niedziela, 23 sierpnia 2015

Fantastic Four (Fantastyczna czwórka) - recenzja


Film zabił mi ćwieka. Każdy już zapewne słyszał o problemach na planie. Reżyser, Josh Trank, zdradzał niestabilność psychiczną, nie potrafił się dogadać ze studiem, rozwalał meble w wynajętym mieszkaniu, Kate Mara była przez niego stale poniewierana, bo jej angaż został na nim wymuszony, a Miles Teller prawie wdał się z nim w bójkę. Nie był to najbardziej rozrywkowy plan zdjęciowy w historii kina.

Gdy już film wypuszczono do kin, krytycy zgodnie podpisali na nim wyrok śmierci. Zaledwie kilka procent pozytywnych opinii na Rottentomatoes i recenzje określające go najgorszą adaptacją komiksu od czasu „Batmana i Robina”, produkcją nie tylko gorszą od dwóch infantylnych stolców z Jessicą Albą, ale nawet od budżetowej wersji Rogera Cormana. Z niemałym zaskoczeniem odkryłem więc, że ten film się całkiem nieźle ogląda. I nie mam na myśli radosnego, na poły ironicznego, chłonięcia campowego chłamu. Pierwsza połowa filmu opiera się na przyzwoicie opowiedzianej historii. Pozytywnie zaskoczyła choćby lekkość z jaką zarysowano przyjaźń Reeda z Benem. Nie bez znaczenia jest fakt, że podwaliny pod nią położono pokazując dzieciństwo bohaterów, przy okazji przekazując widzowi wszystkie potrzebne informacje o parze bliskich kolegów.


Tego komfortu nie miało już zróżnicowane etnicznie rodzeństwo Stormów. Sue i Johnny pojawiają się w historii nagle, a ich rodząca się więź z Reedem jest mocno umowna. Znaczy się przypuszczamy, że bohaterowie stają się sobie bliscy, ale niewiele na ekranie na to wskazuje. Co gorsza, Ben zostaje odstawiony na bok, nie współpracuje z resztą bohaterów, większość z nich w ogóle nie zna, a do międzywymiarowej wyprawy, która zaowocuje powstaniem Fantastycznej Czworki, zostaje wrzucony od niechcenia w ostatniej chwili. To nie jedyny zgrzyt. Swoistym środkowym palcem wymierzonym przez reżysera w kierunku fanów komiksu, producentów oraz - a raczej, przede wszystkim - aktorki, jest sposób, w jaki Susan w ogóle nabywa swoje moce.

To zresztą swoisty graniczny punkt, po którym produkcja skręca w złym kierunku i pędzi na pełnych obrotach w kierunku katastrofy. Abstrahując już od tego, że reżyserowi zajęło o wiele za dużo czasu dotarcie do momentu przemiany bohaterów w superludzi i każdy przeciętny zjadacz popcornu, nastawiony na superbohaterską bitkę, już dawno zdążył zejść z nudów. Zaczynają się mnożyć chybione pomysły fabularne, dziwne zachowania bohaterów, nietrafione sceny, a fabuła skacze rok do przodu, żeby pokazać już uformowanych nadludzi, świadomych posiadanych mocy i potrafiących z nich korzystać. Nie byłoby to jeszcze takie najgorsze, gdyby nie moment w którym dokonano skoku w czasie i jak negatywnie rzutuje to na obraz Fantastycznej Czwórki jako rzekomej grupy przyjaciół, o "pierwszej rodzinie Marvela" już nie wspominając.

Ciężko w ogóle powiedzieć, dlaczego ten film powstał pod okiem Tranka. Młody twórca miał niewątpliwie różne ciekawe pomysły, ale niespecjalnie pasujące do materiału. Odejście od wesołej formuły znanej z marvelowskich produkcji i sięgnięcie po nolanowski "realizm" spod znaku ostatnich filmowych odsłon Batmana oraz Supermana, było odważną decyzją, w której tlił się potencjał. Zaowocowało to mocną sceną, gdy przerażeni młodzi bohaterowie odkrywają jak drastyczne zmiany przeszły ich ciała oraz organizmy. Reżyser pozwolił sobie na kilka minut przyzwoitego "cielesnego horroru" rodem z Cronenberga.


Szybko jednak przeskakuje o dwanaście miesięcy w przyszłość i nic już się w tym filmie nie klei. Jako kino superbohaterskie zawodzi, scen akcji brakuje, główny przeciwnik pojawia się w ostatnich kilkunastu minutach, motywację ma równie lipną jak stylówę, a finałowe starcie to śmiech na sali. Tyle że nikt się nie śmieje, bo film jest śmiertelnie poważny. Tu i ówdzie padają jakieś żarty, ale przekaz jest jasny - mhrrrrok i "realizm" uber alles. I to nie byłoby wcale takie złe, gdyby tak bardzo nie pasowało do Fantastycznej Czwórki. To byłby całkiem niezły film, gdyby Trank nie musiał swojego "poważnego" sci-fi na siłę synchronizować z radosnym komiksowym oryginałem i mógł opowiedzieć historię nie związaną ze światem Marvela.

Mnie wprawdzie nie przeszkadzało odejście od superbohaterskiej formuły i przyłożenie większej uwagi samemu procesowi podróży do innego wymiaru oraz bezpośrednim skutkom tejże podróży. Problem w tym, że ucierpiało na tym widowisko, którego w tym filmie zwyczajnie zabrakło i dostaliśmy jedynie obietnicę zobaczenia właściwej Fantastycznej Czwórki w przyszłości. Problem w tym, że w obliczu porażki zarówno finansowej, jak i artystycznej, niezadowoleniu wyrażanemu tak przez krytykę, jak i widownię, oraz kłopotliwej realizacji, o której pewnie kiedyś powstanie arcyciekawy dokument, sequel kontynuujący bezpośrednio film Tranka jest wielce wątpliwy. Mimo wszystko szkoda, bo zostawił bohaterów gotowych do podjęcia prawdziwej superbohaterskiej przygody i chętnie zobaczyłbym, jak uformowany przez niego skład odnalazłby się w tradycyjnej superbohaterskiej przygodzie.


0 komentarzy:

Publikowanie komentarza