środa, 2 września 2020

Babyteeth - recenzja


Nie znoszę filmów o umierających nastolatkach. Znaczy się nie wszystkich, ale kilka tytułów z ostatnich lat zdołało obrzydzić ten motyw. Mam na myśli szczególnie jeden, ten chyba najsłynniejszy, czyli „Gwiazd naszych wina”. Styl w jakim romantyzuje się tam cierpienie i chorobę młodych ludzi jest żałosnym i tanim sposobem na wywoływanie wzruszeń. Nie wspominając już o tym, że był to dość nudny film. „Babyteeth” nie jest typowym filmem o umierających nastolatkach. Nie jest nudny. Nie jest żałosny. Przede wszystkim jednak, nie jest tanim wyciskaczem łez.

Młoda debiutantka, Shannon Murphy, od choroby głównej bohaterki ucieka na tyle daleko, jak to tylko możliwe, unikając szpitalnych pomieszczeń i białych kitlów, skupia się na opowieści o nastolatce wchodzącej w dorosłość, której może nigdy w pełni nie zaznać. Na historii rodziców, którzy muszą się nauczyć, że ich zadaniem nie jest ulżenie swojemu cierpieniu, a umożliwienie zapomnienia o bólu chorej córce. Na portrecie młodego bezdomnego ćpuna, który jest ostatnim gościem jakiego rozsądni rodzice powinni dopuścić w pobliże ciężko chorej córki, a zarazem jest dokładnie tym, czego ona potrzebuje w tym momencie – mieszanką chaosu, wdzięku, niestabilności emocjonalnej, chamskiego egoizmu, ale też powoli rozkwitającej czułości i troski. On jest tym, co sprawia, że ona może się poczuć żywa. Murphy wszystko to wpisuje w stylistykę kina niezależnego, czerpiąc garściami z amerykańskiego indie, ale próbuje wypracować z tego swój własny styl, który jeszcze chyba nie jest do końca dostrojony, co nie znaczy, że nie przyglądamy się temu procesowi z zainteresowaniem.

Napisałem wcześniej o braku nudy. Trochę skłamałem. „Babyteeth” może chwilami męczyć, bo reżyserka lubi zawieszać się na „zwyczajnych” momentach z życia bohaterów, na śniadaniu, nocnej imprezie, obcinaniu włosów, leżeniu przy basenie, wspólnej biesiadzie, ale nigdy nie miałem wrażenia, że te skrawki życia niczego mi nie zaoferowały w zamian za cierpliwe przyjrzenie się im. Jakoś w połowie filmu zerknąłem na zegarek i zdziwiłem się, że jestem dopiero po godzinie seansu, a moja głowa jest wypełniona już tak wieloma informacjami na temat bohaterów. „Babyteeth” bywa niespieszne, ale te dodatkowe minuty w każdej ze scen nie są marnowane, bo składają się na starannie budowaną siatkę relacji pomiędzy postaciami i obudowywania ich kolejnymi warstwami starannie dawkowanej treści, co nadaje im głębi psychologicznej.

W połączeniu z doskonałą obsadą, nie ma tutaj słabego ogniwa, sprawia to, że pod koniec seansu cała czwórka jest nam bardzo bliska, doskonale rozumiemy ich motywacje, a niektóre decyzje, pod którymi sami byśmy się nie podpisali, możemy traktować jako dziwne, ale pasujące do tego, co wiemy o postaciach.

Wszystko to składa się na film, który zostaje z widzem po seansie, siedząc mu w głowie, ale też sercu, bo Murphy z chirurgiczną precyzją potrafi aplikować sceny o dużym ciężarze emocjonalnym.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza