niedziela, 7 lutego 2016

Zoolander 2 - recenzja


Ten film to fenomen. Nie wiem, jakim cudem, coś tak głupawego, przesadzonego w tak wielu aspektach, ciągle balansującego na granicy dobrego smaku, a często ją przekraczającego, jest zarazem tak bardzo fajne. Ale to tak naprawdę, autentycznie, szczerze - fajne. Wielokrotnie rechotałem, uśmiech nie schodził mi z ust, a im bliżej było końca, tym bardziej się on poszerzał. Może akurat miałem wyjątkowo dobry humor, ale chyba po prostu jest coś zwyczajnie ujmującego w tej bezpretensjonalnej celebracji głupoty i radosnej zgrywie z show-biznesu. Najwyraźniej podobnie myślą beneficjenci tegoż, bo tłumnie stawili się na planie zdjęciowym. Ilość gościnnych występów, popkulturowych smaczków, hołdów składanych gwiazdom oraz gwiazd drwiących z samych siebie jest tutaj prze-o-gro-mna. I większość jest trafiona w dziesiątkę.

Wiadomo, że będzie dobrze, już po otwierającej film scenie akcji. Tajemniczy jegomość z kapturem na głowie ucieka przez rzymskie uliczki ścigany przez dwóch motocyklistów. W pewnej chwili odbija się od ściany, wykonuje skomplikowany piruet w powietrzu i łapie głowę jednego z prześladowców, nonszalancko skręcając mu kark. Ląduje na ziemi, zdejmuje kaptur i widzimy twarz Justina Biebera. Chwilę później dopada go drugi motocyklista, puszcza serię z broni palnej, po chwili następną, ciało znienawidzonej przez internautów gwiazdy pop jest rozrywane kulami, kamera śledzi to z upodobaniem. Mokry sen każdego „hejtera”, scena niewątpliwie trafi wkrótce do sieci, będzie powielana w formie gifów, żartobliwych/złośliwych filmików oraz zdjęć. Wiedział o tym reżyser (Ben Stiller), wiedział zapewne Bieber, a jeżeli nie, to bądźmy poważni, zatrudnia odpowiednich ludzi, którzy powinni go o tym ostrzec.

Ale zrobili to i tak, bo wiedzieli, że w tym filmie o tym chodzi, o zabawę swoim wizerunkiem, przejaskrawienie całego show-biznesu, nie tylko świata mody, ale i współczesnych trendów w muzyce i kinie, a przy tym zaprezentowanie tego w na tyle przerysowanej formie, żeby nie było wątpliwości, że to groteska posunięta do granic absurdu. I zyskuje na tym film, bo gwiazdy bez oporów wskakują na głęboką wodę. Widać, że wszyscy czują się komfortowo w szalonym świecie wykreowanym przez Stillera, bo z jednej strony mogą totalnie popuścić hamulce, a z drugiej asekurować się głupawym klimatem filmu.

Nie każdemu przypadnie to do gustu, ale fani pierwszego „Zoolandera”, który dojrzewał w świadomości odbiorców niczym dobre wino, dorabiając się w końcu statusu pozycji kultowej, oni będą niewątpliwie zachwyceni. Ośmielę się stwierdzić, że sequel jest nawet lepszy. Jest to oczywiście osobiste odczucie, pisane z perspektywy osoby, która pierwszą część lubiła, ale nigdy nie ubóstwiała. Stiller doskonale rozumie, co stanowiło o sukcesie filmu z ubiegłej dekady i powiela jego formułę, ale aplikuje przy tym końską dawkę sterydów. Atrakcji jest nie tylko o wiele więcej, ale i również są o wiele bardziej przemyślane, głupot i przesadzonych sytuacji tutaj od cholery, podobnie jak i gościnnych występów, ale wszystko zdaje się być na miejscu, pasuje do całej układanki, no i co najważniejsze – rozbawia.

Jakby to powiedział Rysiek, mój dawny ziomek z podwórka – fpytkę film. Cokolwiek to nie znaczy.


0 komentarzy:

Publikowanie komentarza