niedziela, 8 grudnia 2019

Marriage Story (Historia małżeńska) - recenzja


Noah Baumbach nie pozostawia złudzeń, rozwód to paskudna bitwa (zwłaszcza, gdy zamieszane są w to dzieci), która powoduje ostateczną erozję uczucia łączącego kiedyś dwójkę ludzi. Reżyser wie o czym mówi, bo inspiracją do napisania scenariusza był jego własny rozwód. Gdy się zgłosił z tym pomysłem do Scarlett Johansson, ta też nie musiała daleko szukać inspiracji, bo sama właśnie przechodziła przez to niełatwe doświadczenie. Genezą „Historii małżeńskiej” były więc gorzkie wspomnienia, ale zaowocowały one czymś pięknym, choć bardzo przykrym, bo szczerą historią o skomplikowanych ludzkich relacjach.

Zanim jednak przechodzimy do erozji uczuć, Baumbach zagląda we wnętrza swych bohaterów i opisuje ich słowami to, co dotąd kochali w swym partnerze. Film rozpoczyna się ciepło, on opowiada z czułością o niej, ona chwali to, jakim jest człowiekiem i ojcem. Szybko zostajemy jednak sprowadzeni na ziemię, to tylko słowa spisane na papierze, przygotowane na potrzeby terapii małżeńskiej, która ma ich „gładko” przeprowadzić przez proces separacji, a może nawet zawrócić z tej drogi? O tym, że to tylko mrzonka, przekonujemy się dość szybko. Ona jest zdecydowana, on raczej obojętny, odkłada problem na później, nieco go bagatelizując, ale gdy w sprawę zostaje zaangażowana prawniczka (świetna Laura Dern) zdeterminowana żeby ugrać jak najwięcej na korzyść dla Nicole, no to Charlie w końcu zaczyna rozumieć, że jeżeli „prześpi” tę sprawę to niebawem „obudzi” się w bardzo niekorzystnym położeniu.


Początkowo Noah zdaje się bardziej skupiać na perspektywie Charliego, to jemu poświęca więcej czasu i pokazuje, jaką udręką dla niego jest rozwód, a zwłaszcza prawniczka żony, bezpardonowo walcząca w jej imieniu, łamiąc przy okazji pierwotne ustalenia zawarte przez małżonków. „Historia małżeństwa” nie jest jednak jednostronną opowieścią, Baumbach nie pozwala sobie na to, poświęca czas na pokazanie również racji Nicole, umotywowanie jej działań oraz tłumaczy, dlaczego postanowiła się „wypisać” z tego związku. W tej historii nie ma tych dobrych (co najwyżej niepozbawieni wad ludzie), a za złych robią tylko prawnicy, bezlitośnie rzucający się do gardeł stronie przeciwnej w imieniu swoich klientów. Małżonkowie udają, że ich te brutalne sądowe potyczki na słowa nie dotyczą, a cały werbalny brud i błoto, którym obrzucana jest bliska im osoba, wypływa tylko z prawników. Nie jest to prawdą, bo zarówno Nora, jak i Jay (Ray Liotta), korzystają przecież z amunicji, którą otrzymali od swoich klientów. Nie dziwi więc, że ostoja normalności, grzeczności i orędownik szacunku dla drugiej osoby, czyli Bert Spitz (świetny Alan Alda), prędko zostaje usunięty z pola bitwy, bo w świecie rozwodów majętnych ludzi nie ma miejsca na cywilizowane i honorowe zagrywki.

O tym, ile w bohaterach tak naprawdę tkwi złości względem siebie, niechęci, a wręcz czystej nienawiści, widać w scenie wielkiej kłótni pomiędzy nimi, gdy już ostatecznie puszczają im hamulce i wyrzucają z siebie wszystko, co dusili w sobie, a te słowa są tak okrutne, że ostatecznie najbardziej ranią ich nadawców, autentycznie przerażonych wypowiedzianymi przez siebie myślami. Bardzo mocna scena, stanowiąca katharsis, tak potrzebne Nicole i Charliemu, ale też dopełniająca pięknie zniuansowane kreacje Scarlett Johansson i Adama Drivera, które niosą widza przez całą historię, sprawiając, że nie chcemy się opowiedzieć po żadnej ze stron, ale za to obojgu ich bohaterów życzymy, żeby całe to przykre doświadczenie pchnęło ich życia w jakimś lepszym kierunku.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza