niedziela, 1 listopada 2015

Spectre - recenzja


Wygląda na to, że to już ostatnia odsłona Bonda w wykonaniu Daniela Craiga. Wskazują na to wypowiedzi aktora, sugeruje też finalny ton jaki nadano historii. Odkąd Craig pierwszy raz wskoczył w zgrabnie skrojony garnitur, seria może i zaliczyła jedno lekkie potknięcie za sprawą "Quantum of Solace", ale poniżej pewnego solidnego poziomu nigdy nie schodziła. Dość skutecznie zreanimowano markę, którą wielu widzów zaczynało już traktować z politowaniem. Z oglądaniem Bonda w końcu nie wiązała się lekka doza obciachu, a poważniejsze, "urealnione" podejście do fabuły przekonało do nowego wcielenia postaci wielu przeciwników serii. "Spectre" jest ostatnim elementem czteroczęściowej układanki, zgrabnie spajającym ze sobą ostatnie filmy. Jeżeli Craig nie zostanie w przyszłości skuszony finansowo do występu w kolejnej części, to o filmach z jego udziałem będzie można mówić jak o zamkniętej całości, przedstawiającej w sposób wyważony i konsekwentny ewolucję postaci.

Jest to zarazem najbardziej "bondowska" odsłona od czasu, gdy pożegnaliśmy Brosnana. Nie jest to niespodzianką, bo powrót do korzeni zapowiadał już finał "Skyfall". Jest więc więcej humoru, akcji, gadżetów, przekomarzań z Q, niewinnego flirtu z Moneypenny i niefrasobliwego traktowania wytycznych od M. Jest w końcu też znana ze starych filmów organizacja przestępca Spectre. Wszystko to jednak zostało przefiltrowane przez - charakterystyczną dla filmów z Craigiem - szorstką, mocniej osadzoną w rzeczywistości i przy tym nieco mroczną, atmosferę. Film zaczyna się od imponującego rozmachem prologu mającego miejsce podczas meksykańskiej parady ulicznej z okazji Dnia Zmarłych. Ekran jest dosłownie wypełniony morzem statystów (ciężko powiedzieć ilu z nich było wytworem komputera), kamera spokojnie oprowadza nas po klimatycznym, tętniącym życiem miejscu, ale jak już zaczyna się na ekranie dziać, to oj, dzieje się na całego. Jeden budynek zostaje zrównany z ziemią, a w powietrzu dochodzi do ostrej szamotaniny w helikopterze, który gwałtownie wirując spada w kierunku przerażonego tłumu.

Mendes wysoko podniósł sobie poprzeczkę, chyba zbyt wysoko, bo później nie dał rady jej przeskoczyć. Co nie znaczy, że nie próbował. Och, jak on bardzo próbuje - skacze po całym świecie, zabiera w kolejne ciekawe lokalizacje, mnoży na ekranie sceny akcji i technicznie nie zawodzi nawet na moment. Tak jest, realizacyjnie jest to produkt dopięty na ostatni guzik. Czegoś tu jednak brakuje. Jakiejś iskry, elementów wzbudzających ekscytację, momentów sprawiających, że widz osunie się w fotelu, albo nerwowo zawierci, brakuje oszałamiających widoków i pamiętnych scen. Zdecydowanie odczuwalny jest tu brak operatora na poziomie Rogera Deakinsa. Przepiękne kadry ze "Skyfall" wwiercały się w pamięć z mocą młota pneumatycznego, niektóre do dziś wspominam z zachwytem. Zdjęcia Hoytema są zrealizowanie pierwszorzędnie, kompozycje cieszą oko, a ciekawe prowadzenie kamery (są również ujęcia z drona) przyjmujemy z pomrukiem aprobaty. Nie brakuje więc fajnych momentów, ale nigdy nie powalają na kolana. I takie są też sceny akcji, dopracowane techniczne, skomplikowane realizacyjne, ale przy tym pozbawione energii, bezduszne i w sumie mało angażujące.

No ale to niewątpliwie stylowo zrobiony akcyjniak, choć nieco zbyt rozwleczony, szczególnie w ostatnich kilkudziesięciu minutach, które mocno spowalniają tempo akcji, żeby ładnie domknąć historię Bonda w wykonaniu Craiga. Scenarzysta wymaga więc od odbiorcy odrobiny cierpliwości i wyrozumiałości, bo zanim przejdzie do puenty musi się solidnie wygadać. Warto go jednak wysłuchać do końca. Zwolennicy "Skyfall" będą zadowoleni, bo wprawdzie porównując szczytowe momentu obu, nie jest to film tak dobry jak jego poprzednik, ale za to może się pochwalić o wiele bardziej wyrównanym poziomem i nie jest już upstrzony tyloma karkołomnymi (a czasem wręcz idiotycznymi) pomysłami fabularnymi, które wielu widzów zraziły do poprzedniego filmu Sama Mendesa.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza