niedziela, 26 czerwca 2022

Paryż, 13. dzielnica - recenzja

 


Od piątku, dzięki Gutek Film, w polskich kinach można w końcu obejrzeć film „Paryż, 13. dzielnica”, najnowsze dzieło Jacquesa Audiarda („Prorok”, „Imigranci”, „Bracia Sisters”), które zadebiutowało rok temu w Cannes. Nie będę owijać w bawełnę, widziałem już dwa razy, i to jedna z moich ulubionych tegorocznych premier kinowych. 

W teorii jest tu postawionych kilka znaków ostrzegawczych. Jest 69-letni reżyser opowiadający o egzystencji oraz życiu miłosnym i seksualnym pokolenia młodszego od siebie o prawie 40 lat. Jest obawa, że wyjdzie z tego moralizatorskie machanie palcem przez starszego pana. Jest też czarno-biały obraz sygnalizujący potencjalną artystyczną pretensję. Wiek Audiarda jest jednak nieistotny w oddaniu „prawdy” o naturze dzisiejszych młodych paryżan, bo historia oparta jest na trzech opowiadaniach z komiksu „Śmiech i śmierć” Adriana Tomine’a, a przy pisaniu scenariusza Audiarda wspierały Céline Sciamma i Léa Mysius. Obie panie to zdolne i cenione reżyserki (zwłaszcza Sciamma), ale też doświadczone scenarzystki, mające na koncie wielu filmów skupionych na portretowaniu dzisiejszej Francji. Audiard czerpie więc z wiedzy i wrażliwości młodszych od siebie twórców żeby przy pomocy swojego zestawu wypracowanych artystycznych narzędzi opowiedzieć o współczesnym Paryżu. Efektem tej kolaboracji jest piękny wizualnie i wrażliwy emocjonalnie portret młodych ludzi, o których opowiada się tu bez pruderii, ale też protekcjonalnej krytyki. 

„Paryż, 13. dzielnica” to roznegliżowany dramat obyczajowy, który urzeka wrażliwością z jaką kreśli relacje pomiędzy trójką głównych postaci i emocjonalną prawdą jaka w tym wszystkim tkwi. Nie ma w tej historii fałszywej nuty, jest szczerość uczuć wynikających z plątaniny żądzy, potrzeby bliskości, życiowego zagubienia w relacjach zarówno miłosnych, jak i zawodowych, ale też kompleksów, zazdrości oraz niezabliźnionych emocjonalnych blizn z niedalekiej przeszłości. Jest to kino skupione na dialogu, ale operujące słowem w tak lekki i naturalny sposób, że chłonie się te liczne przegadane sceny z uwagą i przyjemnością. 

Jeżeli lubicie kino opowiadające ciekawie o skrawkach zwykłego życia, bez zbytniego dramatyzowania, to jest film dla was.

The Black Phone (Czarny telefon) - recenzja

 


Na Disney+ wleciał już „Doktor Strange w multiwersum obłędu”, a w kinach pojawił się właśnie nowy film Scotta Derricksona, niedoszłego reżysera wspomnianego tytułu, którego w ostatniej chwili zastąpił Sam Raimi. Derrickson świeżo odzyskaną „wolność” od ograniczeń pracy nad kolejną odsłoną tasiemca od MCU wykorzystał na to, co lubi robić najbardziej – mroczny, ponury, brutalny horror, który potrafi złapać widza za gardło i zapewnić mu kilka solidnych podskoków w fotelu kinowym. 

„Czarny telefon” nie spieszy się z przejściem do rzeczy, czyli wrzucenia nastoletniego bohatera do piwnicy seryjnego mordercy dzieci, z której to będzie musiał się uwolnić, jeżeli nie chce dołączyć do długiej listy ofiar psychopaty. „The Grabber” („Wyłapywacz), jak zwą go lokalne media i ludzie z okolicy, majaczy gdzieś w tle i poboczu kadru od samego początku, wyłapując kolejne młodociane ofiary, ale pierwsza połowa filmu poświęcona jest sportretowaniu życia w Colorado lat 70., co stanowi horror samo w sobie. Czerpiący z własnych niemiłych wspomnień dorastania w robotniczej dzielnicy w Denver, gdzie brutalna przemoc była stałym elementem relacji pomiędzy ludźmi, Derrickson w surowy, ponury sposób, opisuje rzeczywistość młodego Finneya (Mason Thames) i jego siostry Gwen (Madeleine McGraw), doświadczających przemocy z ręki nadużywającego alkoholu ojca, ale też rówieśników ze szkoły. Jest to opowiedziane i poprowadzone na tyle sugestywnie oraz ciekawie, że tak naprawdę nie potrzeba już było gościa w demonicznej masce żeby utrzymać uwagę widza do końca. 

Co nie znaczy, że szkodzi to historii Finneya, która skręca nagle w nowym kierunku. Jest tutaj jedno „ale”, bo trzeba kupić pojawiający się w drugiej połowie filmu element „fantastyczny”. W piwnicy znajduje się tytułowy czarny telefon, niesprawny od lat, przez który z bohaterem zaczynają się kontaktować kolejne ofiary „Wyłapywacza” i podpowiadać, co powinien zrobić żeby nie pójść ich śladem. Jeżeli tylko „łyknie się” ten nadnaturalny motyw to w zamian dostaje się wciągający, chwilami dość straszny, horror o ofierze i prześladowcy. O właśnie, warto napisać coś więcej o prześladowcy, czyli „Wyłapywaczu”, świetnie odegranego przez Ethana Hawke’a w niecodziennej dla niego roli czarnego charakteru (choć już drugiej w tym roku). Przez większość filmu nie widać jego twarzy, skrywanej przez niepokojącą maskę, zmyślnie stworzoną z wielu wymiennych elementów, które odkrywają dolną lub górną część jego twarzy, albo całkowicie ją zakrywają, odzwierciedlając tak jego różne stany emocjonalne. Bardzo dobra rola, niezwykle fizyczna, oparta w dużej mierze na grze ciałem, ale też pracy niesamowitym głosem, który wykonuje tutaj połowę „roboty”. W jednej scenie wystarcza, że aktor siedzi tylko nieruchomo na krześle, gotowy do dzikiego ataku, żeby wywołać grozę samym swoim istnieniem i złem czającym się w oczach. Widz nie ma najmniejszej wątpliwości, że jest to przerażająca postać po której można się spodziewać wszystkiego co najgorsze. 

Kroku nie ustępuje mu nastoletni Mason Thames, niemalże debiutant, mający na koncie tylko niewielkie role w kilku serialach i jednej krótkometrażówce, który imponująco dobrze prowadzi nas przez pełną bólu i przemocy historię Finneya. Niemniej zachwyca Madeleine McGraw, wcielająca się w jego siostrę, która wywołała na Derricksonie tak duże wrażenie, że zdecydował się na opóźnienie dla niej realizacji filmu, bo była zajęta innym projektem. Warto się przyglądać dalszej karierze tej dwójki, bo jest tu zdecydowanie potencjał na wskoczenie do wyższej aktorskiej ligi. 

Natomiast brakuje trochę żeby to „Czarny telefon” wskoczył na wyższą półkę kina grozy, bo czasem coś tu zgrzytnie, jakiś element fabuły wyda się niezgrabnie dopasowany do reszty, pewne rozwiązania zbyt naciągane, albo naiwne, a całość historii zbyt prosta. Jest to jednak kawał solidnego horroru, ładnie grzebiącego w mrokach ludzkiej natury, zgrabnie kreślącego krajobraz Colorado z lat 70. i umiejętnie budującego nastrój grozy wszędzie tam, gdzie trzeba.

sobota, 11 czerwca 2022

Triangle of Sadness - recenzja

 


Ruben Östlund śmiało zmierza w kierunku wykręcenia rekordu w Cannes. Od roku 2014 nakręcił trzy filmy. Z wszystkimi pojawił się na festiwalu. Wszystkie zdobyły główne nagrody. Dwie Złote Palmy i najlepszy film w sekcji Un Certain Regards (doskonały „Turysta”). Jeżeli passa się utrzyma to już następny film może zapewnić mu tytuł pierwszego reżysera z trzema Złotymi Palmami na koncie. Miejmy nadzieję, że będzie to zarazem tytuł, który wpuści trochę świeżości do jego filmografii, bo o „Triangle of Sadness” z całą pewnością nie można tego powiedzieć. Co nie znaczy, że jest to zły film. 

Nowe dzieło Östlunda stanowi dopełnienie, ale też krzyżówkę, dwóch poprzednich. „Turysta” w błyskotliwy i zabawny sposób opowiadał o dzisiejszej męskości, różnych problemach i rozterkach współczesnego mężczyzny oraz jego roli w społeczeństwie i rodzinie. „The Square” również zahaczał o te tematy, ale przy okazji komentował w cięty sposób świat sztuki współczesnej o którym to opowiadał poprzez serię anegdotycznych scenek. „Triangle of Sadness” jest hybrydą obu filmów, dopinającą tę trylogię o męskości, ale też kontynuującą nabijanie się z łatwego celu jakiejś grupy ludzi. W poprzednim filmie byli to oderwani od rzeczywistości artyści, w tym najnowszym natomiast są to bogacze, modele i influencerzy. 

Historię można podzielić na trzy wyraźne segmenty. Pierwszy, ten najkrótszy, wprowadza parę głównych bohaterów (teoretycznie, bo trochę się to później rozmywa), popularną modelkę i jej partnera, również modela, ale dopiero aspirującego do zostania „kimś” w tym świecie. Östlund wykorzystuje ten segment do podzielenia się kilkoma bystrymi spostrzeżeniami na temat świata mody i relacji damsko-męskich. Z niemałą satysfakcją wskazuje chociażby, że jest to jeden z niewielu zawodów na świecie, gdzie to kobiety zarabiają zdecydowanie więcej od mężczyzn, co jest źródłem frustracji dla bohatera filmu. 

Drugi segment, zdecydowanie najlepszy, spędzamy na pokładzie luksusowego liniowca gdzie wspomniana para wypoczywa w towarzystwie ludzi nieprzyzwoicie bogatych. Mamy tam rozgadanego rosyjskiego oligarchę (świetny Zlatko Buric znany z roli Milo w trylogii „Pusher”), znerwicowanego członka zarządu jakiejś korporacji ukutej w Dolinie Krzemowej, a także sympatyczną parę poczciwych starszych Anglików, którzy fortunę zbili na produkcji granatów i min przeciwpiechotnych. Jest to wszystko oczywiście idealnym materiałem do przejechania się po tym ostrzem satyry, obśmiania, skrytykowania i przejaskrawienia. Zwłaszcza, że Östlund nie zapomina też o żartobliwym portrecie załogi okrętu dowodzonego przez marksistę (niewielka, ale soczysta rola Woody’ego Harrelsona). 

Trzeci segment, najdłuższy, jest też tym najsłabszym, ale jego największym problemem jest w sumie to, że Östlund nie jest zbyt dobry w przycinaniu swoich filmów. Bez wchodzenia zbyt głęboko na teren spoilerów, luksusowy okręt tonie, garstka ocalałych ląduje na bezludnej wyspie (spokojnie, wspominano o tym w oficjalnych materiałach), a dotychczasowa hierarchia wartości zostaje przewartościowana, bo na szczycie łańcucha pokarmowego ląduje osoba, która potrafi zdobyć jedzenie, a nie leniwy bogacz, któremu dotąd usługiwano. Jest to źródło do nowych radosnych gagów, złośliwych spostrzeżeń i satysfakcji ze zmieszania bogaczy z błotem. 

„Triangle of Sadness” jest filmem zabawnym, chwilami nawet bardzo, kilka pomysłów wciąż wywołuje uśmiech na twarzy, gdy sobie o nich przypomnę. Jak to było w poprzednich filmach, na poziomie pojedynczych scen Östlund potrafi zachwycić, ale tutaj już znacznie rzadziej niż dawniej, częściej po prostu jest precyzyjny w tym, co chce powiedzieć, celnie i błyskotliwie punktując pewne sprawy. Największym minusem „Triangle of Sadness” jest więc to, że wszystko to już było opowiedziane wcześniej w innych filmach tego reżysera, ale zrobione lepiej.

poniedziałek, 6 czerwca 2022

Men - recenzja

 


„Kinowe doświadczenie” różne ma oblicza. Czasem jest to ogłuszający huk wojskowych odrzutowców, zbliżenie na twarz Toma Cruise’a doświadczającego przeciążeń na pokładzie podniebnej bestii, wybuchy, dynamiczne sceny, szybki montaż i sala wypełniona ludźmi z rozdziawionymi ustami. Czasem jest to garstka widzów oglądających w ciszy niespieszne ujęcia z Jessie Buckley spacerującą powoli po brytyjskim lesie. Jedno i drugie sprawdza się tak dobrze, bo doświadczamy tego w sali kinowej, ale jakże odmienne są to emocje i przyczyny płynącej z tego satysfakcji. 

W „Men” Alex Garland rezygnuje z gatunku science-fiction, napędzającego dotąd jego twórczość, żeby poprzez formułę horroru folkowego opowiedzieć o traumie, poczuciu winy, ale też patriarchacie. Główna bohaterka, Harper, wyjeżdża do malowniczej angielskiej prowincji, gdzie zamierza spędzić dwa tygodnie na spacerach po lesie, jedzeniu jabłek prosto z drzewa, cieszeniu się z mieszkania w klimatycznej kilkusetletniej posiadłości, a przy okazji przepracować toksyczny związek zakończony tragiczną śmiercią męża. Z czasem poznajemy więcej szczegółów z przeszłości dręczącej Harper, a jednocześnie obserwujemy nasilające się teraźniejsze zagrożenie, które szybko zacznie rujnować pobyt w idyllicznej scenerii. 

Mam dobrą wiadomość, która jednocześnie jest złą wiadomością. Zależy od punktu widzenia. „Men” to kolejny „autorski” horror od studia A24. Oznacza to, że jeżeli liczycie na „jump scare’y”, potwora wyskakującego z szafy, klarowną, prostą historię, jakieś klasyczne mechanizmy gatunku, no to trafiliście pod zły adres. Jeżeli lubicie natomiast, gdy formuła gatunku zostaje wykorzystana jako punkt wyjścia, lub klamrę stylistyczną, do opowieści z zupełnie innego spektrum zainteresowań, jak tylko straszenie widza przez kilkadziesiąt minut, no to jesteście w domu. Garland potrafi pierwszorzędnie budować klimat grozy, powoli dokładając kolejne jego warstwy przez cały film, aż do finału, w którym robi sporą woltę w stronę psychodelicznego horroru cielesnego, gdzie leci już tak rozpędzony, że nic nie jest w stanie go zatrzymać. Żadna autocenzura, obawa przed odbiorem tego przez widza, pokusa przedwczesnego przejścia do puenty, no zupełnie nic, w zdecydowany sposób skręca na trajektorię ku totalnemu karambolu, ale ostatecznie kończy ten szalony rajd piękną katastrofą. 

Siłą „Men”, ale też pewną słabością, jest mocne oparcie historii na symbolizmie i metaforach, tych czytelnych, bardzo oczywistych, ale też takich nieco zagmatwanych. Dość czytelne jest to główne przesłanie o wielu twarzach patriarchatu prześladującego główną bohaterką. Wróć, wielu jego wcieleniach, bo twarz to akurat jest ta sama, Rory’ego Kinneara. Kinnear popisuje się niesamowicie, odgrywając wszystkie męskie role osób spotkanych przez bohaterkę na angielskiej prowincji. Jest to znakomita aktorska robota, bo w każdym przypadku mamy do czynienia z wiarygodnie zarysowaną postacią o odmiennych cechach i stylu bycia. Bywają zabawne momenty, gdy Kinnear prowadzi rozmowę z Kinnearem, bywają zgrzyty, gdy jego twarz zostaje koślawo nałożona komputerowo na ciało nastolatka, ale przestaje mieć to znaczenie (a wręcz nabiera sensu) w miarę rozwijania przez reżysera konceptu na całą historię. 

[Spoilery w następnym akapicie] 

W „Men” jest ta wspomniana, oczywista metafora, będąca krytyką patriarchatu, ale mamy też kolejny poziom interpretacyjny, do którego dostajemy klucz, czytelnie zasygnalizowany w finale, gdy dźwięk echa w tle wysyła nas myślami do istotnego momentu z początku filmu. Cudownie poprowadzona i zrealizowana scena zabawy w echo, kończąca się elementem grozy, okazuje się być momentem inicjującym całą dalszą fabułę, bo dochodzi w niej do rozszczepienia jakiegoś elementu osobowości Harper, oderwania się głęboko zakopanego poczucia winy, które dosłownie otrzymuje cielesną powłokę. Głos bohaterki, roznoszący się po tunelu falami, a każda z nich kopiująca ten oryginalny, pierwszy okrzyk, zdaje się też tworzyć w efekcie istotę będącą jakimś odpryskiem jej osoby niczym ostateczna forma echa, jego finalna kopia. Istota, która najpierw zostaje powołana do życia, a następnie przebudzona przez kolejne nadpływające „fale” okrzyków bohaterki, wstaje w końcu z ziemi i reaguje wściekłym krzykiem, jakby chciała wywrzeszczeć cały ból i wściekłość tkwiącą w Harper. Istota w różnych formach będzie prześladować Harper już do końca filmu, w finale dosłownie przechodząc przez długi cykl narodzin kolejnych form bólu, traumy i poczucia winy, które zrodziły się, ale też wyewoluowały, z tego pierwszego wydarzenia, czyli rodzinnej tragedii, i towarzyszącemu temu uczuciu zwątpienia oraz wyniszczającej myśli: „a może to była moja wina?”. 

Warto wspomnieć o zdjęciach, które początkowo odzwierciedlają i kodują kolorystycznie nastrój Harper. Piękne odcienie zieleni i ciepłego, słonecznego światła, oddają jej początkowy zachwyt prowincją oraz nadzieją, że miejsce uleczy jej udręczoną duszę. Skąpane w odcieniach czerwieni i pomarańczy sceny z przeszłości, głównie umieszczone w betonowym miejskim zamknięciu, ze światłem stłumionym przez zasłony, nadających mu nieprzyjemnej faktury, kojarzą się z czymś złym, przykrym, niechcianym. Dzika czerwień niektórych ścian kilkusetletniej prowincjonalnej posiadłości jest więc niczym zaproszenie, brama przejścia dla emocji wiążących się z tym negatywnym kodem kolorystycznym do realiów tego zielonego, przyjemnego, pocieszającego miejsca. Zieleń i promienne słońce szybko znikają z opowieści ustępując miejsca ciemnej nocy, niepokojącym mrokom i cieniom, ale też rozgwieżdżonemu niebu, sugerującemu, że być może jest jeszcze jakaś nadzieja dla bohaterki. 

Wielu widzów odrzuci „Men”, jedni rozczarowani autorskim dziełem odrzucającym proste ramy gatunkowe, drudzy dosłownością wielu zawartych w nim metafor, ale jest tu tyle dodatkowego dobra do przyswojenia i odkopania, obudowanego tyloma warstwami znakomitego aktorstwa, hipnotyzujących scen, pięknie tworzonego klimatu oraz soczystej grozy, że nie pozostaje mi nic innego, jak ponownie pokłonić się przed dziełem Alexa Garlanda.

niedziela, 29 maja 2022

Elvis - recenzja

 


To powinien być film otwarcia festiwalu w Cannes. Energetyczny, głośny, pobudzający i ekscytujący. Z drugiej strony wszystkie te zalety docenia się jeszcze bardziej pod koniec festiwalu, gdy tyłek boli już czterokrotnie bardziej podczas siedzenia na kolejnym smętnym filmie z niemrawą pracą kamery i montażystą robiącym sobie już trzydziestą przerwę na fajkę. Wtedy wpada Elvis, cały na biało, pokryty cekinami, posypany brokatem, głośniki walą szczodrze decybelami, a montażysta bierze nadgodziny żeby wyrobić się z wszystkimi tymi karkołomnymi sklejkami i przejściami. Rock ’n’ roll!!! 

Jeżeli chcecie się dowiedzieć czegoś wartościowego merytorycznie o Elvisie i czasach w których tworzył to raczej nie jest właściwy film. Baz Luhrmann poświęca wprawdzie należytą uwagę muzycznym inspiracjom artysty, czerpiącego garściami od czarnoskórych muzyków, opowiada o jego problemach z konserwatystami zniesmaczonymi seksualną naturą jego występów oraz histerii jaką wzbudzał w fankach. Jednocześnie ledwie prześlizguje się po wielu innych kwestiach, pomimo blisko trzygodzinnego metrażu, pędząc na złamanie karku przez klasyczną formułę biografii od kołyski aż po grób. 

Jest to zarazem zaleta tego filmu, stawiającego bardzo duży nacisk na spektakl, eksces i energię. Luhrmann miał zawsze świetne ucho przy wybieraniu muzyki do swoich filmów i tutaj nie jest inaczej. Muzyka rzadko cichnie w „Elvisie”, płynnie przeskakując pomiędzy piosenkami głównego bohatera i współczesnymi utworami, w tym rapem, często lepiąc je w jeden twór. Jest tego naprawdę dużo. Lista wykorzystanych utworów ciągnie się podczas napisów końcowych niczym seans filmu Alberta Serry. „Elvis” puszcza oko do młodych odbiorców, obojętnie podchodzących do twórczości (i osoby) klasyka muzyki popularnej, oferując im historię przybliżającą tę niezwykle istotną postać z przeszłości jednocześnie zanurzając ją w teraźniejszych nurtach muzycznych. Puryści pewnie będą zniesmaczeni, ale miłośnicy kultury śmiałego remiksu spod znaku „Moulin Rouge!” będą uradowani. 

Obsadzony w głównej roli Austin Butler jest doskonały. Wyśmienicie oddaje naturę artysty, charakterystyczną mimikę, styl wypowiedzi, przede wszystkim jednak imponująco odtwarza ogrom jego charyzmy scenicznej. Jest to też zasługa Luhrmanna, zakochanego w swoim bohaterze, zapatrzonego w niego, zbierającego szczękę z podłogi, leżącą obok tych należących do fanek, gdy Elvis potrząsa nieprzyzwoicie biodrami i w obślizgły sposób wpatrującego się okiem kamery w okolice jego krocza. Sceny występów to prawdziwa energetyczna petarda równie imponująca montażowo co inscenizacyjnie. Luhrmann kilkakrotnie przywołuje rozbuchany styl fotografii Davida LaChapelle, gdy Elvis na dużym zbliżeniu i spowolnieniu jest portretowany w rozpisanych choreograficznie w misterny sposób i pięknie wykadrowanych scenach interakcji z fankami stojącymi pod sceną. 

Najbardziej kontrowersyjną decyzją artystyczną Luhrmanna jest natomiast opowiedzenie historii Elvisa oczami jego menadżera, pułkownika Toma Parkera, cwaniaka i kombinatora, który swojego podopiecznego bezlitośnie eksploatował wysysając z niego życie, ale też przy okazji nieprzyzwoite ilości pieniędzy z jego konta. Reżyser nie próbuje go oceniać, pozwala nawet bronić mu swojego zachowania, odnosząc się w monologach z offu do stawianych mu zarzutów. Ostateczną decyzję pozostawia widowni, ale odbiór tej osoby będzie raczej jednoznaczny. Zwłaszcza, że Tom Hanks robi z niego karykaturę, uzbrojoną w dziwaczny akcent i pogrubiający kostium. 

„Elvis” to jednak przede wszystkim widowisko, a nie solidna biografia i staranne odtwarzanie faktów, bo Luhrmann bardziej jest zainteresowany próbą oddania emocji z patrzenia na Elvisa przez osobę żyjącą w połowie ubiegłego wieku, jak wgryzaniem się w głowę i serce artysty. Stąd też kłopotliwa pod pewnymi względami decyzja uczynienia go niejako bohaterem drugoplanowym własnego filmu biograficznego. Mamy się zachwycić wielką osobowością idola, a nie przebywać zbyt długo ze zmęczonym człowiekiem. Jeżeli chcecie emocji, fantastycznego widowiska i głośnej muzyki to trafiliście pod właściwy adres. Więcej merytorycznego konkretu musicie już niestety poszukać w innym miejscu.

sobota, 28 maja 2022

Close (Blisko) - recenzja

 


Z tegorocznego konkursu głównego w Cannes widziałem niemal wszystko. Zabrakło dwóch filmów do pełnego kompletu. Zobaczyłem dużo dobrych produkcji, ale nie mam żadnego faworyta, którego z miejsca pokochałabym równie mocno co „Parasite” podczas mojej ostatniej wizyty na Lazurowym Wybrzeżu. Jest natomiast kilka filmów, których wygraną przyjąłbym z zadowoleniem. Spośród nich, w sytuacji, gdy żaden z doświadczonych twórców nie pojawił się z rewelacyjnym tytułem, najbardziej kibicuję sukcesowi „Close” młodego (31 lat) belgijskiego reżysera, Lukasa Dhonta. 

 „Close” to zaledwie jego drugi pełny metraż w karierze, ale możecie go kojarzyć z debiutu, filmu „Dziewczyna”, który pojawił się kilka lat temu w Un Certain Regard. „Dziewczyna” była niezwykle subtelną i empatyczną opowieścią w której Dhont uważnie przyglądał się niuansom życia bohaterki, interakcjom z ludźmi, czasem skażonych bezmyślnym okrucieństwem, częściej jednak brakiem taktu i zrozumienia dla inności. Belg wnikliwie opisywał nieco autodestrukcyjną naturę głównej bohaterki, punktując desperację niektórych jej zachowań, ale przede wszystkim to jednak pochylał się nad wrażliwością Lary. 

Wszystko to jest również obecne w „Close”. Czułość z jaką opisuje głównych bohaterów, delikatność w kreśleniu niuansów ich relacji, empatia z jaką wgryza się w ich zachowania, ale też brak oceny przy przedstawianiu ich odmiennych postaw, wszystko to składa się na niezwykle wrażliwe, emocjonalnie naładowane, skromne kino o wielkich kwestiach. 

 Próba ugryzienia pełnej psychologicznej skali tej historii jest niemożliwa bez wejścia na teren istotnych spoilerów fabularnych, co byłoby w tej chwili oczywiście nie na miejscu, ale mogę zdradzić, że film opowiada o dwóch młodych chłopcach. Remi i Léo przyjaźnią się od lat. Chłopców łączy bardzo czuła więź charakteryzująca się dużym komfortem w okazywaniu sobie bliskości. Młodzi bohaterowie lubią być blisko siebie, przytulić się, otrzeć ramieniem, położyć głowę na kolanach wygrzewając się na trawie. Nie ma w tym seksualnej energii, Remi i Léo są jeszcze zbyt młodzi i niewinni żeby myśleć o pożądaniu drugiej osoby, na razie to dwoje przyjaciół lubiących spędzać ze sobą czas. Problem w tym, że ich otoczenie zaczyna zwracać na to uwagę i komentować, nie ma w tych słowach jakiejś niechęci lub wrogości podszytej homofobią, tylko niewinne żarty, ale to wystarcza żeby Léo zaczął się przejmować jak postrzegają ich szkolni znajomi. Zaczyna unikać fizycznego kontaktu z przyjacielem, samotnie zapisuje się do drużyny hokejowej i jest wyraźnie niezadowolony, gdy Remi rozważa dołączenie do zespołu. Remi zdaje się nie dostrzegać problemu Léo, nie zwraca uwagę na komentarze innych, nadal pragnie dużej bliskości przyjaciela więc rosnący dystans pomiędzy nimi bardzo go rani. 

„Close” opowiada o dojrzewaniu młodych chłopców, o tym formacyjnym momencie w życiu, gdy dziecięca niewinność wielokrotnie zderza się z szorstką rzeczywistością, a efekt tych licznych kolizji tworzy pierwszy zarys przyszłego dorosłego człowieka. Dhont wgryza się w nieoczywisty sposób w wiele ciekawych zagadnień, przyglądając się płciowym rolom narzucanym przez społeczeństwo, odgórnym normom dotyczącym akceptowalnych granic cielesnej bliskości, poczuciu winy, wstydu, ale też rozpaczy. Wszystko to jednocześnie pozostawia do rozpakowania widzowi, bo podrzuca tylko wyraźne wskazówki, ale samemu jest bardziej zainteresowany dyskretnej obserwacji swoich bohaterów i temu co się dzieje w ich głowach. Robi to fenomenalnie, bo już krążą po festiwalach korytarzach historie o mężczyznach, którzy większość seansu spędzili ocierając łzy z twarzy. 

Mając więc to wszystko na uwadze to przyznanie Złotej Palmy dla „Close” wydaje się być najlepszym wyborem. Po pierwsze, bo byłaby to piękna historia sukcesu młodego twórcy. Po drugie, bo jest to film, który naprawdę zasługuje na rozgłos i trafienie do jak najszerszego grona odbiorców.

piątek, 27 maja 2022

The Silent Twins - recenzja

 


Z przyjemnością i dumą obserwuję jak szybko Agnieszka Smoczyńska pnie się po canneńskiej drabince. Cztery lata temu pojawiła się w bocznej sekcji (Critics’ week) ze swoim drugim filmem. „Córki dancingu” narobiły wcześniej sporo szumu na świecie więc nie dziwiło, że „Fuga” została przyjęta z otwartymi ramionami przez sekcję skupioną na debiutach i drugich filmach w karierze młodych twórców. Minęło kilka lat i kolejny film Smoczyńskiej trafia do Cannes. Już w programie głównym. Jeszcze nie konkurs główny, ale niemniej prestiżowe Un Certain Regard dające zaistnieć na filmowej mapie mniej „gorącym” produkcjom. Nie zdziwię się jeżeli kolejny film Smoczyńskiej będzie już walczyć o Złotą Palmę. Zwłaszcza po tym, jak prezentowała się podczas przedwczorajszej festiwalowej premiery „The Silent Twins”. Pewna siebie, elokwentna, pełna pasji i miłości do swojego filmu oraz pracujących przy nim ludzi. Nie był to kolejny neurotyczny twórca wciąż niedowierzający, że przyjęto jego film do Cannes, tylko zdolna reżyserka, już rozpoznawalna na świecie, która jest na swoim miejscu. Całkiem słusznie, bo „The Silent Twins” to kawał porządnego kina. 

Film jest oparty na autentycznej historii dwóch bliźniaczek z Walii, które odmawiały komunikacji ze światem zewnętrznym. Siostry odzywały się tylko do siebie, i to gdy były same, wtedy dopiero żartowały, śpiewały, przekomarzały się, ale też prowadziły ostre kłótnie. Gdy pojawiał się ktoś trzeci, nieważne czy to był rodzic, siostra, nauczyciel, czy też ktoś zupełnie obcy, zupełnie milkły. W chwili wątpliwości, pokusy wydania z siebie dźwięku, jedna zerkała na drugą, jakby w poszukiwaniu potwierdzenia, że pakt milczenia jest wciąż w mocy, a może w nadziei, że dojdzie do jego złamania, otrzymania przyzwolenia na zrobienie tego. June (Letitia Wright) i Jennifer (Tamara Lawrence) dzieliła niezdrowa, toksyczna relacja, wywierały na sobie nawzajem okropny wpływ, nakręcając się latami w tej chorej relacji ze światem zewnętrznym, gdy były razem to czasem kończyło się wybuchami przemocy pomiędzy nimi i pełnymi nienawiści wyrzutami, ale odseparowane wpadały w stany katatoniczne. 

Brzmi jak idealna historia dla reżyserki, która wyspecjalizowała się w portretach niebanalnych kobiet. W „Córkach dancingu” przyglądała się siostrzanej relacji młodych niecodziennych młodych kobiet stających naprzeciw reszty świata. W „Fudze” opowiadała o kobiecie, która musiała odkryć siebie na nowo, odkopać informacje o zapomnianej przeszłości i zdecydować, czy chce odgrywać rolę obcej jej kobiety i powrócić do prowadzenia życia, którego nie pamięta. W „The Silent Twins” odnajdziemy ślady obu tych filmów. Film bywa śmiały formalnie. Już w pierwszej scenie bohaterki czytają na głos nazwiska obsady, w tym samych siebie, łamiąc tym samym czwartą ścianę w animowanych napisach początkowych, zwiastujących przy okazji powracający przez cały film motyw kolorowych, szalonych scen, pokazujących bogatą wyobraźnie obu sióstr, którą próbują przelać na papier (jedna wydała nawet książkę). Jednocześnie jest to film równie ponury, chłodny, stonowany, skupiony na szczerych emocjach i głębi psychologicznej, co „Fuga”. Odnaleźć można tu lekki romans z konwencją horroru, zwłaszcza w początkowej części opowiadającej o małych dziewczynkach, milczących, dość niepokojących, kopiujących swoje ruchy i zachwiania, porozumiewających się ze sobą w bardzo specyficzny sposób, będący czymś pomiędzy seplenieniem, a nie w pełni wykształconym narządem mowy. Gdy młode aktorki ustępują miejsca Wright i Lawrence (wszystkie cztery role bardzo dobre) to mniej w tym już grozy, a więcej smutku, bo porzucone przez nierozumiejące je społeczeństwo pogrążają się coraz głębiej w swoim aspołecznym dziwactwie prowadzącym do napiętnowania ich jako osób chorych psychicznie. 

„The Silent Twins” wysyła wyraźny sygnał, że Smoczyńska gra już w nowej, światowej lidze. Jest to oczywiście projekt niezależny, raczej niekomercyjny, kino zdecydowanie festiwalowe, skierowane do bardziej wymagających kinomanów, ale pokazujące, że polska reżyserka bez kompleksów odnajduje się w realiach produkcji zagranicznej i mogłaby spokojnie udźwignąć jakiś bardziej komercyjny angielskojęzyczny projekt. Pytanie natomiast, czy tego w ogóle pożąda i potrzebuje do szczęścia. Agnieszka Smoczyńska konsekwentnie podąża własną artystyczną ścieżką, nie oglądając się na oczekiwania i wymogi publiczności, szybko wypracowując charakterystyczny autorski styl, niełatwy w odbiorze, ale fascynujący, wciągający, pobudzający intelektualnie i emocjonalnie.

wtorek, 24 maja 2022

Crimes of the Future - recenzja

 


W ostatnich tygodniach, a zwłaszcza dniach, prowadzących do canneńskiej premiery, tyle krążyło doniesień o szokujących scenach w nowym filmie Davida Cronenberga, o zniesmaczonych ludziach, którzy będą masowo wychodzić już po pierwszych minutach seansu, a przy okazji pełnych rozrzewnienia wspomnień z okresu, gdy Lazurowe Wybrzeże zapłonęło gniewem i odrazą po festiwalowych pokazach „Crash”, że łatwo było ulec wrażeniu nadchodzącej niechybnie apokaliptycznej nocy, która wstrząśnie Cannes w tym roku. Otóż nie. „Z pokazu wyszło tylko pięć ludzi”, donosił później rozczarowany zachodni krytyk. No rzeczywiście trochę słabo, bo więcej ludzi z sali kinowej jest tu w stanie przegonić dziesięciominutowa scena pasącej się kozy. 

 Nie miejcie jednak złudzeń, osoby nieprzygotowane na kontakt z Cronenbergiem dostaną tutaj pełno motywów od których odbiją się z głośnym hukiem. Rozcinane ciała oddychających ludzi odkrywające skrywane w nich bebechy kręcone na dużych zbliżeniach. Sekcja zwłok kilkuletniego chłopca uduszonego przez matkę obrzydzoną jego mutacją. Lizanie otwartych ran jako źródło seksualnej rozkoszy. Cronenberg przygotował dla widowni pełen pakiet cielesnej grozy i odrazy. Jednocześnie nie ma tutaj niczego niespodziewanego dla osób zaznajomionych z jego twórczością. Klient dostaje towar zgodny z zamówieniem. Smakowitą, mroczną, skąpaną w czarnym humorze potrawkę z ciała i narośli nowotworowej. 

 W „Crimes of the Future” Cronenberg kreśli ponury świat przyszłości na granicy posthumanizmu. Ludzie zapomnieli czym jest ból fizyczny. Przestali go odczuwać. Ich organizmy zaczynają wytwarzać nowe organy, które (jeszcze?) nie spełniają żadnego zadania. Specjalna organizacja próbuje dopilnować żeby osoby z tymi dziwnymi nowotworami nie płodziły potomstwa z obawy, że młode pokolenia będą się już od razu rodzić z organami nieznanymi dotąd ludzkości. Walka jest oczywiście skazana na porażkę i gruntowna ewolucja ludzkości w coś nowego wydaje się być nieunikniona. Na razie główny bohater, Saul Tenser (Viggo Mortensen), wykorzystuje wyjątkową płodność swojego organizmu do wytwarzania nowych organów przy performance’ach artystycznych podczas których jego partnerka (Léa Seydoux) wycina je i tatuuje. 

Ciężko tu w sumie mówić o jakiejś fabule, bo film jest raczej panoramą tego specyficznego świata skąpanego w mroku. Cronenberga od budowania jakiejś historii bardziej interesuje stawianie pytań o to, gdzie kończy się człowiek, a zaczyna nowa istota. Zastanawia się nad stawianiem granic moralnych w sztuce i przygląda ludzkości, która daleko oddaliła się od swoich naturalnych zachowań. 

Jest to przegadany film, ale to ten rodzaj dialogu, którego można słuchać bez chwili znużenia. Cronenberg nie nudzi, jest treściwy, zabawny, zdyscyplinowany montażowo (całość trwa 107 minut), pięknie buduje futurystyczny klimat przy raczej skromnym budżecie. Jest tu dużo nawiązań stylistycznych do starszych filmów Kanadyjczyka, ale to raczej zbliżenie się o kilka kroków do finalnej formy idei rozwijanych przez całą twórczość jak pasywne zżeranie swojego ogona. 

Jest to też film zadziwiająco uroczy, reżyser przygląda się z pewnym ciepłem swoim głównym bohaterom i łączącej ich relacji, jakby chciał powiedzieć, że nawet gdy pewnego dnia zabraknie na świecie miejsca dla ludzkości jaką znamy, to wciąż będzie istnieć idea humanizmu w tym, co po niej zostało. 

Jest to chyba najbardziej szokująca rzecz w jego nowym filmie.

niedziela, 22 maja 2022

Three tousand years of longing - recenzja

 


Nowy film George’a Millera został zrobiony niejako w kontrze do poprzedniego jego dzieła. „Mad Max: Fury Road” został przez niego wykastrowany z historii i dialogów, ale jednocześnie obdarzony imponująca ilością detali opisujących postapokaliptyczne realia za pomocą obrazu. Miller dokonał imponującej sztuki poprowadzenia narracji oraz rozwoju relacji pomiędzy postaciami głównie poprzez (wybitnie zrealizowane) sceny akcji bez żadnej straty dla filmu. „Fury Road” było zaplanowane jako bardzo prosta historia zabierająca bohaterów w wariacką pogoń tam i z powrotem przez pustynię wypełnioną psychopatami. Fabuły w tym było niewiele, ale treści już całkiem sporo, bo uważny widz, skupiony na tym, co wyłożono przed nim, otrzymywał starannie przemyślany portret różnych społeczności żyjących na bezdrożach nuklearnej ziemi jałowej. 

 „Three tousand…” jest zupełnym przeciwieństwem tego fabularnego minimalizmu. Film jest przeładowany treścią, historią, dialogami. Postaciom rzadko zamykają się tu buzie. Prowadzą widza ciągłym głosem z offu nawet przez sceny akcji. Zupełnie jakby Miller chciał wyrobić jakieś normy dialogowe zaniżone poprzednim filmem. „Three tousand…” jest tak bardzo skupione na snuciu opowieści jako podstawowej wartości filmu, że główną bohaterką (Tilda Swinton) czyni wykładowczynię akademicką specjalizującą się w narratologii. Kobieta jest znawczynią i fascynatką sztuki opowiadania. Z uwagą studiuje historie od stuleci snute przez ludzkość, analizując ich budowę, znaczenia, powtarzalne motywy. Śpi w pokoju hotelowym w którym Agatha Christie napisała „Śmierć na Nilu”. W antykwariatach wyszukuje przedmioty, które „niosą ze sobą jakąś historię”. W taki sposób wchodzi w posiadanie magicznej lampy skrywającej w sobie dżinna (Idris Elba). 

