wtorek, 6 czerwca 2023

Spider-Man: Across the Spider-Verse - recenzja

 


„Spider-Man: Across the Spider-Verse” przez zaledwie kilka dni, jakie minęły od premiery, zdążył zarobić na świecie ponad 200 milionów dolarów. Jest to już ponad połowa łącznych zarobków pierwszej części! Wygląda na to, że masowa publiczność potrzebowała trochę czasu na należyte docenienie najlepszego filmu o Spider-Manie, a jednocześnie jednej z najlepszych, najładniejszych, najfajniejszych i najbardziej pomysłowych oraz przełomowych animacji ostatnich lat, ale udało się, pieniądze w końcu lecą w odpowiednim kierunku. 
 
Czy jednak kontynuacja „Spider-Man: Into the Spider-Verse” zasłużenie zbiera teraz owoce z nasion zasianych kilka lat temu przez inny film? No pewnie! „Across…” nie jest oczywiście animacją tak przełomową w wyznaczaniu nowych trendów na swoim poletku jak poprzedni film (przypominam, że jesteśmy kilka miesięcy po premierze filmu „Puss in Boots: The Last Wish”, a kilka tygodni przed premierą „Teenage Mutant Ninja Turtles: Mutant Mayhem”, produkcji czerpiących garściami z pomysłów wizualnych animacji o Spider-manie), ale bierze to, co stworzono kilka lat temu, i podkręca w imponujący sposób zgodnie z zasadą porządnego sequela: więcej, lepiej, fajniej. 
 
Od pierwszych minut filmu widać, że twórcy nie próżnowali przez te wszystkie lata, przygotowując starannie animację, która zrobi wszystko, co tylko możliwe, żeby wgnieść widza w fotel. Jeszcze zanim dostaniemy planszę tytułową i świat głównego bohatera znany z pierwszego filmu, to zaliczymy długi wstęp w oceanie atrakcji, jakie ofiaruje wymiar Spider-Gwen, rzeczywistość odmalowana w akwarelowej stylistyce nawiedzona przez renesansowego Vulture’a. Gwen jest klamrą spinającą ten film, postacią, która musi przejść ewolucję, zanim będzie w stanie zainicjować rewolucję, od niej się wszystko zaczyna, na niej też kończy, to dusza tej historii, pięknie uzupełniająca się z jej sercem, czyli Milesem. On instynktownie wie, gdzie należy ulokować uczucia i co jest właściwe, ale idące za tym działania skażone są brakiem doświadczenia oraz chaosem spontaniczności i nieprzygotowania. Ona pewne rzeczy musi zrozumieć, nauczyć się słuchać serca, a nie zawierzać życie jedynie zimnej kalkulacji, ale gdy już o coś walczy z przekonaniem to działa metodycznie, sprytnie, skutecznie. Oboje są równomiernymi bohaterami tej historii. 
 
Jeżeli coś uwiera w „Across the Spider-Verse” to jego urwany finał. Jest to zaledwie połowa historii, której zakończenie poznamy dopiero w przyszłym roku (w „Spider-Man: Beyond the Spider-Verse”), co jest odczuwalne, bo film kończy się wyraźnym zawieszeniem akcji w kulminacyjnym momencie, ale jest to zarazem błogosławieństwo dla tej opowieści. „Across...” to animacja wypełniona po brzegi atrakcjami i bodźcami, szalona, energetyczna, pomysłowa, naładowana akcją i emocjami, ale nigdy nie zapominająca o swoich bohaterach, o tworzeniu i rozwijaniu relacji pomiędzy nimi, plątaniu gęstych sieci powiązań, emocjonalnych, fabularnych, motywacyjnych, nadających tej historii głębi, ale też serca. Przez rozbicie fabuły na dwa filmy scenarzyści pozwolili odetchnąć temu światu pełną piersią, rozwinąć się w wielu interesujących kierunkach, przystanąć na chwilę, żeby zawiesić się na jakiejś emocjonalnej prawdzie, ale też nigdy nie uciekając zbyt daleko od szalonej jazdy przez multiwersum popkulturowych nawiązań i powiązań, stylistycznych fikołków, wizualnych wodotrysków oraz klęski urodzaju pomysłów, ciskając w kierunku widza tyloma konceptami naraz, że nie sposób tego wszystko wyłapać przy pierwszym seansie. 
 
Kolejne alternatywne uniwersa mają swoje unikalne style animacji, kolorystykę, szaty graficzne, czerpiące z komiksów, artystów (futurystyczny Nueva York inspirowany twórczością Syda Meada, nieżyjącego już artysty odpowiedzialnego za projekty w takich filmach sci-fi jak obie części „Blade Runnera”, „Tron”, „Aliens”, „Elysium”), albo sięgające po kulturę jakiegoś regionu i wyciskające z tego bajecznie piękną wizję Nowego Jorku skrzyżowanego z indyjskim miejskim molochem. Ekran często rozszczepia się, dzieląc się na mniejsze, komiksowe kadry, a poliwizja staje się tutaj nie tylko zabiegiem efekciarskim, ale też efektywnym, bo treściwym, serwującym dodatkowe szczegóły, wzbogacając narrację, dynamikę i dorzucając widzowi informacje o postaciach. Jest to wszystko chwilami nieco przytłaczające, jeżeli przymknie się oko na dwie sekundy to można przeoczyć z pół tony wizualnej treści, trzeba więc oglądać to łapczywie, z szeroko otwartymi oczami, na bezdechu, żeby nie uronić jakiegoś klawego motywu, pociesznego gagu, popkulturowego nawiązania albo ciekawej informacji. Jednocześnie jest to wszystko podawane z taką precyzją, dbałością o rytm i czytelność, że nie sposób się w tym wizualnym chaosie pogubić, jeżeli tylko poświęca się filmowi całą uwagę. 
 
Jest tu jeszcze wiele interesujących rzeczy do rozpakowania. Narrację o determinizmie i okrutnym przeznaczeniu, od którego nie można, a nawet nie powinno się, uciekać. Kult rozwoju poprzez cierpienie i poświęcenie, ale też narzucanie tego innym. Postać lidera „spider-społeczności”, która jest trochę kreślona na głównego antagonistę, a trochę na ponurego mędrca, który dostrzega szerszy ogląd sprawy i rozumie, że wizjoner musi podejmować niezwykle trudne i niepopularne decyzje dla „większego dobra”. Naukę, że dzieci trzeba kiedyś wypuścić z bezpiecznego gniazda do nieprzyjaznego świata, bo tylko w ten sposób będą mogły osiągnąć pełny potencjał. Ostrzeżenie, że nierozważne ciskanie bajglami w innych może wiązać się z poważnymi konsekwencjami. 
 
Przede wszystkim jednak, jest to cholernie dobre, pomysłowe i satysfakcjonujące kino rozrywkowe, które pokazuje, że o superbohaterach wciąż można opowiadać bez sztampy i nadęcia.