środa, 24 czerwca 2015

Mr. Holmes - recenzja


Jak na prawie 130-letnią (!) fikcyjną postać to Sherlock Holmes trzyma się zaskakująco mocno w popkulturze, wciąż inspirując powstawanie kolejnych filmowo-telewizyjnych interpretacji. Oto najświeższa, w wykonaniu Iana McKellena, wcielającego się w emerytowanego detektywa, który fajkę i charakterystyczny kapelusz już dawno temu odłożył na bok (a tak naprawdę, to nigdy z nich nie korzystał, były wymysłem przemysłu rozrywkowego, który wykreował jego ikoniczny wizerunek, na co Sherlock prycha z pogardą) i przeprowadził się na prowincję, gdzie dożył sędziwego wieku (ponad 90 lat!) spędzając dni na doglądaniu pszczół.

Jak na swój wiek (doskonała charakteryzacja), to Sherlock zachował sporo wigoru i trzyma się nie najgorzej. Proces starzenia dokonał jednak ogromnego spustoszenia w najważniejszym organie - mózgu. Bohater zmaga się z zanikami pamięci, musi zapisywać sobie imiona, zapomina fakty i wydarzenia z przeszłości, o krótkotrwałej pamięci już nawet nie wspominam. Nie ma więc mowy o rozwiązywaniu nowych zagadek kryminalnych, obecnym wyzwaniem umysłowym bohatera jest próba odtworzenia szczegółów ostatniej sprawy prowadzonej jako detektyw oraz przypomnienia sobie tego, co pchnęło go wtedy do decyzji o przejściu na emeryturę.

Zapomnijcie więc o błyskotliwym Benedykcie i jego pałacu pamięci, czy też efektownych bójkach w wykonaniu Roberta, Ian ledwie pamięta jak sam ma na imię, a najbardziej dramatyczne sceny akcji w "Mr. Holmes" mają związek z ukąszeniami os. Jeżeli jednak odłożymy na bok oczekiwania, naturalnie wiążące się z postacią Sherlocka i zaakceptujemy jego mniej ruchliwą, a do tego bardziej ociężałą umysłowo wersję, to wyjdziemy z kina lekko zauroczeni. Film Billa Condona nie dostarcza stymulujących umysł zagadek kryminalnych, ale za to opowiada niegłupią opowieść o starszym panu, który - szykując się do rychłego przejścia na "tamten świat" - robi rozrachunek z życiem i próbuje pierwszy raz opowiedzieć o nim własnymi słowami. Chce tym samym uciec od nieco fałszywego wyobrażenia o swojej osobie wykreowanego najpierw przez sensacyjne opowiadania napisane przez przyjaciela - od dawna nieżyjącego już Watsona - które zostały później jeszcze bardziej przejaskrawione w kinowo-telewizyjnych adaptacjach. Jest to też historia o inspirowaniu młodego pokolenia, przekazywania pałeczki w życiowej sztafecie i relacji niegrzeszącego empatią emeryta, z nadto emocjonalnym małym chłopcem.

Bardziej więc ciekawostka, jak "prawdziwy" film o Sherlocku, którego postać wykorzystano tutaj do opowiedzenia o czymś zupełnie innym, ale dobrze opowiedziano, można wybaczyć.


0 komentarzy:

Publikowanie komentarza