niedziela, 3 listopada 2019

Doctor Sleep (Doktor Sen) - recenzja


Wierzę, że „Doktor Sen” będzie kiedyś wymieniany wśród najlepszych ekranizacji powieści Stephena Kinga. Nie jest to oczywiście ten poziom, co dajmy na to „Skazani na Shawshank””, czy też „Lśnienie”, ale jest to kawał solidnego kina stanowiącego jednocześnie udaną kontynuację filmu Kubricka. „Doktor Sen” stanowi mariaż pomiędzy tym, co King zrobił z tą historią, a znienawidzoną przez niego wizją Kubricka. Jak widać było już w zwiastunie, Mike Flanagan dość bezpośrednio nawiązuje do klasyka kina grozy, powracając nawet do hotelu Overlook (zniszczonego przecież w książce), ale nawet nie próbuje oddać tamtej charakterystycznej atmosfery paranoicznej grozy. Nie jest to zarzut, bo „Doktor Sen” (z wyjątkiem kilku scen) wcale nie próbuje nas straszyć. Jest to natomiast bardzo ciekawie zbudowany świat, który znacząco rozszerza perspektywę znaną z „Lśnienia”, dopisując do niego zupełnie nową mitologię i zabierając odbiorcę w podróż po całym kraju.

Wzorem Kinga, historia nie pędzi do przodu, scenarzysta lubi przystanąć na dłużej w jakichś miejscach, często na obrzeżach cywilizacji, poobserwować relacje pomiędzy postaciami, nacieszyć się małomiasteczkowym klimatem, albo urokami koczowniczego trybu życia, co oczywiście nie sprzyja przyjaznemu metrażowi (film trwa ponad 150 minut), ale zostaje usprawiedliwione tym, jak bliscy stają się nam bohaterowie, którzy nie są tylko pustymi wydmuszkami. Najciekawiej wypada ekipa łotrów, długowiecznych energetycznych wampirów-nomadów, od stuleci pożywiających się „lśniącymi” dziećmi takimi jak Danny. Flanagan przedstawia ich w taki sposób, że widz nabiera do nich pewnej sympatii, wynikającej jednak nie tyle z pochwały ich postępowania, co fascynacji ich barwnymi osobowościami i ciekawością historii, którą mogliby nam opowiedzieć. Rebecca Ferguson jest tu cudowna, odpowiednio złowieszcza i demoniczna, gdy wymaga tego chwila, ale częściej operująca dystyngowanym wdziękiem, szczerym zaciekawieniem potężnym przeciwnikiem i fascynacją z obcowania z czymś nowym dla niej. Postać przemyślana pod każdym względem, w sposobie poruszania się, ubiorze, w tym jak chodzi na bosaka, gdy zgrabnie przemieszcza się po obozie, w tym jak podporządkowuje sobie filmową przestrzeń, jak rozsiada się na czworaka, gdy przygotowuje się do medytacji, jak operuje swoim seksapilem nie będąc przy tym wulgarna, ale też w tym, jak zachowuje się wśród innych ludzi. Jest w niej tyle czaru i magnetyzmu, że kradnie każdą scenę w której występuje.

W kod genetyczny filmu mocno wpisana jest kultura remiksu. Flanagan odtwarza kultowe sceny z „Lśnienia” i wielokrotnie nawiązuje do słynnych motywów z filmu, ale tak naprawdę to „Doktor Sen” mógłby się bez tego zupełnie obejść, bo główny wątek fabularny jest na tyle autonomiczny i interesujący, że nie potrzebuje wspierania się na barkach słynnego horroru. Jest tu trochę zaskoczeń, przede wszystkim w tym, jak zostają rozegrane kolejne starcia wampirycznej ekipy Rose z małą dziewczynką, której daleko do bezbronnego, bojaźliwego dziecka. Reżyserski styl Flanagana jest wprawdzie dość bezbarwny, pozbawiony autorskiego pazura, ale za to w odważny (i wyważony) sposób operujący przemocą oraz wulgaryzmami, rozumiejąc przy tym, kiedy zaufać operatorowi, gdy ten ma pomysł na ładny kadr, potrafiąc też co jakiś czas pozytywnie zaskoczyć jakimś fajnym pomysłem realizacyjnym.

Powtórzę więc: kawał solidnego kina, które ogląda się z zaciekawieniem. Jeden z najlepszych filmów opartych na książkach Stephena Kinga.

Blindspotting (Zaślepieni) - recenzja


Żałuję, że nie miałem wcześniej okazji zobaczenia „Blindspotting”, bo zdecydowanie trafiłby na moją listę najlepszych zeszłorocznych premier kinowych. Debiutancki film Carlosa Lopeza Estrady to pełna energii, humoru i lekkości historia, która co jakiś skręca jednak w poważne rejony i przywala widzowi w głowę cięższym tematem, nie wybijając go jednak ze żwawego rytmu historii. Estrada korzystając z formuły „buddy movie” opowiada o szeregu bolączek amerykańskiego społeczeństwa, skupiając się przede wszystkim na problemach czarnoskórych (ale nie tylko) mieszkańców biedniejszych dzielnic, dużo uwagi poświęcając ich relacji z policją. I tak, znowu będziemy świadkami zabicia przez białego policjanta nieuzbrojonego czarnego jegomościa, ale nie ma co przewracać oczami, bo ten temat nie umrze w filmach i serialach tak długo, jak małe dzieci z afroamerykańskich rodzin będą uczone przez swoich rodziców, jak zachowywać się w przypadku kontaktu z policją, żeby to spotkanie przeżyć, a policjanci będą uczeni instynktownego strzelania z broni w sytuacji potencjalnego zagrożenia i nierozliczani później odpowiednio ze swoich czynów.

Estrada beznadzieję sytuacji czarnoskórych Amerykanów zgrabnie opisuje tytułowym zaślepieniem, które odnosi się do spoglądania na obrazek przedstawiający jednocześnie wazę i dwie twarze. Od tego, co ludzki mózg wyłapie na nim jako pierwsze będzie później zależało, co instynktownie będzie od razu dostrzegać przy kolejnych kontaktach z obrazkiem, pomimo posiadanej wiedzy, że kryje się tam coś jeszcze. W połączeniu z instynktownym sięganiem przez policję po broń i podświadomym postrzeganiem czarnoskórych jako zagrożenia jest to niebezpieczna kombinacja dla tych stojących naprzeciwko lufy pistoletu pana w niebieskim uniformie.

Nie jest to jednak film tylko o tym, bo „Blindspotting” opowiada o braterstwie, ale też o tym, jak nasi przyjaciele czasem prowadzą nas do zguby. Jest to historia o radosnym radzeniu sobie z drobnymi problemami, spychaniu na bok traumatycznego wspomnienia, o próbie skierowania swojego życia na właściwe tory, o skomplikowanych relacjach amerykańskiego społeczeństwa, o sile pewnych słów, ale też niepotrzebnemu nadawaniu im czasem tejże mocy, a wszystko to w zwartej, treściwej, atrakcyjnej formalnie, półtoragodzinnej produkcji, która nie ma czasu na przynudzanie, bo wręcz pęka od bogactwa treści.

wtorek, 29 października 2019

Amazing Grace: Aretha Franklin - recenzja


Na początku lat 70. Aretha Franklin była już wielką gwiazdą muzyki soul z licznymi hitami na koncie. Przygotowując się do nagrania kolejnego albumu postanowiła powrócić do korzeni, czyli kościoła, który był nierozerwalnie związany z jej rodziną (Aretha była córką znanego pastora). Tak narodził się pomysł na album „Amazing Grace” nagrany w małym kościele w L.A. z udziałem publiczności. Koncept zainteresował ludzi z Warner Bros., bo studio rozglądało się za kolejnym dokumentem muzycznym, który wzorem „Woodstocku” pozwoliłby im zebrać solidny zysk przy niewielkim wkładzie finansowym w proces realizacji. Do kościoła wysłano więc ekipę filmową, kierowaną przez Sydneya Pollack’a, nagrodzonego już Oscarem, która zarejestrowała całe wydarzenie. „Amazing Grace” zostało nie tylko najlepiej sprzedającym się albumem w karierze Arethy, ale także w historii muzyki Gospel. Dokument jednak ostatecznie nie trafił do kin.

Projekt został pogrzebany, bo przy postprodukcji pojawiły się poważne problemy z synchronizacją dźwięku z obrazem. I tak przeleżały sobie te nagrania przez kilka dekad, aż dopiero kilka lat temu Alan Elliott postanowił je odkurzyć i przy pomocy dzisiejszej technologii cyfrowej poradzić sobie z dawnym problemem. Nie zakończyło to jednak wyboistej drogi dokumentu na ekrany kinowe, bo jego premierę zaczęła blokowała sama Aretha Franklin. Nie dokopałem się do konkretnych przyczyn tego zachowania, ale dość wymowne jest, że pierwsze publiczne pokazy filmu miały miejsce dopiero krótko po śmierci artystki.

Po tym przydługim wstępie czas na zadanie najważniejszego pytania. Czy warto poświęcić temu czas? No cóż, to zależy. „Amazing Grace” to zapis koncertu (a konkretnie to dwóch występów). Tylko tyle, aż tyle. Jest to więc możliwość bycia świadkiem narodzin jednego z najważniejszych albumów w swoim gatunku. Szansa zobaczenia wielkiej artystki w najwyższej formie, gdy była już na szczycie, a na widnokręgu jawił się kolejny łańcuch górski do zdobycia. Okazja doświadczenia namiastki duchowej ekstazy, którą przeżywały osoby obecne w tamtym kościele, albo tylko przyglądnięcia się temu zjawisku z fascynacją jeżeli nie zaliczamy się do osób wierzących. Przede wszystkim jednak jest to po prostu kawał dobrej muzyki. Aretha miała głos jak dzwon, a tutaj jest totalnie oddana muzyce, w pełni na niej skupiona, milcząca pomiędzy utworami, oddająca wtedy miejsce przy mikrofonie swemu ojcu, jakby świadomie chciała służyć jedynie jako narzędzie do przekazania czegoś ważniejszego, pragnienia istotniejszego od zrobienia dobrego show, bo chęci natchnienia ludzi duchową treścią. Oczywiście zapewne niemniej istotna była też artystyczna pogoń za ideałem, czyli nagrania materiału najwyższej jakości, który broniłby się w oderwaniu od koncertu.

Co nie znaczy, że sam koncert jest tutaj nieistotny. Od zawsze mnie fascynowała energia takich religijnych zebrań w amerykańskich kościołach i stopień ogromnego zaangażowania uczestniczących w tym osób, jakże odmienny od tego, co znamy z wielu polskich kościołów. Pollack pięknie uchwycił tę energię w swoim dokumencie, nie zapominając o żywo reagującym tłumie (można w nim czasem wyłapać młodego Micka Jaggera), ale też sporo miejsca poświęcając studiowaniu głównej bohaterki, stawiając chociażby na duże zbliżenia jej twarzy, przyglądając się z fascynacją pracy ust i różnych mięśni wiążących się z muzyką wydobywającą się z gardła piosenkarki .

Jeżeli brzmi to jak coś, co mogłoby przypaść Wam do gustu, a słysząc Gospel nie wzdrygacie się, to zróbcie sobie prezent i upolujcie ten dokument na dużym ekranie. Z porządnym kinowym nagłośnieniem doświadczenie tylko zyska na mocy i intensywności, a łatwiej też będzie zapomnieć o świecie i przenieść na półtorej godziny do tego małego kościoła. Film będzie można niebawem zobaczyć podczas American Film Festival, a później (premiera 15 listopada) to już raczej tylko w kinach studyjnych.

sobota, 26 października 2019

Terminator: Dark Fate (Terminator: Mroczne przeznaczenie) - recenzja


Jestem szczerze zaskoczony tym, jak fajnym filmem okazał się być „Terminator: Mroczne przeznaczenie”. Oczywiście nawet nie ma co go zestawiać z kultowymi dwiema pierwszymi częściami, bo to nie ta liga, ale już na tle pozostałych filmów z serii to jawi się jako całkiem przyzwoite kino rozrywkowe. Nie ma już zgubnego auto-parodystycznego zacięcia, nie ma koszmarnych wyborów obsadowych (wybranie Emilii Clarke do roli Sary Connor było poronionym pomysłem), nie ma piramidalnych bzdur fabularnych (co nie znaczy, że nie bywa głupawy), a jest za to fajne kino akcji, które wciąga od samego początku.

Przyznaję, że poszedłem na niego uprzedzony. Nie wierzyłem, że będzie z tego coś dobrego. Już pierwszych kilka minut sprawiło, że natychmiast zmieniłem swoje nastawienie. Film zaczyna się krótko po zakończeniu drugiego filmu. [Opisuję wprawdzie tylko pierwsze minuty filmu, ale nie trafiłem przed premierą na tę informację, więc ostrzegam, że SPOILERY do końca akapitu ]. Sarah Connor i nastoletni John Connor odpoczywają na plaży w jakimś kurorcie letnim. Nagle pojawia się młody Arnie (oni oczywiście też zgrabnie odmłodzeni komputerowo) ze strzelbą. Okazało się, że Skynet - zanim jego przyszłość została wymazana – wysłał jeszcze jednego T-800, który z opóźnieniem wytropił Connorów i bezceremonialnie zastrzelił Johna na oczach matki. I takie otwarcie filmu to ja rozumiem!

Niewątpliwym plusem „Mrocznego przeznaczenia” jest też jego kategoria wiekowa. W końcu postawiono na R-kę, i nie wykorzystuje się z tego w przegięty sposób, folgując krwawej rzeźni, ale nie ucieka się też kamerą, gdy dzieje się coś brutalnego i nie maskuje montażem krwawych obrażeń. A krwawo bywa, bo nowy Terminator wjeżdża w ludzi jak w masło, ale potrafi też być zaskakująco czarujący i wbrew temu, co zdawały się pokazywać materiały promocyjne, nie jest pozbawiony wyrazu. Ostatnim naprawdę udanym łotrem w tej serii pozostaje niezmiennie Robert Patrick, ale Gabriel Luna solidnie wywiązał się ze swojego zadania.

Jest w tym filmie sporo dobra. Linda Hamilton godnie powraca do swojej ikonicznej roli. Mackenzie Davis znowu udowadnia, że jest ciekawą aktorką, która nawet z roli „napompowanej” technologicznymi wszczepami chłopczycy, wyciśnie coś interesującego. Na sceny akcji patrzy się przyjemnie, bo zrobiono je czytelnie, wyglądają ładnie, mają niezłe tempo (film powraca do formuły ciągłej ucieczki przed niezmordowaną maszyną, której nie można zatrzymać, ale można na chwilę spowolnić) i potrafią utrzymać uwagę odbiorcy. Wzorem filmów Camerona, bywa też trochę wzruszająco, jest miejsce na humor i nawiązania do poprzednich filmów, ale do opowiadanej historii podchodzi się tutaj poważnie i bez błazenady.

Nie spodziewajcie się po tym filmie zbyt wiele, ale jeżeli lubicie świat stworzony przez Camerona, nie przekreślajcie „Mrocznego przeznaczenia”, bo może to być całkiem przyjemna wizyta w kinie.

środa, 23 października 2019

American Film Festival 2019: Filmy, które warto zobaczyć


Wczoraj opublikowano program dziesiątej edycji American Film Festival. Obiecałem jakiś czas temu kilku osobom, że wypiszę filmy, które warto będzie tam zobaczyć. Zarzekałem się, że będzie krótko. No cóż, jest to trochę dłuższe, niż początkowo planowałem, ale tegoroczny program pęka w szwach i jest w czym przebierać.


Widziałem i polecam:

„The Lighthouse” (reż. Robert Eggers): o ten film będzie pewnie zażarta walka, bo to może być jedna z niewielu okazji na zobaczenie tej niesamowitej historii na dużym ekranie w Polsce. Zdecydowanie warto zaliczyć to fascynujące kinowe doświadczenie wymykające się prostym opisom. „The Lighthouse” to kino świeże, klimatyczne, ale też bezkompromisowe. Psychodeliczna jazda, często nasycona w równym stopniu grozą, co erotyzmem. Być może odbijecie się od filmu, ale znać go warto.

„The Climb” (reż. Michael Angelo Covino): a to natomiast będzie czystą przyjemnością. Film zwiastujący narodziny nowego ekscytującego duetu w świecie amerykańskiego kina niezależnego. Michael Angelo Covino i Kyle Marvin wspólnie napisali scenariusz, wystąpili w głównych rolach, a ten pierwszy jeszcze to wyreżyserował. Pomiędzy panami jest naturalna chemia na ekranie, humor w jaki celują jest niewymuszony, a do tego mają talent do pisania zabawnych, błyskotliwych dialogów. Jest to zarazem projekt ambitny technicznie, nakręcony wprawdzie z surowością charakterystyczną dla kina niezależnego, ale oparty na skomplikowanych długich ujęciach, które nadają rytmu kolejnym epizodom z życia bohaterów. Covino lubi rozpoczynać (lub kończyć) sceny w niespodziewany sposób, ciągle dba o to, żeby widza czymś zaskoczyć, rozbawić i zaciekawić. Nigdy nie pozostawia jednak z uczuciem, że ktoś tu starał się zbyt bardzo i zobaczyliśmy coś wymuszonego przez scenarzystę.


„Madelaine’s Madelaine” (reż. Josephine Decker): film można już było zobaczyć na zeszłorocznych Nowych Horyzontach, ale jeżeli ktoś go jeszcze nie widział to zdecydowanie warto nadrobić. Niebanalny, intrygujący, niemizdrzący się do widza, portret choroby psychicznej. Znakomita główna rola, Helena Howard chwilami daje na ekranie takiego czadu, że głowa mała. Nie mniejszego czadu daje za kamerą też Josephine Decker, udowadniając w każdej scenie, że wszystko w tym filmie było starannie przemyślane i spięte w całość przy pomocy konsekwentnej strony formalnej, która często skręca w psychodeliczne rejony.

„A Hidden Life” (reż. Terrence Malick): przyznam szczerze, że kilka miesięcy temu trochę kręciłem nosem na nowego Malicka, bo nie ma on litości dla niecierpliwych albo niewyspanych widzów, a tych zdecydowanie nie brakuje na festiwalach filmowych. „A Hidden Life” zachwyca jednak za każdym razem, gdy kamera pokazuje pokryte zielenią górskie austriackie krajobrazy, gdy śledzi życie we wiosce, pokazuje stare drewniane chaty i miejscową ludność pochłoniętą swoimi codziennymi zajęciami. „A Hidden Life” to medytacja na temat granic moralności w czasie wojny. Filozoficzny traktat o powinnościach wobec rodziny, społeczeństwa i własnego sumienia. I w końcu historia o nieprzyjemnych konsekwencjach wynikających z podążania własną ścieżką jeżeli skierowana jest ona w przeciwnym kierunku niż główny trakt używany przez resztę ludzi. Jeżeli jednak nie lubicie filmów Malicka z tego stulecia to ten raczej też tego nie zmieni.


Filmy starsze, ale warte nadrobienia/odświeżenia sobie:

„Heaven Knows What” (reż. Benny Safdie, Josh Safdie): jeżeli widzieliście na Netfliksie „Good Time” z Robertem Pattinsonem i podobało się, no to zdecydowanie warto teraz nadrobić wcześniejszy film braci Safdie, który zainspirował Roberta do napisania do nich maila o treści: „hej, może zrobimy coś razem?”.

„A Girl Walks Home Alone at Night” (reż. Ana Lily Amirpour): Cholernie intrygujący film, oczarowujący klimatem i przepięknymi zdjęciami, ale też wymagający cierpliwości i odpowiedniego nastroju.


„Winter’s Bone” (reż. Debra Granik): czyli pierwsza nominacja do Oscara dla Jennifer Lawrence, ale też film, który zainicjował jej oszałamiającą karierę. Jest tu czym się zachwycić - mroźnym, surowym klimatem miejsca położonego głęboko w pokrytych śniegiem górach Ozark, aktorskimi popisami Johna Hawkesa i młodziutkiej Lawrence, a także reżyserią Debry Granik.

„Do the Right Thing” (reż. Spike Lee): młody Spike Lee to mój ulubiony Spike Lee, a „Do the Right Thing” to film, który zwyczajnie wypada znać, ale też warto znać.

I warto pamiętać, że festiwal daje okazję do ponownego zobaczenia na dużym ekranie nie tylko „Blade Runnera 2049” Denisa Villeneuve, ale również „Blade Runnera” Ridleya Scotta.


Coś dla posiadaczy karnetów, czyli filmy niekoniecznie obowiązkowe, ale warte rozważenia:

„Bull” (reż. Annie Silverstein): czaiłem się na to w Cannes, bo robiło nadzieję, że to może być coś zbliżonego klimatem do urzekającego filmu „The Rider” Chloe Zhao. Nie do końca spełniło tę rolę, bo to jednak innego rodzaju historia, ale jeżeli lubicie opowieści o „zwykłych ludziach” to warto z nimi zwiedzić przedmieścia Houston.

„Untouchable” (Ursula Macfarlane): jeżeli ktoś jakimś cudem wciąż żałuje, że świat filmu stracił Harveya Weinsteina i odnosi się sceptycznie do całej afery z jego udziałem, no to powinien sobie zobaczyć ten dokument. Od strony formalnej nie ma szału, klasyczne gadające głowy, ale przecież istotne są świadectwa, jakie składają kolejne kobiety, a także opowieści o tym, jakim człowiekiem ogólnie jest Weinstein.



Co ja bym chciał zobaczyć:

„The Irishman” (reż. Martin Scorsese): bo to jedna z niewielu okazji do zobaczenia nowego filmu Scorsese na dużym ekranie.

„Jojo Rabbit” (reż. Taika Waititi): bo to możliwość zobaczenia nowego filmu Taiki Waititiego na dwa miesiące przed premierą kinową.

„Knives Out” (reż. Rian Johnson), „Marriage Story” (reż,. Noah Baumbach), „Amazing Grace: Aretha Franklin” (reż. Sydney Pollack, Alan Elliott): bo zbierały rewelacyjne recenzje, a „Knives Out” ma szansę być jednym z najprzyjemniejszych (i sprawiających największa radochę) seansów na festiwalu.

„Midsommar – Director’s Cut” (reż. Ari Aster): bo jeszcze mi mało tej opowieści.

„The Art of Self-Defense” (reż. Riley Stearns): bo to jeden z dwóch tegorocznych filmów z Jessem Eisenbergiem i Imogen Poots. Mam jednak nadzieję, że do dwóch razy sztuka, bo „Vivarium” było dość średnie. Bardzo dobre recenzje zdają się to potwierdzać.

„The Two Popes” (reż. Fernando Meirelles): bo wystarczy zobaczyć zwiastun, żeby już ustawić się w kolejce na seans, albo odpalić pierwszego dnia, gdy tylko film trafi na Netflix.

„Ford v Ferrari” (James Mangold): bo wciąż za mało powstało filmów o szybkich samochodach w których bohaterowie nie zmienialiby ręką toru lotu wystrzelonej rakiety.


Bawcie się dobrze, życzę udanych seansów i szczerze ich zazdroszczę, bo nie dam rady się tam pojawić.

niedziela, 22 września 2019

Ad Astra - recenzja


„Ad Astra” to rodzaj kina, które nieczęsto już możemy gościć w multipleksach. Autorskie kino sci-fi, wyglądające jak przepiękna wysokobudżetowa wakacyjna produkcja (film został sfinansowany jeszcze przez Foxa, ale do kin wypuścił go już Disney), ale fabularnie, klimatem i stylem opowiadania raczej bliższe produkcjom z okresu, gdy w Hollywood warunki jeszcze dyktowali młodzi utalentowani reżyserzy, a nie księgowi.

Film opowiada o długiej podróży przez układ słoneczny i przypomina skrzyżowanie takich tytułów jak: „2001: Odyseja kosmiczna”, „Czas Apokalipsy” i „Drzewo życia” (w sumie to czegokolwiek od Malicka). Od Kubricka reżyser (James Gray) pożycza zachwyt kosmosem i niespieszne tempo zanurzania się w nim, od Coppoli długą podróż będącą dosłownym zmierzanie w głąb mroków ludzkiej natury, a od Malick natchnioną narrację z offu, którą… można różnie odbierać. Najciekawsze są chyba te nawiązania do „Czasu Apokalipsy”, bo film praktycznie ponownie reinterpretuje „Jądro ciemności”, ale robi to w sposób na tyle oryginalny, żeby nie ocierać się o plagiat, ale też na tyle świadomy i szczery we wskazywaniu źródła inspiracji, żeby nie było wątpliwości, co Jamesowi Gray’owi chodziło po głowie. Jest więc daleka podróż poza granice cywilizacji w sekretnej misji zabicia odznaczonego weterana, który najprawdopodobniej oszalał. Mamy kolejne przystanki w podróży, które tylko podkreślają jak daleko poza „normalną rzeczywistość” zawędrował już główny bohater. Jest narracja z offu komentująca tę podróż. Pojawia się nawet ekwiwalent tygrysa wyskakującego nagle z dżungli.


Niesamowite w filmie „Ad Astra” jest to, ile pomysłów zdołano upchnąć w tej dwugodzinnej historii, jednocześnie pozwalając każdemu z tych motywów odpowiednio wybrzmieć, unikając przy tym pogoni do kolejnych scen, stawiając raczej na kontemplację i powolne zmierzanie w wyznaczonym kierunku, ale jakimś cudem wciskając do tego jeszcze kilka emocjonujących scen akcji, w tym jedną odpowiadającą na pytanie, jakby wyglądali „Szybcy i wściekli”, gdyby seria naprawdę przeniosła się w kosmos. Jest to przy tym film nierzadko oszałamiający wizualnie, oddający piękno i monumentalność wszystkich ciał niebieskich, jakie napotyka na swojej drodze główny bohater (doskonała rola Brada Pitta), pozwalający się poczuć, jakbyśmy naprawdę opuścili naszą planetę.

Szkoda więc, że finałowi daleko do autorskiego kina sprzed dekad, bo łatwe, przyjemne i dość naiwne zakończenie wyraźnie odstaje od reszty filmu. Gray najwyraźniej zdaje sobie z tego sprawę, bo w wywiadach dawał do zrozumienia, że z realizacją takich filmów łączą się niewygodne kompromisy, czego ofiarą najczęściej padają zakończenia. Przypuszczam, że oryginalny scenariusz kończył się w nieco inny (bardziej ponury) sposób. Jeżeli rzeczywiście tak było to przykro mi, że Gray jednak nie dał rady o niego zawalczyć, bo to mógł być o wiele lepszy film. Co nie zmienia faktu, że to kino ambitne, cudne wizualnie, zabierające widza w nastrojową podróż, którą warto odbyć.

poniedziałek, 16 września 2019

The Boys - pierwszy sezon


Jeżeli coś będę szczególnie dobrze wspominać z tego roku to seriale. W ostatnich miesiącach mieliśmy całą serię znakomitych produkcji od których ciężko się było oderwać. „The Boys” jest tego kolejnym przykładem, bo cały sezon nowej produkcji studia Amazon pochłonąłem w jeden weekend. Jest to ekranizacja komiksu Gartha Ennisa (autora „Kaznodziei”) przedstawiającego zespół superbohaterów jako siedlisko psychopatów, zwyrodnialców i karierowiczów na usługach wielkiej korporacji. Nie jest to coś wielce odkrywczego, bo porusza kwestie, które były już przerabiane w wielu komiksach, a różne wątki z serialu przypominają rzeczy, które na dużym i małym ekranie widzieliśmy już w takich tytułach jak: „Watchmen”, „Incredibles”, „Kick-Ass” i „One-Punch Man”. Nie przeszkadza to jednak „The Boys” w byciu serialem wciągającym, pomysłowym, często zaskakującym i sprawiającym cholernie dużo radochy.

Należy jednak dodać, że źródłem tej radochy jest najczęściej humor czarny jak serca bohaterów, a żartem czasem jest to, że ktoś został rozerwany na krwawe kawałki. Elementów gore jest tutaj bardzo dużo, kończyny, gęsta posoka i eksplodujące głowy to częste widoki, a pod względem ilości wulgaryzmów można ten tytuł spokojnie zestawić z „Deadpoolem”. Jest to więc rozrywka niewątpliwie bazująca na zabawie przaśnej i dosadnej, ale bynajmniej nie kończą się na tym ambicje twórców. Bardzo łatwo byłoby uczynić ten serial opowieścią o superbohaterach, którzy tak naprawdę są wcieleniem czystego zła, oraz grupie uczciwych zwykłych ludzi, którzy próbują ich powstrzymać. Scenarzyści kreślą im jednak o wiele bogatsze rysy psychologiczne, tworząc niejednoznaczne postacie, które często zachowują się wbrew temu, co można o nich sądzić.


Szczególnie to widać po Homelanderze, liderze The Seven, który pokazuje, co mogłoby się stać, gdyby Superman był psychopatą i megalomanem niedbającym o los zwykłych ludzi. Jest to kolejny motyw, który był już przerabiany w komiksach, zarówno w odniesieniu do Supermana, jak i poprzez bohaterów wzorowanych na nim. Homelander to jednak osoba wymykającą się łatwej ocenie. Nie ma wątpliwości, że jest to gość z zaburzonym kodeksem moralnym, cynicznie pogrywający swoim wizerunkiem porządnego super-tatusia dbającego o wszystkich potrzebujących, umiejętnie korzystający ze strachu, jaki może wzbudzić w innych samym tylko zasugerowaniem tego, że mógłby się kiedyś zwrócić przeciwko nim. Homelander chętnie stosuje przemoc, gdy tylko wie, że ujdzie mu ona płazem, więc najczęściej stosuje ją na przestępcach, którzy rzadko wychodzą w jednym kawałku ze starcia z nim. Jest zarazem cholernie wyrachowany, gdy dostrzega, że pewna popisowa akcja ratunkowa zakończy się tragicznie dla wielu niewinnych osób to postanawia nie ratować nikogo, żeby nie pozostawić przy życiu żadnego świadka tego nieszczęsnego wydarzenia. Homelander jednak potrafi też zaskoczyć ludzkimi odruchami, jakimś niespodziewanym ciepłym gestem i dobrym potraktowaniem kogoś. Bardzo fajnie jest to poprowadzone, bo często nie wiadomo, czego się po nim spodziewać. Dobrze napisana postać i świetnie odegrana przez Antony’ego Starra (który często wygląda jak Bradley Cooper).

W przeciwieństwie do autorów komiksowego oryginału, twórcy serialu przyglądają się również reszcie członków The Seven, sprawiając, że narcystyczny gwałciciel i napompowany sterydami egocentryk nie zostają tylko jednowymiarowymi postaciami pasującymi do jakiejś tezy, ale nabierają charakteru poprzez porażki jakie przeżywają i to jak sobie z nimi radzą (albo nie). Sporo tematów jest tutaj ładowanych do fabuły, bo jest echo #MeToo, jest krytyka społeczeństwa ślepo zapatrzonego w popkulturowych bogów, ale też kąśliwy komentarz odnoszący się do telewizyjnych kaznodziejów, czy raczej fałszywych proroków wyznaczających innym granice moralne, których sami się nie stosują. Jest tego dużo, nie wszystko trafia w sedno, jeszcze rzadziej jest odkrywcze, ale ogląda się to z niegasnącym zaciekawieniem, często wybuchając przy tym śmiechem. Pewnie nie do każdego to trafi, zwłaszcza ten czarny humor i posoka często zdobiąca ekran, ale serialowi „The Boys” warto podarować szansę, bo nie dość, że nigdy nie nuży to wręcz nie można się od niego oderwać.

wtorek, 13 sierpnia 2019

Orange Is the New Black - finałowy sezon


Od finału piątego sezonu „Orange Is the New Black” uważałem, że serial dotarł do punktu z którego powinien już zmierzać w kierunku rychłego zakończenia. Szósty sezon zdawał się potwierdzać, że formuła się wyczerpała, a wszystko co twórcy mieli do powiedzenia o tym świecie już pokazali w serialu. Wciąż oglądałem to z zaciekawieniem, ale miałem wrażenie, że historia drepcze w miejscu i ciągle kręci się wokół tego samego. Co gorsza, gdzieś uleciały błyskotliwe, cięte i dowcipne dialogi, które dotąd były wizytówką serialu. Nie miałem wątpliwości, że finałowy sezon zobaczę, bo wciąż był to serial, którego dobrze się oglądało, ale nie mogę powiedzieć, żebym specjalnie mocno wypatrywał jego premiery. Tym większe było więc moje zaskoczenie, gdy po dwóch pierwszych odcinkach złapałem się na tym, że nie mogę oderwać się od ekranu.

Siódmy sezon to zwieńczenie całej produkcji i jest to wyraźnie odczuwalne przez wszystkie odcinki. Widać, że nie jest to finał przypadkowy i pośpieszny, bo narzucony przez odgórną decyzję, tylko przygotowywany od czasu wybuchu buntu w Litchfield. Wydarzenia sprzed dwóch sezonów wciąż rezonują, a decyzje podjęte wtedy przez niektóre bohaterki odcisnęły na nich trwałe piętno. Jest to już serial inny od tego, co oglądaliśmy początkowo – poważniejszy, chwilami wręcz ponury i przygnębiający, mniej nastawiony na sypanie żarcikami i ciętymi ripostami, a bardziej na opowiedzenie czegoś o współczesnej Ameryce i bezlitosnym systemie, który mieli ludzi. Trzynaście odcinków jest wyładowane po brzegi treścią, a scenarzyści intensywnie żonglują przeróżnymi tematami. Przede wszystkim to ostro krytykują obecną politykę administracji Trumpa w sprawie nielegalnych imigrantów. Sporo wydarzeń dzieje się w zakładzie gdzie przejściowo przetrzymywane są kobiety nieposiadające amerykańskiego obywatelstwa i zielonej karty, które czekają na decyzję sądu w sprawie wydalenia ich z kraju.

Zapowiadał to już finał poprzedniego sezonu i wątek jednej z bohaterek, ale zostaje wmieszane w to o wiele więcej postaci, bo twórcy chcą pokazać problem od ludzkiej strony i zaprezentować osobiste dramaty wiążące się z takim nagłym wydaleniem z kraju, gdzie spędziło się kilkanaście ostatnich lat z życia. Twórcy nie zapominają też o pustce pozostawionej przez takich nieszczęśników w sercach tych, którzy pozostali w Ameryce. Jest to chwilami zbyt oczywiste w swym oskarżycielskim tonie, ale często trafiające w serducho (i do serducha), pozostawiając za sobą kilka scen, które pozostaną ze mną na dłużej. Jak jednak wspomniałem, jest to tylko jeden z wielu problemów, jakie porusza ostatni sezon. Scenarzyści opowiadają o trudach przystosowania się do życia poza kratami, o ciężkiej walce o utrzymanie związku zrodzonego w więzieniu, gdy jedna z partnerek wychodzi na wolność, o niemożności radzenia sobie z osobistą tragedią, o chorobie psychicznej i okrutnej demencji, która rozłoży na łopatki najsilniejszą nawet lwicę. Znalazło się nawet miejsce dla #MeToo sprytnie powiązanego z dawnymi wydarzeniami z pierwszych sezonów, co staje się źródłem do ciekawych auto-refleksji dla pewnego gościa, ale też stanowi miniaturą tego, jak często taka relacja oskarżająca-oskarżany wygląda, gdy dochodzi do konfrontacji dwóch przeciwstawnych wspomnień dotyczących wydarzeń sprzed lat.


Zwieńczenie „Orange Is the New Black” oferuje zresztą bardzo wiele takich sprytnych nawiązań do poprzednich sezonów, stanowiących nagrodę dla wiernych (i uważnych) widzów, bo często trzeba wyłapywać je z dialogów, albo zachowań bohaterów. Przez cały sezon przewija się wiele od dawna niewidzianych postaci, co odczytywałem jako ładny hołd dla tej (naprawdę licznej) galerii barwnych charakterów, jakie przewinęły się przez te wszystkie sezony. I przypomina to też widzowi, jak daleką drogę przeszło większość z tych kobiet - jedne złagodniały, drugie zrobiły się bezlitosne i okrutne, część odnalazło pomysł na siebie i zrobienia czegoś pozytywnego ze swoim życiem, sporo innych zostało jednak złamane przez system, albo podnosiły się z ziemi tylko po to, żeby zostać znowu powalonymi. Pobyt w więzieniu zmienił każdą z nich, czasem na lepsze, czasem na gorsze, ale w każdej z tych historii można było znaleźć coś ciekawego.

Jest to sezon, który pozwala docenić ten serial na nowo i przypomina o tym, że od samego początku była to jedna z najlepszych produkcji Netfliksa, nieprzypadkowo zresztą kontynuowana przez tak wiele sezonów. Finał oferuje idealne słodko-gorzkie zamknięcie historii rozpisanej na 91 odcinków. Opowieści, która teoretycznie miała swoją główną bohaterkę (Piper), ale tak naprawdę była historią miejsca i wszystkich ludzi wypełniających jego przestrzeń, relacji pomiędzy nimi, ciągle zmieniającym się układom sił, a także o tym, że nie zawsze najgorsi ludzi to ci siedzący za kratami, że czasem dobre chęci prowadzą do tragicznych rezultatów, a zbyt często jakby mocno się nie spinać to tryby systemu w końcu i tak przemielą każdego naiwniaka, który myśli, że dokona w nim zmian na lepsze. Co nie znaczy, że nie należy próbować dalej.

Przede wszystkim jednak jest to finał, który pomimo tego, że był już (przeze mnie) wyczekiwany od dwóch lat, to jednak ostatecznie pozostawił z uczuciem przyjemnego niedosytu, ale też smutku. Nie wszystkie historie są dopowiedziane, i słusznie, bo życie płynie dalej, a większość postaci jest tylko na jednym z wielu jego etapów i przed nimi jeszcze wiele głupich decyzji oraz odtwarzania dawnych błędów. Otwarto nawet drogę dla nowych wątków, co jest naturalne, bo w tym świecie nic nie jest stałe i ciągle trwają przetasowania w więziennej hierarchii. Przypomniano też, że gdzieś po drodze „zgubiliśmy” wiele bohaterek, których losy dawniej śledziliśmy. Wszystko to pozostawia z różnymi refleksjami, które nie ulatniają się z głowy w minutę po zobaczeniu napisów końcowych. Najważniejsze jednak, że ostatni odcinek nie wita się z ulgą, ale z uczuciem satysfakcji, odczuwając nostalgię za pierwszymi sezonami i autentyczną radość, że kilka lat temu podjęło się tę podróż do Litchfield.

czwartek, 8 sierpnia 2019

Wyspa doktora Moreau - film, który zniszczył Richarda Stanleya


Obstawiam, że Richard Stanley przez ostatnie 20 lat wielokrotnie zadawał sobie pytanie, „co poszło nie tak?”. I następnie bluzgał siarczyście pod adresem Vala Kilmera. Na początku lat 90. stał przed obiecująca karierą reżyserską. Jego „Hardware” to kultowa (zwłaszcza w kręgach miłośników sci-fi) już zpost-apokaliptyczna opowieść o starciu kobiety ze zbuntowaną maszyną o morderczych zamiarach. Fabularnie film wprawdzie niczego nie urywał, ale Stanley zbudował w nim świat ociekający soczystym klimatem i przepięknymi kadrami. Podobnie bajecznie prezentował się o dwa lata młodszy „Dust Devil”. Kolejny filmowy projekt miał już stanowić awans do wyższej ligi, bo chyba tak należy traktować pracę z Marlonem Brando i Valem Kilmerem przy wysokobudżetowej produkcji. Niestety tym projektem była niesławna „Wyspa doktora Moreau”, jeden z najgorszych filmów w historii, pod którym Stanleyowi ostatecznie nie było dane się podpisać, ale jego kariera została praktycznie zrujnowana, a on sam długo nie mógł się pozbierać po tym traumatycznym doświadczeniu.

Pomysł na kolejną wersję „Wyspy doktora Moreau” wyszedł od niego. Prace nad filmem zaczął od stworzenia psychodelicznych rysunków antropomorficznych istot o ciałach zwierząt. Mając jedynie mglistą wizję projektu zgłosił się z nim do New Line Cinema. Pomysłem zainteresował się Marlon Brando, co momentalnie podbiło budżet do góry i nagle oznajmiono, że film jednak wyreżyseruje Roman Polański. Richard postawił się i wymusił spotkanie z Brando. Oczywiście liczył na to, że przekona aktora do swojej osoby. Brytyjczyk był już naprawdę zdesperowany, zgłosił się więc do znajomego... czarnoksiężnika. Ten, podczas wspomnianego spotkania Stanleya z Brando, odprawił razem ze swoim zakonem magiczną ceremonię z użyciem krwi i mistycznych obrzędów, co miało niby wspomóc reżysera. Najwyraźniej czary przyniosły zamierzony skutek, bo Brando oznajmił, że nie zrobi filmu bez Stanleya.

Wszystko zdawało się podążać w dobrym kierunku: w głównej roli miał wystąpić Bruce Willis, w drugoplanowej James Woods, a scenariusz był już gotowy i prezentował się obiecująco. Nagle jednak doszło do głośnego rozwodu Willisa z Demi Moore i nie było już szans na to, żeby aktor wyleciał na kilka miesięcy do Australii. Jego rolę zaoferowano więc Valowi Kilmerowi. Kilmer zgodził się wystąpić w filmie, po krótkim czasie oznajmił jednak, że nie chce marnować tyle czasu na projekt, który tak naprawdę mu się nie podoba. Zamiast tego zainteresował się postacią graną przez Woodsa, któremu natychmiast podziękowano. Reżyser wyleciał do Australii, żeby na miejscu dopilnować prace przedprodukcyjne - budowanie planu zdjęciowego, przymiarki kostiumów i poprawki scenariusza. Ot samego początku było niestety oczywiste, że nie nadaje się na lidera wysokobudżetowej produkcji. Stanley był wycofany, unikał spotkań z ekipą, na zebrania producenckie dosłownie wyciągano go siłą z jego pokoju, a jego komunikatywność pozostawiała wiele do życzenia. Co gorsza, przytłaczał go też związany z tym wszystkim stres. Sytuacja się pogorszyła, gdy krótko przed rozpoczęciem zdjęć, córka Marlona Brando popełniła samobójstwo i było pewne, że aktor nie pojawi się na planie od razu. O ile w ogóle. Wszystkie jego sceny przesunięto więc na koniec realizacji w nadziei, że do tego czasu zdecyduje się na przylot do Australii.


No i był jeszcze Val Kilmer. Ponoć wiecznie odurzony narkotykami i nieznośnie arogancki, ciągle negujący decyzje i pozycję Stanleya, któremu stale udowadniał, kto jest tak naprawdę najważniejszy w tym projekcie. Wykańczało to psychicznie Richarda i zaczynały już krążyć legendy o jego niestabilnej psychice (dość powiedzieć, że według jednej z plotek, pod koniec któregoś dnia zdjęciowego wszedł na drzewo i odmówił zejścia na dół). I wtedy zaczęło padać. I nie przestawało. Rozpętał się potężny sztorm, nie szło więc kręcić scen na zewnątrz, a realizacji scen we wnętrzach nie można było zacząć, bo Brando nie pojawił się jeszcze na planie. Napięcie w powietrzu można już było kroić nożem, a członkowie obsady nerwowo wydzwaniali do swoich agentów w USA żeby jakoś wyrwali ich z tego tonącego okrętu. Val Kilmer w końcu nie wytrzymał i poprzez producenta wymusił usunięcie Stanleya z projektu.

New Line zaoferowało reżyserowi wypłacenie całej gaży jeżeli tylko obieca, że będzie się trzymał w odległości przynajmniej 40 kilometrów od planu zdjęciowego. Dostał bilet, został zawieziony na lotnisko, ale... nie wsiadł do samolotu. Zamiast tego zapadł się pod ziemię. Produkcję wstrzymano na dwa tygodnie żeby naprawić szkody wyrządzone przez sztorm oraz znaleźć szybko nowego reżysera. Obawiano się przy tym, że Stanley może zacząć szkodzić projektowi i sabotować plan zdjęciowy. Ponoć przekonał nawet swoich kolegów aborygenów żeby obłożyli miejsce klątwą.

