piątek, 10 lipca 2015

Mad Max - krótko o ewolucji serii oraz twórczości George'a Millera.


Z dwóch powodów warto po latach wrócić do trylogii "Mad Max" z Melem Gibsonem. Po pierwsze, bo te filmy nie zestarzały się aż tak bardzo, jak niektórzy twierdzą. Wciąż dostarczają porządną dawkę rozrywki i ogląda się je z dużą przyjemnością. Po drugie, żeby z zainteresowaniem obserwować ogromną ewolucję, jaką przeszła zarówna filmowa seria, jak i reżyserskie rzemiosło George'a Millera. Pierwsza część to jeszcze kino surowe, nieukształtowana wizja postapokaliptycznego świata, skok w - ówczesną - przyszłość, która może i niejawi się kolorowo, ale to raczej dystopijna rzeczywistość, jak zaorany nuklearną wojną świat. Ten koncept ewidentnie zakiełkował w głowie Millera nieco później i reżyser musiał widzowi trochę dopowiedzieć w prologu drugiej części, żeby jakoś skleić oba filmy ze sobą.

No właśnie, cudowny "Road warrior", wielka miłość od pierwszego kontaktu na zdartej kasecie VHS. Od dzieciństwa mój wzorzec postapokaliptycznego kina akcji - pustynny krajobraz i samochodowa ekstrawagancja. Prosta historia, która zdefiniowała dla kina wygląd postnuklearnych plenerów, ustawiła klimat ogarniętego przemocą i obłędem świata oraz dała początek wielu fabularnym tropom w kinie sci-fi. Z dzisiejszej perspektywy, to przede wszystkim wersja beta tegorocznego "Fury Road", dla wielu jednak wciąż pozostanie najlepszym filmem serii. Nie wnikam, czy głównie z powodów sentymentalnych, czy z rozczarowania czwartą częścią. Tak, istnieją ludzie, którym się nie podobała, miałem okazję poznać.

Nie ma natomiast wątpliwości, która część jest najsłabsza. "Beyond Thunderdome" było rozczarowaniem 30 lat temu, a czas jaki upłynął od premiery bynajmniej tego nie zweryfikował. Nie należy jednak zupełnie przekreślać tej odsłony, bo pod wieloma względami jest najbliższa temu, co pokochaliśmy w tegorocznym filmie. Z całej trylogii z Melem Gibsonem jest to część najciekawsza wizualnie, ma rozmach scenograficzny (pomińmy, że odwiedzamy tylko jedną większą lokację), o wiele bardziej przyłożono się tutaj do drobnych detali, wykonania kostiumów i do gadżetów pojawiających się na drugim planie oraz konstrukcji filmowego świata. Psychole, zwyrole i inne dziwne indywidua były stałym elementem serii od samego początku (tak na marginesie, warto dodać, że w pierwszej i czwartej części w rolę głównego czarnego charakteru wcielił się ten sam aktor), ale to w trzeciej odsłonie występują w największym zróżnicowaniu i najbardziej zapadają w pamięci różne postacie epizodyczne. Film ostatni raz widziałem w szkole podstawowej, średnio mi się podobał już wtedy, ale Mastera Blastera i kilku innych popaprańców do dziś pamiętam z tamtego seansu.


Do tego dużą radochę sprawia wyłapywanie drobnych pomysłów, które po kilku dekadach poddano tuningowi w czwartej odsłonie. Oczywiście już w "Road Warrior" można wskazać wiele elementów, które rozwinięto w "Fury Road", są przecież żywi ludzie przywiązani do słupów umieszczonych na frontowej części pojazdu, jest pościg przez pustynię za wielką ciężarówką, jest nieco wycofany Max i rodzące się klany zmotoryzowanych rzezimieszków. Widać, że wyobraźnia Millera zaczynała się powoli rozkręcać, wskakując na wyższy bieg już przy realizacji trzeciej części, ale najwyższe obroty osiągnęła dopiero po latach. Wzorcowym przykładem jest postać niewidomego muzyka w "Beyond Thunderdome", który gra... na saksofonie. Nie jest to koncept, który jest nawet zbliżony atrakcyjnością do Doof Warriora, ale widać, że idea musiała zakwitnąć w głowie Millera już wtedy i z czasem zaowocowała jedną z najfajniejszych postaci epizodycznych tej dekady. Za kilka lat gościa z gitaro-miotaczem ognia będzie pamiętać KAŻDY.

No i nie należy zapominać, że ważną rolę w pierwszym akcie filmu z Tiną Turner pełnią... świnie. Ciekawe, czy Miller w połowie lat 80. przypuszczał, że kiedyś nakręci familijną historię o rozgadanej śwince wychowywanej przez owcę i marzącej o zostaniu prosiakiem pasterskim. Z całą pewnością już wtedy zaczynało go ciągnąć ku młodszej widowni, bo po całkiem przyzwoitych pierwszych 30 minutach, film nagle skręca w kierunku kina familijnego i jest to... dziwne. Nie wiem, skąd taka decyzja, ale gdy film zaczyna przypominać postapokaliptyczną wersję "Hooka" Stevena Spielberga, a postać Maxa nie walczy o przetrwanie, tylko bierze udział w wesołej przygodzie, to cały wizerunek serii idzie się... sami wiecie co.

Całe szczęście, że Miller po latach się opamiętał i skierował opowieść o losach Maxa Rockatansky'ego na właściwe tory.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza