wtorek, 22 września 2015

A walk in the woods - recenzja


Geriatryczna odpowiedź na "Wild". Filmy jednak więcej dzieli, jak łączy. Samotna wędrówka trasą Pacific Crest Trail była dla bohaterki granej przez Reese Witherspoon sposobem na odreagowanie życiowych traum i ubicie wewnętrznych demonów. Robert Redford natomiast postanawia przemierzyć Appalachian Trail żeby... no właśnie, w zasadzie, to tak do końca niewiadomo dlaczego. Nadrzędnym celem jest chyba walka ze starczym marazmem. Podczas, gdy większość znajomych już umarła, właśnie umiera lub szykuje się do umarcia, on postanawia udowodnić sobie, że wciąż jeszcze ma energię na przeżycie kolejnej przygody. Wszyscy wokół zakładają, że szuka inspiracji do napisania kolejnej książki. On sam na każdym kroku temu zaprzecza, ale ostatecznie książka i tak powstała (film oparto na podstawie autentycznych bestselerowych wspomnień, ale napisał je mężczyzna przed pięćdziesiątką), co zapewne nikogo z bliskich nie zdziwiło. Niejako przypadkiem, okazuje się to również pretekstem do odnowienia znajomości z dawnym przyjacielem - kulejącym, pozbawionym formy alkoholikiem z dużą nadwagą (Nick Nolte).

"Wild" opowiadał o młodej dziewczynie, która na szlaku nabierała doświadczenia potrzebnego do ukończenia trasy. "A Walk in the woods" jest o dwóch starszych panach, którzy na każdym kroku uczą się tego, że porwali się z motyką na słońce. Jest to źródłem humoru, czasem lepszego, czasem gorszego, ale bywało, że głośno rechotałem, więc jest dobrze. Rozczarowuje natomiast seniorski duet. Pomiędzy Redfordem i Noltem jest zaskakująco mało chemii. Obaj panowie są na tyle doświadczonymi aktorami, żeby role odegrać bez większego wysiłku i wyjść z tego obronną ręką. I wychodzą, ale mało w tym iskier, polotu i magii kina. Szkoda, że nie wypalił pierwotny plan. Redford nabył prawa do książki jeszcze w latach 90. planując występ u boku Paula Newmana. Przez jakiś czas do projektu był przypisany Richard Linklater. Z takiego tercetu mogłoby wyjść coś niebanalnego. Ciężko wyobrazić sobie lepszego kandydata do reżyserii filmu o dwóch starszych panach dyskutujących o sprawach wielkich i miałkich podczas wielotygodniowego marszu.

Zamiast tego historia trafiła w ręce wyrobnika (Ken Kwapis) i wyszedł z tego jedynie solidny przeciętniak. Film miewa za to przezabawne momenty. Bezcenny jest Nick Nolte, gdy zziajany, przepocony, wymordowany, próbuje nabrać tchu oparty o drzewo w połowie drogi na wzniesienie, widzi grupę małych dzieci radośnie pokonujących kolejne schodki na górę i syczy przez zęby: "małe skurwysyny". Rozbrajające są różne drobne momenty, jak na przykład próba "sterroryzowania" przez bohaterów dwóch niedźwiedzi plądrujących ich obóz, i dzieje się ogólnie dość dużo, żeby seans zleciał szybko i przyjemnie. Kwapis jest jednak niedość utalentowanym reżyserem, żeby wycisnąć siódme poty ze znakomitej obsady, realizacyjnie również nie ma niczego ciekawego do pokazania, wyszedł więc z tego niezbyt porywający średniak, o którym szybko się zapomni.


0 komentarzy:

Publikowanie komentarza