niedziela, 6 września 2015

Me and Earl and the Dying Girl (Earl i ja, i umierająca dziewczyna) - recenzja


To ten rodzaj filmu, który mógł nakręcić tylko młody, nieustraszony filmowiec, jeszcze nie przejmujący się regułami gry oraz gatunkowymi ograniczeniami, śmiało żonglować nieprzystającymi do siebie elementami i wyjść z tego obronną ręką. "Earl i ja, i umierająca dziewczyna" wymyka się prostym łatkom. Na pierwszy rzut oka, jest to tegoroczna wersja filmu "Gwiazd naszych wina". Jest błyskotliwy młody chłopak i umierająca nastolatka, przygotowująca się właśnie do rozpoczęcia chemioterapii, która wyniszczy jej ciało i ducha. To jednak mylny trop. Filmy dzieli przepaść, nie ma tutaj nawet śladu po nastoletniej egzaltacji i ckliwości wymierzonej w serca nastoletnich dziewczynek, cechujących zeszłoroczną dramę dla młodzieży. Sporo natomiast jest sarkastycznego spojrzenia na licealną rzeczywistość, sprytnych spostrzeżeń na temat szkolnych grup społecznych, mamy zabawny portret współczesnych "wyluzowanych" rodziców oraz zadziorne łamanie przyzwyczajeń widza.

I ogromną miłość do kina. Główny bohater, Thomas, do spółki z przyjacielem, Earlem, wolny czas spędza na przekopywanie półek z artystycznymi filmami na DVD w małym - ale imponująco wyposażonym - sklepie oraz na kręceniu własnych krótkometrażowych produkcji. Są to niskobudżetowe przeróbki klasyki kina cechujące się błyskotliwymi pomysłami realizacyjnymi oraz pociesznymi modyfikacjami tytułów (najbardziej urzekł mnie "2:48 P.M. Cowboy" jako hołd dla "Midnight Cowboy"). Reżyser, Alfonso Gomez-Rejon, jest podobnym im entuzjastą, z ożywczą energią i sercem opowiada historię, ubarwiając ją zabawnymi tytułami rozdziałów, retrospektywnymi przeskokami w czasie, pobudzającą uwagę widza zabawą z obrazem (w jednej scenie kadr obraca się o 90 stopni) oraz łamiącą czwartą ścianę narracją głównego bohatera.

W połowie filmu jednak celowo wytraca tempo i wraz z pogarszającym się zdrowiem młodej bohaterki, nastrój robi się poważniejszy, a reżyserowi już nie w głowie formalne zabawy. Stylistyczne przeskoki w konstrukcji filmu nie są do końca płynne, czasem się nieco ze sobą gryzą, historia jednak na tym nie traci. Jest śmiesznie i błyskotliwie, bywa smutno i melancholicznie, a chwilami wręcz przygnębiająco, ale nigdy nudno. A co najważniejsze, zawsze z sercem, co powinno być chyba podstawowym wyznacznikiem jakości dla tragikomedii o dojrzewaniu w cieniu Kostuchy.


0 komentarzy:

Publikowanie komentarza