niedziela, 5 października 2014

Gone Girl (Zaginiona dziewczyna) - recenzja


Próba zrecenzowania nowego filmu Davida Fichera bez zapuszczania się na grząski teren spoilerów fabularnych jest zadaniem trudnym. O przewrotkach fabularnych nie chcę za wiele pisać, żeby nikomu nie psuć seansu, ale tym samym znacząco muszę ograniczyć przepływ myśli i emocji jakie wywołuje bogata w treść fabuła. Bo twisty niejako definiują "Zaginioną dziewczynę", nie robią tego jednak dla czystego efektu zaskoczenia odbiorcy, nie mają na celu przedstawieniu historii w zaskakująco nowym kontekście, jak w "Podziemnym kręgu", czy też zaszokować bezceremonialną dobitnością postawienia kropki nad i jaką osiągnięto dzięki zawartości pudełka w "Siedem".

W swoim nowym filmie Fincher wielokrotnie wywraca do góry nogami wiedzę jaką dysponuje widz, ale zawsze służy to czemuś więcej, pchnięciu historii na nowe tory, poszerzeniu sfery tematycznej, rozszerzenia granic gatunkowych (a nawet przeskakiwanie pomiędzy nimi), zmianie tonacji filmu i zaprezentowaniu ciekawych przemyśleń na temat mediów oraz długoletnich związków - motywów poruszanych w kinie wielokrotnie, ale rzadko w sposób tak bardzo bijący odbiorcę po głowie. Brawurowy pokaz talentu reżyserskiego, biegłości w operowaniu różnymi tonacjami emocjonalnymi w obrębie jednego filmu, a także dojrzałości twórczej. To już nie jest Fincher, który czaruje technicznymi wodotryskami, zapadającymi w pamięci napisami początkowymi, kamerą swobodnie przemieszczającą się pomiędzy kondygnacjami budynku i zaglądającą w najprzedziwniejsze miejsca, pozwalający sobie na wizualny onanizm dla czystej przyjemności epatowania ładnymi obrazkami i zaprawiający to ociekającą energią ścieżką dźwiękową. Film jest idealny technicznie, ale jak na Finchera zaskakująco ascetyczny, forma nie dominuje treści, ona służy historii, tak jakby reżyser chciał zaprezentować pełne zaufanie stronie fabularnej. I słusznie.

Jeżeli miałbym się do czegoś przyczepić, to może tylko do nieumiejętności zakończenia historii w odpowiednim momencie, sposób w jaki film nagle się urywa jest dobry, ale finałowy akt zyskałby siłę końcowego uderzenia, gdyby przyciąć go o kilka minut, albo po prostu wywalić z niego kilka scen. To jednak już tylko szukanie dziury w całym, "Zaginiona dziewczyna" to ścisła czołówka tegorocznych premier, nie tylko świetnie zrealizowana i napisana, ale również zagrana (a pisze to osoba darząca Rosamund Pike ogromną awersją). Fincher ponownie udowadnia, że estyma z jaką darzy się jego osobę nie wzięła się znikąd.


0 komentarzy:

Publikowanie komentarza