Gdy projekt przejął John Frankenheimer, a na planie w końcu pojawił się Marlon Brando, problemy bynajmniej się nie skończyły. Brando szczerze nienawidził się z Kilmerem, pewnie dlatego, że konkurowali ze sobą o tytuł największego wrzodu na tyłku. Obaj byli manierycznymi aktorami, stale wstrzymującymi produkcję, odmawiającymi pojawiania się na planie, powodującymi ciągłe problemy i opóźnienia, mieszającymi w scenariuszu i skutecznie uprzykrzającymi innym życie. Zachowania rozkapryszonego Val były jednak niczym w porównaniu z niedorzecznymi pomysłami otyłego, zblazowanego i chyba już nieco obłąkanego Marlona Brando. Znużony i zirytowany ciągłymi poprawkami scenariusza, który był na bieżąco przepisywany podczas realizacji filmu, odmówił uczenia się dialogów na pamięć. Zamiast tego zażądał suflera przekazującego mu tekst drogą radiową do słuchawki umieszczonej w uchu. Problem w tym, że odbiornik łapał czasem komunikaty policyjne, powtarzane później przed kamerą przez niewzruszonego Brando. Ciężko powiedzieć, czy robił sobie tylko jaja z ekipy, czy też naprawdę tak mało uwagi poświęcał temu, co mówi. A może po prostu miał nierówno pod sufitem.


Trudno orzec, bo innego razu pojawił się na planie z wiaderkiem na głowie. I odmówił zdjęcia go. W związku z czym przerobiono go na filmowy rekwizyt. A to jeszcze nie wszystko. Jego największym "numerem", a może raczej najmniejszym, był Nelson De La Rosa. Najmniejszy człowiek na ziemi początkowo został zatrudniony żeby wcielił się w jedną z genetycznych kreatur stworzonych przez Mureau. Szybko jednak zaprzyjaźnił się z Marlonem i ten odmówił występowania przed kamerą, jeżeli w każdej jego scenie nie pojawi się również jego mały przyjaciel. W efekcie z bohatera granego przez Nelsona zrobiono karykaturalną, miniaturową kopię doktora Mureau, która naśladowała jego zachowanie i ubiór. Zainspirowało to później twórców komediowego cyklu o Austinie Powersie do stworzenia postaci Mini-Me.

Nie był to jednak jeszcze koniec przygody Richarda Stanleya z "Wyspą doktora Moreau". Pewnego dnia ktoś z ekipy technicznej rozmawiał z mężczyzną, który odwiedził farmę, gdzie hodują organiczne owoce, i spotkał tam specyficznego faceta spędzającego całe dnie na paleniu marihuany i narzekaniu, że Val Kilmer zrujnował mu życie. Skojarzono oczywiście fakty i wkrótce odnaleziono tam Richarda. Kilku członków ekipy, pewnie główne z nudów i ciekawości, co z tego dalej wyniknie, przemyciło swojego dawnego szefa na plan zdjęciowy. I tak Stanley wrócił na wyspę Moreau żeby zobaczyć w jakim kierunku poszła produkcja jego wymarzonego filmu. Po planie zdjęciowym chodził przebrany za... człowieka-psa. Zagrał nawet w kilku scenach.

I kończąc, wszystkim zainteresowanym tematem, polecam dokument "Lost Soul: The Doomed Journey of Richard Stanley's Island of Dr. Moreau" Davida Gregory'ego, opowiadający o kulisach realizacji "Wyspy doktora Moreau".

„Nawet gdybym miał nakręcić film zatytułowany ‘Życie Vala Kilmera’ to nie obsadziłbym w nim tego chujka.”

John Frankenheimer

„Jestem dumny, że byłem zamieszany w realizację jednego z najgorszych filmów w historii. Zajebiście było zobaczyć ile wysiłku kosztuje zrobienie absolutnego paździerza. No wiecie, rock n’ roll!”

Członek ekipy technicznej

„Wszystkie dostępne jednostki proszone są o stawienie się pod biblioteką. Otrzymaliśmy liczne zgłoszenia o zakłócaniu porządku.”

Marlon Brando

czwartek, 1 sierpnia 2019

Maiden - recenzja


Za tydzień Gutek Film wypuści do polskich kin dokument „Maiden”. Warto zwrócić na niego uwagę. 
Film opowiada historię pierwszej w historii kobiecej załogi startującej w prestiżowych, a przy tym niebezpiecznych i bardzo wymagających fizycznie, wielomiesięcznych regatach Whitbread Round the World Race. Początkowo narracja jest skupiona na pomysłodawczyni projektu, zbieraniu przez nią kobiecej ekipy oraz długich poszukiwaniach sponsorów, co nie było łatwe, bo panie wchodziły w męski świat i nikt nie traktował ich tam poważnie. Jest to interesujące, ale film pokazuje swój prawdziwy pazur dopiero, gdy rozpoczyna się już dokumentacja przebiegu samych regat i walki o pierwsze miejsce. Męski świat mógł patrzeć na żeglarki jak na pocieszną ciekawostkę i „litościwie” trzymać kciuki żeby dokończyły w jednym kawałku przynajmniej pierwszy etap, ale bohaterki miały naturę wojowniczek, do regat podeszły więc z ogniem w sercach i dały z siebie wszystko, celując w wygraną i utarcie nosa konkurencji. Wojna płci nie jest jednak wiodącą narracją w filmie. Wprost przeciwnie, motywacja żeglarek skupiała się raczej na udowodnieniu tego, że kobiety mogą wziąć udział w tych niełatwych regatach na równych prawach z mężczyznami i ukończyć wyścig. Uczestnictwo w głupim sporze o to, która płeć jest lepsza, nie pochłaniało ich energii.

„Maiden” to fascynujący, ale też cholernie emocjonujący, zapis walki człowieka z naturą, bo na suchym lądzie to męscy szowiniści i skostniałe poglądy mogły stanowić głównego przeciwnika, próbującego odebrać prawo do robienia tego, co się zamarzyło młodym żeglarkom, ale na otwartej wodzie musiały zmierzyć się z jeszcze gorszym wrogiem, nieugiętą siłą natury, która w każdej chwili była gotowa na odebranie im życia. Ocean nie wybacza błędów. I cholera, moment, gdy bohaterki dopływają w końcu do jednego z portów, pierwszy raz wygrywając etap regat, wbrew ekstremalnym warunkom pogodowym i protekcjonalnym uwagom konkurencji oraz komentatorów sportowych, no to był ten moment, gdy się autentycznie wzruszyłem. Osoby o wrażliwszych sercach uronią pewnie niejedną łzę. Jest to oczywiście oprawione muzyką nastawioną na wyciskanie tychże, ale nawet mając tego świadomość, niewiele można poradzić na to, że w połączeniu z rozczulającą radością wymalowaną na twarzach młodych bohaterek oraz świadomością tego, co musiały wcześniej wspólnie przeżyć dla tej chwili - scena trafia prosto w serducho.

Jest w tym filmie jeszcze kilka takich momentów autentycznie chwytających za serce (również tych gorzkich). Od strony formalnej „Maiden” nie oferuje wprawdzie niczego nadzwyczajnego: standardowe żonglowanie wypowiedziami gadających głów (współczesnych wspomnień osób zaangażowanych w opisywane wydarzenia) z archiwalnymi ujęciami (bohaterki nagrały sporo materiału dokumentującego ich życie na łodzi). Jest to jednak tak wciągające, angażujące emocjonalnie (jeżeli jeszcze nie znacie ich historii to będziecie mocno trzymać kciuki za końcowy wynik bohaterek) oraz interesujące, że w sumie do utrzymania uwagi odbiorcy nie potrzebuje niczego więcej jak tylko tej niesamowitej historii o kilkunastu kobietach skupionych na jednym celu. Pokochacie nawet jeżeli nie uważacie żeglarstwa za coś interesującego, bo to jest jeden z tych filmów, które pozwalają zrozumieć czyjąś pasję.

czwartek, 25 lipca 2019

The Lion King (Król Lew) - recenzja


Nowy „Król Lew” to film imponujący od strony technicznej. W odwzorowaniu wyglądu i zachowań prawdziwych zwierząt osiągnięto tutaj niesamowity poziom fotorealizmu. Osobę o niewprawnym oku z łatwością dałoby się oszukać, że patrzy się na prawdziwe zwierzęta. Zaawansowana technologia służy też operatorowi, który wedle woli mógł sobie ustawiać wirtualną kamerę i szaleć nią w powietrzu. Nie służy natomiast samej historii, bo remake to zaledwie cień oryginału, nieoferujący nawet zbliżonego ładunku emocjonalnego.

I nie chodzi o to, że „kiedyś to było, a teraz to tylko komputerowe błyskotki”. Chociaż nie, w sumie to właśnie w tym tkwi problem, bo film Favreau jest poddańczy względem dawnej wersji, odtwarza ją niemal w 1:1, niewiele więcej dodając od siebie, ale gubi po drodze ten najważniejszy element – emocje. Wynika to bezpośrednio z fotorealistycznej strony wizualnej, która robi wrażenie, gdy jest to tylko film o zwierzętach będących zwierzętami, czyli przez pierwszych kilka minut pięknie odtworzonego numeru otwierającego, ale zaczyna ciągnąć film w dół, gdy zaczyna być opowieścią o gadających i śpiewających zwierzętach. I pal licho już to, że efekt ten wywołuje u niektórych uczucie „doliny niesamowitości” (ja osobiście w ogóle nie kupowałem, że te głosy wydobywają się z tego zwierzyńca, bo sprawiało to wrażenie ludzi podkładających dla żartu głosy pod film przyrodniczy), ale łączy się z tym coś o wiele gorszego. W oryginale mieliśmy pięknie animowane postacie, obdarzone ekspresyjną mimiką i zróżnicowanym wyglądem, który odzwierciedlał ich osobowości, osadzone w umownym świecie dającym przestrzeń dla pomysłowych szaleństw wizualnych. W nowej wersji mamy zwierzaki, które mogą wyglądać słodko, gdy się nie odzywają, ale nie „zagrają” zdziwienia, radości, smutku, przerażenia albo ekspresyjnego wykonania piosenki. One wszystko wykonują i wypowiadają z podobnym wyrazem pyska, bo są kurde tylko zwierzętami. Jest to cena jaką się płaci za porzucenie animowanej umowności na rzecz realizmu. Bogaty, energetyczny i kolorowy świat, nagle staje się filmem przyrodniczym, przepięknie odtworzonym, ale zupełnie pozbawionym ducha oryginału.

Seans nowego „Króla Lwa” nie jest męczarnią, bo z zaciekawieniem się obserwuje jak w tym fotorealistycznym kluczu odtworzono ukochane sceny z naszego dzieciństwa, ale lepiej nie podchodzić do niego po niedawnej powtórce klasycznej animacji, bo niczego nowego (co byłoby wartościowe) nie znajdziemy w tej historii, a tylko ze smutkiem będziemy obserwować jak zarżnięto wszystko to, co dawniej poruszało emocje w odbiorcy. Nieudany eksperyment, który wprawdzie obejrzałem z zainteresowaniem, ale nigdy więcej nie chcę do niego wracać.

poniedziałek, 15 lipca 2019

Nowe Horyzonty 2019: Filmy, które warto zobaczyć.


Od kilkunastu już lat biorę udział w festiwalu Nowe Horyzonty. Od kilku lat układam przed imprezą listę z dobrymi filmami, które miałem już okazję zobaczyć (głównie w Cannes). Najwyraźniej ma to sens, bo potem zdarza mi się usłyszeć, że ktoś obejrzał coś dobrego dzięki mnie. A zatem niech corocznej tradycji stanie się zadość. Oto kolejna lista.

Poniżej kilkanaście filmów, które warto mieć na uwadze przy układaniu swojego programu. Jak zwykle podzieliłem listę na dwie kategorie. Wszystkim wymienionym filmom warto dać szansę, ale rozumiem, że nie wszyscy mają komfort korzystania z karnetu i ryzykowania jedynie swoim wolnym czasem, więc filmy z drugiej kategorii należy uznać za opcję dla posiadaczy karnetów albo kinomanów świadomych tego, co dostaną za cenę biletu.


FILMY, KTÓRE TRZEBA ZOBACZYĆ:


Parasite (reż. Bong Joon-ho)

Od początku seansu nie miałem najmniejszej wątpliwości – „Parasite” to najlepszy film jaki zobaczę w tym roku w Cannes. Złotą Palmę przyznałem po pierwszych 30 minutach. Później dorzuciłem jeszcze Oscara, Telekamerę oraz nagrodę Nobla. Można już było rozjechać się do domów. Najwyraźniej podobnie uznało jury, bo najważniejsza nagroda na festiwalu rzeczywiście trafiła w ręce Bong Joon-ho. Nie mogło być inaczej, bo Koreańczyk zawstydził w tym roku większość konkurencji. Na Lazurowe Wybrzeże przyleciał z filmem totalnym. Jest to kino świeże, bardzo pomysłowe, niewymuszenie zabawne, nieprzewidywalne, bezwstydnie rozrywkowe, gdy pozwala na to fabuła, ale też dające po głowie i do myślenia, gdy zabiera się za poruszanie poważniejszych treści. Krótko mówiąc: koreańska perełka. I nie czekajcie na zobaczenie tego jesienną, gdy „Parasite” wejdzie do normalnej dystrybucji, bo to jest film, który warto zobaczyć z festiwalową publicznością. Na film wybrałem się w Cannes dwukrotnie (pierwszy raz zdarzyło mi się podjąć taką decyzję) i za każdym razem finałowe sekundy pewnej sceny były nagradzane burzą entuzjastycznych braw. Nie jest to coś, czego doświadczycie później z „normalną” publicznością.


Portret kobiety w ogniu (reż. Céline Sciamma)

Céline Sciamma, specjalizująca się dotąd w portretach współczesnych młodych Francuzek (jeżeli ktoś jeszcze nie widział „Girlhood” to polecam nadrobić), zabrała się tym razem za kostiumowy romans i w efekcie nakręciła najlepszy film w karierze. Historia opowiada o Marianne (Noémie Merlant), malarce z osiemnastowiecznej Francji, która dostaje zlecenie namalowania portretu młodej dziewczyny, ale jest pewien haczyk - musi to zrobić bez jej wiedzy. W tym celu płynie na odosobnioną wyspę, gdzie znajduje się portretowana osoba. Héloïse (Adèle Haenel) nie jest niestety skora do pozowania, bo dobrze wie, co się z tym wiąże (obraz ma trafić do przyszłego małżonka, którego nie miała jeszcze okazji nawet poznać), więc Marianne musi to zrobić bez wiedzy Héloïse. Zostaje zatem przedstawiona swojej nieświadomej modelce jako partnerka do wspólnych spacerów po wyspie. Marianne musi je wykorzystać do ukradkowego studiowania twarzy bohaterki obrazu, a wieczorami spróbować przelać obrazy z głowy i pokątnych szkiców na płótno. Pomiędzy kobietami szybko zaczyna rodzić się więź, a wkrótce też uczucie, co popycha historię na zupełnie nowe tory.

Sciamma stylowo opowiada historię lesbijskiego romansu, który był skazany na zagładę jeszcze zanim się zdołał narodzić (co potwierdza już pierwsza scena). Reżyserka kreśli zmysłową, ale też bardzo subtelną, relację pomiędzy kobietami, nie stroniąc od nagości, ale uciekając od wulgarności i dosłowności. Wszystko w tym filmie wymaga czasu, ekranowy romans rozwija się powoli, ale w bardzo naturalny sposób, i gdy w końcu dociera do pierwszego punktu granicznego to atmosferę seksualnego napięcia wiszącego w powietrzu można już kroić nożem. Sciamma nie skupia się na ciągłym łapaniu odbiorcy za serce, pozwalając mu raczej zachwycić się niuansami doskonałych kreacji Merlant i Haenel oraz zgrabnym scenariuszem, ale gdy już zabiera się za tarmoszenie naszymi emocjami, robi to bezlitośnie i uderza z siłą rozpędzonej ciężarówki.


Pewnego razu… w Hollywood (reż. Quentin Tarantino)

Wrzucenie tego tytułu to formalność. Quentina Tarantino nikomu nie trzeba reklamować, niektórzy go nienawidzą, niektórzy kochają, ale wszyscy równie mocno będą chcieli zobaczyć jego nowy film i miejscówki rozejdą się w kilka sekund. Zapewne wiele osób zastanowi się, czy w ogóle warto się spinać i tracić czas podczas festiwalu skoro niewiele później film trafi do polskich kin. No cóż, jest to przypadek podobny do „Parasite”, niektóre sceny w tym filmie zyskują w festiwalowych realiach. „Pewnego razu… w Hollywood” nie ma jakiejś konkretnej historii, bo to wycieczka po tytułowym Hollywood. Tarantino nie spieszy się, pozwala swoim bohaterom wygadać się, co nie specjalnie dziwi w jego przypadku, zaskakująco często jednak pozwala im też pomilczeć, przejechać się samochodem po mieście, zrobić sobie spacer jego ulicami, albo wybrać do kina i nacieszyć samotnym seansem. Jest tu bardzo dużo scen, które nie mają specjalnego celu, służą tylko jednemu – pokazaniu życia w L.A. tamtego okresu. Miłość do kina wylewa się tutaj z każdego kadru, sceny i umiejscowienia akcji. Z każdego wiszącego starego plakatu, kinowego szyldu i dawnej gwiazdy ekranu zaliczającej pomysłowe cameo. Składa się to wszystko na film powolny, wręcz zbyt wolny, ale gdy Quentin w końcu wrzuca wyższy bieg, robi to w tak szalony sposób, że sala kinowa natychmiast rozbrzmiewa entuzjastycznymi brawami rozemocjonowanej festiwalowej publiczności.


Wysoka dziewczyna (reż. Kantemir Bałagow)

Kantemir Bałagow, autor „Bliskości” sprzed dwóch lat, opowiada tym razem o powojennym Leningradzie i ludziach noszących jeszcze świeże blizny (zarówno te fizyczne jak mentalne) z niedawnej wojny. Mieszkańcy Leningradu próbują zapomnieć o traumatycznym oblężeniu miasta, ale o tym, że jeszcze za wcześnie na powrót do normalności przypominają im krewni dogorywający w szpitalnych salach, zrujnowane miasto za oknami i małe dzieci dopytujące się jak wyglądają psy oraz inne zwierzęta, których nigdy nie widziały na oczy, bo wszystkie zostały zjedzone przez głodujących ludzi. Dwie bohaterki filmu, Iya i Masha, przyjaciółki z frontu, też noszą bogatą kolekcję blizn fizycznych i psychicznych. Jedna jest zamknięta w sobie, anemiczna, pozbawiona życia, druga energiczna, bystra, zdeterminowana. Obie są równie pokiereszowane psychicznie i na własny sposób przyczyniają się do toksycznego charakteru ich relacji. Nie jest to przyjemny film, ani tym bardziej łatwy seans, bo reżyser zabiera nas w podróż wgłąb psychiki ludzi, którzy przeżyli horror i skutki tego doświadczenia trwale ich naznaczyły, wpływając na zachowanie, relacje z innymi ludźmi, a także sposób patrzenia na życie. Męczące, testujące cierpliwość, ale też dogłębnie poruszające i pouczające kino.


Ból i blask (reż. Pedro Almodóvar)

Problem z twórcami charakterystycznego kina autorskiego jest niestety taki, że w końcu ich projekty zaczynają przypominać filmy robione na autopilocie i ciężko wykrzesać z siebie entuzjazm myśląc o nich. „Ból i blask” też trochę cierpi na tę przypadłość, bo jest to film, który nawet na moment nie pozostawia wątpliwości, kto jest jego autorem. Jest charakterystyczny klimat, bardzo kolorowe wystroje wnętrz i ciepłe zdjęcia, jest też Antonio Banderas i Penélope Cruz. Idealnie to jednak pasuje do „Bólu i blasku”, historii na tyle osobistej i niejako podsumowującej karierę reżysera, że ciężko byłoby sobie wyobrazić nakręcenie tego w jakimś rewolucyjnym dla niego stylu. Największą wartością filmu jest jednak Antonio Banderas, który od dawna nie był tak cholernie dobry na ekranie. Barwne, stylowe ubrania, siwa broda, nastroszone włosy i nieskończona miłość do kina. Aktor z całą pewnością dobrze wiedział w kogo wciela się w tym filmie. I zrobił to doskonale.


Długa podróż dnia ku nocy (reż. Bi Gan)

Nie jest to film łatwy w odbiorze, bo „Długa podróż dnia ku nocy” to bardzo powolna (wręcz ospała) i oniryczna opowieść wymagająca cierpliwości oraz wyspanego umysłu, czyli rzeczy deficytowych na festiwalu. Jeżeli jednak Wong Kar-wai jest twórcą, którego estetyka i tempo narracji trafia w czyjeś gusta, no to film Bi Gana zdecydowanie powinien znaleźć się na jego liście tytułów do zobaczenia. Osobiście w pełni doceniłem go dopiero po kilku dniach od seansu, gdy pomimo festiwalowego przesytu wizualnymi bodźcami nie opuszczały mnie konkretne sceny oraz zachwyt nad całą ostatnią godziną filmu. Co więcej, wracałem do niego myślami nawet rok po seansie (widziałem go podczas zeszłorocznego festiwalu w Cannes), bo oferuje jedno z najbardziej imponujących kinowych doznań jakie doświadczyłem w ostatnich latach – godzinną sekwencję nakręconą na jednym ujęciu. Od strony technicznej jest to majstersztyk zabierający nas w bardzo długą podróż śladem bohatera przez rozległą lokację z przystankiem na mecz ping-ponga, jazdę skuterem, powolny zjazd na linie ze skały do położonego poniżej miasteczka i szereg innych aktywności z licznymi postaciami. Cholernie skomplikowana sekwencja zrealizowana na wybitnym poziomie. Bi Gan zrobił już coś podobnego w poprzednim swoim filmie, „Kaili Blues”, gdzie na długim 40-minutowym ujęciu śledził podróż bohatera na skuterze oraz na pace ciężarówki. Już wtedy robiło to wrażenie, ale efekt psuły niestety różne kiksy techniczne, które zapewne wynikały z niskiego budżetu. W „Długa podróż dnia ku nocy” efekt jest już w pełni piorunujący i myślę, że skuszę się na drugi seans na wrocławskim festiwalu.


Marina Abramović - artystka obecna (reż. Matthew Akers, Jeff Dupre)

Jest to kilkuletni już dokument, który do tego pokazywany był siedem lat temu na Nowych Horyzontach, ale jeżeli jeszcze nie mieliście przyjemności go zobaczyć, no to nadróbcie koniecznie. Sztuka Mariny Abramović jest ekstremalna, często minimalistyczna, obrazoburcza, ale przy tym poruszająca i silnie działająca na emocje. Znakomity dokument HBO przybliża odbiorcy fascynującą kobietę i jej twórczość, pozwalając bohaterce wypowiedzieć się tak przez słowa, jak i czyny. Film odkrywa przed widzem nowe terytoria sztuki i uczy, że nie zawsze to, co pozornie wydaje się pretensjonalnym, artystycznym bełkotem, zasługuje na taką metkę. Wielka zasługa w tym samej Mariny, która bez artystycznego zadęcia i pretensjonalnego bełkotu wypowiada się o swoim życiu i twórczości. Jej twórczość bywała ekstremalna, ona sama jednak patrzy na to z dystansem i humorem. Co ciekawe, największą emocjonalną huśtawkę zapewniają w dokumencie nie te dawne wystawy, nastawione na szokowanie opinii publicznej, a (ówcześnie) najnowsza, skrajnie minimalistyczna, ze znikomą ilością gadżetów, skupiająca się na czymś tak prozaicznym, jak kontakt z drugim człowiekiem. Geniusz Mariny tkwi w tym, że pomysł na performance, który w teorii może śmieszyć, w praktyce ściska bardzo mocno za gardło. Wspaniały, poruszający dokument, który rozbija emocjonalnie na kawałki.


La Gomera (reż. Corneliu Porumboiu)

Gdy idziesz na film z rumuńskiej Nowej Fali, a po półtorej godzinie wychodzisz z europejskiego „Ocean’s Eleven”. Porumboiu ostatnim razem pojawił się w Cannes (i Wrocławiu) z filmem „Skarb”. Już tamten tytuł, wciągający i zabawny, można było polecić osobom, które słysząc o rumuńskiej kinematografii uciekają w popłochu z kina. „La Gomera” to już czysta rozrywka, amerykańskie kino gatunkowe (heist movie) zrealizowane przez kogoś, kto swojego fachu uczył się w zupełnie innych realiach i to widać (co nie jest zarzutem!). Historia opowiada o skorumpowanym policjancie, który przybywa na tytułową wyspę żeby nauczyć się hiszpańskiego dialektu w formie gwizdanej, co ma później pomóc w komunikacji ze wspólnikami z przestępczego półświatka. Osoba wyćwiczona w takim gwizdaniu może głośno przekazywać informacje na dużą odległość, bez ryzyka poinformowania o tym niewłaściwych osób, bo dla nieprawnego ucha policjantów gwizdy będą brzmiały jak śpiew ptaków. Stanowi to wprowadzenie do skomplikowanej, wielowątkowej, upstrzonej twistami i retrospekcjami historii kryminalnej. Zobacz oryginał zanim Hollywood zrobi jego remake (o niczym na razie nie słyszałem, ale nie zdziwiłbym się, gdyby do tego doszło).


Bacurau (reż. Kleber Mendonça Filho, Juliano Dornelles)

Kleber Mendonça Filho powinien być twórcą dobrze znany długoletnim bywalcom wrocławskiego festiwalu. Na Nowych Horyzontach można było zobaczyć jego dwa poprzednie filmy. „Sąsiedzkie dźwięki” (które zgarnęły wtedy nagrodę FIPRESCI) były dobrym filmem, ale „Aquarius” był już rewelacyjny. Piękne, umiarkowanie długie, powolne (ale nie ślamazarne i nudne) kino o współczesnej Brazylii, o przywiązaniu do miejsc i rzeczy, o sentymentach, miłości do kultury, ale też bucie, upartości i bezlitosnej ocenie rzeczywistości wynikającej z życiowego doświadczenia. „Bacurau” niejako wynika z poprzedniego filmu Filho, ale jest zarazem czymś zupełnie odmiennym, chociaż wszystko to, co wyżej napisałem o „Aquariusie”, można odnieść również do niego. Stanowi to jednak tylko jeden z wielu elementów składających się na bardzo szalony koktajl stylistyczny. „Bacurau” porusza się płynnie pomiędzy wieloma gatunkami, najbliżej mu chyba do westernu, ale jest tu doprawdy wszystko, futuryzm, tradycja, realizm magiczny, ale też społeczno-polityczny komentarz, a metaforyczne odniesienia do dzisiejszej Brazylii chodzą w parze z kinem klasy B. Fantastyczna Sonia Braga znowu oczarowuje jakością kreacji, wyznaczając standardy dla reszty brazylijskiej obsady wcielającej się w ciekawe postaci, które zostają zestawione z przerysowanymi (drewnianymi) aktorami zachodnimi, podążającymi ścieżką wyznaczsną przez samego Udo Kiera. Szczerze mówiąc to jeszcze nie wiem, jak ocenić ten film, bo potrzebuję jeszcze jednego seansu, znając już wszystkie wolty gatunkowe, żeby stwierdzić, czy rzeczywiście jest to kino bardzo dobre, ale zobaczyć go na festiwalu zdecydowanie warto, a nawet trzeba.


FILMY, KTÓRE WARTO ZOBACZYĆ:


Deerskin (reż. Quentin Dupieux)

Jest to jeden z tych filmów, które wymagają cierpliwości, bo rozkręca się dość niemrawo i jeżeli odbiorcy nie podejdzie specyficzny humor opowieści, no to będzie dość często spoglądać na zegarek, ale historia skręca po pewnym czasie w dość ciekawym kierunku, który pozwala zapomnieć o wspomnianym zegarku.

Zombi Child (reż. Bertrand Bonello)

Kolejne nazwisko nieobce stałym bywalcom festiwalu (autor „Apollonide. Zza okien domu publicznego” oraz „Nocturamy”). Haiti, lata 60., martwy mężczyzna zostaje przywrócony do życia i wysłany do morderczej pracy przy trzcinie cukrowej. 55 lat później, Paryż, prestiżowa szkoła, młoda Haitanka zdradza swoim przyjaciółkom mroczny rodzinny sekret. Nikogo pewnie nie zaskoczę, jeżeli dodam, że będzie on związany z voodoo i mężczyzną przywróconym do życia. Niczego więcej nie powiem, ale dodam, że to jest jeden z tych filmów dla których się jeździ na festiwale filmowe. Nie jest to coś, co zobaczycie później w multipleksie.

Jezioro dzikich gęsi (reż. Yi'nan Diao)

Gdyby scenariusz nowego filmu zdobywcy Złotego niedźwiedzia sprzed pięciu lat (za „Czarny węgiel, kruchy lód”) był równie dobry, co jego strona techniczna, no to mielibyśmy arcydzieło. Sposób w jaki Yi'nan Diao opowiada obrazem, konstruuje kadry, buduje sceny i lepi klimat historii, autentycznie zachwycają. Jeżeli macie słabość do prześlicznie wyglądającego kina azjatyckiego, no to zdecydowanie jest film, który powinniście zobaczyć na dużym ekranie. Szkoda tylko, że scenariusz nie jest równie dopieszczony….


Młody Ahmed (reż. Jean-Pierre i Luc Dardenne)

Powtórzę to, co pisałem o „Bólu i blasku” Almodovara. Problem z doświadczonymi twórcami charakterystycznego kina autorskiego jest niestety taki, że w końcu ich projekty zaczynają przypominać filmy robione na autopilocie i ciężko wykrzesać z siebie entuzjazm myśląc o nich. Bracia Dardenne nie wychodzą z tego równie obronną ręką, co Pedro, bo „Młodemu Ahmedowi” nie można wprawdzie zarzucić niczego konkretnego, wszystko tutaj jest na swoim miejscu i zostało zrobione dobrze, ale jeżeli widziało się wystarczająco dużo ich filmów to nowa produkcja belgijskiego duetu uleci z głowy zanim zdążycie dojść do klubu festiwalowego na wieczornego browara. A nie jest to długi spacer.

Adam (reż. Maryam Touzani)

Opowieść o dwóch Marokankach spętanych obawą o to samo - „co ludzie powiedzą?”. Jedna jest bezdomną młodą kobietą w ciąży. Nie może wrócić do rodziny, bo dziecko jest nieślubne, oboje byliby więc do końca życia naznaczeni przez społeczny ostracyzm. Dziewczyna planuje więc przeczekać kilka miesięcy na ulicy, przeżyć tam poród, a następnie oddać dziecko i dopiero wtedy wrócić do domu. Druga jest wdową, która (nie bez oporów, bo „co ludzie powiedzą?”) decyduje się przyjąć dziewczynę pod swój dach na kilka miesięcy. I co dalej? No wiecie, życie, w tych smutnych odcieniach, ale też radosnych.

Zdrajca (reż. Marco Bellocchio)

Główny bohater „Zdrajcy”, Tommaso Buscetta, to słynny mafioso, który złamał omertę, zmowę milczenia. Film opowiada też o tym, co poprzedziło słynny włoski proces sądowy, który doprowadził do skazania setek mafiosów, ale zdecydowanie najwięcej czasu poświęca właśnie temu - niekończącym się sądowym bataliom, przepychankom i przesłuchaniom. Rozciągnięta na długie lata historia opowiada o kolejnych potyczkach gangsterów z włoskim wymiarem sprawiedliwości i krwawych żniwach – już poza sądowymi murami - jakie te za sobą pociągnęły. Reżyser „Zdrajcy” przykłada dużo uwagi sprawom proceduralnym, co jest interesujące, szczególnie jeżeli historia jest nam nieobca, ale też bywa męczące.


Tam gdzieś musi być niebo (reż. Elia Suleiman)

Elia Suleiman („Czas, który pozostał”) wraca po dziesięcioletniej przerwie z nowym filmem. „Tam gdzieś musi być niebo” to opowieść o nim samym, albo raczej jakimś wyobrażeniu o nim, palestyńskim reżyserze, który podróżując przez świat (Nazaret, Paryż, Nowy Jork) obserwuje z zaciekawieniem ludzkie dziwactwa, wyłapując absurdy codzienności pod różnymi szerokościami geograficznymi, dziwując się, ale rzadko to komentując, na wszystko reagując niczym bohater kina niemego, co dodaje tylko dodatkową warstwę absurdu tej kolekcji gorzko-słodkich skeczów.

I tyle.

Mam nadzieję, że trochę pomogę przy dokonywaniu niełatwych festiwalowych wyborów.

Bawcie się dobrze. Ja z całą pewnością będę.

czwartek, 11 lipca 2019

Too Old to Die Young - recenzja


Uczucie zachwytu ciągle powracało do mnie podczas oglądania serialu „Too Old to Die Young”. Przy kolejnych odcinkach wpatrywałem się w napisy końcowe z towarzyszącą temu myślą: „kurde, ależ to jest dobre!”. Rytuał dziękczynny zawsze poprzedzało szybkie przerwanie automatycznego odpalenia kolejnego odcinka, bo jeszcze nie byłem na to gotów, jeszcze chciałem posłuchać przez następną minutę utworu Cliffa Martineza, jeszcze chciałem trochę popatrzeć na ładne neonowe kolorki, jeszcze pobyć przez minutę w świecie Refna, nacieszyć się klimatem i dokończyć powolny rejs przed przeskoczeniem do kolejnego etapu tej niespiesznej podróży po L.A. i Meksyku.

Rytuały, długa celebracja każdego prezentowanego momentu i opowiadanie przez obraz, a nie przez słowa, stanowią istotę tego serialu. Nicolas Winding Refn często używa określenia trzynastogodzinny film i rzeczywiście – pod względem jakości wykonania, konstruowania scen, oprawy muzycznej, obsady, a nawet długości większości odcinków, niczym się to nie różni od jego ostatnich produkcji. Odbiorca ma wrażenie, że ogląda kolejny film Refna. Jest to jednak tak podzielone, że nie ma się najmniejszej wątpliwości - to jest serial i to starannie przemyślany pod względem konstrukcji. Wyraźnie pamięta się o czym były pojedyncze odcinki, każdy ma piękną planszę tytułową wpisaną w jakąś scenę, większość z nich też stanowi konkretną historię, która wprawdzie znajduje kontynuację w kolejnym odcinku, ale można też sobie wyobrazić sytuację w której autor kina festiwalowego kończy swój film w tak urwany sposób. Zresztą, Refn ostatecznie tak właśnie robi - urywa nagle tę opowieść i pozbawia widza „prawdziwego” zakończenia, ale do tego jeszcze przejdziemy.


„Too Old to Die Young” jest dość uczciwe względem odbiorcy. Reżyser już w pierwszym odcinku wykłada wszystkie karty na stół i nie obiecuje, że ten serial będzie czymś innym, niż naprawdę jest. A jest to opowieść snuta w ślimaczym tempie, senna i testująca cierpliwość widza jeżeli nie jest przyzwyczajony do takiej powolnej narracji. Główny bohater (a przynajmniej postać, która sprawia takie wrażenie w pierwszym odcinku) potrafi przez całą scenę nie wypowiedzieć słowa, albo rzucić tylko kilka zdawkowych odpowiedzi, a do tego jest osobą, która nie wzbudza łatwej sympatii (łatwo natomiast można go ocenić jako antypatycznego gościa mającego na sumieniu sporo syfu). Refn sprawia wrażenie, jakby chciał jak najszybciej się pozbyć widzów (albo po prostu oszczędzić im kilkunastogodzinnej „męczarni”), którzy nieprzygotowani są na takie tempo, bo w drugim odcinku podkręca śrubę jeszcze mocniej i jeżeli ktoś ma odpaść po drodze, a nie zrobił tego przy pierwszym odcinku, no to historia mająca miejsce w Meksyku powinna skutecznie przyspieszyć tę decyzję.

I jakby w nagrodę, kolejny odcinek nieco przyspiesza, tempo zostaje odrobinę przyspieszone, postacie zaczynają się porozumiewać ze sobą jak normalne istoty ludzkie, a z głośników nagle zaczynają płynąć dialogi, informacje, a nawet żarty (!). Oczywiście dalej jest to powolnie prowadzona opowieść, ale w porównaniu z drugim odcinkiem to mamy już do czynienia z zawrotnym tempem wydarzeń. W trzecim odcinku staje się też jasne, że zbyt pochopnie uznaliśmy Martina Jonesa (Miles Teller) głównym bohaterem, bo ten potrafi znikać z serialu na dłużej, a Refn poświęca równie dużo miejsca Jesusowi (Augusto Aguilera), który początkowo sprawia wrażenie sztampowego bandziora do ubicia przez żądnego zemsty protagonistę. Jesus szybko jednak staje się niemniej ważnym bohaterem serialu i w sumie to ciekawszym. U podstawy konstrukcji tej postaci leży kultura macho, ale Duńczyk pogrywa sobie z tym, sporo miejsca w serialu poświęcając na pokazanie świata twardych latynoskich mężczyzn, żeby następnie skontrapunktować to upokarzaniem ich, sprowadzaniem do parteru przez kobiety i obdarzając jednego z nich niezdrową fiksacją na punkcie matki. Znamienne, że dwóch serialowych bossów kartelu narkotykowego swoje pierwsze nastoletnie relacje seksualne oparło na kazirodztwie, a ten drugi ma do tego silną potrzebę bycia zdominowanym w łóżku przez partnerkę, czemu towarzyszą również homoerotyczne praktyki. Na granicy kazirodztwa (a co najmniej bardzo niezdrowa) jest też relacja Theo z jego nastoletnią córką, którą darzy ogromnym uczuciem i zaufaniem, ale też bez oporów ją podgląda, gdy ta odbywa stosunek ze starszym mężczyzną, którego Theo stale stawia w niezręcznych sytuacjach i nieustannie testuje w pasywno-agresywnych sytuacjach nierzadko podsyconych seksualną energią. Jest to mała rola, ale fantastycznie odegrana przez Williama Baldwina, z radością wgryzającego się w tak obleśną postać, a jego ciągłe obsesyjne pochrząkiwania zostaną z widzem na długo po seansie (warto dodać, że jego rywal o serce córki, czyli Martin, równie obsesyjnie, i nieelegancko, ciągle spluwa na ziemię). W trzecim odcinku dochodzi do tego zestawu jeszcze Viggo (John Hawkes) i Diana (Jena Malone), którzy wprawdzie nie dostają tyle ekranowego czasu co Martin i Jesus, ale stanowią niemniej istotnie postacie do których (w pewnym sensie) będzie należeć ostatnie słowo w tej historii. A John Hawkes w obsadzie jeszcze niczemu nie zaszkodził, bo wiadomo, że jest to aktor, który z niczego potrafiłby ukręcić ciekawego bohatera. Nie przeszkadza więc, że dostał od Refna kilka soczystych scen do odegrania.


Nikogo chyba nie zaskoczy, że serial zachwyca od strony audiowizualnej. Ja byłem kupiony już po pierwszych pięciu sekundach sponsorowanych przez Cliffa Martineza. Jeżeli podobały Wam się soundtracki w ostatnich filmach Refna, no to dobrze trafiliście. Charakterystyczne kompozycje Martineza pulsują z głośników przez cały serial, jak zwykle niezawodnie wpadając w ucho i pierwszorzędnie budując klimat. Uzupełniają to starannie dobrane piosenki, które często „robią” scenę, i to z nimi łączą się chwile, które sprawiają, że widz jest autentycznie zachwycony tym, co ogląda. Jak „Ten Commandments” Prince’a Bustera w pociesznej scenie nieudanego zamachu rodem z filmografii Hala Hartleya. Albo „Mandy” Barry’ego Manilowa w cudownie parodystycznej (a zarazem ociekającej klimatem) scenie nocnego pościgu samochodowego. Wszystkie muzyczne tropy jednak i tak prowadzą w końcu do Martineza do którego należy jedna z najbardziej stylowych scen akcji w tym roku - nakręcona na długim ujęciu sekwencja motelowej masakry dokonanej przez Yaritzę (Cristina Rodlo, przepiękny latynoski anioł śmierci) na zwyrodnialcach korzystających z usług kobiet zmuszonych do prostytucji. Jest to jeden z tych obrazów, które zostają z widzem na dłużej, i działa tutaj zarówno otwierające to ujęcie na pistolet i nóż motylkowy schowane za plecami bohaterki, jak i kończący całą sekwencję strzał w krocze mężczyzny siedzącego w pokoju przyozdobionym ogromną swastyką. W serialu jest jeszcze wiele takich wizualnych perełek, które wynagradzają cierpliwego odbiorcę, aczkolwiek w moim przypadku stanowiły raczej wisienkę na torcie, bo nawet przez moment nie odczuwałem znużenia powolną narracją, niczego nie trzeba mi było więc osładzać. Wszystko tutaj wynika naturalnie z kierunku w jakim Refn podążał od czasu „Drive” (a w sumie to filmu „Valhalla Rising”). Zdjęcia wyglądają obłędnie, niektóre scenografie to czysty popis wizualnej maestrii, paleta kolorystyczna nie przestaje sycić oczu, a reżyser niespiesznie sunie kamerą, powoli studiując szczegóły kadrów i ciał niemrawych postaci. Jest to dzieło na wskroś autorskie i jeżeli wstrzelimy się w ten klimat i stylistykę, no to czeka nas kilkanaście godzin niezapomnianego doświadczenia.

Jeżeli coś tutaj nie do końca działa to tylko zakończenie. Realizacja serialu trwała dziewięć miesięcy, Refn kręcił go chronologicznie i dopracowywał z Edem Brubakerem scenariusze kolejnych odcinków wieczorami, gdy nie siedział na planie zdjęciowym. W tamtym bardzo pracowitym okresie doszło do wyboru Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych, co wyraźnie wpłynęło na kształt i charakter wielu scen w późniejszych odcinkach, zwłaszcza absurdalnych zachowań policjantów. I chyba takie podejście do realizacji serialu przyczyniło się też do tego, że nie wiedząc kiedy, i jak, zakończyć tę - początkowo planowaną na dziesięć godzin – historię, Refn urywa ją nagle, jakby ktoś przykręcił mu niespodziewanie kurek z pieniędzmi. W efekcie dwa ostatnie odcinki robią za dwugodzinny epilog, który pewne rzeczy wyjaśnia zbyt dosłownie, pewne kwestie pozostawia otwartymi, a do tego skręca w zupełnie nowym kierunku, niejako lądując w innym gatunku, zupełnie oderwanym od tego, co oglądaliśmy dotąd. Jest to oczywiście dość typowe dla Refna przeciwstawienie się oczekiwaniom odbiorcy, ale jest to na tyle niesatysfakcjonujące i rujnujące dotąd idealnie wyważone dzieło, że wpływa ujemnie na końcową ocenę.


Pomimo jednak tego zgrzytu w finale, jest to rzecz niesamowita, obok „Czarnobyla” najciekawszy tegoroczny serial, a zarazem jeden z najbardziej autorskich projektów tego typu, prezentujący przedłużenie (albo raczej uwieńczenie) ścieżki, jaką Refn podążał w ostatnich latach, stanowiąc najlepsze jego dzieło od czasu „Drive”. Jest to serial do którego jeszcze niewątpliwie powrócę w przyszłości, żeby jeszcze raz zanurzyć się w tej audiowizualnej uczcie dla zmysłów i ponownie wgryźć się w nieoczywiście kreślone sylwetki bohaterów spętanych wspólnym krwawym przeznaczeniem.