sobota, 28 grudnia 2013

Red Hook Summer - recenzja


Spike Lee na przełomie stulecia ewoluował z ważnego i cenionego twórcy kina traktującego o czarnej społeczności Nowego Jorku lat 90. w zagubionego w politycznych pretensjach krzykacza, który stoi w rozkroku pomiędzy Hollywood, a kinem autorskim z przesłaniem. W tym miesiącu do kin wszedł nakręcony przez niego remake znakomitego koreańskiego filmu „Oldboy”. Lee nie zmaltretował materiału, nakręcił przyzwoite kino, które dobrze się ogląda, ale co z tego, jak cały czas mamy świadomość, że ta historia została już raz (lepiej) opowiedziana? Nie o tym jednak chciałem napisać, a o „Red Hook Summer”, do obejrzenia którego zainspirował mnie właśnie seans jego najnowszego filmu.

Zeszłoroczny film nowojorczyka jest bliski tematycznie temu, za co go pokochali fani. Skupia się na czarnej społeczności zamieszkującej jakiś wycinek miejskiej dżungli. Szybko jednak okazuje się, że w filmie próżno szukać młodzieńczej energii i błyskotliwego społecznego komentarza znanego z filmów takich jak „Malaria”, „Rób, co należy”, o mojej ulubionej „Grze o honor” już nie wspominając. Reżyser wprawdzie stworzył po raz kolejny galerię ciekawych postaci z dramaturgicznym potencjałem, zapomniał jednak napisać im ciekawe dialogi i dorzucić angażującą historię.

Przez półtorej godziny filmu nie dzieje się absolutnie nic, co by przyciągało uwagę i usprawiedliwiało marnowanie nań czasu. Ogrom charyzmy Clarke’a Petersa zostaje spętany przez powtarzalność nudnej rutyny religijnych obrzędów, pałętające się po ekranie dzieciaki irytują nieudolnym aktorstwem, film zmierza donikąd, śmiertelnie znużony widz odpływa myślami w przeróżnych kierunkach, a przycisk STOP uwodzi niczym ponętna blondynka.

Cierpliwi widzowie odkryją, że reżyser przygotował jednak fabularną petardę, po 90-minutach ciska w odbiorcę pewną informacją, gwałtownie potrząsa filmowym światem i przygląda się z zainteresowaniem co z tego wyszło. Jak to jednak z petardami bywa, dwie sekundy hałasu, kilka więcej dymu i poczucia otumanienia hukiem, a następnie machnięcie na to ręką i szybkie zapomnienie o wydarzeniu. „Szokująca” informacja z finałowego aktu ożywia znużonego widza tylko dlatego, że ciekawie koresponduje z tym, czym zanudzano przez pierwsze półtorej godziny. Ale to wystarcza na raptem kilka minut seansu. Szybko okazuje się, że Lee nie ma do powiedzenia nic świeżego, interesującego, a już tym bardziej prowokującego do debaty. Kilka minut zabawy z petardami to trochę za mało, żeby usprawiedliwić marnowanie innym dwóch godzin życia. 

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza