców, sprawdzający granice ich smaku oraz wrażliwości, ale czy spodziewaliśmy się czegoś innego po Larsie von Trierze?


MONUMENT (reż. Jagoda Szelc)

Jagoda Szelc nie potrzebowała wiele żeby wznieść się do stratosfery polskich twórców filmowych. Wystarczył jeden film. Debiut pełnometrażowy. Po filmie „Wieża. Jasny dzień” z zaciekawieniem i nadzieją czekano na kolejny projekt Jagody. Twórczy paraliż z całą pewnością nie groził pani Szelc, bo natychmiast zabrała się za realizację kolejnego projektu.

„Monument” to nakręcony za grosze dyplom studentów łódzkiej filmówki. Młodzi adepci aktorstwa potrzebowali tego na zaliczenie studiów, a Jagoda potraktowała to jako wyzwanie, które zarazem rozwiąże problem „drugiego filmu” i pozwoli skupić się na kolejnym projekcie. Postaci w filmie jest dużo, bo każdy młody artysta musiał dostać swoje pięć minut na ekranie, nie wszyscy wykorzystali to równie dobrze, ale na szczęście nikt nie ciągnie projektu w dół, w czym pewnie zasługa reżyserki, która budowała postacie opierając się na osobowościach samych aktorów.

„Monument” trochę kojarzył mi się z twórczością Yorgosa Lanthimosa, głównie za sprawą wielu zagadkowych wątków i nierealistycznych reakcji postaci na dziwaczne sytuacje, ale końcowy „twist” nadaje temu wszystkiemu sensu i całość zyskuje przy kolejnym seansie. Gdy już wiadomo co się dzieje, na wszystkie motywy patrzy się jak na osobne opowieści skupione na czymś, co wszystkie postacie muszą sobie przepracować w głowie przed wyruszeniem w dalszą drogę. Fascynujące, pobudzające intelektualnie i niepozwalające o sobie zapomnieć kino.


JOKER (reż. Todd Phillips)

Oczywiście łatwo jest zbagatelizować film Todda Phillipsa, że gdyby nie wybitna rola Joaquina Phoenixa to byłby tylko marną kopią twórczości Martina Scorsese z lat 70. i 80. Zgoda, inspiracja tamtymi filmami jest oczywista i reżyser nie próbował się z tym nawet kryć. Wykorzystuje to jednak do (kolejnego w tej dekadzie!) odświeżenia formuły kina superbohaterskiego, nadania mu jakiejś ciekawej głębi, a przy okazji udowodnienia, że filmy oparte na komiksach nie muszą być zawsze skierowane do całych rodzin, bo można stworzyć film przeznaczony tylko dla dorosłych odbiorców i wyjść na tym nie tylko „na czysto”, ale wręcz skończyć z rewelacyjnym wynikiem finansowym. Masowa publiczność przy pomocy swoich portfeli wysłała informację do Hollywood, która w najbliższym czasie może wpłynąć na niejeden projekt, i to nie tylko komiksowy, bo okazuje się, że w „dorosłej treści” jest też potencjał na ogromny sukces finansowy jeżeli tylko jest pomysł na wykorzystanie go w popkulturze i odpowiednie sprzedanie tego odbiorcom.


I MŁODZI POZOSTANĄ (reż. Peter Jackson)

Peter Jackson przejrzał setki godzin materiałów archiwalnych z czasów I wojny światowej i ulepił z nich dokument zabierający widza do śmierdzących okopów po których zostaje „oprowadzony” przez młodych brytyjskich żołnierzy. Nagrania zostały pokolorowane, część materiału poprawiona komputerowo, dodano efekty dźwiękowe i zapisy wywiadów z żołnierzami, a efektem tego jest wielogłos opowiadający nie tyle indywidualną historię wojennego piekła, co raczej pejzaż pokoleniowej traumy i dobitne świadectwo bezsensu wojennej pożogi.


LE MANS ‘66 (reż. James Mangold)

„Le Mans ‘66” to niby typowe, schematyczne, hollywoodzkie kino sportowe, odhaczające wszystko to, co powinno odhaczać takie kino. Ale kurna, jak to fajnie, zgrabnie i umiejętnie zrobiono! Film trwa 150 minut, ale nie czuć tego nawet przez minutę, bo historia pędzi do przodu, często dosłownie, zważywszy na tematykę, spychając wprawdzie nieco na bok psychologię postaci, skupiając się raczej na głównym celu bohaterów oraz rozczulaniu się nad męską przyjaźnią, ale dzięki temu film w ogóle nie przymula. Jest tu sporo humoru, zgrabnych dialogów, dobrych kreacji aktorskich (wiadomo, Bale), nieoczywistych piosenek w tle, ale przede wszystkim to energetycznego kopa, jakiego dają wszystkie sceny z udziałem samochodów. Już samej pracy silnika reżyser przygląda się tutaj z onanistyczną uwagą, a gdy dodać do tego sportowe fury prujące z zawrotną prędkością, no to nie sposób nie śledzić tego z podekscytowaniem i zachwytem, zwłaszcza, że sceny na torze wyścigowym zrealizowano doskonale. Nie znalazłem tutaj niczego, do czego mógłbym się szczerze przyczepić, a za to wielu rzeczom mógłbym przyklasnąć, bo chociaż „Le Mans ‘66” nie wyróżnia się niczym szczególnym, to został zrealizowany z miłością do opisywanej historii, realizacyjnie dopięto tutaj wszystko na ostatni guzik, a do tego jest na tyle przyjemny i wciągający, że będzie się chciało do niego wracać w przyszłości.


TO MY (reż. Jordan Peele)

Film „To my” najpierw mnie zaintrygował wprowadzeniem do historii, następnie zachwycił zgrabnością z jaką Peele prowadzi narrację i operuje warsztatem, poczułem się rozbawiony, zaciekawiony, pobudzony intelektualnie, a co najważniejsze - zaangażowany w życie filmowej rodziny i jej losy w drugiej połowie filmu. Obchodziło mnie, co się z nimi stanie w momencie kryzysu, bo najpierw skutecznie sprzedano ich w „normalnych” okolicznościach, gdy wspólnie jedli śmieciowe żarcie, gadali o pierdołach i przekomarzali się ze sobą. Film jest do tego nasycony, a wręcz przesycony, symboliką. Podczas seansu można się doszukać garści metafor na kilka różnych tematów, a później znaleźć w sieci jeszcze drugie tyle kolejnych znaczeń odkrytych przez innych ludzi. Wszystko to powinno się złożyć na horror wybitny, ale tak się nie dzieje, bo wypchany po brzegi treścią scenariusz, pęka nieco na szwach.

Jest pewnym paradoksem, że film, który został ewidentnie stworzony z myślą o dociekliwych widzach, uważnie analizujących oglądane dzieło, w pewnych kwestiach wymaga zawieszenia niewiary i zignorowania ogromnych dziur logicznych. Wielką zaletą „To my” jest natomiast to, że można odciąć się od tego wszystkiego, zapomnieć nawet o tych wszystkich sprytnych metaforach, zignorować przewijający się przez cały film dualizm, wszystkie te mniej lub bardziej subtelnie powiązane z tym symbole (ciągle powracająca liczba jedenaście, żywy pająk drepczący obok tego zabawkowego, prawdziwe bliźniaczki, dwie łodzie, etc.) i pomysłowe zwiastowanie przyszłych wydarzeń (ogromne cienie wychodzące z bohaterów podczas spaceru przez plażę), a nadal otrzymamy cholernie satysfakcjonujący film. Jordan Peele to szalenie utalentowany reżyser, umiejętnie budujący kolejne klimatyczne sceny, równie zgrabnie operujący atmosferą, jak i humorem (moim faworytem jest rodzina licytująca się na ilość dokonanych mordów), dobrze wyczuwający rytm filmu i rozumiejący, gdzie można przystanąć na chwilę, gdzie trzeba nieco przyspieszyć, a co warto by doprawić dobrą piosenką.

niedziela, 29 grudnia 2019

Wykopalisko, czyli filmy z ostatnich 10 lat, które warto znać. #2

Zgodnie z wcześniejszą obietnicą, kolejne dziesięć filmów z ostatnich lat, które warto znać. Ponownie postawiłem na filmy, które niesłusznie przeszły niezauważone albo zostały przedwcześnie zapomniane. Możliwe, że temat będzie kontynuowany, bo jeszcze mam sporo tytułów, o których chciałbym napisać, ale jest to dość czasochłonne więc znowu zadecyduje zainteresowanie obecnym tekstem. Mam nadzieję, że wyciągnięcie z tych dwóch list coś ciekawego dla siebie:


„Duże złe wilki” (2013), reż. Aharon Keshales, Navot Papushado

Zdaniem Tarantino najlepszy film z roku 2013. Przesadzone? Zdecydowanie. Bardzo? Nie bardzo. Film izraelskiego duetu z całą pewnością nie można zbyć machnięciem ręki. Panowie odważnie zapuszczają się w drażliwe rejony, wygodnie się tam rozsiadają i bez żadnych zahamowań rozpoczynają snucie brawurowej opowieści, która poruszając tak mroczne tematy jak pedofilia i tortury, nie zapomina o bawieniu widza smoliście czarnym humorem, żartami sytuacyjnymi, sprawnym operowaniem formułą thrillera, twistami fabularnymi, cieszącą oczy stroną techniczną i kojącą uszy szatą muzyczną, nadającą całości baśniowego sznytu. 

Jest to oczywiście karkołomna mieszanka, ale reżyserzy w imponujący sposób panują nad całym tym rozgardiaszem. Z całą pewnością nie jest to jednak film dla każdego, przede wszystkim ze względu na dużą dawkę realistycznej i brutalnej przemocy obecnej w scenach tortur. Zestawienie tychże z humorem oraz poruszaną tematyką może odrzucić kolejny procent widowni, który uzna takie połączenie za niesmaczne. Dodać do tego jeszcze ponure zakończenie i staje się jasne, że ten film nie próbuje łasić się do widza. Kto jednak kocha tytuły stawiające go w niewygodnej moralnie pozycji, zadające trudne pytania bez udzielania łatwych odpowiedzi i konsekwentne w obranej drodze, to będzie zadowolony, bo to ciekawe kino, ale pod wieloma względami nieprzystępne.


„My, zwierzęta” (2018), reż. Jeremiah Zagar

Na festiwalach filmowych czasem trzeba (i warto) łowić do upadłego. „My, zwierzęta” był przedostatnim filmem jaki zobaczyłem na zeszłorocznych Nowych Horyzontach. Wyszedłem z kina zachwycony. Nie miałem wątpliwości, że będzie to jeden z tych tytułów, o których będę pamiętać przez lata. Jest to niesamowity portret rodziny - intymny i delikatny kiedy trzeba, ale też chwilami
drapieżny i dający po głowie. Nieokrzesany, dziki, a czasem łapiący za serducho, melancholijny albo skręcający w rejony metafizyczne. Kino autorskie, wrażliwe, wnikliwe, poetyckie. Wow!


„Wtorek, po świętach” (2010), Radu Muntean

Sytuacja stara jak świat: mąż, żona i jego kochanka. Temat przewałkowany już na miazgę. Rumuński reżyser udowadnia jednak, że w kinie często nieważne jest to, co się opowiada, ale w jaki sposób. Dawką emocji i napięcia, którą obdarzył scenę przypadkowego spotkania trójki bohaterów, mógłby obdarować niejeden pełnokrwisty thriller. Nie jest to jednak film o konfrontacji, a przynajmniej nie tej fizycznej. Jeśli już, to raczej wewnętrznej, z samym sobą, z poczuciem winy, ale i wątpliwościami, co jest najważniejsze - wierność sobie czy poczucie obowiązku.

Przede wszystkim jest to więc fascynująca wiwisekcja zdrady małżeńskiej, tego, co się za nią kryje, i do czego prowadzi. Reżyser nie ocenia bohaterów, tutaj nie ma dobrych i złych, wszyscy kreśleni są w neutralny sposób, ale przy tym bardzo naturalnie, prawdziwie, mają swoje pozytywne, jak i negatywne cechy charakteru, są po prostu ludźmi z krwi i kości. O każdym z nich można by się długo rozpisywać, rozmyślając nad oceną ich postępowania. Obiektywnie to zdradzana żona jest osobą, z którą należałoby sympatyzować. Jest zwykłą, kochającą żoną i matką, żadną tam zołzą, ale też nie ofiarą losu, po prostu inteligentna kobieta z klasą, żyjąca w błogiej nieświadomości tego, co się dzieje za jej plecami. Pozostałą dwójkę bohaterów należałoby więc napiętnować, a jednak nie przychodzi to łatwo, bo wyraźnie się kochają, w sposób dojrzały, nieoparty jedynie na pożądaniu. Kochanka ma swoje życie, zawód, mieszkanie, jej egzystencja nie sprowadza się do wypatrywania pustym wzrokiem kolejnej wizyty samca. On natomiast jest rozdarty pomiędzy miłością i przywiązaniem do rodziny, a nowym, niechcianym i nieplanowanym, ale niemożliwym do stłumienia uczuciem. A zatem co wybrać? Egoistyczne uczucie czy poświęcenie się dla dobra rodziny, która jeszcze do niedawna wystarczała do pełni szczęścia? Odpowiedzi nie są łatwe, tak jak i konsekwencje podjętych decyzji.


„Kurier” (2014), reż. Angus Sampson 

Australijska, oparta na faktach, historia o przeciętniaku z jakiegoś zadupia, który postanowił podreperować domowy budżet przemycając w żołądku herę z Tajlandii. Słabo mu to wyszło, bo już przy pierwszym locie zostaje zatrzymany na lotnisku, przekazany policji i zakwaterowany w hotelu. Dlaczego tak? Bohater ma prawo odmówić prześwietlenia żołądka, ale policja może przetrzymać go bez wyraźnych dowodów przez siedem dni. Więc siedzą sobie w tanim hotelu i czekają, aż ten w końcu pęknie i uda się tam, gdzie nawet król chodzi piechotą.

A takiego wała, bo bohater jest twardym zawodnikiem i chociaż skręca go niemiłosiernie, to nie ma zamiaru korzystać z toalety. I tak trwają w tej patowej sytuacji, dni lecą, bohater jest coraz bardziej obolały, policjanci zirytowani, a koledzy z przestępczego półświatka zestresowani. Niczego więcej nie powiem, oprócz tego, że ogląda się z dużym zainteresowaniem, bo to fajny dramat kryminalny, zaprawiony smoliście czarnym humorem i kilkoma niezłymi rolami (m.in. Hugo Weaving).


„Cztery lwy” (2010), reż. Christopher Morris 

Wielka Brytania. Sheffield. Grupa młodych muzułmanów przygotowuje atak terrorystyczny. Dwoje z nich wylatuje do Pakistanu żeby wziąć udział w obozie treningowym dla terrorystów i podszkolić się w „zawodzie”. Po powrocie decydują się spełnić w końcu swoje marzenie i przeprowadzić samobójcze zamachy bombowe. Wcześniej jednak muszą opanować techniki rejestrowania nagrań terrorystycznych domową kamerą, zdecydować, co będzie wystarczająco spektakularnym celem ataku, i w ogóle ogarnąć całą logistyczną stronę bycia terrorystą… 

Zacznijmy od podstawowej kwestii. To nie jest poważny film. „Cztery lwy” to satyra na świat terroryzmu. Film jest swoistą wariacją „Gangu Olsena”. Oglądamy dość nieporadnych facetów, którzy niejako bawią się (chociaż sami nie zdają sobie z tego sprawy) w bycie ekstremistami. Wychowani w Wielkiej Brytanii, na co dzień stołujący się w fastfoodach, oglądający takie same programy i filmy jak większość przeciętnych młodych ludzi na świecie, obcujący każdego dnia z „niewiernymi” i przesiąknięci ich kulturą, niewiele wiedzą o prawdziwym islamskim ekstremizmie. Dżihad jest dla nich niczym „styl gangsta” dla białych chłopców z przedmieść, pozujących na czarnych raperów. Coś tam im świta, podpatrzyli pewne zachowania z wieczornych programów informacyjnych i filmów krążących po Internecie, ale zdolni są jedynie nieporadnie je kopiować, w dziecięcy sposób ekscytując się, że odtwarzają „poetykę” tych nagrań. 

Nie jest to zdecydowana krytyka zjawiska ekstremizmu, bo reżyser próbuje go wyśmiać, ale w sposób nieoczywisty, balansując pomiędzy groteską a tragikomedią. Kreśli satyryczny obraz, ale mocno osadzony w rzeczywistości, niewyśmiewający wszystkiego jak leci, ale skupiający się na bezlitosnym wypunktowywaniu pewnych elementów. Nie stroni przy tym od ociekających absurdem scen. Mieszanka to iście wybuchowa, stosowna więc do poruszanego tematu.


„Jeździec” (2017), reż. Chloé Zhao 

„Jeździec” był dostępny przez jakiś czas na HBO Go, a niecałe dwa tygodnie temu wrzucił go do swojej oferty Netflix więc całkiem możliwe, że już widzieliście film Chloé Zhao, ale jeżeli jeszcze nie, no to zdecydowanie warto go nadrobić. O młodej reżyserce niedługo powinno się zrobić nieco głośniej, bo w przyszłym roku dostaniemy dwa nowe filmy jej autorstwa: „Nomadland” z Frances McDormand (obstawiam premierę w Cannes) oraz „Eternals” będący kolejną odsłoną MCU (obstawiam kilkaset milionów dolarów zysku). Zapoznajcie się z jej dotychczasową twórczością już teraz. 

Debiutancki film Zhao („Pieśni braci moich”) opowiadał o współczesnych Siuksach żyjących w rezerwacie położonym w Południowej Dakocie. Bohaterem „Jeźdźca” jest natomiast kowboj, gwiazda lokalnego rodeo, specjalizujący się w ujeżdżaniu narowistych koni. Nieszczęśliwy upadek na ziemię, podczas jednego z występów, wysyła go prosto na stół operacyjny. Poważny uraz głowy sprawia, że musi na jakiś czas zapomnieć o udziale w niebezpiecznym show. Zdrowy rozsądek podpowiada, a lekarze temu wtórują, że powinien już na dobre zrezygnować z kariery w rodeo i jazdy na koniach, bo kolejny uraz głowy może być tym ostatnim. Młody mężczyzna, którego definiują jego dokonania na arenie, nie jest w stanie tego zaakceptować.

„Jeździec” to powolne kino, skupione na niuansach, skrawkach życia, ludzkiej niedoli i drobnych radościach. Jest to film, który wymaga cierpliwości, ale w pewnym momencie autentycznie chwyta za serducho i już do końca seansu go nie puszcza, skutecznie przykuwając widza do ekranu. Magia następuje, gdy główny bohater przestaje rozpamiętywać przeszłość i dawne sukcesy, a historia skupia się na jego pracy na ranczu, samotnym przemierzaniu pustkowi rozświetlonych delikatnym popołudniowym słońcem, interakcjach ze zwierzętami, a przede wszystkim – oswajaniu dzikich koni. Reżyserka jest zakochana w całym procesie, powolnym zdobywaniu zaufania zwierzęcia, stopniowym łamaniu jego dzikiej natury i przyzwyczajaniu konia do ciężaru ciała ujeżdżającego go człowieka. Ogląda się to z fascynacją i zauroczeniem. Coś dzikiego, nieufnego, przestraszonego, staje się przyjacielskie, oswojone, spokojne, zsynchronizowane z człowiekiem. Piękny film.


„Atak na dzielnicę” (2011), reż. Joe Cornish

Zębaty stwór pozaziemskiego pochodzenia ląduje w niesławnej londyńskiej wschodniej dzielnicy. Niefortunnie wpada na grupę nastoletnich chuliganów, którzy spuszczają mu łomot i odcinają głowę. Zły pomysł, bo tropem poczwary do Londynu trafia jeszcze więcej zębatych stworzeń. I nie są zadowolone. Smarkaczom nie pozostaje więc nic innego jak uporać się z inwazją.

Brzmi to pewnie dość głupio, ale film oferuje porządną dawkę rozrywki, czerpiącą garściami z epoki VHS. Jest to energetyczny survival mocno osadzony w brytyjskiej rzeczywistości (Joe Cornish przez rok mieszkał w jakiejś podłej londyńskiej dzielnicy żeby lepiej poznać zachowania tamtejszych gówniarzy, a w samym filmie wystąpili sami naturszczycy), unikający oczywistego parodiowania klasyków gatunku, za to przenoszący ducha amerykańskich produkcji z okresu panowania VHS do realiów dzisiejszego Londynu, nie obawiając się przy tym operować lekką tandetą (wygląd kosmitów). W roli charyzmatycznego przywódcy gangu wystąpił John Boyega. Już wtedy zwrócił na siebie moją uwagę, ale w życiu nie pomyślałbym, że zobaczę go kiedyś jako jednego z trzech nowych głównych bohaterów „Gwiezdnych wojen”. 


„Piękny kraj” (2017), reż. Francis Lee

W roku 2017 świat oszalał na punkcie „Tamtych dni, tamtych nocy”, filmu o gejowskiej miłości, która zakwitła latem na pięknej włoskiej prowincji. Marsz filmu Luca Guadagnino ku sercom kinomanów rozpoczął się 22 stycznia w Sundance. Co ciekawe, następnego dnia, też w Sundance, miał premierę inny film o gejowskiej miłości. Francis Lee zdobył tam nawet nagrodę reżyserską za najlepszy zagraniczny dramat, ale brytyjski „Piękny kraj” zdecydowanie nie podbił tyle serc, co włoski film. Ciężko się temu dziwić, bo naturalistyczny melodramat o zapijaczonym rolniku z zabłoconego Yorkshire, który wdaje się w romans z rumuńskim emigrantem pomagającym mu przy pracy z owcami, nie miał tego czaru i klimatu, co piękna włoska historia (no i był też zwyczajnie gorszym filmem). Jeżeli jednak nie straszne Wam „nieestetyczne” szczegóły pracy przy zwierzętach (aktorzy zostali wysłani do pracy na farmach i potrafili później odebrać poród owcy na ekranie), a w filmach poszukujecie też wycinków z egzystencji innych ludzi, nawet tych mało ekscytujących, ale za to pokazujących skrawek jakiegoś innego świata, no to „Piękny kraj” jest tego rodzaju kinem.


„Siostra twojej siostry” (2011), reż. Lynn Shelton

Cudownie bezpretensjonalna, lekka, ale przy tym inteligentna i dobrze napisana komedia obyczajowa. Jest to film oparty na delikatnym humorze, niewymuszonym, wysmakowanym, najczęściej sytuacyjnym, ale też bazującym na zgrabnie nakreślonych bohaterach, relacjach pomiędzy nimi, zabawnych dialogach, a czasami po prostu na gestach. Wszystko to działa idealnie, bo pamiętam doskonale, jak cała widownia zarykiwała się ze śmiechu podczas festiwalowego pokazu. Obsada spisuje się tutaj na medal, ale niczego innego nie spodziewałbym się po Emily Blunt i Rosemarie DeWitt, wielkim odkryciem natomiast był dla mnie rewelacyjny Mark Duplass, którego karierze przyglądam się uważnie od tamtego czasu.


„Girlhood” (2014), reż. Céline Sciamma 

Céline Sciamma, autorka tegorocznego „Portretu kobiety w ogniu”, będącego stylowym i bardzo zmysłowym, lesbijskim romansem kostiumowym, specjalizowała się dotąd w innego rodzaju kinie – społecznie zaangażowanych opowieściach o współczesnych młodych Francuzkach. „Girlhood”, jej poprzedni film, przyglądał się grupie nastoletnich czarnoskórych dziewczyn z dużego miasta, które tworzą gang zdecydowanie niestroniący od przemocy. Nie jest to film, który pozwala o sobie łatwo zapomnieć, zarówno ze względu na treść, jak i niesamowity klimat niektórych sceny. Do dziś, gdy słyszę gdzieś „Diamonds” to przypomina mi się cudowna sceny imprezy w pokoju hotelowym podczas której młode dziewczyny wspólnie śpiewały piosenkę Rihanny.

środa, 25 grudnia 2019

Wykopalisko, czyli filmy z ostatnich 10 lat, które warto znać. #1

Koniec roku, a do tego koniec dekady, kolejne listy najlepszych filmów ostatnich dziesięciu lat atakują ze wszystkich stron. No fajnie, ale chyba niewiele przydatnego wynika z tego dla odbiorców, którzy mogą sobie dzięki temu sprawdzić ile jeszcze osób uważa nowego „Mad Maxa” i „Blade Runnera” za najlepsze produkcje ostatnich lat. Pomyślałem więc, że zamiast pisać o filmach, o których słyszeli „wszyscy”, przyjrzę się uważnie ostatnim dziesięciu latom i wybiorę z nich tytuły, które być może niekoniecznie zasługiwały na miano tych najwybitniejszych, ale za to miały do zaoferowania coś ciekawego i wartego uwagi, a przeszły niezauważone albo zostały już nieco zapomniane.

Przejrzałem swoje oceny na Filmwebie z ostatnich 10 lat i spisałem listę tytułów, które uznałem za warte polecenia. Ostatecznie skończyłem z jakąś setką filmów do polecenia. Poniżej pierwszych dziesięć filmów, które warto nadrobić, jeżeli ich jeszcze nie znacie. Potraktujcie to jako świąteczny prezent. Jeżeli pomysł się przyjmie to za kilka dni ułożę kolejną dychę. A potem może jeszcze kolejną…

A zatem, dziesięć wartych uwagi filmów z lat 2010., czyli okresu od 2010 do 2019.


„ill Manors” (2012), reż. Ben Drew

Debiut reżyserski brytyjskiego rapera, Bena Drew, występującego pod pseudonimem Plan B. Film nakręcony za „pięć funtów i czterdzieści pensów”, realizowany w szemranych dzielnicach wschodniego Londynu (oraz autentycznej melinie zamieszkiwanej przez ćpunów uzależnionych od cracku), gdzie ekipa musiała się zmagać z pogróżkami dealerów oraz okradającą ich miejscową ludnością, przeleżał następnie kilka miesięcy na półce, bo Plan B musiał ruszyć w trasę koncertową żeby zarobić brakujące pieniądze potrzebne na postprodukcję.

Zaowocowało to unikalnym projektem: niechronologiczną, epizodyczną historią, będącą miejskim musicalem opowiedzianym w raperskim stylu. Plan B napisał sześć utworów dedykowanych poszczególnym bohaterom. Efektem tego był soundtrack wielokrotnego użytku, złożony z przebojowych, wpadających w ucho bitów, chwytliwych tekstów i ciekawych pomysłów aranżacyjnych. Jest to film niemizdrzący się do widza, niepopadający w galop fabularny i ekwilibrystkę słowną, bo dialogi są takie, jak przedstawiony świat, czyli wulgarne, dosadne i trafiające w sedno. Historia jest mroczna, skąpana w dość depresyjnym klimacie, a ponury obraz Londynu może zniechęcić do miasta. Jest to projekt szczery, wypływający z serca, kilka epizodów oparto na prawdziwych historiach, a zdjęcia realizowano w naturalnych plenerach. Widać, że jest to środowisko nieobce reżyserowi, który ma na jego temat wiele ciekawego do powiedzenia. A na deser mamy jeszcze dobre role Eda Skreina i Riza Ahmeda, którzy byli dopiero u progu swoich hollywoodzkich karier.


„Mustang” (2015), reż. Deniz Gamze Ergüven

Historia, która natychmiast oczarowuje. Tętniąca orzeźwiającym humorem opowieść o pięciu nastoletnich siostrach, które wykorzystują cały młodzieńczy entuzjazm i energię żeby nie dać się spętać moralnym nakazom, jakie tureckie społeczeństwo oraz ich rodzina próbuje im narzucić. Z każdym kolejnym wybrykiem dziewcząt "kajdany" zaciskane są jednak coraz ciaśniej, krępując ich niespokojną naturę, niszcząc w nich zadziornego ducha i wysysając powoli z ich ciał (pozornie) nieokiełznaną energię.


„Ciało Anny Fritz” (2015), reż. Hèctor Hernández Vicens

Do kostnicy, w której pracuje młody bohater filmu, trafiają zwłoki znanej aktorki, tytułowej Anny Fritz. Szybkie zdjęcie zrobione komórką i wiadomość wysłana do dwóch kolegów wystarczają żeby natychmiast wpadli w odwiedziny z gorzałą. Kilka niesmacznych żartów, wciągnięta krecha, ogląd apetycznego nagiego ciała celebrytki i impreza w kostnicy kończy się nekrofilskim czynem. Co po chwili przeradza się w gwałt, bo Anna okazuje się nie być martwa i przerażona odzyskuje świadomość w momencie, gdy jakiś obcy facet używa sobie na jej sparaliżowanym ciele. 

Dalszy rozwój wypadków jest możliwy do przewidzenia, podczas gdy ciało Anny budzi się powoli do życia, trójka przyjaciół prowadzi moralną dysputę na temat tego, co powinni teraz zrobić. Układ sił jest wiadomy, jeden kolega namawia do zabicia Anny, korzystając z tego, że nikt się o tym nie dowie, bo kobieta została już uznana za martwą. Drugi stanowczo się temu sprzeciwia, zamierzając powiadomić władze o całej sytuacji i zmierzyć się z wszelkimi konsekwencjami ich niewybaczalnego czynu. Natomiast główny bohater, pracownik kostnicy, jest rozdarty emocjonalnie i oczywiście to od niego będzie zależeć ostateczna decyzja o losie aktorki. Anna jednak nie zamierza łatwo zrezygnować z życia - intryguje, podpuszcza i próbuje uciec. 

Niczego więcej nie będę zdradzać, bo ciekawość wynikająca z tego, jak to się dalej potoczy jest motorem napędowym filmu. Wspomaga to sprawne operowanie klimatem, trzymająca w napięciu akcja oraz umiejętne żonglowanie humorem i makabrą zmieszaną z terrorem zrodzonym przez ludzką naturę, a dopełnia to rasowe wykończenie techniczne.


„Rover” (2014), reż. David Michôd

Zaczyna się zagadkowo. Widz zostaje wrzucony w środek wydarzeń: troje mężczyzn ucieka po dokonanym napadzie, dochodzi do szamotaniny i w efekcie rozbijają się na australijskim zadupiu. Kradną pierwszy samochód na jaki natrafią. Należy on do bohatera granego przez Guy'a Pearce'a. Ten natychmiast rusza za nimi w pogoń, a żeby odzyskać pojazd jest gotów podążyć na drugi koniec kraju i zamordować każdego kto stanie mu na drodze. W tej historii umiera się szybko i najczęściej bezsensownie. Pearce’owi towarzyszy Robert Pattison, który solidnie przygotował się do roli i wyuczył akcentu rednecka z południa Stanów Zjednoczonych, a do tego gra osobę lekko opóźnioną. Wypada całkiem przekonująco. Szorstka, nieco zagadkowa, ale przy tym bardzo stylowa i interesująca historia. Aha, warto dodać, że opowieść osadzona jest w postapokaliptycznych realiach. W sumie to chyba powinienem był od tego zacząć...


„Dwa dni, jedna noc” (2014), reż. Jean-Pierre Dardenne, Luc Dardenne 

Kolejny dowód na to, że wartościowe role Marion Cottilard nigdy nie są angielskojęzyczne. Marion jest tu w samym centrum wydarzeń, odsłonięta emocjonalnie i fizycznie, bez makijażu, szykownych ubrań, całego tego amerykańskiego „błysku”. Po prostu zdesperowana, złamana psychicznie kobieta, która walczy z całych sił o utrzymanie się na powierzchni. Grana przez nią bohaterka zmaga się z silnym atakiem depresji, zmuszona zostaje jednak do opuszczenia swojej sypialni żeby zobaczyć się z kilkunastoma współpracownikami. Ich szef, właściciel małej firmy, zmusił pracowników do dokonania wyboru pomiędzy otrzymaniem tysiąca euro, a pozostawieniem głównej bohaterki na etacie. Zdesperowana kobieta próbuje przekonać kolegów do głosowania na jej korzyść. Reakcje kolegów z pracy są przeróżne: od łez wzruszenia, poprzez pełne zawstydzenia decyzje odmowne i podtrzymujące na duchu gesty ludzkiej życzliwości, a na agresywnych zachowaniach kończąc. Proste kino o życiu i ludziach, stonowane, bez fajerwerków, ale za to poruszające, wnikliwe, podtrzymujące w stanie zainteresowania historią i praktycznie pozbawione jakichś wad.


„Radiowóz” (2015), reż. Jon Watts

Przepis na krótki, prosty i udany film: sięgasz po Kevina Bacona, dorzucasz mu wąsa, wąs jest obowiązkowy, preferowany prawdziwy, poczekaj więc cierpliwie żeby urósł, wtedy dodajesz radiowóz, dwóch małych chłopców, Shea Whighama oraz krowę. Gdy masz już wszystkie powyższe elementy, możesz odpalić kamerę, rozsiąść się wygodnie i leniwie śledzić wydarzenia. 

„Radiowóz” jest kinem prostym, wręcz minimalistycznym, Jon Watts (odpowiedzialny za ostatnie dwa filmy o Spider-manie) ewidentnie czerpał inspiracje z twórczości braci Coen oraz Jeffa Nicholsa (zwłaszcza z „Mud”). Historia nie jest skomplikowana, ale w jej prostocie tkwi właśnie cała siła, bywa zabawna, czasem nieco absurdalna, bywa jednak też poważna, bo nad wydarzeniami cały czas wisi fatalizm. Widza nie odpuszcza przeczucie, że zaraz wydarzy się coś paskudnego. Gdy w jednej scenie dziesięciolatek dzierży karabin szturmowy i celuje w kolegę ubranego w kamizelkę kuloodporną, a tamten zaznacza: „tylko celuj w kamizelkę”, to odbiorca poprawia się nerwowo w fotelu, bo oczyma wyobraźni już widzi odstrzeloną głowę młodego chłopaka. Takich momentów jest tutaj więcej. Jest to kino skromne, oparte na budowaniu klimatu, kupujące widza kreacjami aktorskimi oraz zderzaniem dziecięcych wyobrażeń napędzanych naiwnością i nieznajomością świata z brutalnym realizmem tegoż oraz podłością zamieszkujących go dorosłych.


„Anomalisa” (2015), reż. Charlie Kaufman, Duke Johnson

Tworzona przez dwa lata animacja poklatkowa pokazuje, że Charlie Kaufman już chyba nigdy się nie zmieni - na zawsze pozostanie tym błyskotliwym dziwakiem. I całe szczęście! Ponura, acz niewyzbyta humoru, opowieść o alienacji, poczuciu oderwania od rzeczywistości i poszukiwania jakiejś bliskości, a zarazem panicznej reakcji na pierwsze oznaki tejże. Doskonałe dialogi, oryginalna forma, ciekawe spostrzeżenia i zapadająca w pamięci historia. Kaufman jak zwykle w bardzo dobrej formie.


„The Seven Five” (2014), reż. Tiller Russell

Dokumentalny film, który często porównywano do „Chłopców z ferajny”. Rzeczywiście: montaż, narracja z offu, charakterystyczny styl prowadzenia historii, zatrzymania obrazu oraz wykorzystane piosenki, wszystko to rodzi skojarzenia z filmem Martina Scorsese.

Bohaterem „The Seven Five” jest Michael Dowd, gość określany najbardziej skorumpowanym policjantem w historii Nowego Jorku. Dowd karierę w Policji rozpoczął w latach 80., gdy niektóre dzielnice NY przypominały strefę wojny. Przemoc, narkotyki i agresja rządziły tymi ulicami. Michael na ciemną stronę mocy przechodził stopniowo, zaczynając od drobnych kradzieży, grabieży mienia i materiałów dowodowych oraz wymuszania łapówek od schwytanych dilerów. Szybko zaczął się jednak rozkręcać i robić coraz bardziej chciwy. Współpracował z gangsterami, był zamieszany w rozprowadzanie narkotyków, zapewniał policyjną eskortę dilerom, urządzał rajdy na konkurencyjne gangi, a nawet dostarczał przestępcom ich ofiary.

Całość opowiedziana jest przez Michaela oraz jego współpracowników, zarówno tych pracujących w Policji, jak i przez przestępców, a także dawnych kolegów z oddziału oraz wewnętrznego wydziału dochodzeniowego. Nie słychać skruchy w ich głosach, jedynie dumę z odwalania niezłych numerów i zarabiania na tym ogromnych pieniędzy. Czasem śmiejemy się, czasem włos jeży się na głowie, ale nie sposób się oderwać od ekranu, bo ogląda się to z zafascynowaniem. Gdyby film był pełnometrażową fabułą to niektóre cytaty stałyby się klasykami gatunku. Chwilami aż trudno uwierzyć, że wszystkie te osoby z taką szczerością opowiadają o tym wszystkim przed kamerą. O zasłonięcie twarzy poprosiła tylko jedna osoba. Niektórzy z nich są rodem z serialu „The Shield”, a inni pasowaliby raczej do filmów Quentina Tarantino, zwłaszcza herszt gangu, Adam Diaz, wielki fan Bryana Adamsa, który narkotyki sprzedawał na zapleczach sklepów spożywczych, a towar wręczał w torbach z zakupami. W pewnej chwili z szelmowskim uśmiechem opowiada o konkurencie, którego pomógł mu dorwać Dowd: „Już go nie ma wśród nas. Nie twierdzę, że go zabiłem. Już go nie ma wśród nas”.


„Kraina Charliego” (2013), reż. Rolf De Heer

Film o współczesnych aborygenach. Dość smutna historia (choć obfitująca w humor sytuacyjny) o stłamszonej rasie. Zepchnięci na margines przez obcą im kulturę, muszą stosować się do praw i nakazów narzucanych im przez białych Australijczyków, jeść produkowane przez nich śmieciowe jedzenie od którego wypadają im zęby, podporządkowywać się temu, co wedle rządu wolno im kupować w sklepach spożywczych, a czego im nie wolno, jednocześnie pokątnie polując na zwierzynę, co może zakończyć się dla nich poważnymi problemami prawnymi. Charlie sprzeciwia się byciu traktowanym w taki sposób i powoli narasta w nim bunt. Jest to jednak bunt dość ślepy i nieskoordynowany, rzucający bohaterem w przeróżnych kierunkach, uświadamiając mu przy okazji, że całe życie spędzone na łasce białych mieszkańców Australii wykastrowało go z wiedzy o sztuce przetrwania w naturze i naturalnych instynktów, którymi dysponowali jego przodkowie.


„Śpiący olbrzym” (2015), reż. Andrew Cividino

Widzieliście już tę historię. I to nie raz. Trzech młodych chłopców wchodzących w dorosłość. Amerykańska prowincja, środek upalnego lata, które połozy kres niewinnemu dzieciństwu bohaterów. No, niewinne dzieciństwo jest w tym wypadku kwestią umowną, bo chłopaki do aniołków nie należą. Okradają sklep, palą zioło, klną jak szewce. Znaczy się typowe współczesne wyrostki. Ich mała grupa ma jednak dwa przeciwstawne bieguny moralne. Jest ten dobry, młody, niewinny chłopaczek, najmniejszy, najsłabszy, najbardziej pogardzany, wciąż mocno związany z rodzicami. Jest ten zły, klasyczny młody łobuz, narzucający innym swoją wolę, prowodyr większości rozrób, miłośnik wkładania kija w mrowisko, zarówno w sensie dosłownym, jak i metaforycznym. Sekunduje mu jego kuzyn, nieco starszy, większy, silniejszy, ale jednak zdominowany przez niepokornego krewniaka. Niewątpliwe to jemu przypada rola rozjemcy, pomostu pomiędzy pozostałą dwójką.

Ten podział jest jedynie pozornie prosty, bo ten „dobry” z czasem pokazuje mroczną stronę, rozmyślnie doprowadzając do tragicznej w skutkach kłótni pomiędzy kuzynami. Ten „umiarkowany”, początkowo próbujący go bronić, robi pewne świństwo, a nękającego go chłopaka często podpuszcza gestem i słowem. A ten „zły” w istotnym momencie wykazuje się największym rozsądkiem i próbuje uniknąć tragedii. Kanadyjski reżyser rozumie gatunek filmowy, którym tutaj operuje, równie sprawnie portretując beztroską wakacyjną aktywność młodych chłopców, jak i wybijając bardziej dramatyczne tony, gdy nieletni bohaterowie dostają kilka cennych życiowych lekcji. Nie jest to żaden kamień milowy, ale każdy miłośnik amerykańskiego indie oraz filmów w stylu „Stań przy mnie” powinien go sobie dopisać do listy tytułów do obejrzenia.