sobota, 17 października 2015

The Walk - recenzja


Czekałem na ten film z lekkim zaintrygowaniem, bo to w końcu Robert Zemeckis. Jednocześnie dziwiłem się niezmiernie reżyserowi, że poświecił na niego czas. Doskonały oskarowy dokument „Man on wire” opowiedział już przecież wszystko w temacie. Główny bohater opisał szczegółowo całe wydarzenie, jego historia bawiła, czarowała, fascynowała i frapowała. Niewiele miejsca pozostawił autorowi fabularyzowanej wersji na pokazanie czegoś nowego.

No niestety. Jeżeli oglądaliście już dokument, to "The Walk" zapewni wam wrażenia podobne konsumpcji przedwczorajszego obiadu podgrzanego w mikrofalówce. Wszystko to już poznaliśmy, ale w lepszej formie. Zemeckis pozmieniał drobne szczegóły, pewne fakty przemilczał, inne lekko zmodyfikował, żeby ulepić z tego bardziej zwartą fabułę albo nadać wydarzeniom większej dramaturgi. O żadnej ze zmian nie można zdecydowanie powiedzieć, że uczyniła film lepszym. Niektóre pomysły formalne wręcz szkodzą. Do szczególnie fatalnych należy decyzja o złamaniu czwartej ściany, przekazanie funkcji narratora w ręce Gordona-Levitta i umieszczenie go na szczycie makiety Statuy Wolności skąd na tle zielonej ściany udającej panoramę Nowego Jorku zwraca się bezpośrednio do widza. Po pierwsze, jest to zwyczajnie odstręczające estetycznie. Wszystko w tych ujęciach, łącznie z nieznośnie zadowolonym z siebie głównym bohaterem, stanowiącym karykaturę Francuza, razi sztucznością. Po drugie, narracja z offu opowiada (i wyjaśnia) za wiele. W dokumencie to się sprawdzało, bo to... dokument. Powielenie tego w filmie, który i tak ma problem ze znalezieniem własnego charakteru, jest chybionym pomysłem.

Film Zemeckisa pod jednym względem jest jednak zdecydowanie lepszy od dokumentu. Petit zabrał nas w fascynującą podróż do przeszłości i barwnie opisał wrażenia ze spaceru w chmurach, ale to Zemeckis umieścił widza na linie rozpiętej pomiędzy dwiema wieżami World Trade Center i odtworzył namiastkę niepowtarzalnego doznania jakie przeżył Francuz. Wspomagane technologią 3D i dużym ekranem, należy do jednych z najlepszych kinowych doświadczeń tego roku. Osoby z lękiem wysokości nie otworzą oczu przez kilkanaście minut, inaczej zawał serca murowany. Cała reszta będzie się wpatrywać w ekran z zachwytem, nie mogąc się nadziwić szalonej brawurze, ale też i niesamowitym umiejętnościom bohatera, który nie dość, że spacerował bez żadnego zabezpieczenia, to jeszcze do tego na linie klękał, a nawet się na chwilę położył. Wariat.

Mam wątpliwości, czy kilkunastominutowa - kapitalna - scena jest warta realizacji całego filmu, ale na szczęście całą resztę można obejrzeć bezboleśnie, a nawet z pewną przyjemnością. Wprawdzie wszystkich bohaterów można by opisać jednym zdaniem, bo nie wychodzą poza wyznaczoną im funkcję fabularną. Wizualnie, oprócz wiadomej sceny, film jest mało interesujący, a co gorsza, rażąco sztuczny. Za dużo tutaj ingerencji grafików komputerowych, makiet filmowych, kostiumów filmowych które wyglądają jak... kostiumy filmowe, a za mało "rzeczywistości". No ale dobrze się to ogląda, na kilkanaście minut przykuwa uwagę i oszałamia, przez pozostałe kilkadziesiąt nie uwiera, a nawet sprawia trochę ulotnej przyjemności. Jak na potencjał Zemeckisa, to jednak spore rozczarowanie, ale mogło być gorzej, pierwotnie planował to zrealizować w całości komputerowo w oparciu o technologię motion capture...


0 komentarzy:

Publikowanie komentarza