poniedziałek, 14 września 2015

The Visit (Wizyta) - recenzja


Powiedzieć, że M. Night Shyamalan dawno temu stracił kredyt zaufania, to nie powiedzieć niczego. Nie będę się rozwodzić nad trzema filmami poprzedzającymi "Zdarzenie", bo o każdym można napisać coś dobrego i rozumiem, że mogły znaleźć swoich zwolenników. Sam należałem kiedyś do osób przychylnie nastawionych do "Znaków" i "Osady", ale zbyt dawno oba tytuły oglądałem, żeby się teraz wypowiadać na ich temat. Od czasu zrobienia filmu z Wahlbergiem reżyser pogubił się jednak zupełnie. "Ostatni Władca Wiatru" był bardzo nieudany, "1000 lat po Ziemi" nie tak złe, jak twierdzą niektórzy, po prostu okropnie przeciętne. "Wizyta" nie jest może zdecydowanym odbiciem od dna, ale dobrze rokuje dla przyszłych projektów Shyamalana.

Becca i Tyler nigdy nie poznali babci i dziadka od strony mamy. Jest to skutkiem dawnej kłótni, po której ich matka wyprowadziła się z domu rodzinnego i zerwała kontakt z rodziną. Nigdy nie przestała jednak żałować, że doprowadziła do takiej sytuacji. Sama nie jest jeszcze gotowa na odnowienie relacji, ale decyduje się na wysłanie do rodziców swoje dzieci, żeby mogły spędzić tydzień z dziadkami, nieco ich poznać, a może nawet odkryć szczegóły kłótni sprzed lat. Dziadkowie są już jednak ludźmi w podeszłym wieku i doskwierają im różne choroby. Większość związana jest z głową. Dziadek musi już korzystać z pieluch, które chowa później w szopie, a do tego ma paranoidalno-schizofreniczne urojenia. Babcia zachowuje się bardzo niepokojąco za dnia, a nocami, no cóż, nocami urządza regularne show. Jak tylko zasypia, zaczyna nieświadomie (?) biegać z nożem w dłoni po domostwie, drapać ściany będąc na golasa, wydawać z siebie demoniczne dźwięki i energicznie szorować po podłodze na czworaka. Z każdym dniem niepokojąca atmosfera zagęszcza się bardziej, a rodzeństwo na poważnie zaczyna obawiać się o swoje życie.

Na początku wspomniałem, że to film Shyamalana, co niejednego mogło zapewne zrazić do "Wizyty". Nie polepszę więc pewnie sytuacji, gdy dodam, że to kolejna produkcja found footage. Wydarzenia obserwujemy z dwóch kamer dzierżonych przez rodzeństwo (Becca kręci film dokumentalny) oraz na ich laptopie. Rozwiązanie formalne, które zaczęło irytować jakieś kilkanaście produkcji filmowych temu, bynajmniej nie zyskuje w wydaniu Shyamalana. Co nie znaczy, że zdecydowanie negatywnie wpływa na odbiór filmu. Po prostu jest, czasem wkurza koślawym ułożeniem kadru, czasem dodaje napięcia scenom grozy, zazwyczaj jednak nie wywołuje żadnej reakcji, więc końcowy efekt jest raczej przeciętny.


"Wizyta" cechuje się bardzo specyficznym klimatem. Sceny w nocy opierają się na straszeniu dziwacznymi zachowaniami babci. Wydarzenia za dnia balansują natomiast na granicy komedii i grozy. Nastrój filmu najczęściej znajduje się gdzieś pośrodku, spoglądając przy tym tęsknie w kierunku niepokojącej, nieco psychodelicznej i groteskowej historii spod znaku oryginalnej "Teksańskiej masakry piły mechaniczną". Oczywiście nie jest to ani tak brutalne, ani tak jednoznaczne, jak film Hoppera. Tam mieliśmy obcowanie z czystym - w swej prymitywności - złem, co wywoływało u odbiorcy uczucie dużego dyskomfortu. "Wizyta" jedynie sugeruje istnienie takiego zła. Reżyser cały czas zwodzi, unikając odpowiedzi na postawioną wątpliwość: czy dziadkowie stanowią realne zagrożenie, czy może są jedynie bezbronnymi staruszkami, którym z wiekiem pomieszało się w głowach?

Film jest bardzo nierówny. Gdy Shyamalan próbuje straszyć, jest w tym całkiem efektywny, humor też wychodzi mu w naturalny sposób (choć nie zawsze trafia z żartami w dziesiątkę), ale pomiędzy tymi stanami są jeszcze spore pokłady nudy. Większość wydarzeń ma miejsce za dnia i pokazuje dwójkę dzieciaków zabijających czas na wsi. Jest to cholernie nudne. Dziadkowie zapewniają wprawdzie ciągłą dawkę niespodziewanych, niepokojących zachowań, pobudzając nieco uwagę widza, ale i tak wielokrotnie traciłem zainteresowanie historią. Później jednak następuje "coś", powiedzmy że twist (dość słaby, bo można go przewidzieć po pierwszych minutach filmu i uważnym słuchaniu dialogów) i robi się o wiele ciekawej. Muszę przyznać, że podczas finałowych kilkunastu minut filmu, wielokrotnie osuwałem się z nerwów w fotelu, przejmując losem małych bohaterów.

Za późno jednak to następuje, za mało tutaj prawdziwych emocji, oryginalnych pomysłów, ciekawej fabuły, za dużo natomiast nudy i dłużyzn. Nie jest to film ewidentnie zły, nie jest też niestety dobry. To tylko kolejny przeciętniak od Shyamalana.


0 komentarzy:

Publikowanie komentarza