niedziela, 30 września 2018

Martin Scorsese: making of, część pierwsza

Szukając czegoś w archiwum wpisów z fejsa, przypadkiem wpadłem na tekst poświęcony kulisom realizacji „Gangów Nowego Jorku”. Przypomniałem sobie, że kilka lat temu wrzuciłem kilka takich wpisów poświęconych twórczości Martina Scorsese, co było efektem lektury książki „Martin Scorsese: A Retrospective” Toma Shone’a (polecam). Szkoda, żeby to się marnowało w facebookowej próżni więc postanowiłem wykopać wszystkie wpisy, poprawić je, a następnie wrzucić na bloga. Dziś będzie o „Wagonie towarowym Bertha” oraz „Wściekłym Byku”, a kolejny tekst opowie o „Przylądku strachu” oraz wspomnianych „Gangach Nowego Jorku”.


Wagon towarowy Bertha

Na początku lat 70. Martin Scorsese przeniósł się do Los Angeles żeby być bliżej przemysłu filmowego. W L.A. wytrzymał tylko kilka lat, bo szybko doszedł do wniosku, że jego miejsce jest w ukochanym Nowym Jorku. W 1971 nie miał jeszcze żadnej pozycji w branży. Nakręcił kilka obiecujących krótkometrażówek, jeden przyzwoity film długometrażowy, w którym zadebiutował zresztą Harvey Keitel ("Kto puka do moich drzwi"), a następnie podjął się realizacji filmu na zlecenie ("The Honeymoon killers"), ale po dwóch tygodniach został zwolniony, więc gdy zaoferowano mu w L.A. pracę przy montażu dokumentu muzycznego "Medicine Ball Caravan" nie zastanawiał się długo nad przeprowadzką do Hollywood. Na miejscu od razu zaprzyjaźnił się z kilkoma innymi zdolnymi młodymi reżyserami (Francis Ford Coppola, Steven Spielberg, George Lucas, może któregoś kojarzycie) i dostał ofertę pracy od legendarnego producenta kina exploitation, Rogera Cormana.

Roger wręczył mu 200-stronicowy - a przy tym bardzo zwarty - scenariusz "Wagonu towarowego Bertha" i powiedział, że może go przerabiać do woli. Marty musiał się stosować tylko do jednej zasady: sceny rozbierane miały się pojawiać przynajmniej raz na piętnaście stron. Sama realizacja nie była już tak bezstresowa, bo Corman często pojawiał się na planie żeby upewnić się, że film zostanie zrealizowany w przewidzianym czasie. Pod koniec realizacji zażyczył sobie jeszcze nakręcenie niezaplanowanej sceny pościgu, którą Scorsese musiał wcisnąć w napięty grafik. Producent nad głową siedział mu także w studiu montażowym. Gotowa zmontowana wersja trwa 90 minut, surowa wersja była dłuższa o 30 minut. John Cassavetes po zobaczeniu tej drugiej (poproszony przez Scorsese) powiedział koledze po fachu, że zmarnował rok życia na nakręcenie gównianego filmu. Szybko uzupełnił, że w swoim gatunku jest to dobry film, ale reżyserzy jego klasy nie powinni trwonić talentu na takie produkcje. Młodemu koledze doradził żeby teraz energię poświęcił opowiedzeniu historii, która szczerze go interesuje. Marty wziął sobie radę do serca. Jego następnym filmem były "Ulice nędzy".



Wściekły Byk

Pod koniec lat 70. Martin Scorsese był wyniszczony zdrowotnie i wypalony zawodowo. Po ogromnym sukcesie artystycznym "Taksówkarza", który został nagrodzony Złotą Palmą w Cannes, reżyser nie miał pomysłu na siebie, a do tego był po uszy zanurzony w narkotykach i hedonistycznym trybie życia. Naglące terminy zmusiły go do rozpoczęcia realizacji "New York, New York" bez ukończonego scenariusza. Scenarzyści pracowali nad fabułą praktycznie do ostatniego dnia produkcji. Liza Minnelli i Robert De Niro zaczęli w końcu improwizować dialogi, a Scorsese był zbyt odurzony narkotykami żeby zapanować w pełni nad tym bałaganem. Film okazał się klęską finansową i zarobił zaledwie 16 milionów dolarów.

Scorsese był zmęczony reżyserią i przekonany o tym, że się już wypalił jako twórca filmowy. Gdy wiec De Niro kolejny raz zgłosił się do niego z propozycją realizacji "Wściekłego byka", do czego namawiał go od lat, reżyser znowu odmówił. Uważał, że kolejny wspólny projekt nie jest dobrym pomysłem i powinni od siebie odpocząć. Aktor się jednak nie poddawał i po jakimś czasie reżyser zmienił zdanie. Scorsese dostrzegł interesującą paralelę pomiędzy autodestruktywną naturą głównego bohatera, a własnym trybem życia. Martin był przekonany, że nie dożyje do czterdziestki, a "Wściekły byk" będzie ostatnim filmem w jego karierze. Drogą autodestrukcji poszedł również De Niro, który dla roli przytył prawie czterdzieści kilo - skoczył z wagi ok. 65kg na poziom bliski 100kg. Zanim do tego jednak doszło, odbył roczny trening z samym LaMottą i okazał się w tym na tyle dobry, że bokser zorganizował mu trzy profesjonalne walki pod pseudonimem, z czego dwie zdołał nawet wygrać. Cały ten trud opłacił się aktorowi, bo zaowocował drugim (i jak na razie ostatnim w karierze) wygranym Oskarem.


Co ciekawe, na czarno-białą formę reżyser zdecydował się ze względu na czerwone rękawice bokserskie, które nie podobały mu się wizualnie.

„Przed realizacją poszedłem na dwa mecze bokserskie, pięć rund pomiędzy nieznanymi bokserami. Pierwszego wieczoru, pomimo tego, że siedziałem daleko od ringu, widziałem gąbkę czerwoną od krwi, i to właśnie wtedy film zaczął nabierać kształtu. Następnym razem siedziałem o wiele bliżej i widziałem krew ściekającą z lin. Pomyślałem sobie, że to z całą pewnością nie ma nic wspólnego z żadnym sportem”.

Ciąg dalszy nastąpi…

niedziela, 16 września 2018

X-Files: pięć ulubionych momentów pomiędzy Mulderem i Scully.


Jeżeli ktoś jest tutaj wystarczająco długo to może pamiętać, że kilka lat temu zabrałem się za ponowne oglądanie „X-Files” od początku. Sporo wtedy pisałem o serialu. Liczyłem, że w kilka miesięcy uda mi się przypomnieć sobie wszystkie stare sezony (i nadrobić ostatnie dwa) przed premierą tych nowych odcinków. Nie udało się, trochę z powodu tego, że geo-piractwo na Netfliksie zrobiło się problematyczne i stało się praktycznie niemożliwym logowanie do amerykańskiej wersji na konsoli (a na ekranie komputera nie oglądam filmów). Na brytyjskiej wersji niestety nie było „X-Files”, a ja do tego odczuwałem już lekki przesyt serialem, więc odpuściłem jakoś w połowie siódmego sezonu.

Poniedziałkowa rocznica (25 lat od premiery pierwszego sezonu) zainspirowała mnie do spontanicznego tygodnia z „X-Files”, którego nie ogłaszałem jakoś specjalnie, bo postanowiłem zobaczyć, czy kolejne wpisy na facebooku będą się przyjmować równie dobrze. Przyjęły się. Mnie natomiast zaczęło teraz kusić żeby wrócić do siódmego sezonu i dokończyć stare odcinki. Całość jest obecnie na brytyjskim Amazonie Prime, więc ogranicza mnie tylko wolny czas, czyli najgorszy zabójca takich pomysłów.

Wracając jednak do tygodnia z „X-Files” to chciałem go zakończyć czymś bardziej osobistym, jak tylko kolejnym pociesznym zdjęciem na fejsie, ułożyłem więc listę pięciu ulubionych momentów pomiędzy Mulderem i Scully.


„Pilot”

A konkretnie to finał pierwszego odcinka. Początek wieloletniej wspólnej przygody, pełnej strapień, bólu i obaw, ale też radości, ekscytacji oraz wzajemnej intelektualnej stymulacji. Ona zostaje wysłana do niego żeby obserwować z bliska oszołoma i donieść szefostwu, gdy ten w końcu posunie się o jeden krok za daleko. On biega za zielonymi ludkami, wszędzie wietrząc spiski, więc realistka-konfidentka, twardo stąpająca po ziemi i zapatrzona w naukowe fakty, jest dla niego osobą z innej bajki. Pod koniec odcinka odkrywają, że jest to mieszanka przeciwnych charakterów, która owocuje czymś kreatywnym. Stanowią dla siebie nawzajem filtr, zapewniając pole do dyskusji, arenę wiecznego drążenia do prawdy, kwestionowania tego w co się wierzy, negowania bzdur i wyłuskiwania tego, co jest naprawdę wartościowe i zasługujące na dalszą analizę. Przede wszystkim jednak - odkrywają w sobie głęboką fascynację tą drugą osobą, chęć poznania jej lepiej, zgłębienia jakże odmiennego rozumowania i przeciągnięcia na swoją stronę, co oczywiście zaowocuje w przyszłości wzajemnym przepisaniem systemu wartości i modyfikacją podejścia do świata.

„War of the Coprophages” (s03e12)

Mulder na tropie morderczych metalowych karaluchów. Scully puka się w czoło i zamiast tego zostaje na weekend w domu żeby umyć psa. Mulder oczywiście ciągle wydzwania do Scully po ekspertyzę, przerywając jej pałaszowanie lodów albo lekturę „Śniadania u Tiffany’ego”. Później pojawia się seksowna pani entomolog o imieniu Bambi, o której Mulder zaczyna mówić stanowczo zbyt wiele, i nagle Scully znajduje czas żeby do niego polecieć.


„Bad Blood” (s05e12)

Mulder na początku odcinka zabija osinowym kołkiem nastoletniego wampira. Okazuje się jednak, że chłopak nosił jedynie sztuczne zęby. Przygotowując się do wizyty w gabinecie dyrektora Skinera, agenci próbują dojść do tego, czy to był przykład nadnaturalnej sprawy, czy też Mulder zapędził się w swej ocenie i w efekcie stał się mordercą. Całość opowiedziana jest niczym „Rashomon” Kurosawy, poznajemy te same wydarzenia z dwóch perspektyw. Scully jest oczywiście sceptyczna, Mulder nadmiernie podekscytowany wampiryczną naturą badanej zbrodni. Obie perspektywy są przekłamane, bo w karykaturalnie przesadzony sposób przedstawiają typowe zachowania bohaterów i opisują interakcję pomiędzy nimi. Uwieńczeniem tego jest Luke Owen, w roli miejscowego szeryfa, który według Scully był zapatrzonym w nią, dzielnym i przystojnym, stróżem prawa, a w wersji Muldera przygłupim miejscowym matołkiem, zaopatrzonym w nienaturalnie duże i wystające zęby.

The Post-Modern Prometheus (s05e05)

Mulder i Scully trafiają na współczesną wersję potwora Franksensteina, nieszczęśliwą kreaturę poszukującą miłości, beznadziejnie zakochaną w kanapkach z masłem orzechowym oraz muzyce Cher (efekt wakacyjnej obsesji Chrisa Cartera na punkcie artystki i jej piosenek). W finale agenci FBI zabierają przystojniaka na koncert artystki, on fika radośnie, sobowtór piosenkarki wciąga go na scenę (Cher odrzuciła propozycję tego małego cameo, bo liczyła na większą rolę w popularnym serialu, później tego żałowała, gdy zobaczyła gotowy odcinek), a Mulder zaprasza Scully do tańca. Za takie momenty kocham ten serial.


„The Unnatural” (s06e19)

Prolog. Lipiec 1947, Roswell. Grupa mężczyzn gra w baseball. Wśród nich utalentowany czarnoskóry zawodnik, który ma szansę na trafienie do New York Yankees. Bohaterów atakują rycerze KKK. Wywiązuje się szamotanina, jeden z klansmanów pada nieprzytomny. Któryś z graczy ściąga mu kaptur. Odkrywamy, że skrywa szarego ludka. Ja parskam. Wchodzi czołówka serialu. Nie przestaję się śmiać.

A później się okazuje, że to w sumie całkiem fajny odcinek jest i kończy go jedna z najromantyczniejszych scen pomiędzy Mulderem i Scully. Scena budowana na poziomie emocjonalnym przez sześć sezonów, spinająca długoletnią współpracę bohaterów, posyłającą mrugnięcie okiem do widzów, którzy od lat zadawali sobie pytania: „zrobią to? kiedy to zrobią? jak to zrobią? czy to już teraz?”, ale też dalej pozostawiająca to na płaszczyźnie niedopowiedzeń. Ona zdradza, że nigdy nie grała w baseball. On ją zabiera na boisko. Ocierają się ciałami, że niby ją uczy machać kijem, żartują sobie, jej się świecą oczy, on rzuca dwuznacznym tekstem, kij w dłoniach, półksiężyc na niebie, gospel w tle. Magia.
KLIK

sobota, 15 września 2018

Whiplash - o filmie, który narodził się z produkcji krótkometrażowej


"Whiplash" odniósł niezaprzeczalny sukces artystyczny. Od premiery na festiwalu w Sundance, gdzie został okrzyknięty mianem objawienia, zaliczał kolejne wielkie imprezy filmowe podbijając serca kinomanów (sam miałem szczęście zobaczyć go w Cannes i z miejsca się zakochałem), a następnie przeróżnych gremiów wręczających nagrody filmowe. Uwieńczeniem tego było zdobycie dwóch nominacji do Oscara (za najlepszy scenariusz oraz film), a do tego zgarnięcie dwóch zasłużonych statuetek w kategoriach technicznych (dźwięk i montaż) oraz dla najlepszego aktora drugoplanowego. Sukces projektu nie był jednak oczywisty. Początkowo Damien Chazelle odbijał się o kolejne zamykane mu przed nosem drzwi, bezskutecznie poszukując środków finansowych na realizację filmu. Nikt nie chciał uwierzyć, że historia ma potencjał na film pełnometrażowy.

Chazelle zmienił więc strategię i postanowił stworzyć wersję próbną. Przynajmniej on tak uważał, bo producenci i sponsorzy byli przekonani, że finansują film krótkometrażowy. Osiemnastominutowy "Whiplash" (KLIK) to w zasadzie trzy sceny z filmu, a konkretniej to słynna próba zespołu, podczas której Andrew próbuje "ustalić" z Fletcherem kwestię tempa gry na instrumencie. W krótkometrażówce nie wystąpił Miles Teller, tylko Johnny Simmons, ale kilku muzyków z zespołu powtórzyło później swoje role. Między innymi Nate Lang, czyli konkurencyjny perkusista, bohater drugiego planu robiący komiczne miny za plecami Andrew, bo już wie, że szczeniak zaraz przeżyje koszmar. Zresztą to Lang przygotowywał przez kilka tygodni Tellera, mającego już wprawdzie wieloletnie doświadczenie w grze na perkusji, ale jedynie w repertuarze rockowym.


Krótkometrażówkę nakręcono w pięć dni. Chazelle łudził się, że przy drugim podejściu będzie miał więcej czasu na realizację sceny. Szybko został sprowadzony na ziemię, bo pełnometrażowa wersja miała na tyle napięty plan zdjęciowy, że musiał się wyrobić w trzy dni. Przy pierwszym podejściu "Whiplash" kręcono w katolickiej szkole, co było o tyle problematyczne, że Fletcher klnie jak szewc i ekipa kombinowała jak mogła, żeby nie narażać uczniów na dużą dawkę wulgaryzmów. Niepotrzebnie się stresowali, bo siostry ponoć podchodziły do sprawy ze zrozumieniem.

Agresywne tyrady słowne Fletchera zresztą nie zawsze miały sens. Jak na złośliwego perfekcjonistę to zaskakująco często popełniał w nich błędy logiczne i najlepiej za wiele nie zastanawiać się nad sensem jego wypowiedzi ("This is not your boyfirend's dick, so don't come too early."). Czasem było to efektem przejęzyczenia Simmonsa, który na przykład przy jednym ujęciu zamiast "If you deliberately sabotage my band, I will gut you like a pig" powiedział "fuck you like a pig". Spodobało się to reżyserowi, który poprosił aktora o stosowanie takiej formy w kolejnych ujęciach, ale ten zdecydowanie odmówił. Chazelle wykorzystał więc później przy montażu to jedyne nakręcone z czego Simmons nie był zadowolony. W pełnometrażowej wersji również słyszymy o robieniu nieprzyzwoitych rzeczy ze świnią, aktor bynajmniej nie zmienił swojego zdania w tej kwestii i nie powtórzył na życzenie reżysera błędnej wersji. To podstępny Chazelle ponownie wykorzystał wersję nagraną na planie krótkometrażówki, co tym razem zamaskował skierowaniem kamery na przerażoną twarz Tellera.

Krótkometrażówka jest raczej tylko ciekawostką, swoistym poligonem doświadczalnym dla młodego reżysera, ale też interesującą lekcją filmowego rzemiosła, pokazującą jak duży wpływ na finalny kształt filmu mogą mieć pozornie subtelne zmiany. Większość ujęć jest żywcem skopiowana z pierwszej wersji, ale z lekko poprawionym ujęciem kamery, innym cięciem montażowym, albo punktem skupienia. Część materiału, głównie różnego rodzaju zbliżenia, nawet wykorzystano ponownie, oczywiście po odpowiednim skorygowaniu barwnym. Jeżeli ktoś ma ochotę, to może sobie całość porównać tutaj: KLIK

niedziela, 9 września 2018

Yardie - recenzja


Idris Elba to człowiek wielu talentów. Charyzmatyczny aktor, (podobno) zdolny DJ, od niedawna kickbokser (dwa lata temu stoczył zawodową walkę i wygrał z młodszym, bardziej doświadczonym rywalem), a teraz do CV może sobie wpisać również debiut reżyserski.

„Yardie” to „Chłopcy z ferajny” w rytmach reggae. Gangsterska opowieść rozpoczyna się w Kingston z lat 70., a kończy w Londynie z lat 80., gdzie zabiera nas reżyser, gdy główny bohater podrasta już nieco i musi opuścić Jamajkę. Nie jest to specjalnie oryginalna opowieść, bo scenarzyści w opowiadanej historii, a Elba w warstwie wizualnej i zabiegach realizacyjnych, zapożyczają garściami z innych filmów. Co nie znaczy, że ogląda się to źle, wręcz przeciwnie. Niełatwo się natomiast tego słucha, bo jamajskie akcenty, slang i bełkotanie pod nosem, często dają się we znaki. Nie będę udawać, że wszystko zrozumiałem z dialogów, bo tak nie było, niejednokrotnie przegrywałem to nierówne starcie. Trzeba będzie to kiedyś jeszcze raz obejrzeć z napisami. Niewątpliwie nadaje to jednak realizmu, no i świeżości, tej opowieści.

Nieczęsto przecież możemy zanurzyć się w Jamajce z przełomu lat 70. i 80., więc to już stanowi zasadniczy plus, ale film się robi jeszcze ciekawszy, gdy przenosimy się do Londynu z tamtego okresu. Elba wychowywał się w tamtych czasach, jako nastolatek swoje po mordzie dostał, niejednego sierpowego sam sprzedał, czuje więc ten klimat i ładnie odtwarza go na ekranie. Punki, tureckie kawiarnie, skłoty, czarnoskórzy gangsterzy z maczetami odstraszający krewkich Angoli, wszystko to zgrabnie przenosi widza do Londynu z lat 80.

„Yardie” bywa nierówny, reżyser próbuje znaleźć swój unikalny styl, ale odnosi połowiczny sukces, bo z filmu będzie się pamiętać motywy, o których wspomniałem wyżej, jamajskie klimaty, reggae buzujące z głośników i Anglię sprzed dekad, wciąż jednak bazuje to wszystko na schematach i rozwiązaniach wypracowanych przez tuzów gatunku. Zobaczyć jednak warto.