wtorek, 29 marca 2016

Eddie the Eagle (Eddie zwany Orłem) - recenzja


Gdyby Adam Małysz był masywny, urodził się Anglikiem, nie potrafiłby dobrze skakać na nartach i nie gustował w bułce z bananem to tak wyglądałaby jego filmowa biografia. No dobra, tak poważnie, to jedynym wspólnym mianownikiem jest wąs pod nosem i skakanie na nartach. Czyli, że Polacy pewnie i tak pokochają nowy film Dextera Fletchera.

Brytyjski aktor przeszedł ciekawą artystyczną ścieżkę, odkąd zadebiutował pięć lat temu, jako reżyser interesującej komedii obyczajowej z elementami kina gangsterskiego („Wild Bill”, polecam). Następnie machnął komediodramat w formie musicalu nakręcony w Szkocji („Sunshine on Leith”, dość przeciętny). W trzecim filmie w karierze postanowił zmierzyć się z tematyką sportową, oczywiście wmieszał w to elementy komedii, bo inaczej nie byłby sobą.

Historia Eddiego Edwardsa to wymarzony materiał na film. Cierpiący w dzieciństwie na problemy z nogą, przez całe życie był zdeterminowany, żeby kiedyś zostać olimpijczykiem. Próbował więc swoich sił w każdym sporcie, jaki tylko przyszedł mu do głowy. We wszystkim wykazywał się znikomym talentem, ale za to ogromnym zapałem. Po zakończonych niepowodzeniem próbach zakwalifikowania się do olimpijskiej drużyny w narciarstwie alpejskim, wpadł na szalony pomysł przekwalifikowania się na skoki narciarskie. Przyczyna była prosta, mała konkurencja w Anglii. A raczej żadna, bo pod koniec lat 80. nie było ani jednego Brytyjczyka, który próbowałby swoich sił w tej dyscyplinie. Od bardzo dawna. Eddie oczywiście osiągnął swój cel, dotarł do Calgary, reprezentował tam Wielką Brytanię, niczego nie osiągnął jako sportowiec, ale stał się ulubieńcem tłumów i orędownikiem olimpijskich wartości. Materiał na film jak w mordę strzelił.


Od dziesięciu lat podejmowano próby przeniesienia historii brytyjskiego amatorskiego sportowca na duży ekran. Najpierw miał to wyreżyserować irlandzki twórca Declan Lowney, który w głównej roli zamierzał obsadzić Steve’a Coogana. Dwa lata później Lowney zmienił zdanie i dogadał się z Rupertem Grintem, który na planie filmowym miał się pojawić jak tylko skończyłby prace nad ostatnią częścią Harry’ego Pottera. Z tego najwyraźniej również nic nie wyszło i projekt został wstrzymany. Kilka lat później zainteresował się nim Matthew Vaughn, został producentem, a w głównej roli obsadził młodego aktora, którego odkrył przy okazji ostatniego wyreżyserowanego przez siebie filmu („Kingsman: The Secret Service”) .

Taron Egerton udowadnia, że zdobycie pierwszoplanowej roli tajnego agenta w krwawej adaptacji komiksu, nie było szczytem w jego karierze i jako aktor skrywa jeszcze kilka asów w rękawie. W filmie „Eddie zwany Orłem” biega w okularach rozmiaru XL, z pociesznym wąsem pod nosem, jego występ jest niebezpiecznie blisko granicy manieryczności, ale nigdy nie jest groteskowy, z łatwością zdobywa serce widowni, która kibicuje mu niczym fani sportu prawdziwemu Eddiemu ponad 20 lat temu. Później wspiera go jeszcze Hugh Jackman, który w roli trenera z przypadku jest klasycznym Jackmanem - uroczym, sympatycznym, nieco zabawnym, trochę zadziornym. Nic specjalnego, rola jakich wiele, bo niewychodząca poza granice wyznaczone przez tę stereotypową postać w bardzo stereotypowym filmie.

No właśnie, „Eddie zwany Orłem” to kino sympatyczne, chwilami urocze i zabawne, ale jednak do bólu sztampowe. Reżyser idzie niczym po sznurku, zaliczając kolejne obowiązkowe elementy sportowej historii typu: od zera do bohatera. Fletcher nie wnosi niczego nowego do znanej formuły, jego film to tylko przyjemne patrzydło, historia jest wystarczająco interesująca, pocieszna i inspirująca, żeby obejrzeć to bezboleśnie, ale to nie zmienia faktu, że jest to przeciętniak do szybkiego wyrzucenia z pamięci.


0 komentarzy:

Publikowanie komentarza