poniedziałek, 9 marca 2015

It follows (Coś za mną chodzi) - recenzja


Moje największe przeoczenie zeszłorocznej edycji festiwalu w Cannes. Nie wyłapałem w porę, że wyświetlano go już drugiego dnia, w początkowo - głupio - ignorowanym przeze mnie The International Critics' Week egzystującym obok oficjalnego festiwalu. Szybko tego pożałowałem, bo film zbierał rewelacyjne opinie, a na premierę kinową musiałem czekać później ponad pół roku. Z niemałymi oczekiwaniami zasiadałem więc na sali kinowej. To rzadko kończy się dobrze...

Film jest rewelacyjny technicznie. Muzycznie jest to kolejny w ostatnim czasie hołd złożony latom 80. Klimatyczny podkład z syntezatora od razu przywołuje w pamięci zeszłoroczny "Cold in July", a w zestawieniu z horrorową stylizacją rodzi naturalne skojarzenie z "Halloween" Carpentera, do którego nawiązywał inny zeszłoroczny tytuł - "The Guest". W tym ostatnim wystąpiła zresztą Maika Monroe, grająca pierwsze skrzypce w "It follows". Wychodzi z tego ciekawa siatka powiązań.

Nie mniejsze wrażenie robi strona wizualna. Kompozycja obrazu i ciekawe rozstawianie w filmowej przestrzeni aktorów, zdjęcia, prowadzenie kamery, fetyszyzacja drobnych scen z życia bohaterów, to wszystko wysyła jasny przekaz. David Robert Mitchell celował wysoko i konkretnie, to znaczy w półkę przeznaczoną dla pozycji kultowych, filmów oryginalnych fabularnie i niebanalnych formalnie, które chłonie się zmysłami wzroku i słuchu, łapczywie połykając kolejne sceny.

I wszystko pięknie (dosłownie), ale jest jeden zasadniczy problem. Film w ogóle nie jest straszny i wynika to głównie z fabuły. Wyjściowy pomysł klątwy przekazywanej przez kontakt seksualny jest pozornie interesujący i stymulujący intelektualnie. Jednak 30 lat po eksplozji epidemii wirusa HIV i ponad dekadę od pojawienia się "The Ring", jest już za mało oryginalny zarówno jako metafora (kultura przerabiała motyw choroby przenoszonej drogą płciową już na wszelkie możliwe sposoby), jak i kino grozy. Do tego pomysł wyjściowy, czyli motyw demona podążającego powolnym niestrudzonym marszem w kierunku ofiary, której jedynym ratunkiem jest przekazanie klątwy dalej, jest fajny tylko na papierze. Nie trzeba się długo zastanawiać, żeby dojść do wniosku, że słaba to podstawa dla kina grozy. Ciężko się przecież obawiać potwora, przed którym bez większych problemów uciekłby nawet starszy pan poruszający się przy pomocy balkoniku.

Nie obeszło się też bez drobnych dziur logicznych i niestosowania się przez reżysera do własnych reguł gry, poświęcając je na rzecz krótkiej - i daremnej - chwili grozy (pojawienie się w tle stwora, który ma przecież nieustannie podążać bezpośrednio w kierunku ofiary, na dachu budynku, nie ma tutaj najmniejszego sensu). Nie zmienia to jednak faktu, że Mitchell jest bardzo utalentowanym reżyserem, mistrzowsko operującym warsztatem i potrafiącym wykreować absolutnie urzekający klimat, o którym łatwo się nie zapomina. Niekoniecznie pasuje on jednak do kina grozy, bo przerażenie rzadko idzie w parze z zauroczeniem stroną wizualną i muzyką. Składam to na karb niedoświadczenia i wypatruję z dużą nadzieją doniesień o kolejnym filmowym projekcie Mitchella. 


1 komentarz:

  1. Przed przeczytaniem recenzji miałam mieszane uczucia i... dalej mam. xD Bo rzeczywiście, nawet po samym trailerze patrząc, ten film jest po prostu bardzo... ładny, ale sam pomysł strasznie mocno kojarzy mi się z "Ringiem". Tylko że w "Ringu" nie bardzo dało się przed potworem uciec.

    OdpowiedzUsuń