sobota, 5 września 2015

Narcos - pierwszy sezon


W zeszłym miesiącu postanowiłem powrócić po latach do "X-Files". Była to najlepsza decyzja podjęta przeze mnie w sierpniu. Przez pierwszy sezon przebiłem się zaskakująco szybko, nawet przez moment nie odczuwając znużenia. Serial zestarzał się godnie, wciąż sprawia dużo przyjemności i autentycznie wciąga. Po kilku pierwszych odcinkach drugiej serii, zrobiłem sobie jednak przerwę na tydzień z hakiem i korzystając z premiery netflixowego „Narcos”, odpocząłem na chwilę od widoku Muldera i Sculla. Przede mną jeszcze osiem sezonów, nie chcę przedwcześnie przedawkować serialu. Była to druga najlepsza decyzja podjęta w sierpniu.

„Narcos” może się nie spodobać, bo często sprawia wrażenie fabularyzowanego dokumentu. Przez historię prowadzi nas głos z offu głównego bohatera. Wprowadza nas w wydarzenia, dopowiada o ówczesnej sytuacji polityczno-społecznej, opowiada o kolejnych postaciach, ich motywacjach, przeszłości, a czasem przyszłości, jest wszechwiedzący. Ilość informacji dostarczanych widzowi przez osobę narratora jest ogromna. Sęk w tym, że to wszystko jest istotne, interesujące i bardzo treściwe. Wydarzenia jakie miały miejsce w Kolumbii, ich reperkusje w USA, cała kariera Pablo Escobara, numery jakie odstawiał, przewrotny geniusz jego pomysłów, bezlitosność z jaką realizował swoje cele, to wszystko zasługuje na opowiedzenie i wysłuchanie.

Oczywiście, byłoby jeszcze lepiej, jakby twórcy podarowali sobie więcej czasu i rozłożyli historię na kilka sezonów, nie robili takich skoków czasowych i wzorem „Boardwalk Empire” rozpisali całość na kilkadziesiąt odcinków. Zamiast tego postawili jednak na większe skondensowanie chronologiczne i dopowiadanie fabuły przy pomocy narratora. Nie jest to optymalne rozwiązanie, ale nie jest też najgorsze. Jeżeli podejdziecie do „Narcos” jak do ciekawej opowieści oferującej bogate źródło wiedzy o Escobarze oraz kolumbijskim rynku narkotykowym, to przez całość przebijecie się w mgnieniu oka.

Minusów jednak znajdzie się jeszcze kilka. Brakuje w tym niestety filmowego rozmachu, porządnych scen akcji, zapadających w pamięci sekwencji, do tego zagrane jest to dobrze, ale żadnej kreacji nie będziecie wspominać długo po seansie. Wagner Moura oferuje dość ciekawe spojrzenie na postać Pablo, nieoczywiste, nie demonizuje Escobara, kładzie – do spółki ze scenarzystami – duży nacisk na pokazanie jego ludzkiego oblicza, troskę o rodzinę, kraj, bliskich. Na początku sprawia wrażenie, jakby zapatrzył się nieco w technikę gry Benicio Del Toro (który zresztą w zeszłym roku również zmierzył się z postacią Escobara), ale później nieco to tonuje, stawia na większą oszczędność środków, chyba nawet za bardzo, bo jego postaci często brakuje wyrazu. Jest to nie tylko wina interpretacji aktorskiej, ale i kreatywnych decyzji podjętych przez scenarzystów, którzy tak bardzo starali się pokazać ludzkie oblicze bandyty, że aż zapomnieli o tym demonicznym.

Co nie zmienia faktu, że to rzecz warta obejrzenia, oparta na historii, którą ciężko byłoby spieprzyć, wystarczyło ją powtórzyć, poszerzająca wiedzę o chyba najsłynniejszym przemytniku narkotykowym, wielokrotnie zaskakująca nie tylko bezczelnością jego zachowań i kolejnych brawurowych pomysłów, ale i postawą agentów DEA. Netflix znowu dostarczył dobry serial.


0 komentarzy:

Publikowanie komentarza