sobota, 7 grudnia 2013

Blitz - recenzja


Myślę, że już oficjalnie można zacząć mówić o brytyjskim nurcie odrodzenia klasycznego kina sensacyjnego. W ostatnich latach jest wyraźnie zauważalne zainteresowanie angielskich reżyserów filmami sensacyjnymi, w których wiodącymi postaciami są męscy, szorstcy bohaterowie, nie obawiającymi się podejmowania trudnych decyzji, policjanci naginający prawo, któremu służą, nierozpaczającymi nad biednymi oprychami, którym musieli obili facjatę, albo przemodelować za pomocą Glocka. A wszystko to zawsze przepięknie, choć nieco ozięble, sfilmowane, najczęściej w Londynie. Szkoda tylko, że zazwyczaj najsłabszym elementem tych filmów jest odtwórczy scenariusz, który nie wadzi, niczym szczególnym nie irytuje, nie piętrzy idiotyzmów, nawet nie nuży (zazwyczaj wprost przeciwnie) ale za to jest tak strasznie przewidywalny, że aż żal całej energii i serca włożonego w jego realizację przez ekipą filmową. Brytyjscy reżyserzy muszą się w końcu ładnie uśmiechnąć do scenarzystów telewizyjnych, twórców takich znakomitych seriali jak „Luther”, "Utopia" i „Sherlock”. Wtedy w końcu byłaby szansa na powstanie wybitnego filmu sensacyjnego. A tymczasem musimy się zadowolić „Blitzem”…

Blitz” jest wzorcowym przykładem powyższej formuły. Film jest dosadny w pokazywaniu scen przemocy, mroczny, z miotającym się życiowo bohaterem, nazbyt chętnie sięgającym w swojej pracy po środki doraźne. Nakręcone jest to z werwą, pomysłowo sfilmowane, porzucające zimny kosmopolityczny wizerunek brytyjskiej metropolii, chętnie ostatnio wykorzystywany w kinie i telewizji, na rzecz bardziej swojskich obrazów niskiej zabudowy i wąskich uliczek, nieobcych każdemu, kto kiedykolwiek odwiedził Londyn. No i całość oczywiście bazuje na nie do końca udanym scenariuszu…

Podstawowym problemem fabuły napisanej przez Nathana Parkera jest to, że zbyt usilnie chce przywalić widza ponurym klimatem. Film trwa nieco ponad półtorej godziny, a scenarzysta zamiast skupić się na (prostej) historii, kluczy po kolejnych niepotrzebnych pobocznych wątkach, traktując je po macoszemu, od niechcenia poruszając wątek policjantki uzależnionej od narkotyków, jej kolegów z pracy mających różne grzeszki na sumieniu, żądnego sensacji dziennikarza, podkreślając przy tym na każdym kroku zgniliznę moralną zżerającą miasto. Samo w sobie nie jest to złe, obdziera z anonimowości kolejne ofiary psychopaty zabijającego policjantów, ale poprowadzono to zbyt ciężką ręką, za mało w tym szczerości, za dużo pretensji.

„Blitz” oferuje za to galerię charakternych aktorów. Przede wszystkim mamy rzecz jasna Jasona Stathama, który filmy wciąż trzaska hurtowo, ale za to w końcu zaczął stawiać na przyzwoite projekty, nie schodzące poniżej akceptowalnego poziomu. Jego przeciwnikiem jest Aidan Gillen, znany wszystkim telewidzom z roli Littlefingera („Gra o tron”), tutaj niestety nieco przerysowany, stanowiący swoistą kombinację złoczyńców z „Brudnego Harry’ego” z nolanowskim Jokerem. Ale patrzy się na jego wyczyny z zainteresowaniem, zagrany jest brawurowo, może nie bez fałszywych nut, ale za to z werwą i pazurem, więc nie zamierzam marudzić. A na drugim planie przewija się jeszcze m.in. Luke Evans (już jedną nogą w Hollywood), Paddy Considine, David Morrissey (Gubernator z „The Walking Dead”) oraz najmniej znany, ale za to najbardziej rzucający się w oczy, Ned Dennehy, w roli obskurnej łajzy ze strąkami przetłuszczonych jasnych włosów.

Szkoda, że przy tak wielu udanych elementach, kolejny raz trzeba powiedzieć – „fajne kino, ale scenariusz…”. Mam nadzieję, że zanim dojdzie w Anglii do zmęczenia materiałem i wypalenia się entuzjazmu tutejszych reżyserów do kręcenia mrocznych, brutalnych historii sensacyjnych, chociaż kilku utalentowanych twórców trafi na scenarzystów, którzy nie tylko mają pomysł na klimat filmu, ale i na samą historię… 

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza