czwartek, 16 maja 2013

Magazyn FILM - R.I.P.



Dzisiaj zapanowała stypa. Przynajmniej w polskim Internecie, a konkretnie, wśród osób zainteresowanych kinem. Magazyn FILM, po 67 latach istnienia, przestanie być wydawany. A ja się pytam – no i co z tego? Powiedzmy sobie szczerze, to już od lat był wypalony, martwy produkt, bez pomysłu na siebie. Większość komentujących podkreśla, jak bardzo ich to zasmuciło. To bardzo ładnie, ale gdzie byli przez ostatnia lata? Kiedy ostatnio kupili jakiś numer? Ilu z nich może się pochwalić regularną lekturą? Jak wielu znają ludzi, zainteresowanych kinem, którzy co miesiąc biegali do kiosku po kolejny numer? No właśnie…


Śmierć FILMu zasmuciłaby mnie jeszcze z osiem lat temu. Magazyn słabował już wtedy, ale jeszcze dawało się odczuć ślady dawnej magii. Rozczarowałbym się również, gdyby doszło do tego podczas pierwszych miesięcy panowania Jacka Rakowieckiego, który próbował powrócić do ciekawej publicystyki. Ale dziś? Mam to głęboko gdzieś i nie mogę powiedzieć, że mnie to w jakikolwiek sposób zaskoczyło. Ostatni numer, a byłem wiernym czytelnikiem od drugiej połowy lat 90., kupiłem dobre 3 lata temu. Długo wytrzymałem. Wytrwałem odejście Lecha Kurpiewskiego, zastąpionego przez Igora Zalewskiego, dzielnie na klatę przyjąłem pojawienie się później za sterami przetransferowanej z „Elle”, Agnieszki Różyckiej. Prawdziwym testem wiary był jednak Marcin Prokop. Po ogłoszeniu jego osoby nowym redaktorem naczelnym, niejeden wierny czytelnik poczuł się, jakby na niego napluto. To był ostateczny sygnał. Nie ma pomysłu na ten magazyn, nie ma chęci na zrobienie merytorycznego i rzetelnego pisma tworzonego z pasją, dla ludzi kochających kino. Zamiast tego była znana morda, plotki, ploteczki, plotunie i rozwodniona treść.


Ale wciąż kupowałem, chyba z przyzwyczajenia. Nie mogłem się jeszcze pogodzić z faktem, że dawne guru nie nadąża już z dostarczaniem treści zdolnych zaspokajać głód wiedzy filmowej. Ba, nawet nie próbowało. Gdzie się podziały dawne dwustronicowe teksty o klasyce kinowej? Ciekawe wywiady? Wgłębiające się w celuloidową tematykę teksty? Zamiast tego miałem artykuły o gwiazdeczkach, dokarmianie fanów ploteczek, odtwórcze teksty publicystyczne, operujące banałami, przy jednoczesnym udawaniu, że odkrywa się Amerykę. Na jeden ciekawy tekst trzeba było się przebić przez ileś innych pisanych pod niedzielnych kinomanów i klientów salonu fryzjerskiego.

I to był gwóźdź do trumny magazynu. Pomylenie priorytetów i zapomnienie o ludziach, którzy powinni być grupą docelową. O kinomanach. W pogoni za czytelnikami, próbowano tworzyć produkt dla szerokiego grona odbiorców, a to prowadziło na manowce, kinomani odchodzili zniesmaczeni treścią, „masowi” odbiorcy nie zapełniali tych strat w wystarczającym stopniu, bo najpierw musieli przełamać opór przed sięgnięciem po tytuł zdawałoby się „specjalistyczny”. Nie wspominając już o tym, że nie jest to materiał na wiernego czytelnika, który zasili grono stałych odbiorców. Magazyn był więc w rozkroku i zbierał kolejne bolesne serie w krocze. Jak bardzo rozczarowujący był FILM (i w ogóle współczesna polska prasa filmowa) odkryłem jednak w pełni dopiero dwa lata temu, po pierwszym kontakcie z brytyjskim magazynem Empire. 



Lektura mojego pierwszego numeru, kupionego po długim ociąganiu się, rozpoczęła pełen uczucia romans z zagraniczną prasą drukowaną. „Empire” jest wszystkim tym, czego kinoman powinien oczekiwać od miesięcznika filmowego. Pisane bez zadęcia, luźnym (jakież było moje zaskoczenie, gdy odkryłem ilość rzucanych od niechcenia wulgaryzmów), ale klarownym językiem, szczerze, bez ściemy, za to z wyczuwalną pasją. A do tego operujące ogromnym spektrum tematów filmowych. Czasopismo trafiające w sedno moich oczekiwań. Bogate w ciekawe informacje teksty na temat nowości kinowych, ekskluzywne artykuły o powstających filmach, wyśmienite merytorycznie (i długie!) wywiady, z często niebanalnym doborem bohaterów tychże, a przy tym niezapominanie w każdym numerze o klasyce kina, o dokształcaniu młodych kinomanów i folgowaniu sentymentalnym uczuciom starych. Warto uzupełnić, że nie chodzi tylko o klasykę pisaną z wielkiej litery (jak podzielony na dwa numery wielostronicowy tekst o „Czasie apokalipsy”), ale i filmach takich jak „Trzej Amigos” (długi wywiad z obsadą), twórczości Carpentera, przebojach kina rozrywkowego z lat 70., 80., 90., zainicjowanie wspólnego wywiadu z Dannym Gloverem i Melem Gibsonem, materiał na temat kultowego magazynu o kinie grozy - „Fangoria”,  i tak dalej i dalej…

Ja się pytam, gdzie tego typu materiały w polskiej prasie? Nie oczekuję, żeby polskie czasopismo dostawało ekskluzywne przepustki na plan zdjęciowy nowego Supermana, ale merytorycznie ciekawe artykuły na temat filmów starszych, to już tylko kwestia chęci. Podobnie teksty publicystyczne, mierzenie się z materią filmu, ujarzmianie jej, przybliżanie czytelnikowi i zarażanie miłością do niej. Za czasów Rakowieckiego ostatecznie odpuściłem sobie kupowanie magazynu, ale w pierwszy miesiącach jego panowania, po raz pierwszy od dawna uwierzyłem, że coś z FILMu jeszcze może być. Sprawiła to seria ciekawych wywiadów z profesorami akademickimi, których odpytywano odnośnie różnych zagadnień popkulturowych. To były intelektualnie stymulujące, interesujące i zwyczajnie wciągające rozmowy. Czegoś takiego oczekiwałbym od prasy drukowanej, jakiejś konkurencji dla internetowego zalewu domorosłych specjalistów (do których rzecz jasna sam się zaliczam). Czemu tego zaprzestano? Ostatecznie chyba straciłem serce dla FILMu po nawiązaniu mailowego kontaktu z Rakowieckim, który na moją sugestię powrotu do tekstów o klasyce kina, tak artystycznego jak i rozrywkowego, odpowiedział, że idea zacna, ale jego priorytetem jest sprzedaż magazynu, a na tego typu materiały nie ma zapotrzebowania. Jak widać, na filmowy magazyn, który nie dba o kinomanów, również nie.

1 komentarz:

  1. Film od lat przypominał mi bardziej Bravo niż magazyn filmowy :P
    Jak stoi z treścią magazyn KINO ?

    OdpowiedzUsuń