czwartek, 9 maja 2013

Dead Man Down (Czas zemsty) - recenzja




Duński reżyser, odpowiedzialny za szwedzką wersję „Dziewczyny z tatuażem”, zrobił swój pierwszy angielskojęzyczny film, napisany przez amerykańskiego scenarzystę, z Irlandczykiem w głównej roli wcielającego się w Węgra. Kosmopolityzm, dziwko.


Film z gatunku produkcji dziwnych, niespójnych, mieszających widzowi w głowie. Zaczyna się od sceny akcji, takiej współczesnej, odrobinę efekciarskiej, może nie w stylu hollywoodzkich strzelanek dla nastolatków, ale jednak zaprawionej "czynnikiem cool", z wpadającą w ucho piosenką w tle, generującą dość relaksujący klimat. Myślę sobie: „ah, więc to będzie takiego rodzaju sensacja, no dobrze, może być”. A tu nagle gatunkowy twist. Przez następną godzinę z hakiem można zapomnieć o strzelaninach. Zamiast tego mamy przyzwoite kino zemsty, a raczej rzecz o dążeniu do tej zemsty, połączone z fajnie poprowadzonym wątkiem uczuciowym, śledztwem prowadzonym przez jednego z bohaterów, który szuka ukrywającego się w ich szeregach wroga, oraz kilka pomniejszych wątków. Brzmi to może strasznie skomplikowanie, ale nie jest przekombinowane, napisane zostało z głową, trzyma się kupy, a co najważniejsze, wciąga. A potem mamy finał i scenę rodem z typowego kina akcji - bohater wpada samotnie półciężarówką do chaty pełnej wrogów i robi im Johna McClane.

Nieprzystające do siebie elementy, ale same w sobie bardzo dobre. Finałowa scena akcji zrealizowana jest zawodowo, z pazurem, energią, technicznie i emocjonalnie bez zarzutu. Ale gryzie się z tym, co oglądaliśmy przez większość filmu. Klimatyczny thriller sensacyjny, którego bohater zdawał się powoli zmierzać do realistycznego finału, na ostatnim zakręcie przeskoczył na inny tor, finiszując jako John Rambo. Dramatu nie ma, oglądało się to z dużą przyjemnością, ale niespójność filmu świadczy o braku stylistycznej dyscypliny i nie przynosi chluby reżyserowi.

Ale obejrzeć warto. Oprócz tego, że to przyzwoite kino sensacyjne, to do tego dobrze odegrane. Farrell co prawda leci na auto-pilocie, ale już Noomi Rapace stworzyła ciekawą, niejednoznaczną postać, której los nie jest nam obojętny. Świetny jest też Dominic Cooper, który jest u progu wielkiej roli. Na razie wciąż nieco błądzi w doborze repertuaru, ale potencjał ma gość duży, jak dotąd wprawdzie lepiej mu wychodziły drugoplanowe postacie, co udowadnia i tym razem, ale wierzę, że w niedalekiej przyszłości trafi mu się w końcu jakaś znakomita główna rola, dzięki której wskoczy do ekstraligi młodego pokolenia.

Podsumowując, warto rzucić okiem, bo wciąga fabularnie, cieszy wizualnie zdjęciami, przemycono do niego kilka interesujących pomysłów i obsadzono utalentowanymi aktorami, ale w gruncie rzeczy to jednak przeciętniak, o którym za jakiś czas będą pamiętać tylko miłośnicy gatunku.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza