poniedziałek, 1 grudnia 2014

Get on Up - recenzja


To będzie interesujący sezon nagród filmowych. Przynajmniej w kategoriach aktorskich. Wyścig po Oscara się jeszcze nie zaczął, "przeciętny" obserwator nie wszystkich faworytów miał już okazję poznać (wyśmienity Steve Carell w "Foxcatcher"), o innych zapewne usłyszy dopiero po ogłoszeniu nominacji (wybitny Timothy Spall w "Mr. Turner"), kilka innych nazwisk może nas jeszcze zaskoczyć, ale już znam przynajmniej kilku aktorów, którzy zasługują na statuetkę. Właśnie odkryłem kolejnego. Chadwick Boseman, zapamiętajcie sobie to nazwisko, w najbliższych latach będzie o nim głośno.

Boseman otrzymał od Tate'a Taylora życiową szansę, możliwość zagrania głównej roli w filmie o Jamesie Brownie. I wypadł znakomicie. Doskonała charakteryzacja umożliwiła mu przekonujące zaprezentowanie wokalisty na wszystkich etapach jego kilkudziesięcioletniej kariery, ale to tylko połowa sukcesu. Aktor wgryzł się w rolę, bez nuty fałszu "dostroił" do charakterystycznego sposobu wysławiania się czarnoskórego artysty, jego sposobu bycia, niuansów mimicznych i nie popadł przy tym w przesadę. Boseman bawi się wizerunkiem ikony, emanuje sceniczną charyzmą, bryluje jako muzyk, który na estradzie rozkwita i zamienia się w szamana soulu, za którym wiernie podążają tłumy, ale nie zapomina również i o tym, że przedstawia też człowieka, który nie był pozbawiony wad. Na zebranie jakiś znaczących nagród filmowych w jego przypadku jest jeszcze za wcześnie (zwłaszcza przy takiej konkurencji), ale ta rola niewątpliwie (i zasłużenie) zwróci na niego uwagę Hollywood. Obserwujemy właśnie narodziny nowej gwiazdy.


W parze z doskonałą pierwszoplanową rolą idzie równie udana reżyseria. James Brown od chwili rozpoczęcia kariery scenicznej w połowie lat 50. występował praktycznie cały czas, a na amerykańską listę przebojów trafił z aż 94 singlami (!). Dość gargantuiczna kariera i osobowość do skondensowania w jednym filmie. Niebanalny bohater wymagał więc niebanalnego podejścia. Taylor postawił na narrację tętniącą funkowym beatem, równie dynamiczną i nieprzewidywalną jak portretowany artysta, czerpiącą garściami z jego muzycznego dorobku, z zachłanną ekscytacją sięgającą po kolejne utwory i epizody z życia, skaczącą pomiędzy nimi niechronologicznie, często zestawiającą ze sobą wydarzenia oddzielone kilkudziesięcioletnią przerwą. Wielokrotnie przypomina się nam o korzeniach artysty, za sprawą sprytnego montażu sceny z dorastania w biedzie korespondują z wydarzeniami ze szczytowego okresu jego kariery, które zaś płynnie przechodzą w epizody z późniejszego okresu, gdy rozbuchane ego utrudniało nawiązywanie bezkonfliktowego kontaktu z innymi ludźmi.

A to jeszcze nie wszystko, bo wielokrotnie łamie się tutaj czwartą ścianę. Brown często wymownie patrzy się w naszym kierunku, czasem zwraca się do widza bezpośrednio, w jednej scenie przechadza się opowiadając o czymś, a jednocześnie widzimy jak w tle szaleje na scenie i finalnie obie te postacie stapiają się w jedną (za sprawą montażowego cięcia). Jest to dość odważna forma i zapewne nie każdemu przypadnie do gustu, ale pozwalająca na zaprezentowanie postaci w bogatszy, bardziej urozmaicony sposób i nie powodująca znużenia stosunkowo długim filmem (140 minut).


Oczywiście gdyby wszystkie te stylistyczne świecidełka, sprytne sztuczki montażowe, energetyczne utwory i przykuwającego uwagę głównego bohatera, odrzucić na bok, to zostalibyśmy z kolejną typową historią biograficzną, która ledwie prześlizguje się po bogatym życiu portretowanej postaci. Ale skoro reżyser skutecznie odwraca od tego uwagę widza, to po co szukać dziury w całym? Lepiej posłuchać dobrej muzyki, radośnie potupać do rytmu stopą i liznąć trochę wiedzy o jednej z największych osobowości muzycznych zeszłego stulecia.


0 komentarzy:

Publikowanie komentarza