piątek, 19 września 2014

Pearl Harbor - recenzja


Film, od którego tak w zasadzie nazwisko Michaela Bay'a zaczęło się kojarzyć ze wszystkim co najgorsze we współczesnych blockbusterach ("Armageddon" można było jeszcze uznać za pojedynczą wpadkę). Powtórzony po 13 latach (!) okazuje się być... całkiem niezłym filmem. To dość smutne podsumowanie poziomu wysokobudżetowego kina ostatnich lat, ale jeżeli chodzi o poziom zainteresowania historią, zaangażowania emocjonalnego i zachwytu walorami technicznymi, to w swoich najlepszych momentach film Bay'a bije na głowę przerażającą ilość przebojów kinowych z ostatnich lat. Scena nalotu na Pearl Harbor to mała perełka, znakomita technicznie, zachwycająca wizualnie i choreograficznie. Kamera śledząca lot zrzuconej bomby, samoloty pikujące pomiędzy okrętami, a nawet zwykłe wybuchy, to wszystko, na co zazwyczaj spoglądam już w kinie ze znużeniem, tutaj autentycznie zachwyca, bo zrobione jest czytelnie, starannie, z sercem, nie tylko nie jest odbite od zużytego do bólu wzorca, ale wręcz wyznaczające standardy na przyszłe lata. Miód.

Oczywiście to wciąż Michael Bay, reżyser filmujący kobiety jakby były samochodami, a samochody jakby były kobietami (copyright by Empire), ale tutaj ewidentnie słabuje dopiero w ostatnich kilkudziesięciu minutach filmu (czyli już po ataku na Pearl Harbor), gdy zaczyna wkładać w usta bohaterów jakieś dyrdymały, w tle powiewać amerykańską flagą i rozwadniać historię oraz dynamikę filmu, poświęcając za dużo ekranowego czasu na mało interesujący amerykański odwet. Widz nabuzowany adrenaliną po ataku na Pearl Harbor szybko zaczyna się więc niecierpliwić i irytować dennym wątkiem miłosnym oraz głodnymi kawałkami o rozbudzonym do boju amerykańskim narodzie.

Do tego jest jeszcze niefortunnie dobrany trójkąt miłosny, z beznadziejnym przypadkiem aktorskiego drewna w postaci Josha Hartnetta, z obdarzonym pewnym potencjałem i charyzmą drewnem w postaci Bena Afflecka (może już się do niego przyzwyczaiłem, ale specjalnie mi tutaj nie przeszkadzał) oraz mało uzdolnionej aktorsko i średnio charyzmatycznej, ale za to oszałamiająco prześlicznej Kate Beckinsale. Wątek miłosny nie jest zresztą taki znowu straszny, może i niespecjalnie interesujący, ale w zasadzie bezbolesny w swej przeciętności i uatrakcyjniony kilkoma całkiem zabawnymi scenkami rodzajowymi z tamtego okresu.

Ogólnie - całkiem niezły film, "obdarzony" wieloma wadami (nad którymi nie chciało mi się rozwodzić, bo już został przez krytyków przemielony na wszystkie sposoby), ale jednak o lata świetlne od najgorszych dokonań Bay'a z następnych lat i niezasługujący na lanie jakie wciąż zbiera (średnia ocen moich znajomych na Filmwebie to 4.76 z czego sporo głosów na 1-4/10). Warto się przełamać i obejrzeć, bo dzisiaj o wiele gorsze filmy zbierają pochlebniejsze opinie.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza