poniedziałek, 9 stycznia 2017

La La Land - recenzja


Musicale - bardzo lubię. Emma Stone - uwielbiam. Damien Chazelle - ogromny kredyt zaufania. Ryan Gosling - odczuwam już lekki przesyt jego osobą, ale w połączeniu z Emmą, biorę w ciemno. Powiedzieć, że na „La La Land” czekałem więc z dużym podekscytowaniem to nie powiedzieć niczego. Poziom dużego podekscytowania to osiągnąłem już w okolicy sierpnia, po pierwszej fali bardzo pozytywnych recenzji napływających z Wenecji. Pierwsze zwiastuny tylko pogorszyły sytuację, bo zapowiadały dokładnie to, czego się spodziewałem: przyjemne piosenki, ciepłe barwy, ładne zdjęcia, delikatnie gwiżdżącego Goslinga, subtelnie falującą sukienką Emmę, rozgwieżdżone niebo, no i pianinko w tle. Kupiony byłem już kilka miesięcy wcześniej, a zwiastuny sprawiły, że byłem gotów pójść z torbami, ale z ogłoszeniem bankructwa musiałem się jeszcze wstrzymać przez kolejne kilka miesięcy. Okrutność.

Zasiadanie na sali kinowej z tak potężnym bagażem oczekiwań rzadko kiedy kończy się dobrze. Zazwyczaj skutkuje to srogim rozczarowaniem, bo nie każdy film potrafi temu sprostać i dostarczyć coś, czego widz spodziewał się dostać. „La La Land” nie trzyma odbiorcy w niepewności, już w pierwszej scenie Damien Chazelle udowadnia, że wszystkie zachwyty nad filmem nie były przypadkowe. Otwierająca film kilkuminutowa sekwencja, która została zrealizowana na jednym ujęciu, na zakorkowanej autostradzie w LA, z kamerą krążącą wokół pojazdów i wychodzących z nich ludzi, biorących udział w spontanicznym tańcu i piosence, jest pokazem kunsztu technicznego, a zarazem deklaracją ze strony twórcy – nie ma tutaj miejsca na postmodernistyczne mrugnięcia okiem i dekonstrukcję gatunku, robimy musical pełną piersią, wskakuj na pokład, albo zostań na poboczu i nie marudź.


Jest to dość niesamowita wolta stylistyczna po równie pięknym wizualnie, ale jednak nabuzowanym energią, agresją, wulgarnością i testosteronem „Whiplashu”. Często się jednak zapomina, że to nie był pierwszy długometrażowy film w karierze Chazelle’a, który zadebiutował przecież (w ubiegłej dekadzie) innym musicalem, czarno-białym „Guy and Madeline on a Park Bench”. Było to niezależne kino, które często było porównywane z francuskimi „Parasolkami z Cherbourga”. Jest to zresztą tytuł, o którym równie często wspomina się w odniesieniu do „La La Land”. Warto dodać, że to właśnie ten film miał być drugim w karierze młodego reżysera. Chazelle miał jednak problemy z zebraniem budżetu, a tymczasem krótkometrażowa wersja „Whiplasha” zrobiła furorę w Sundance i szybko znaleźli się sponsorzy gotowi wyłożyć pieniądze na wersję pełnometrażową, postanowił więc kuć żelazo póki gorące.

I dobrze się stało, bo Chazelle nakręcił najpierw historię demitologizującą zawód muzyka, pokazującą cały trud, ból i kontuzje wiążące się z przyuczaniem się do roli zawodowego grajka, a może nawet artysty, teraz natomiast ma okazję pokazać efekt końcowy - nonszalanckie plumkanie na pianinku jakby to była najprostsza rzecz na świecie. Perfekcyjne opanowanie techniki nie sprawia jednak, że Sebastian (Ryan Gosling) jest szczęśliwym spełnionym muzykiem. Wręcz przeciwnie, na życie zarabia w restauracji przygrywaniem klientom do kotleta różnych obciachowych szlagierów świątecznych, próbując czasem przemycić do repertuaru jazzowe utwory, czego stanowczo zabrania mu szef (J.K. Simmons w fajnym epizodzie). Sebastian marzy o własnym lokalu, gdzie jazz byłby grany w klasycznej formie, a muzycy mogliby dowolnie eksperymentować z gatunkiem i pozwalać sobie na to, żeby to spontaniczne decyzje dyktowały o formie ich występu. Piękne marzenie, ale na razie nie stać go nawet na opłacenie rachunków...

Marzycielką jest również Mia (Emma Stone). Dziewczyna marzy o karierze filmowej, wynajmuje więc w LA mieszkanie z innymi aspirującymi aktorkami. Czas dzieli pomiędzy pracą w kawiarni, a bieganiem na kolejne upokarzające kastingi do filmów i seriali. Mijają tygodnie, miesiące, lata, a Mia wciąż nie może się doczekać swojej przełomowej roli i zaczyna mieć już naprawdę dość przeżywania kolejnych rozczarowań. Emma jest doskonała w tym filmie. Łączy ją z Goslingiem naturalna chemia, która wyczuwalna jest tak na ekranie, jak i we wspólnych wywiadach. Oprócz tego jest uroczą kobietą, która w nienachalny, subtelny sposób potrafi podbić serce odbiorcy, w czym duża zasługa naturalności jej zachowania oraz niesamowitych oczu, w których odbija się każda targająca nią emocja. Jednak nie tylko na predyspozycji do łatwego zjednywania sobie ludzi bazuje swoją rolę, bo jak chyba nigdy wcześniej na ekranie, potrafi podkreślić kruchość emocjonalną postaci i odegrać chwile zwątpienia oraz przygnębienia. W pamięci bardzo zapada scena jednego z przesłuchań, gdy próbuje dać z siebie wszystko w nadziei na otrzymanie roli, a w trakcie odgrywania poruszającej sceny płaczu, gdy jest najbardziej odsłonięta emocjonalnie, niewzruszony ekipa od kastingu prowadzi ze sobą rozmowy i przekazuje sobie różne informacje. Spojrzenie Emmy, zdradzające całą skalę uczuć, rozpacz, zranienie, frustrację, które próbuje zarazem ukryć, bo nie może sobie pozwolić na taką otwartość, na długo ze mną pozostanie.


                                           [ Lekkie spoilery w następnym akapicie]
 
Film podzielono na cztery rozdziały: zima, wiosna, lato, jesień. W pierwszym bohaterowie ciągle na siebie wpadają, w drugim rodzi się pomiędzy nimi uczucie, w trzecim obserwujemy już ich związek. Wiedząc jak takie historie są budowane, domyślamy się już co nastąpi pod koniec trzeciego rozdziału i czego będzie dotyczyć czwarty. I rzeczywiście, początkowo wszystko wskazuje na to, że Chazelle zamierza podążyć oczywistą ścieżką, co jest sporym rozczarowaniem w tym dotychczas bezpretensjonalnym, czarującym musicalu. Piosenek i muzyki robi się mniej, a zamiast tego mamy więcej smutnej prozy życia i oczywistego melodramatu, bo aspiracje zawodowe obojga bohaterów stają na drodze związku. Myli się jednak ten, kto spodziewa się schematycznego rozwiązania całej historii, bo Chazelle przygotował prawdziwą bombę - poruszający w swej szczerości finał, który miażdży emocjonalnie. Przepiękny motyw muzyczny, piosenka przewijająca się przez cały film, staje się portalem do innej rzeczywistości, alternatywnego wymiaru, który odpowiada na pytanie: „a co by było gdyby...”. Piosenka nabiera nowej znaczenia i na zawsze będzie się już kojarzyć z fantastycznym zakończeniem filmu po którym wychodzi się z kina na miękkich nogach.

Jestem zakochany w „La La Land”. Pierwszą godzinę oglądałem totalnie zauroczony prostotą historii miłosnej, postaciami, delikatnym humorem, piosenkami, choreografią scen tanecznych, wykonaniem tychże oraz klimatem całości. W połowie drugiej godziny przyjemnie lekki nastrój nieco siada, uroczy klimat ulatuje, a Chazelle jakby zapomina, że robi uroczy musical, bo piosenek zaczyna być mało. Okazuje się jednak, że nie jest to przypadkowe, bo tym mocniej uderza później po głowie niesamowicie emojonalny finał. Fantastyczny film, jeszcze się z niego nie otrząsnąłem, wciąż we mnie siedzi, wywołując różne uczucia: radość, smutek, refleksję nad życiowymi wyborami bohaterów, ale przede wszystkim to sprawia, że robi się człowiekowi jakoś tak cieplej na sercu, przyjemnie, kojąco...

0 komentarzy:

Prześlij komentarz