niedziela, 29 grudnia 2019

Wykopalisko, czyli filmy z ostatnich 10 lat, które warto znać. #2

Zgodnie z wcześniejszą obietnicą, kolejne dziesięć filmów z ostatnich lat, które warto znać. Ponownie postawiłem na filmy, które niesłusznie przeszły niezauważone albo zostały przedwcześnie zapomniane. Możliwe, że temat będzie kontynuowany, bo jeszcze mam sporo tytułów, o których chciałbym napisać, ale jest to dość czasochłonne więc znowu zadecyduje zainteresowanie obecnym tekstem. Mam nadzieję, że wyciągnięcie z tych dwóch list coś ciekawego dla siebie:


„Duże złe wilki” (2013), reż. Aharon Keshales, Navot Papushado

Zdaniem Tarantino najlepszy film z roku 2013. Przesadzone? Zdecydowanie. Bardzo? Nie bardzo. Film izraelskiego duetu z całą pewnością nie można zbyć machnięciem ręki. Panowie odważnie zapuszczają się w drażliwe rejony, wygodnie się tam rozsiadają i bez żadnych zahamowań rozpoczynają snucie brawurowej opowieści, która poruszając tak mroczne tematy jak pedofilia i tortury, nie zapomina o bawieniu widza smoliście czarnym humorem, żartami sytuacyjnymi, sprawnym operowaniem formułą thrillera, twistami fabularnymi, cieszącą oczy stroną techniczną i kojącą uszy szatą muzyczną, nadającą całości baśniowego sznytu. 

Jest to oczywiście karkołomna mieszanka, ale reżyserzy w imponujący sposób panują nad całym tym rozgardiaszem. Z całą pewnością nie jest to jednak film dla każdego, przede wszystkim ze względu na dużą dawkę realistycznej i brutalnej przemocy obecnej w scenach tortur. Zestawienie tychże z humorem oraz poruszaną tematyką może odrzucić kolejny procent widowni, który uzna takie połączenie za niesmaczne. Dodać do tego jeszcze ponure zakończenie i staje się jasne, że ten film nie próbuje łasić się do widza. Kto jednak kocha tytuły stawiające go w niewygodnej moralnie pozycji, zadające trudne pytania bez udzielania łatwych odpowiedzi i konsekwentne w obranej drodze, to będzie zadowolony, bo to ciekawe kino, ale pod wieloma względami nieprzystępne.


„My, zwierzęta” (2018), reż. Jeremiah Zagar

Na festiwalach filmowych czasem trzeba (i warto) łowić do upadłego. „My, zwierzęta” był przedostatnim filmem jaki zobaczyłem na zeszłorocznych Nowych Horyzontach. Wyszedłem z kina zachwycony. Nie miałem wątpliwości, że będzie to jeden z tych tytułów, o których będę pamiętać przez lata. Jest to niesamowity portret rodziny - intymny i delikatny kiedy trzeba, ale też chwilami
drapieżny i dający po głowie. Nieokrzesany, dziki, a czasem łapiący za serducho, melancholijny albo skręcający w rejony metafizyczne. Kino autorskie, wrażliwe, wnikliwe, poetyckie. Wow!


„Wtorek, po świętach” (2010), Radu Muntean

Sytuacja stara jak świat: mąż, żona i jego kochanka. Temat przewałkowany już na miazgę. Rumuński reżyser udowadnia jednak, że w kinie często nieważne jest to, co się opowiada, ale w jaki sposób. Dawką emocji i napięcia, którą obdarzył scenę przypadkowego spotkania trójki bohaterów, mógłby obdarować niejeden pełnokrwisty thriller. Nie jest to jednak film o konfrontacji, a przynajmniej nie tej fizycznej. Jeśli już, to raczej wewnętrznej, z samym sobą, z poczuciem winy, ale i wątpliwościami, co jest najważniejsze - wierność sobie czy poczucie obowiązku.

Przede wszystkim jest to więc fascynująca wiwisekcja zdrady małżeńskiej, tego, co się za nią kryje, i do czego prowadzi. Reżyser nie ocenia bohaterów, tutaj nie ma dobrych i złych, wszyscy kreśleni są w neutralny sposób, ale przy tym bardzo naturalnie, prawdziwie, mają swoje pozytywne, jak i negatywne cechy charakteru, są po prostu ludźmi z krwi i kości. O każdym z nich można by się długo rozpisywać, rozmyślając nad oceną ich postępowania. Obiektywnie to zdradzana żona jest osobą, z którą należałoby sympatyzować. Jest zwykłą, kochającą żoną i matką, żadną tam zołzą, ale też nie ofiarą losu, po prostu inteligentna kobieta z klasą, żyjąca w błogiej nieświadomości tego, co się dzieje za jej plecami. Pozostałą dwójkę bohaterów należałoby więc napiętnować, a jednak nie przychodzi to łatwo, bo wyraźnie się kochają, w sposób dojrzały, nieoparty jedynie na pożądaniu. Kochanka ma swoje życie, zawód, mieszkanie, jej egzystencja nie sprowadza się do wypatrywania pustym wzrokiem kolejnej wizyty samca. On natomiast jest rozdarty pomiędzy miłością i przywiązaniem do rodziny, a nowym, niechcianym i nieplanowanym, ale niemożliwym do stłumienia uczuciem. A zatem co wybrać? Egoistyczne uczucie czy poświęcenie się dla dobra rodziny, która jeszcze do niedawna wystarczała do pełni szczęścia? Odpowiedzi nie są łatwe, tak jak i konsekwencje podjętych decyzji.


„Kurier” (2014), reż. Angus Sampson 

Australijska, oparta na faktach, historia o przeciętniaku z jakiegoś zadupia, który postanowił podreperować domowy budżet przemycając w żołądku herę z Tajlandii. Słabo mu to wyszło, bo już przy pierwszym locie zostaje zatrzymany na lotnisku, przekazany policji i zakwaterowany w hotelu. Dlaczego tak? Bohater ma prawo odmówić prześwietlenia żołądka, ale policja może przetrzymać go bez wyraźnych dowodów przez siedem dni. Więc siedzą sobie w tanim hotelu i czekają, aż ten w końcu pęknie i uda się tam, gdzie nawet król chodzi piechotą.

A takiego wała, bo bohater jest twardym zawodnikiem i chociaż skręca go niemiłosiernie, to nie ma zamiaru korzystać z toalety. I tak trwają w tej patowej sytuacji, dni lecą, bohater jest coraz bardziej obolały, policjanci zirytowani, a koledzy z przestępczego półświatka zestresowani. Niczego więcej nie powiem, oprócz tego, że ogląda się z dużym zainteresowaniem, bo to fajny dramat kryminalny, zaprawiony smoliście czarnym humorem i kilkoma niezłymi rolami (m.in. Hugo Weaving).


„Cztery lwy” (2010), reż. Christopher Morris 

Wielka Brytania. Sheffield. Grupa młodych muzułmanów przygotowuje atak terrorystyczny. Dwoje z nich wylatuje do Pakistanu żeby wziąć udział w obozie treningowym dla terrorystów i podszkolić się w „zawodzie”. Po powrocie decydują się spełnić w końcu swoje marzenie i przeprowadzić samobójcze zamachy bombowe. Wcześniej jednak muszą opanować techniki rejestrowania nagrań terrorystycznych domową kamerą, zdecydować, co będzie wystarczająco spektakularnym celem ataku, i w ogóle ogarnąć całą logistyczną stronę bycia terrorystą… 

Zacznijmy od podstawowej kwestii. To nie jest poważny film. „Cztery lwy” to satyra na świat terroryzmu. Film jest swoistą wariacją „Gangu Olsena”. Oglądamy dość nieporadnych facetów, którzy niejako bawią się (chociaż sami nie zdają sobie z tego sprawy) w bycie ekstremistami. Wychowani w Wielkiej Brytanii, na co dzień stołujący się w fastfoodach, oglądający takie same programy i filmy jak większość przeciętnych młodych ludzi na świecie, obcujący każdego dnia z „niewiernymi” i przesiąknięci ich kulturą, niewiele wiedzą o prawdziwym islamskim ekstremizmie. Dżihad jest dla nich niczym „styl gangsta” dla białych chłopców z przedmieść, pozujących na czarnych raperów. Coś tam im świta, podpatrzyli pewne zachowania z wieczornych programów informacyjnych i filmów krążących po Internecie, ale zdolni są jedynie nieporadnie je kopiować, w dziecięcy sposób ekscytując się, że odtwarzają „poetykę” tych nagrań. 

Nie jest to zdecydowana krytyka zjawiska ekstremizmu, bo reżyser próbuje go wyśmiać, ale w sposób nieoczywisty, balansując pomiędzy groteską a tragikomedią. Kreśli satyryczny obraz, ale mocno osadzony w rzeczywistości, niewyśmiewający wszystkiego jak leci, ale skupiający się na bezlitosnym wypunktowywaniu pewnych elementów. Nie stroni przy tym od ociekających absurdem scen. Mieszanka to iście wybuchowa, stosowna więc do poruszanego tematu.


„Jeździec” (2017), reż. Chloé Zhao 

„Jeździec” był dostępny przez jakiś czas na HBO Go, a niecałe dwa tygodnie temu wrzucił go do swojej oferty Netflix więc całkiem możliwe, że już widzieliście film Chloé Zhao, ale jeżeli jeszcze nie, no to zdecydowanie warto go nadrobić. O młodej reżyserce niedługo powinno się zrobić nieco głośniej, bo w przyszłym roku dostaniemy dwa nowe filmy jej autorstwa: „Nomadland” z Frances McDormand (obstawiam premierę w Cannes) oraz „Eternals” będący kolejną odsłoną MCU (obstawiam kilkaset milionów dolarów zysku). Zapoznajcie się z jej dotychczasową twórczością już teraz. 

Debiutancki film Zhao („Pieśni braci moich”) opowiadał o współczesnych Siuksach żyjących w rezerwacie położonym w Południowej Dakocie. Bohaterem „Jeźdźca” jest natomiast kowboj, gwiazda lokalnego rodeo, specjalizujący się w ujeżdżaniu narowistych koni. Nieszczęśliwy upadek na ziemię, podczas jednego z występów, wysyła go prosto na stół operacyjny. Poważny uraz głowy sprawia, że musi na jakiś czas zapomnieć o udziale w niebezpiecznym show. Zdrowy rozsądek podpowiada, a lekarze temu wtórują, że powinien już na dobre zrezygnować z kariery w rodeo i jazdy na koniach, bo kolejny uraz głowy może być tym ostatnim. Młody mężczyzna, którego definiują jego dokonania na arenie, nie jest w stanie tego zaakceptować.

„Jeździec” to powolne kino, skupione na niuansach, skrawkach życia, ludzkiej niedoli i drobnych radościach. Jest to film, który wymaga cierpliwości, ale w pewnym momencie autentycznie chwyta za serducho i już do końca seansu go nie puszcza, skutecznie przykuwając widza do ekranu. Magia następuje, gdy główny bohater przestaje rozpamiętywać przeszłość i dawne sukcesy, a historia skupia się na jego pracy na ranczu, samotnym przemierzaniu pustkowi rozświetlonych delikatnym popołudniowym słońcem, interakcjach ze zwierzętami, a przede wszystkim – oswajaniu dzikich koni. Reżyserka jest zakochana w całym procesie, powolnym zdobywaniu zaufania zwierzęcia, stopniowym łamaniu jego dzikiej natury i przyzwyczajaniu konia do ciężaru ciała ujeżdżającego go człowieka. Ogląda się to z fascynacją i zauroczeniem. Coś dzikiego, nieufnego, przestraszonego, staje się przyjacielskie, oswojone, spokojne, zsynchronizowane z człowiekiem. Piękny film.


„Atak na dzielnicę” (2011), reż. Joe Cornish

Zębaty stwór pozaziemskiego pochodzenia ląduje w niesławnej londyńskiej wschodniej dzielnicy. Niefortunnie wpada na grupę nastoletnich chuliganów, którzy spuszczają mu łomot i odcinają głowę. Zły pomysł, bo tropem poczwary do Londynu trafia jeszcze więcej zębatych stworzeń. I nie są zadowolone. Smarkaczom nie pozostaje więc nic innego jak uporać się z inwazją.

Brzmi to pewnie dość głupio, ale film oferuje porządną dawkę rozrywki, czerpiącą garściami z epoki VHS. Jest to energetyczny survival mocno osadzony w brytyjskiej rzeczywistości (Joe Cornish przez rok mieszkał w jakiejś podłej londyńskiej dzielnicy żeby lepiej poznać zachowania tamtejszych gówniarzy, a w samym filmie wystąpili sami naturszczycy), unikający oczywistego parodiowania klasyków gatunku, za to przenoszący ducha amerykańskich produkcji z okresu panowania VHS do realiów dzisiejszego Londynu, nie obawiając się przy tym operować lekką tandetą (wygląd kosmitów). W roli charyzmatycznego przywódcy gangu wystąpił John Boyega. Już wtedy zwrócił na siebie moją uwagę, ale w życiu nie pomyślałbym, że zobaczę go kiedyś jako jednego z trzech nowych głównych bohaterów „Gwiezdnych wojen”. 


„Piękny kraj” (2017), reż. Francis Lee

W roku 2017 świat oszalał na punkcie „Tamtych dni, tamtych nocy”, filmu o gejowskiej miłości, która zakwitła latem na pięknej włoskiej prowincji. Marsz filmu Luca Guadagnino ku sercom kinomanów rozpoczął się 22 stycznia w Sundance. Co ciekawe, następnego dnia, też w Sundance, miał premierę inny film o gejowskiej miłości. Francis Lee zdobył tam nawet nagrodę reżyserską za najlepszy zagraniczny dramat, ale brytyjski „Piękny kraj” zdecydowanie nie podbił tyle serc, co włoski film. Ciężko się temu dziwić, bo naturalistyczny melodramat o zapijaczonym rolniku z zabłoconego Yorkshire, który wdaje się w romans z rumuńskim emigrantem pomagającym mu przy pracy z owcami, nie miał tego czaru i klimatu, co piękna włoska historia (no i był też zwyczajnie gorszym filmem). Jeżeli jednak nie straszne Wam „nieestetyczne” szczegóły pracy przy zwierzętach (aktorzy zostali wysłani do pracy na farmach i potrafili później odebrać poród owcy na ekranie), a w filmach poszukujecie też wycinków z egzystencji innych ludzi, nawet tych mało ekscytujących, ale za to pokazujących skrawek jakiegoś innego świata, no to „Piękny kraj” jest tego rodzaju kinem.


„Siostra twojej siostry” (2011), reż. Lynn Shelton

Cudownie bezpretensjonalna, lekka, ale przy tym inteligentna i dobrze napisana komedia obyczajowa. Jest to film oparty na delikatnym humorze, niewymuszonym, wysmakowanym, najczęściej sytuacyjnym, ale też bazującym na zgrabnie nakreślonych bohaterach, relacjach pomiędzy nimi, zabawnych dialogach, a czasami po prostu na gestach. Wszystko to działa idealnie, bo pamiętam doskonale, jak cała widownia zarykiwała się ze śmiechu podczas festiwalowego pokazu. Obsada spisuje się tutaj na medal, ale niczego innego nie spodziewałbym się po Emily Blunt i Rosemarie DeWitt, wielkim odkryciem natomiast był dla mnie rewelacyjny Mark Duplass, którego karierze przyglądam się uważnie od tamtego czasu.


„Girlhood” (2014), reż. Céline Sciamma 

Céline Sciamma, autorka tegorocznego „Portretu kobiety w ogniu”, będącego stylowym i bardzo zmysłowym, lesbijskim romansem kostiumowym, specjalizowała się dotąd w innego rodzaju kinie – społecznie zaangażowanych opowieściach o współczesnych młodych Francuzkach. „Girlhood”, jej poprzedni film, przyglądał się grupie nastoletnich czarnoskórych dziewczyn z dużego miasta, które tworzą gang zdecydowanie niestroniący od przemocy. Nie jest to film, który pozwala o sobie łatwo zapomnieć, zarówno ze względu na treść, jak i niesamowity klimat niektórych sceny. Do dziś, gdy słyszę gdzieś „Diamonds” to przypomina mi się cudowna sceny imprezy w pokoju hotelowym podczas której młode dziewczyny wspólnie śpiewały piosenkę Rihanny.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza