środa, 25 grudnia 2019

Wykopalisko, czyli filmy z ostatnich 10 lat, które warto znać. #1

Koniec roku, a do tego koniec dekady, kolejne listy najlepszych filmów ostatnich dziesięciu lat atakują ze wszystkich stron. No fajnie, ale chyba niewiele przydatnego wynika z tego dla odbiorców, którzy mogą sobie dzięki temu sprawdzić ile jeszcze osób uważa nowego „Mad Maxa” i „Blade Runnera” za najlepsze produkcje ostatnich lat. Pomyślałem więc, że zamiast pisać o filmach, o których słyszeli „wszyscy”, przyjrzę się uważnie ostatnim dziesięciu latom i wybiorę z nich tytuły, które być może niekoniecznie zasługiwały na miano tych najwybitniejszych, ale za to miały do zaoferowania coś ciekawego i wartego uwagi, a przeszły niezauważone albo zostały już nieco zapomniane.

Przejrzałem swoje oceny na Filmwebie z ostatnich 10 lat i spisałem listę tytułów, które uznałem za warte polecenia. Ostatecznie skończyłem z jakąś setką filmów do polecenia. Poniżej pierwszych dziesięć filmów, które warto nadrobić, jeżeli ich jeszcze nie znacie. Potraktujcie to jako świąteczny prezent. Jeżeli pomysł się przyjmie to za kilka dni ułożę kolejną dychę. A potem może jeszcze kolejną…

A zatem, dziesięć wartych uwagi filmów z lat 2010., czyli okresu od 2010 do 2019.


„ill Manors” (2012), reż. Ben Drew

Debiut reżyserski brytyjskiego rapera, Bena Drew, występującego pod pseudonimem Plan B. Film nakręcony za „pięć funtów i czterdzieści pensów”, realizowany w szemranych dzielnicach wschodniego Londynu (oraz autentycznej melinie zamieszkiwanej przez ćpunów uzależnionych od cracku), gdzie ekipa musiała się zmagać z pogróżkami dealerów oraz okradającą ich miejscową ludnością, przeleżał następnie kilka miesięcy na półce, bo Plan B musiał ruszyć w trasę koncertową żeby zarobić brakujące pieniądze potrzebne na postprodukcję.

Zaowocowało to unikalnym projektem: niechronologiczną, epizodyczną historią, będącą miejskim musicalem opowiedzianym w raperskim stylu. Plan B napisał sześć utworów dedykowanych poszczególnym bohaterom. Efektem tego był soundtrack wielokrotnego użytku, złożony z przebojowych, wpadających w ucho bitów, chwytliwych tekstów i ciekawych pomysłów aranżacyjnych. Jest to film niemizdrzący się do widza, niepopadający w galop fabularny i ekwilibrystkę słowną, bo dialogi są takie, jak przedstawiony świat, czyli wulgarne, dosadne i trafiające w sedno. Historia jest mroczna, skąpana w dość depresyjnym klimacie, a ponury obraz Londynu może zniechęcić do miasta. Jest to projekt szczery, wypływający z serca, kilka epizodów oparto na prawdziwych historiach, a zdjęcia realizowano w naturalnych plenerach. Widać, że jest to środowisko nieobce reżyserowi, który ma na jego temat wiele ciekawego do powiedzenia. A na deser mamy jeszcze dobre role Eda Skreina i Riza Ahmeda, którzy byli dopiero u progu swoich hollywoodzkich karier.


„Mustang” (2015), reż. Deniz Gamze Ergüven

Historia, która natychmiast oczarowuje. Tętniąca orzeźwiającym humorem opowieść o pięciu nastoletnich siostrach, które wykorzystują cały młodzieńczy entuzjazm i energię żeby nie dać się spętać moralnym nakazom, jakie tureckie społeczeństwo oraz ich rodzina próbuje im narzucić. Z każdym kolejnym wybrykiem dziewcząt "kajdany" zaciskane są jednak coraz ciaśniej, krępując ich niespokojną naturę, niszcząc w nich zadziornego ducha i wysysając powoli z ich ciał (pozornie) nieokiełznaną energię.


„Ciało Anny Fritz” (2015), reż. Hèctor Hernández Vicens

Do kostnicy, w której pracuje młody bohater filmu, trafiają zwłoki znanej aktorki, tytułowej Anny Fritz. Szybkie zdjęcie zrobione komórką i wiadomość wysłana do dwóch kolegów wystarczają żeby natychmiast wpadli w odwiedziny z gorzałą. Kilka niesmacznych żartów, wciągnięta krecha, ogląd apetycznego nagiego ciała celebrytki i impreza w kostnicy kończy się nekrofilskim czynem. Co po chwili przeradza się w gwałt, bo Anna okazuje się nie być martwa i przerażona odzyskuje świadomość w momencie, gdy jakiś obcy facet używa sobie na jej sparaliżowanym ciele. 

Dalszy rozwój wypadków jest możliwy do przewidzenia, podczas gdy ciało Anny budzi się powoli do życia, trójka przyjaciół prowadzi moralną dysputę na temat tego, co powinni teraz zrobić. Układ sił jest wiadomy, jeden kolega namawia do zabicia Anny, korzystając z tego, że nikt się o tym nie dowie, bo kobieta została już uznana za martwą. Drugi stanowczo się temu sprzeciwia, zamierzając powiadomić władze o całej sytuacji i zmierzyć się z wszelkimi konsekwencjami ich niewybaczalnego czynu. Natomiast główny bohater, pracownik kostnicy, jest rozdarty emocjonalnie i oczywiście to od niego będzie zależeć ostateczna decyzja o losie aktorki. Anna jednak nie zamierza łatwo zrezygnować z życia - intryguje, podpuszcza i próbuje uciec. 

Niczego więcej nie będę zdradzać, bo ciekawość wynikająca z tego, jak to się dalej potoczy jest motorem napędowym filmu. Wspomaga to sprawne operowanie klimatem, trzymająca w napięciu akcja oraz umiejętne żonglowanie humorem i makabrą zmieszaną z terrorem zrodzonym przez ludzką naturę, a dopełnia to rasowe wykończenie techniczne.


„Rover” (2014), reż. David Michôd

Zaczyna się zagadkowo. Widz zostaje wrzucony w środek wydarzeń: troje mężczyzn ucieka po dokonanym napadzie, dochodzi do szamotaniny i w efekcie rozbijają się na australijskim zadupiu. Kradną pierwszy samochód na jaki natrafią. Należy on do bohatera granego przez Guy'a Pearce'a. Ten natychmiast rusza za nimi w pogoń, a żeby odzyskać pojazd jest gotów podążyć na drugi koniec kraju i zamordować każdego kto stanie mu na drodze. W tej historii umiera się szybko i najczęściej bezsensownie. Pearce’owi towarzyszy Robert Pattison, który solidnie przygotował się do roli i wyuczył akcentu rednecka z południa Stanów Zjednoczonych, a do tego gra osobę lekko opóźnioną. Wypada całkiem przekonująco. Szorstka, nieco zagadkowa, ale przy tym bardzo stylowa i interesująca historia. Aha, warto dodać, że opowieść osadzona jest w postapokaliptycznych realiach. W sumie to chyba powinienem był od tego zacząć...


„Dwa dni, jedna noc” (2014), reż. Jean-Pierre Dardenne, Luc Dardenne 

Kolejny dowód na to, że wartościowe role Marion Cottilard nigdy nie są angielskojęzyczne. Marion jest tu w samym centrum wydarzeń, odsłonięta emocjonalnie i fizycznie, bez makijażu, szykownych ubrań, całego tego amerykańskiego „błysku”. Po prostu zdesperowana, złamana psychicznie kobieta, która walczy z całych sił o utrzymanie się na powierzchni. Grana przez nią bohaterka zmaga się z silnym atakiem depresji, zmuszona zostaje jednak do opuszczenia swojej sypialni żeby zobaczyć się z kilkunastoma współpracownikami. Ich szef, właściciel małej firmy, zmusił pracowników do dokonania wyboru pomiędzy otrzymaniem tysiąca euro, a pozostawieniem głównej bohaterki na etacie. Zdesperowana kobieta próbuje przekonać kolegów do głosowania na jej korzyść. Reakcje kolegów z pracy są przeróżne: od łez wzruszenia, poprzez pełne zawstydzenia decyzje odmowne i podtrzymujące na duchu gesty ludzkiej życzliwości, a na agresywnych zachowaniach kończąc. Proste kino o życiu i ludziach, stonowane, bez fajerwerków, ale za to poruszające, wnikliwe, podtrzymujące w stanie zainteresowania historią i praktycznie pozbawione jakichś wad.


„Radiowóz” (2015), reż. Jon Watts

Przepis na krótki, prosty i udany film: sięgasz po Kevina Bacona, dorzucasz mu wąsa, wąs jest obowiązkowy, preferowany prawdziwy, poczekaj więc cierpliwie żeby urósł, wtedy dodajesz radiowóz, dwóch małych chłopców, Shea Whighama oraz krowę. Gdy masz już wszystkie powyższe elementy, możesz odpalić kamerę, rozsiąść się wygodnie i leniwie śledzić wydarzenia. 

„Radiowóz” jest kinem prostym, wręcz minimalistycznym, Jon Watts (odpowiedzialny za ostatnie dwa filmy o Spider-manie) ewidentnie czerpał inspiracje z twórczości braci Coen oraz Jeffa Nicholsa (zwłaszcza z „Mud”). Historia nie jest skomplikowana, ale w jej prostocie tkwi właśnie cała siła, bywa zabawna, czasem nieco absurdalna, bywa jednak też poważna, bo nad wydarzeniami cały czas wisi fatalizm. Widza nie odpuszcza przeczucie, że zaraz wydarzy się coś paskudnego. Gdy w jednej scenie dziesięciolatek dzierży karabin szturmowy i celuje w kolegę ubranego w kamizelkę kuloodporną, a tamten zaznacza: „tylko celuj w kamizelkę”, to odbiorca poprawia się nerwowo w fotelu, bo oczyma wyobraźni już widzi odstrzeloną głowę młodego chłopaka. Takich momentów jest tutaj więcej. Jest to kino skromne, oparte na budowaniu klimatu, kupujące widza kreacjami aktorskimi oraz zderzaniem dziecięcych wyobrażeń napędzanych naiwnością i nieznajomością świata z brutalnym realizmem tegoż oraz podłością zamieszkujących go dorosłych.


„Anomalisa” (2015), reż. Charlie Kaufman, Duke Johnson

Tworzona przez dwa lata animacja poklatkowa pokazuje, że Charlie Kaufman już chyba nigdy się nie zmieni - na zawsze pozostanie tym błyskotliwym dziwakiem. I całe szczęście! Ponura, acz niewyzbyta humoru, opowieść o alienacji, poczuciu oderwania od rzeczywistości i poszukiwania jakiejś bliskości, a zarazem panicznej reakcji na pierwsze oznaki tejże. Doskonałe dialogi, oryginalna forma, ciekawe spostrzeżenia i zapadająca w pamięci historia. Kaufman jak zwykle w bardzo dobrej formie.


„The Seven Five” (2014), reż. Tiller Russell

Dokumentalny film, który często porównywano do „Chłopców z ferajny”. Rzeczywiście: montaż, narracja z offu, charakterystyczny styl prowadzenia historii, zatrzymania obrazu oraz wykorzystane piosenki, wszystko to rodzi skojarzenia z filmem Martina Scorsese.

Bohaterem „The Seven Five” jest Michael Dowd, gość określany najbardziej skorumpowanym policjantem w historii Nowego Jorku. Dowd karierę w Policji rozpoczął w latach 80., gdy niektóre dzielnice NY przypominały strefę wojny. Przemoc, narkotyki i agresja rządziły tymi ulicami. Michael na ciemną stronę mocy przechodził stopniowo, zaczynając od drobnych kradzieży, grabieży mienia i materiałów dowodowych oraz wymuszania łapówek od schwytanych dilerów. Szybko zaczął się jednak rozkręcać i robić coraz bardziej chciwy. Współpracował z gangsterami, był zamieszany w rozprowadzanie narkotyków, zapewniał policyjną eskortę dilerom, urządzał rajdy na konkurencyjne gangi, a nawet dostarczał przestępcom ich ofiary.

Całość opowiedziana jest przez Michaela oraz jego współpracowników, zarówno tych pracujących w Policji, jak i przez przestępców, a także dawnych kolegów z oddziału oraz wewnętrznego wydziału dochodzeniowego. Nie słychać skruchy w ich głosach, jedynie dumę z odwalania niezłych numerów i zarabiania na tym ogromnych pieniędzy. Czasem śmiejemy się, czasem włos jeży się na głowie, ale nie sposób się oderwać od ekranu, bo ogląda się to z zafascynowaniem. Gdyby film był pełnometrażową fabułą to niektóre cytaty stałyby się klasykami gatunku. Chwilami aż trudno uwierzyć, że wszystkie te osoby z taką szczerością opowiadają o tym wszystkim przed kamerą. O zasłonięcie twarzy poprosiła tylko jedna osoba. Niektórzy z nich są rodem z serialu „The Shield”, a inni pasowaliby raczej do filmów Quentina Tarantino, zwłaszcza herszt gangu, Adam Diaz, wielki fan Bryana Adamsa, który narkotyki sprzedawał na zapleczach sklepów spożywczych, a towar wręczał w torbach z zakupami. W pewnej chwili z szelmowskim uśmiechem opowiada o konkurencie, którego pomógł mu dorwać Dowd: „Już go nie ma wśród nas. Nie twierdzę, że go zabiłem. Już go nie ma wśród nas”.


„Kraina Charliego” (2013), reż. Rolf De Heer

Film o współczesnych aborygenach. Dość smutna historia (choć obfitująca w humor sytuacyjny) o stłamszonej rasie. Zepchnięci na margines przez obcą im kulturę, muszą stosować się do praw i nakazów narzucanych im przez białych Australijczyków, jeść produkowane przez nich śmieciowe jedzenie od którego wypadają im zęby, podporządkowywać się temu, co wedle rządu wolno im kupować w sklepach spożywczych, a czego im nie wolno, jednocześnie pokątnie polując na zwierzynę, co może zakończyć się dla nich poważnymi problemami prawnymi. Charlie sprzeciwia się byciu traktowanym w taki sposób i powoli narasta w nim bunt. Jest to jednak bunt dość ślepy i nieskoordynowany, rzucający bohaterem w przeróżnych kierunkach, uświadamiając mu przy okazji, że całe życie spędzone na łasce białych mieszkańców Australii wykastrowało go z wiedzy o sztuce przetrwania w naturze i naturalnych instynktów, którymi dysponowali jego przodkowie.


„Śpiący olbrzym” (2015), reż. Andrew Cividino

Widzieliście już tę historię. I to nie raz. Trzech młodych chłopców wchodzących w dorosłość. Amerykańska prowincja, środek upalnego lata, które połozy kres niewinnemu dzieciństwu bohaterów. No, niewinne dzieciństwo jest w tym wypadku kwestią umowną, bo chłopaki do aniołków nie należą. Okradają sklep, palą zioło, klną jak szewce. Znaczy się typowe współczesne wyrostki. Ich mała grupa ma jednak dwa przeciwstawne bieguny moralne. Jest ten dobry, młody, niewinny chłopaczek, najmniejszy, najsłabszy, najbardziej pogardzany, wciąż mocno związany z rodzicami. Jest ten zły, klasyczny młody łobuz, narzucający innym swoją wolę, prowodyr większości rozrób, miłośnik wkładania kija w mrowisko, zarówno w sensie dosłownym, jak i metaforycznym. Sekunduje mu jego kuzyn, nieco starszy, większy, silniejszy, ale jednak zdominowany przez niepokornego krewniaka. Niewątpliwe to jemu przypada rola rozjemcy, pomostu pomiędzy pozostałą dwójką.

Ten podział jest jedynie pozornie prosty, bo ten „dobry” z czasem pokazuje mroczną stronę, rozmyślnie doprowadzając do tragicznej w skutkach kłótni pomiędzy kuzynami. Ten „umiarkowany”, początkowo próbujący go bronić, robi pewne świństwo, a nękającego go chłopaka często podpuszcza gestem i słowem. A ten „zły” w istotnym momencie wykazuje się największym rozsądkiem i próbuje uniknąć tragedii. Kanadyjski reżyser rozumie gatunek filmowy, którym tutaj operuje, równie sprawnie portretując beztroską wakacyjną aktywność młodych chłopców, jak i wybijając bardziej dramatyczne tony, gdy nieletni bohaterowie dostają kilka cennych życiowych lekcji. Nie jest to żaden kamień milowy, ale każdy miłośnik amerykańskiego indie oraz filmów w stylu „Stań przy mnie” powinien go sobie dopisać do listy tytułów do obejrzenia.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza