niedziela, 15 grudnia 2013

Machete Maidens Unleashed! - recenzja


Mark Hartley jest człowiekiem z misją. Głosi dobrą nowinę, dzieli się wiedzą i wyciąga z niebytu zapomniane bękarty kinematografii. W skrócie - opowiada o kinie exploitation. Ale nie sięga po tytuły amerykańskie, nie snuje opowieści o klasykach blaxploitation, nie robi list przebojów kina grindhouse’owego, ani tym bardziej kultowych pozycji z seansów o północy. Ucieka stamtąd jak najdalej. A tak naprawdę, to nie tak znowu daleko, bo do rodzinnej Australii, gdzie rozkwitł w drugiej połowie ubiegłego wieku nurt ozploitation, czyli tanich filmów epatujących przemocą, golizną i przekleństwami. Trzema podstawowymi cnotami nieobcymi żadnemu bywalcowi kina samochodowego. Z jego dokumentu „Niezupełnie Hollywood” („Not Quite Hollywood: The Wild, Untold Story of Ozploitation!”) mogliśmy się więc dowiedzieć o klasykach gatunku, usłyszeć od Quentina Tarantino skąd przy pisaniu Kill Billa czerpał wiedzę na temat zachowań osób w śpiączce oraz popatrzeć na co lepsze sceny z ówczesnych filmów (najczęściej wiążące się z falującymi nagimi biustami i czymś krwawym). Dwa lata później Hartley postanowił kontynuować temat filmów niskobudżetowych i tak powstał jego kolejny dokument o kinie eksploatacji zatytułowany „Machete Maidens Unleashed!

Tym razem Australijczyk skupił się na kinie… filipińskim. A tak konkretnie, to na amerykańskich tanich filmach kręconych na Filipinach. W latach 70. i 80. to właśnie tam powstawał gros produkcji zalewających repertuar jankeskich kin samochodowych. Powód tego był prosty, niskie koszty. Na Filipinach wszystko nisko wyceniano - pracę, czas, bezpieczeństwo i ludzkie życie. Szczwani filmowi spekulanci szybko wyniuchali okazję i zaczęli wysyłać kolejne zastępy biednych, nikomu nieznanych aktorek, które odsłaniając biusty na zadupiu kuli ziemskiej, kręciły filmidła w spartańskich warunkach, licząc na to, że okażą się one przepustką do późniejszej sławy. Jednej z nich nawet na swój sposób się udało, pierwsze kroki w świecie filmu stawiała na filipińskiej ziemi Pam Grier, czyli późniejsza ikona nurty blaxploitation, o której lata później przypomniał światu Quentin Tarantino angażując do tytułowej roli w filmie "Jackie Brown" (co było oczywistym nawiązaniem do „Foxy Brown” z lat 70.).

Zanim jednak Pam - z urzekającym afro na głowie – zaczęła czyścić amerykańskie ulice z mętów sprzedających narkotyki i znęcających się nad kobietami, zaliczała na Filipinach kolejne filmy z gatunku „kobiety w więzieniu”, eksploatującego wątki więziennej przemocy seksualnej, tortur, dominacji w stadzie i ucieczek z ośrodków penitencjarnych. Takie hurtowe powielanie tematów było zresztą częstą ówcześnie praktyką, a drugim najpopularniejszym wątkiem były mordercze potwory na odosobnionych wyspach. Potwory, dodajmy, z głowami robionymi z masy papierowej.

Dokument Hartley’a to fascynująca podróż przez czasy celuloidowej partyzantki, przewodnik po filmach, w których gwiazdą kina mógł zostać karzeł karateka (co ciekawe, z "normalnymi" proporcjami ciała). Okres, kiedy organizacje przydzielające filmom kategorie wiekowe ignorowały produkcje filipińskie, więc dzieciaki odwiedzające kina samochodowe trafiały później na filmy o tandetnych potworach torturujących i gwałcących amerykańskie aktorki o wydatnych biustach. Produkcje, których kulisy powstawania były nierzadko o wiele ciekawsze od samych filmów...


0 komentarzy:

Prześlij komentarz