wtorek, 1 września 2015

Straight Outta Compton - recenzja


Dr. Dre oraz Ice Cube już od tak dawna należą do popkulturowego mainstreamu, że łatwo zapomnieć o ich korzeniach - dorastaniu w nieciekawej murzyńskiej dzielnicy, gdzie wymachiwanie w biały dzień bronią palną było na porządku dziennym, stróże prawa prewencyjnie częstowali policyjną pałą każdego nastoletniego czarnoskórego jegomościa, a większość znajomych kończyła w gangach, gdzie średnia długość życia nie należała do zbyt imponujących. Z chęci wyrwania się z tego środowiska, zaistnienia jako artysta, ale też i wykrzyczenia na głos całego wkurwu na świat, społeczeństwo i policjantów, którzy poniewierali nimi dla zasady, narodziła się legendarna formacja NWA. Biali Amerykanie wkrótce usłyszeli o gansta rapie i spocili się z wrażenia.

Z nieufnością podchodzę do filmowych biografii, w powstawaniu których aktywnie uczestniczyli bohaterowie tychże filmów. Gwarantuje to oczywiście, że historia będzie możliwie najbliższa rzeczywistości i obejdzie się bez fantazjowania na temat wydarzeń, o których reżyser i scenarzysta mają znikomą wiedzę. Można jednak być pewnym również tego, że niewygodne momenty zostaną przemilczane, a film nie ugodzi w publiczny wizerunek gwiazdy. No i rzeczywiście, gdy docieramy do momentu kłótni pomiędzy członkami i w efekcie rozpadu grupy, winą obarcza się głównie osoby spoza składu, chciwego menadżera (Paul Giamatti praktycznie powtarza rolę z "Rock of Ages", ale na szczęście jego postać nie jest już tak jednoznaczna) oraz gangstera, który z sukcesem przeskoczył w świat showbiznesu przenosząc do niego uliczne reguły. To szczegół, że panowie raperzy ostro po sobie jechali w kolejnych konfrontacyjnych utworach. W filmie jest powiedziane, że nigdy nie przestali darzyć siebie szacunkiem, więc tak musiało być. Yo!

Ale to tylko taki mały zgrzyt, w tej wciągającej i świetnie zrealizowanej biografii. Film jest szczególnie dobry w pierwszych kilkudziesięciu minutach. Reżyser, F. Gary Gray, zaczyna od lekkiego pierdolnięcia, rzuca nas w sam środek gangsterskich realiów Compton i przez następne 30 minut idzie przez historię niczym tornado, pochłaniając - a raczej wciągając w oko cyklonu - kolejnych członków grupy NWA. Jest to jednak nie tyle historia powstania zespołu, co opowieść o tym, jak całe dotychczasowe życie oraz ponury świat za oknem, pchnęły bohaterów w kierunku studia nagraniowego, zmusiły do wyplucia z siebie całej frustracji i złożenia przy mikrofonie pokoleniowego świadectwa. A przynajmniej bardzo życzyliby sobie, żebyśmy tak myśleli. Ile w tym świadomej kreacji, opływających dziś w luksusy starszych panów, można jedynie zgadywać.


Warto jednak stłumić w sobie wewnętrznego sceptyka i dać się ponieść tej ciekawej opowieści, kładącej duży nacisk na kreślenie ważnego tła społecznego oraz paraleli z współczesnością (dekady mijają, a amerykańscy policjanci katujący czarnoskórych wciąż stają się bohaterami programów informacyjnych). Gray mnoży sceny ze stróżami prawa nadużywającymi władzy wobec czarnej społeczności i zachowującymi się wobec niej prowokacyjne, ale też przypomina o tym, że ich postawa nie wzięła się znikąd, a Compton nie jest wylęgarnią potulnych ministrantów skupionych na nauce i samodoskonaleniu.

Film trochę odstrasza długością (150 min.), reżyser za wiele chciał do niego upchać. Jest więc historia powstania i upadku grupy, śledzimy solowe kariery bohaterów, tło społeczne, konflikty pomiędzy raperami oraz ich problemy związane z biznesem muzycznym, nieśmiało zarysowane życie prywatne, przedwczesną śmierć jednego z bohaterów, a nawet pierwsze kroki w showbiznesie Snoop Dogga oraz Tupaca. Do tego, chyba głównie w celu dokarmienia próżności i dowartościowania panów producentów, mamy na koniec sklejkę montażową pokazującą kolejne sukcesy zawodowe Dr. Dre i Ice Cube'a. Jest więc kariera aktorska Cube'a w pigułce i sceny z jego filmów akcji, jest też laurka dla producenckich talentów doktora i oczywiście krótkie wypowiedzi Eminema oraz Xzibita.

Jeśli mam być szczery, zupełnie mi to nie przeszkadzało. Uśmiechnąłem się wprawdzie pod nosem, bo było to trochę nieporadne, ale uznałem za naturalne dopełnienie filmu, który jest w gruncie rzeczy swoistym "best of" dla miłośników gangsta rapu. Są kultowe kawałki (nie tylko składu NWA) w ilości hurtowej, na pierwszym i drugim planie przewijają się ikony gatunku, reżyser poświęca sporo ekranowego czasu na opisanie tła społecznego oraz pokazanie licznych zatargów z policją, których apogeum były słynne zamieszki w pierwszej połowie lat 90. Gray czasem za bardzo stara się zrobić dobrze bohaterom filmu, ale "Straight outta Compton" nie można zarzucić braku autorskiego sznytu, historia wprost pęka od informacji, całość jest jednak na tyle zgrabnie skondensowana i czytelnie opowiedziana, żeby nie przyprawić o ból głowy lub znużenie. Rozum podpowiada, że w końcowej ocenie wypadałoby dać siedem, serce jednak domaga się ósemki. Niech i tak będzie.


1 komentarz: