sobota, 3 października 2015

The Martian (Marsjanin) - recenzja


No i takie filmy, panie Ridley Scott, to ja rozumiem. Zabawna i błyskotliwa historia o niezłomnej woli przetrwania, ogromnej pogodzie ducha i potencjale ludzkiej inteligencji oraz kreatywności. Film dźwiga na swoich barkach Matt Damon i robi to bez oznak zmęczenia. Jego bohater musi dwoić się i troić, żeby przeżyć na Czerwonej Planecie, jego orężem jest mózg, a tarczą pozytywne nastawienie. Serce widza jest cały czas po jego stronie. Dowcipkujący, kombinujący jak przeżyć, sadzący ziemniaki, odliczający racje żywnościowe, narzekający na muzykę disco, krzyczący z bezsilności w chwili desperacji, radośnie podskakujący w chwilach drobnych triumfów, wysadzający się w powietrze (no, prawie) oraz rzucający zawadiacki komentarz w kierunku Neila Armstronga - wszystko to się składa na ujmującą kreację odegraną bez cienia fałszu. W skrócie: bystry gość o powierzchowności sympatycznego (przypakowanego) przeciętniaka. Matt Damon był stworzony do tej roli.

Jeżeli do czegoś miałbym się przyczepić, to do reszty obsady, która sobie po prostu jest. Zastęp utalentowanych aktorów niemających zbyt wiele ciekawego do zagrania. Pomimo znacznej długości filmu (140 minut), Scott nie poświęca innym postaciom dość uwagi, żeby rozbiły skorupę charakterologicznego schematu. Lekki, humorystyczny klimat filmu, rzutuje też na dość beztroskie odbieranie dramatu bohatera. Kolejne problemy stawiane na jego drodze wywołują w widzu nie tyle obawę o dalszy los postaci, co zaciekawienie następnym krokiem. Na krawędź fotela osuwamy się dopiero w emocjonującym finale, który ma już zadecydować o dalszym losie astronauty.

Ale to takie tam marudzenie. Jeżeli pominąć słabo rozpisane postacie drugoplanowe, to scenariusz jest pierwszorzędnie napisany. Drzemie w nim energia, orzeźwiająca wiara w naukę i technologię oraz wartość dodatnią wynikającą z poszerzania wiedzy, pokrzepia - nieco naiwnym - świadectwem ludzkiej solidarności w obliczu sytuacji kryzysowej, no i przypomina o harcie ludzkiego ducha. Położyć się ze zrezygnowaniem i umrzeć jest łatwo, wydrzeć swoje życie ze szpon Kostuchy wymaga już natomiast zaparcia. Niekoniecznie musi się to udać, ale przynajmniej nie odejdzie się z tego świata bez walki.

Science, fuck yeah!


0 komentarzy:

Publikowanie komentarza