niedziela, 7 października 2018

A Star is Born (Narodziny gwiazdy) - recenzja


Droga „Narodzin gwiazdy” na duży ekran była wyboista. Czwarta (!) już wersja filmu z roku 1937 pierwotnie miała powstać na początku obecnej dekady. Za kamerą miał siedzieć Clint Eastwood, a jego instrukcji słuchać Beyonce. Jest to dość pocieszna wizja, gdy wyobrazić sobie Clinta przekazującego tym swoim ciepłym głosem - o walorach papieru ściernego trącego o kamień – wskazówki gwieździe pop. Długo szukano aktora partnerującego piosenkarce, rozmowy prowadzono z takimi osobami jak: Tom Cruise, Christian Bale, Johnny Depp, Will Smith i Leonardo DiCaprio. W końcu z filmu zrezygnowała Beyonce, za to zaangażowano Bradleya Coopera, który z czasem przejął również pozycję Eastwooda i wybrał projekt na swój reżyserski debiut. Dwa lata temu w miejsce piosenkarki wskoczyła koleżanka po fachu, Lady Gaga, i realizacja w końcu ruszył z kopyta.

Jedno jest pewne, Cooper i Gaga to duet kompletny, idealna mieszanka chemii, talentu i charyzmy. On w ogóle nie przypomina siebie, ogorzały, zarośnięty, używający nieco niższego głosu niż zwykle. Jackson Maine to gość, który tak długo był wystawiony na zalety i wady sławy, że nie pamięta już, jak to jest nie być fotografowanym przez kasjerkę w supermarkecie i nagabywanym przez obcych w barze. Przestał już zwracać na to uwagę. W pewnej chwili stwierdza, że jednym z efektów sławy jest ciągłe zwracanie się do niego pełnym imieniem i nazwiskiem przez innych ludzi. Przestał był tylko Jacksonem, czy też Jackiem, zawsze jest Jacksonem Mainem, TYM Jacksonem Mainem. Jackson Maine to szycha, gwiazda country zapełniająca stadiony, legenda rozpoznawalna przez wszystkich. Przy tym to człowiek zmęczony życiem, na granicy wypalenia, ale wciąż jeszcze próbujący dawać z siebie wszystko na scenie i podtrzymywać w sobie płomień, a okazyjnie to nawet rozpalać porządne ognisko.


Ona natomiast wręcz musiała nie przypominać siebie, nie było innej drogi, od tego zależał los filmu, czy widz zdoła zapomnieć o jej scenicznej personie - szalonej, wyrazistej gwieździe pop w dziwacznych kostiumach. Musieliśmy uwierzyć, że patrzymy na skromną, zakompleksioną, niedoświadczoną dziewczynę, która ma ogromny talent, ale niewystarczająco oszałamiający wygląd żeby zawojować przemysł rozrywkowy. I to się udało. Film najmocniej działa w pierwszej godzinie, gdy obserwujemy jej drogę do sławy. Lady Gaga ma kawał głosu i najlepszy użytek z niego robi w tych pierwszych, prostych, naładowanych czystymi emocjami piosenkach, które wchodzą pod skórę, wywołują ciary, wbijają w fotel i poruszają serducho. Rewelacją jest natomiast Bradley Cooper, który nie tylko nie odstaje wokalnie, ale też - co ważniejsze – równie umiejętnie maluje emocje przy pomocy głosu. Czy to w duecie z piosenkarką, czy w solowych występach, udowadnia, że jest TYM Jacksonem Mainem i nie bez przyczyny jest tak kochany przez publiczność. „Narodziny gwiazdy” mają widzowi do zaoferowania jedne z najlepszych scen koncertowych w historii kina. Jest to pięknie sfilmowane i fenomenalnie udźwiękowione, warto tego doświadczyć w kinie z dobrym nagłośnieniem, bo można poczuć się, jakbyśmy byli na prawdziwym koncercie. Jeżeli film za kilka miesięcy nie zgarnie statuetek w technicznych kategoriach dźwiękowych uznam to za skandal.

Jak już wspomniałem, ale warto to podkreślić jeszcze raz - pomiędzy ekranowym duetem jest wyczuwalna prawdziwa chemia. Cooper ładnie się uzupełnia z partnerką, oboje dają subtelny popis aktorskiego rzemiosła, tworząc pełnokrwiste postacie, starannie przemyślane i konsekwentnie poprowadzone, ale sprawiające jednocześnie wrażenie prawdziwych osób, a nie tylko owoców czyjejś wyobraźni. Pierwsza godzina kradnie serce, bo opowiada po prostu o relacji dwójki ludzi, o tym jak się poznają, zakochują w sobie, wskakują oczywiście w role mentora i muzy, ale jest to pokazane w ujmująco naturalny sposób, jest w tym wyczuwalna szczerość i jakaś prawda o życiu. Gdy jest to tylko film o tym, o rodzącym się uczuciu, o życiu w trasie, uczeniu się scenicznego obycia i odkrywaniu realiów życia artysty, to wtedy pochłania bez reszty, angażując emocjonalnie, ale też wciągając w prostą opowieść o muzykach.


Urok niestety zaczyna nieco ulatywać po godzinie, gdy Ally w pogoni za sławą skręca w kierunku dość przezroczystej kariery gwiazdki pop. Jakość piosenek spada, a wraz z tym zaczyna nieco uwierać przewidywalność i sztampowość fabuły, co wcześniej skutecznie osładzały odczuwane emocje związane z wykonywaną muzyką oraz szczerością ukazywanych tutaj ludzkich zachowań. Wtedy też zaczynają się nasilać alkoholowe problemy Jacksona, obecne w zasadzie od pierwszych minut filmu, ale wcześniej bagatelizowane i spychane na bok. Oczywiście było wiadomo, że nie będzie to trwało wieczne i jest kwestią czasu zanim boleśnie ugryzie to wszystkich w tyłek. I tak się dzieje. Nie jest to chwilami najzgrabniej prowadzone, szczególnie scena podczas wręczania nagród Grammy, która zapewnia prawdziwą mieszankę przeciwstawnych emocji (w tym zażenowania), i to raczej niekoniecznie zamierzonych przez twórców. Co nie znaczy, że druga połowa filmu pozostawia widza zupełnie obojętnym na to, co ogląda. Nie jest tak, że postacie, które już wcześniej polubiliśmy, przestają nas obchodzić. Po prostu to już nie działa tak dobrze, bo widzieliśmy tę historię w kinie niezliczoną ilość razy i wyłączamy się trochę na poziomie emocjonalnym.

W finale jednak wszystko znowu wskakuje na swoje miejsce, muzyka ponownie zaczyna porządnie tarmosić emocjami, trafiając przy tym w samo sedno, czyli w serducho, pięknie uzupełniając się z poruszającym finałem historii. Jeżeli więc zapytacie, czy zachwyty zachodniej krytyki i głosy o ogromnym „oscarowym potencjale” nie są przesadzone, to odpowiem, że do pewnego stopnia niewątpliwie są. Nie wszystko tutaj działa tak jak powinno, ale gdy film wznosi się na wyżyny swojego potencjału to robi taki emocjonalny rozpieprz, że jestem w stanie zrozumieć wszystkie te entuzjastyczne głosy.

0 komentarzy:

Prześlij komentarz