 Znacie reguły. Trzy życzenia. Ostatnie daje wolność magicznej istocie uwięzionej od wieków w naczyniu. Forma w jakiej dochodzi jednak do spełnienia tychże życzeń zazwyczaj bywa podchwytliwa, bo rzadko kończą się one czymś dobrym dla osób wypowiadających je. Z całą pewnością nie trzeba tego tłumaczyć bohaterce, która najchętniej zrezygnowałaby z oferty dżinna, pomimo jego licznych zapewnień, że nie ma złych intencji i chciałby tylko mieć to już za sobą. Natychmiast nawiązuje się pomiędzy nimi relacja oparta na rozciągniętej na kilka tysięcy lat opowieści snutej przez magiczną istotę. Poznajemy jego losy, historie osób, które korzystały wcześniej z trzech życzeń, co poszło nie tak w ich przypadku, ale też dlaczego dżinn ciągle kończył jako istota uwięziona. 

 I tutaj się zatrzymam, bo śledzenie rozwoju tej historii jest tym, co trzyma przy ekranie. „Three tousand…” to wciągająca filmowa baśń, rządząca się regułami opowieści z morałem, ale starająca się przez cały czas uciekać od moralizatorskiego tonu lub pretensjonalnych wynurzeń. Miller jest tutaj bardziej rozgadany, ale nie zapomina o stronie wizualnej, którą oparł na przyjemnej dla oczu (bogatej) palecie kolorystycznej i pięknych „kosmicznych” motywach. Porusza się w realiach magicznych więc pozwala sobie na nieco więcej w kwestii umowności niektórych scen, ale zawsze jest to w granicach obranej konwencji, ma zadanie olśniewać i imponować, nigdy nie sprawia natomiast wrażenia pustej formy i niepotrzebnego komputerowego fajerwerku. Cukierek dla oczu, ale spełniający rolę dopełnienia historii. Miałem przyjemność oglądać w sali Imax i tym właśnie było, czystą estetyczną satysfakcją wynikającą z obcowania z czymś ładnym. 

 Nie spodziewajcie się natomiast kolejnego „Fury Road”, nie ma tutaj tego „pieprznięcia”, tej dzikiej energii, drobiazgowo zaplanowanych detali opisujących filmowy świat, czy też potencjału do wielokrotnych seansów. Nie jest to jednak zarzut, bo wcale nie mieliśmy tego znaleźć w tym filmie, nie ma w nim miejsca na takie rzeczy, gdyż to zupełnie innego rodzaju opowieść. Jest to wielowątkowa baśń skupiona na sztuce opowiadania, na czarowaniu odbiorcy przyjemnie płynącą narracją i kreśleniu przed nim świata pełnego magii. Z tego zadania wywiązuje się bardzo dobrze.

czwartek, 19 maja 2022

Top Gun: Maverick



Najlepsze porno z odrzutowcami na rynku. Poszedłem bez większych oczekiwań, pokochałem od pierwszych sekund, gdy tylko z głośników pieprznął potężny dźwięk silników wojskowych samolotów, a chwilę później dołączyło „Danger zone” Kenny’ego Logginsa. Joseph Kosinski i Tom Cruise doskonale wiedzą na jakiej nucie powinni zagrać żeby podbić serce docelowego odbiorcy. 

Nowy „Top Gun” to kino proste fabularnie. Historia jest pretekstowa i schematyczna. Dramaturgiczną oś konfliktu i przebieg finałowej misji można bezbłędnie zarysować sobie w głowie na podstawie zwiastunów. Maverick jest wciąż niepokorny, ale dalej uchodzi mu to płazem, bo jest wybitnym pilotem, a do tego wspiera go dawny kolega (Iceman), który zdążył się dochrapać rangi majora. Rooster (Miles Teller) jest obrażony na Mavericka, bo nie dość, że ten był zamieszany w śmierć jego ojca (Goose z pierwszej części) to jeszcze podkopał jego karierę w wojsku próbując ustrzec go przed pójściem w ślady taty. Historia nie przejdzie do finałowego etapu dopóki panowie nie zdołają się dogadać. Koniec fabuły. Aha, no i jeszcze jest miniaturowy wątek romantyczny z udziałem Jennifer Connelly. No jest. O taki tyci. 

 Wszystko to jest naprawdę nieważne. Nie ogląda się przecież porno z odrzutowcami dla zniuansowanych psychologicznie relacji pomiędzy postaciami i skomplikowanej fabuły. Samoloty mają pięknie wyglądać, robić hałas, latać z zawrotną prędkością i robić imponujące powietrzne piruety. W „Top Gun: Maverick” mamy to wszystko i jeszcze trochę. Cruise wiedział co robi ściągając do projektu swojego kolegę z „Oblivion”. Jeżeli Joseph Kosinski jest w czymś naprawdę dobry to niewątpliwie w tworzeniu ładnych filmowych obrazków. Wspólnie z nadwornym operatorem (Claudio Miranda) asystują w czułej, acz intensywnej, miłości pomiędzy kamerą i prawdziwymi gwiazdami tego filmu, odrzutowcami. Okiem kamery prześlizgują się po ich kształtach, obłapiają wzrokiem zagięcia, rakiety, kokpity. Z zachwytem wpatrują się jak pędzą w powietrzu. Tom Cruise nalegał żeby nie tylko on (co już nikogo nie dziwi na tym etapie jego kariery), ale też reszta obsady naprawdę siedziała w kokpitach i doświadczała przeciążeń wiążących się z lataniem tymi maszynami. Było warto, szczególnie w scenach z jego udziałem, gdy obserwujemy z bliska twarz Mavericka robiącego szalone „bączki” w powietrzu. 

 Jeżeli kogoś to zupełnie nie ekscytuje to film dostarczy mu trochę materiału do narzekań. Kosinski lubi uderzać w ckliwe tony. Bywa też lekko tandetny, ale w taki uroczo-pocieszny sposób. Historia nie trzyma na krawędzi fotela, ale wszystko to jest jedynie wypełniaczem pomiędzy kolejną dawką porno z odrzutowcami, a jako takie produkcja zapełnia 100% satysfakcji. Polecam obejrzeć w kinie z porządnym nagłośnieniem i potężnym ekranem.