wtorek, 13 sierpnia 2019

Orange Is the New Black - finałowy sezon


Od finału piątego sezonu „Orange Is the New Black” uważałem, że serial dotarł do punktu z którego powinien już zmierzać w kierunku rychłego zakończenia. Szósty sezon zdawał się potwierdzać, że formuła się wyczerpała, a wszystko co twórcy mieli do powiedzenia o tym świecie już pokazali w serialu. Wciąż oglądałem to z zaciekawieniem, ale miałem wrażenie, że historia drepcze w miejscu i ciągle kręci się wokół tego samego. Co gorsza, gdzieś uleciały błyskotliwe, cięte i dowcipne dialogi, które dotąd były wizytówką serialu. Nie miałem wątpliwości, że finałowy sezon zobaczę, bo wciąż był to serial, którego dobrze się oglądało, ale nie mogę powiedzieć, żebym specjalnie mocno wypatrywał jego premiery. Tym większe było więc moje zaskoczenie, gdy po dwóch pierwszych odcinkach złapałem się na tym, że nie mogę oderwać się od ekranu.

Siódmy sezon to zwieńczenie całej produkcji i jest to wyraźnie odczuwalne przez wszystkie odcinki. Widać, że nie jest to finał przypadkowy i pośpieszny, bo narzucony przez odgórną decyzję, tylko przygotowywany od czasu wybuchu buntu w Litchfield. Wydarzenia sprzed dwóch sezonów wciąż rezonują, a decyzje podjęte wtedy przez niektóre bohaterki odcisnęły na nich trwałe piętno. Jest to już serial inny od tego, co oglądaliśmy początkowo – poważniejszy, chwilami wręcz ponury i przygnębiający, mniej nastawiony na sypanie żarcikami i ciętymi ripostami, a bardziej na opowiedzenie czegoś o współczesnej Ameryce i bezlitosnym systemie, który mieli ludzi. Trzynaście odcinków jest wyładowane po brzegi treścią, a scenarzyści intensywnie żonglują przeróżnymi tematami. Przede wszystkim to ostro krytykują obecną politykę administracji Trumpa w sprawie nielegalnych imigrantów. Sporo wydarzeń dzieje się w zakładzie gdzie przejściowo przetrzymywane są kobiety nieposiadające amerykańskiego obywatelstwa i zielonej karty, które czekają na decyzję sądu w sprawie wydalenia ich z kraju.

Zapowiadał to już finał poprzedniego sezonu i wątek jednej z bohaterek, ale zostaje wmieszane w to o wiele więcej postaci, bo twórcy chcą pokazać problem od ludzkiej strony i zaprezentować osobiste dramaty wiążące się z takim nagłym wydaleniem z kraju, gdzie spędziło się kilkanaście ostatnich lat z życia. Twórcy nie zapominają też o pustce pozostawionej przez takich nieszczęśników w sercach tych, którzy pozostali w Ameryce. Jest to chwilami zbyt oczywiste w swym oskarżycielskim tonie, ale często trafiające w serducho (i do serducha), pozostawiając za sobą kilka scen, które pozostaną ze mną na dłużej. Jak jednak wspomniałem, jest to tylko jeden z wielu problemów, jakie porusza ostatni sezon. Scenarzyści opowiadają o trudach przystosowania się do życia poza kratami, o ciężkiej walce o utrzymanie związku zrodzonego w więzieniu, gdy jedna z partnerek wychodzi na wolność, o niemożności radzenia sobie z osobistą tragedią, o chorobie psychicznej i okrutnej demencji, która rozłoży na łopatki najsilniejszą nawet lwicę. Znalazło się nawet miejsce dla #MeToo sprytnie powiązanego z dawnymi wydarzeniami z pierwszych sezonów, co staje się źródłem do ciekawych auto-refleksji dla pewnego gościa, ale też stanowi miniaturą tego, jak często taka relacja oskarżająca-oskarżany wygląda, gdy dochodzi do konfrontacji dwóch przeciwstawnych wspomnień dotyczących wydarzeń sprzed lat.


Zwieńczenie „Orange Is the New Black” oferuje zresztą bardzo wiele takich sprytnych nawiązań do poprzednich sezonów, stanowiących nagrodę dla wiernych (i uważnych) widzów, bo często trzeba wyłapywać je z dialogów, albo zachowań bohaterów. Przez cały sezon przewija się wiele od dawna niewidzianych postaci, co odczytywałem jako ładny hołd dla tej (naprawdę licznej) galerii barwnych charakterów, jakie przewinęły się przez te wszystkie sezony. I przypomina to też widzowi, jak daleką drogę przeszło większość z tych kobiet - jedne złagodniały, drugie zrobiły się bezlitosne i okrutne, część odnalazło pomysł na siebie i zrobienia czegoś pozytywnego ze swoim życiem, sporo innych zostało jednak złamane przez system, albo podnosiły się z ziemi tylko po to, żeby zostać znowu powalonymi. Pobyt w więzieniu zmienił każdą z nich, czasem na lepsze, czasem na gorsze, ale w każdej z tych historii można było znaleźć coś ciekawego.

Jest to sezon, który pozwala docenić ten serial na nowo i przypomina o tym, że od samego początku była to jedna z najlepszych produkcji Netfliksa, nieprzypadkowo zresztą kontynuowana przez tak wiele sezonów. Finał oferuje idealne słodko-gorzkie zamknięcie historii rozpisanej na 91 odcinków. Opowieści, która teoretycznie miała swoją główną bohaterkę (Piper), ale tak naprawdę była historią miejsca i wszystkich ludzi wypełniających jego przestrzeń, relacji pomiędzy nimi, ciągle zmieniającym się układom sił, a także o tym, że nie zawsze najgorsi ludzi to ci siedzący za kratami, że czasem dobre chęci prowadzą do tragicznych rezultatów, a zbyt często jakby mocno się nie spinać to tryby systemu w końcu i tak przemielą każdego naiwniaka, który myśli, że dokona w nim zmian na lepsze. Co nie znaczy, że nie należy próbować dalej.

Przede wszystkim jednak jest to finał, który pomimo tego, że był już (przeze mnie) wyczekiwany od dwóch lat, to jednak ostatecznie pozostawił z uczuciem przyjemnego niedosytu, ale też smutku. Nie wszystkie historie są dopowiedziane, i słusznie, bo życie płynie dalej, a większość postaci jest tylko na jednym z wielu jego etapów i przed nimi jeszcze wiele głupich decyzji oraz odtwarzania dawnych błędów. Otwarto nawet drogę dla nowych wątków, co jest naturalne, bo w tym świecie nic nie jest stałe i ciągle trwają przetasowania w więziennej hierarchii. Przypomniano też, że gdzieś po drodze „zgubiliśmy” wiele bohaterek, których losy dawniej śledziliśmy. Wszystko to pozostawia z różnymi refleksjami, które nie ulatniają się z głowy w minutę po zobaczeniu napisów końcowych. Najważniejsze jednak, że ostatni odcinek nie wita się z ulgą, ale z uczuciem satysfakcji, odczuwając nostalgię za pierwszymi sezonami i autentyczną radość, że kilka lat temu podjęło się tę podróż do Litchfield.

czwartek, 8 sierpnia 2019

Wyspa doktora Moreau - film, który zniszczył Richarda Stanleya


Obstawiam, że Richard Stanley przez ostatnie 20 lat wielokrotnie zadawał sobie pytanie, „co poszło nie tak?”. I następnie bluzgał siarczyście pod adresem Vala Kilmera. Na początku lat 90. stał przed obiecująca karierą reżyserską. Jego „Hardware” to kultowa (zwłaszcza w kręgach miłośników sci-fi) już zpost-apokaliptyczna opowieść o starciu kobiety ze zbuntowaną maszyną o morderczych zamiarach. Fabularnie film wprawdzie niczego nie urywał, ale Stanley zbudował w nim świat ociekający soczystym klimatem i przepięknymi kadrami. Podobnie bajecznie prezentował się o dwa lata młodszy „Dust Devil”. Kolejny filmowy projekt miał już stanowić awans do wyższej ligi, bo chyba tak należy traktować pracę z Marlonem Brando i Valem Kilmerem przy wysokobudżetowej produkcji. Niestety tym projektem była niesławna „Wyspa doktora Moreau”, jeden z najgorszych filmów w historii, pod którym Stanleyowi ostatecznie nie było dane się podpisać, ale jego kariera została praktycznie zrujnowana, a on sam długo nie mógł się pozbierać po tym traumatycznym doświadczeniu.

Pomysł na kolejną wersję „Wyspy doktora Moreau” wyszedł od niego. Prace nad filmem zaczął od stworzenia psychodelicznych rysunków antropomorficznych istot o ciałach zwierząt. Mając jedynie mglistą wizję projektu zgłosił się z nim do New Line Cinema. Pomysłem zainteresował się Marlon Brando, co momentalnie podbiło budżet do góry i nagle oznajmiono, że film jednak wyreżyseruje Roman Polański. Richard postawił się i wymusił spotkanie z Brando. Oczywiście liczył na to, że przekona aktora do swojej osoby. Brytyjczyk był już naprawdę zdesperowany, zgłosił się więc do znajomego... czarnoksiężnika. Ten, podczas wspomnianego spotkania Stanleya z Brando, odprawił razem ze swoim zakonem magiczną ceremonię z użyciem krwi i mistycznych obrzędów, co miało niby wspomóc reżysera. Najwyraźniej czary przyniosły zamierzony skutek, bo Brando oznajmił, że nie zrobi filmu bez Stanleya.

Wszystko zdawało się podążać w dobrym kierunku: w głównej roli miał wystąpić Bruce Willis, w drugoplanowej James Woods, a scenariusz był już gotowy i prezentował się obiecująco. Nagle jednak doszło do głośnego rozwodu Willisa z Demi Moore i nie było już szans na to, żeby aktor wyleciał na kilka miesięcy do Australii. Jego rolę zaoferowano więc Valowi Kilmerowi. Kilmer zgodził się wystąpić w filmie, po krótkim czasie oznajmił jednak, że nie chce marnować tyle czasu na projekt, który tak naprawdę mu się nie podoba. Zamiast tego zainteresował się postacią graną przez Woodsa, któremu natychmiast podziękowano. Reżyser wyleciał do Australii, żeby na miejscu dopilnować prace przedprodukcyjne - budowanie planu zdjęciowego, przymiarki kostiumów i poprawki scenariusza. Ot samego początku było niestety oczywiste, że nie nadaje się na lidera wysokobudżetowej produkcji. Stanley był wycofany, unikał spotkań z ekipą, na zebrania producenckie dosłownie wyciągano go siłą z jego pokoju, a jego komunikatywność pozostawiała wiele do życzenia. Co gorsza, przytłaczał go też związany z tym wszystkim stres. Sytuacja się pogorszyła, gdy krótko przed rozpoczęciem zdjęć, córka Marlona Brando popełniła samobójstwo i było pewne, że aktor nie pojawi się na planie od razu. O ile w ogóle. Wszystkie jego sceny przesunięto więc na koniec realizacji w nadziei, że do tego czasu zdecyduje się na przylot do Australii.


No i był jeszcze Val Kilmer. Ponoć wiecznie odurzony narkotykami i nieznośnie arogancki, ciągle negujący decyzje i pozycję Stanleya, któremu stale udowadniał, kto jest tak naprawdę najważniejszy w tym projekcie. Wykańczało to psychicznie Richarda i zaczynały już krążyć legendy o jego niestabilnej psychice (dość powiedzieć, że według jednej z plotek, pod koniec któregoś dnia zdjęciowego wszedł na drzewo i odmówił zejścia na dół). I wtedy zaczęło padać. I nie przestawało. Rozpętał się potężny sztorm, nie szło więc kręcić scen na zewnątrz, a realizacji scen we wnętrzach nie można było zacząć, bo Brando nie pojawił się jeszcze na planie. Napięcie w powietrzu można już było kroić nożem, a członkowie obsady nerwowo wydzwaniali do swoich agentów w USA żeby jakoś wyrwali ich z tego tonącego okrętu. Val Kilmer w końcu nie wytrzymał i poprzez producenta wymusił usunięcie Stanleya z projektu.

New Line zaoferowało reżyserowi wypłacenie całej gaży jeżeli tylko obieca, że będzie się trzymał w odległości przynajmniej 40 kilometrów od planu zdjęciowego. Dostał bilet, został zawieziony na lotnisko, ale... nie wsiadł do samolotu. Zamiast tego zapadł się pod ziemię. Produkcję wstrzymano na dwa tygodnie żeby naprawić szkody wyrządzone przez sztorm oraz znaleźć szybko nowego reżysera. Obawiano się przy tym, że Stanley może zacząć szkodzić projektowi i sabotować plan zdjęciowy. Ponoć przekonał nawet swoich kolegów aborygenów żeby obłożyli miejsce klątwą.

Gdy projekt przejął John Frankenheimer, a na planie w końcu pojawił się Marlon Brando, problemy bynajmniej się nie skończyły. Brando szczerze nienawidził się z Kilmerem, pewnie dlatego, że konkurowali ze sobą o tytuł największego wrzodu na tyłku. Obaj byli manierycznymi aktorami, stale wstrzymującymi produkcję, odmawiającymi pojawiania się na planie, powodującymi ciągłe problemy i opóźnienia, mieszającymi w scenariuszu i skutecznie uprzykrzającymi innym życie. Zachowania rozkapryszonego Val były jednak niczym w porównaniu z niedorzecznymi pomysłami otyłego, zblazowanego i chyba już nieco obłąkanego Marlona Brando. Znużony i zirytowany ciągłymi poprawkami scenariusza, który był na bieżąco przepisywany podczas realizacji filmu, odmówił uczenia się dialogów na pamięć. Zamiast tego zażądał suflera przekazującego mu tekst drogą radiową do słuchawki umieszczonej w uchu. Problem w tym, że odbiornik łapał czasem komunikaty policyjne, powtarzane później przed kamerą przez niewzruszonego Brando. Ciężko powiedzieć, czy robił sobie tylko jaja z ekipy, czy też naprawdę tak mało uwagi poświęcał temu, co mówi. A może po prostu miał nierówno pod sufitem.


Trudno orzec, bo innego razu pojawił się na planie z wiaderkiem na głowie. I odmówił zdjęcia go. W związku z czym przerobiono go na filmowy rekwizyt. A to jeszcze nie wszystko. Jego największym "numerem", a może raczej najmniejszym, był Nelson De La Rosa. Najmniejszy człowiek na ziemi początkowo został zatrudniony żeby wcielił się w jedną z genetycznych kreatur stworzonych przez Mureau. Szybko jednak zaprzyjaźnił się z Marlonem i ten odmówił występowania przed kamerą, jeżeli w każdej jego scenie nie pojawi się również jego mały przyjaciel. W efekcie z bohatera granego przez Nelsona zrobiono karykaturalną, miniaturową kopię doktora Mureau, która naśladowała jego zachowanie i ubiór. Zainspirowało to później twórców komediowego cyklu o Austinie Powersie do stworzenia postaci Mini-Me.

Nie był to jednak jeszcze koniec przygody Richarda Stanleya z "Wyspą doktora Moreau". Pewnego dnia ktoś z ekipy technicznej rozmawiał z mężczyzną, który odwiedził farmę, gdzie hodują organiczne owoce, i spotkał tam specyficznego faceta spędzającego całe dnie na paleniu marihuany i narzekaniu, że Val Kilmer zrujnował mu życie. Skojarzono oczywiście fakty i wkrótce odnaleziono tam Richarda. Kilku członków ekipy, pewnie główne z nudów i ciekawości, co z tego dalej wyniknie, przemyciło swojego dawnego szefa na plan zdjęciowy. I tak Stanley wrócił na wyspę Moreau żeby zobaczyć w jakim kierunku poszła produkcja jego wymarzonego filmu. Po planie zdjęciowym chodził przebrany za... człowieka-psa. Zagrał nawet w kilku scenach.

I kończąc, wszystkim zainteresowanym tematem, polecam dokument "Lost Soul: The Doomed Journey of Richard Stanley's Island of Dr. Moreau" Davida Gregory'ego, opowiadający o kulisach realizacji "Wyspy doktora Moreau".

„Nawet gdybym miał nakręcić film zatytułowany ‘Życie Vala Kilmera’ to nie obsadziłbym w nim tego chujka.”

John Frankenheimer

„Jestem dumny, że byłem zamieszany w realizację jednego z najgorszych filmów w historii. Zajebiście było zobaczyć ile wysiłku kosztuje zrobienie absolutnego paździerza. No wiecie, rock n’ roll!”

Członek ekipy technicznej

„Wszystkie dostępne jednostki proszone są o stawienie się pod biblioteką. Otrzymaliśmy liczne zgłoszenia o zakłócaniu porządku.”

Marlon Brando

czwartek, 1 sierpnia 2019

Maiden - recenzja


Za tydzień Gutek Film wypuści do polskich kin dokument „Maiden”. Warto zwrócić na niego uwagę. 
Film opowiada historię pierwszej w historii kobiecej załogi startującej w prestiżowych, a przy tym niebezpiecznych i bardzo wymagających fizycznie, wielomiesięcznych regatach Whitbread Round the World Race. Początkowo narracja jest skupiona na pomysłodawczyni projektu, zbieraniu przez nią kobiecej ekipy oraz długich poszukiwaniach sponsorów, co nie było łatwe, bo panie wchodziły w męski świat i nikt nie traktował ich tam poważnie. Jest to interesujące, ale film pokazuje swój prawdziwy pazur dopiero, gdy rozpoczyna się już dokumentacja przebiegu samych regat i walki o pierwsze miejsce. Męski świat mógł patrzeć na żeglarki jak na pocieszną ciekawostkę i „litościwie” trzymać kciuki żeby dokończyły w jednym kawałku przynajmniej pierwszy etap, ale bohaterki miały naturę wojowniczek, do regat podeszły więc z ogniem w sercach i dały z siebie wszystko, celując w wygraną i utarcie nosa konkurencji. Wojna płci nie jest jednak wiodącą narracją w filmie. Wprost przeciwnie, motywacja żeglarek skupiała się raczej na udowodnieniu tego, że kobiety mogą wziąć udział w tych niełatwych regatach na równych prawach z mężczyznami i ukończyć wyścig. Uczestnictwo w głupim sporze o to, która płeć jest lepsza, nie pochłaniało ich energii.

„Maiden” to fascynujący, ale też cholernie emocjonujący, zapis walki człowieka z naturą, bo na suchym lądzie to męscy szowiniści i skostniałe poglądy mogły stanowić głównego przeciwnika, próbującego odebrać prawo do robienia tego, co się zamarzyło młodym żeglarkom, ale na otwartej wodzie musiały zmierzyć się z jeszcze gorszym wrogiem, nieugiętą siłą natury, która w każdej chwili była gotowa na odebranie im życia. Ocean nie wybacza błędów. I cholera, moment, gdy bohaterki dopływają w końcu do jednego z portów, pierwszy raz wygrywając etap regat, wbrew ekstremalnym warunkom pogodowym i protekcjonalnym uwagom konkurencji oraz komentatorów sportowych, no to był ten moment, gdy się autentycznie wzruszyłem. Osoby o wrażliwszych sercach uronią pewnie niejedną łzę. Jest to oczywiście oprawione muzyką nastawioną na wyciskanie tychże, ale nawet mając tego świadomość, niewiele można poradzić na to, że w połączeniu z rozczulającą radością wymalowaną na twarzach młodych bohaterek oraz świadomością tego, co musiały wcześniej wspólnie przeżyć dla tej chwili - scena trafia prosto w serducho.

Jest w tym filmie jeszcze kilka takich momentów autentycznie chwytających za serce (również tych gorzkich). Od strony formalnej „Maiden” nie oferuje wprawdzie niczego nadzwyczajnego: standardowe żonglowanie wypowiedziami gadających głów (współczesnych wspomnień osób zaangażowanych w opisywane wydarzenia) z archiwalnymi ujęciami (bohaterki nagrały sporo materiału dokumentującego ich życie na łodzi). Jest to jednak tak wciągające, angażujące emocjonalnie (jeżeli jeszcze nie znacie ich historii to będziecie mocno trzymać kciuki za końcowy wynik bohaterek) oraz interesujące, że w sumie do utrzymania uwagi odbiorcy nie potrzebuje niczego więcej jak tylko tej niesamowitej historii o kilkunastu kobietach skupionych na jednym celu. Pokochacie nawet jeżeli nie uważacie żeglarstwa za coś interesującego, bo to jest jeden z tych filmów, które pozwalają zrozumieć czyjąś pasję.