sobota, 8 marca 2014

300: Rise of an Empire (300: Początek imperium) - recenzja


Na „300” Zacka Snydera można kręcić nosem, ale trzeba mu oddać, że nakręcił film kompletny. Energetyczną, buzującą testosteronem, epatującą kultem męskiej siły, a do tego konsekwentną od strony formalnej, laurkę dla spartan. Wszystko w tym filmie było podporządkowane chęci złożenia pokłonu starożytnym grekom hartującym od dziecka ciało i umysł w celu stworzenia armii wybitnych żołnierzy. Z tytułami kompletnymi jest ten problem, że kiepsko się nadają jako fundament pod ewentualny sequel. A jednak dostrzegałem pewną nadzieję dla filmu „300: Początek imperium”…

Nadzieja tkwiła w dwóch postaciach kobiecych, znanej już z poprzedniej części królowej Gorgo (Lena Headey kojarzona dziś raczej z roli mniej zacnej królowej z „Gry o tron”) oraz Artemizji (Eva Green). W tym mogła tkwić siła filmu - z odwrócenia formuły pierwszej części, zepchnięcia spoconych półnagich facetów na drugi plan i zestawieniu ze sobą dwóch silnych postaci kobiecych. Niestety, scenarzystom wystarczyło chęci i zapału tylko do ciekawego sportretowania Artemizji, spychając tę drugą do roli okolicznościowego narratora i kawalerzysty nadciągającego z pomocą w chwili potrzeby. Szkoda.

Nie przekreśla to jednak filmu Noama Murro. Izraelski reżyser nie miał wprawdzie ambicji na opowiedzenie czegoś - chociaż odrobinę - oryginalnego, ale w formułę bombastycznego kina rozrywkowego wstrzelił się zawodowo. Jako widowisko „300: Rise of an Empire” zadowala w pełni, z zastrzeżeniem, że odpowiada nam formuła znana z poprzedniej części. Scenarzyści próbowali nieco urozmaicić historię: skoczyli w przeszłość, żeby opowiedzieć o genezie konfliktu, rzucili nowe światło na wydarzenia znane z „300” oraz przedstawili równoległe im wydarzenia na innym froncie, no i oczywiście na koniec powrócili do miejsca znanego z finału pierwszego filmu, aczkolwiek niezupełnie, bo gro scen batalistycznych – w tym finałowa - rozgrywa się tym razem na morzu. Ale to tylko mydlenie oczu, bo całość i tak sprowadza się znowu do wizualnego onanizmu towarzyszącego kolejnym krwawym starciom bitewnym z posoką obficie tryskającą na ekran (tym razem w 3D!) w towarzystwie fruwających kończyn i drzazg z rozpadających się okrętów wojennych.

Jeżeli ktoś odnajdzie przyjemność w takiej orgii wizualnej przemocy, ten wyjdzie z kina jako szczęśliwy człowiek. Pozostali będą narzekać na pozbawionego charyzmy głównego bohatera (no drugim Gerardem Butlerem to on na pewno nie zostanie), prostą fabułę i odtwórczość stylistyczną. Możliwe, że jest coś upodlającego w tego typu podejściu, ale jeżeli poświęci się korzystanie z szarych komórek na rzecz cieszenia się z widowiska (koniecznie na dużym ekranie, najlepiej w 3D, bo od dawna ten efekt nie był tak bardzo na miejscu) to seans powinien przelecieć niezauważenie, a nawet i przyjemnie. Bo tak szczerze, to niewiele się takie podejście różni od wymagań stawianych nam przez pierwszą część. Jeżeli komuś nie przeszkadzało to wtedy, to i z filmu Murro powinien wyjść zadowolony.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza