niedziela, 6 marca 2016

London has fallen (Londyn w ogniu) - recenzja


Film godny pierwszej części. Równie głupi, nielogiczny i niedopracowany od strony technicznej, ale za to wciąż radośnie brutalny, upstrzony soczystymi bluzgami w dialogach oraz licznymi ironicznymi żartami, zdradzającymi brak kija w wiadomej części ciała reżysera. Znowu zaczyna się od piramidalnie głupiego zamachu terrorystycznego w pierwszym akcie, w którym twórcy chyba próbowali pokazać, że brytyjskie służby porządkowe należą do najbardziej nieudolnych na całym świecie. Premierzy, prezydenci i kanclerze najważniejszych państw, będący zresztą (chyba) niezamierzonymi parodiami swoich realnych odpowiedników, padają tutaj ofiarą serii zamachów dokonanych przez zbirów przebranych za brytyjską policję, pogotowie ratunkowe, a nawet przez gwardzistów królewskich. Jest to tak niedorzeczne, że aż zabawne, a raczej pocieszne, bo towarzyszą temu bardzo koślawie zrealizowane efekty komputerowe. Jeżeli wciąż prześladuje was w nocnych koszmarach walący się pomnik Waszyngtona z pierwszej części, który wyglądał jak przeciętny przerywnik filmowy z czasów Playstation 2, to wiedzcie, że teraz jest niewiele lepiej.

Fabułę ciężko traktować poważnie, skoro agent Secret Service, którego priorytetem powinno być bezpieczeństwo Prezydenta, biega z podopiecznym po całym ogromnym mieście, w którym zza każdego rogu wyskakuje islamski terrorysta, zamiast zadekować się w jakimś bezpiecznym miejscu i przeczekać całą drakę. Zamiast tego panowie uparcie wskakują tam, gdzie jest najwięcej uzbrojonych w kałasznikowy bandziorów, ponieważ walić logikę i zdrowy rozsądek. Jeżeli machnąć jednak na to ręką to… wciąż trzeba zdzierżyć słabe CGI, a nawet momentami partacko zrealizowane sceny kaskaderskie, zwłaszcza te z udziałem samochodów. Ale jeżeli i na to machnie się ręką, to można się całkiem przyjemnie bawić, bo w dialogach czają się perełki, o ile oczywiście za perełkę można uznać taką wymianę zdań:

„- Stay in this room and wait for me to come back.
- And if you don’t come back?
- Then you’re fucked.”

W filmie o dziwo to nie zgrzyta, wręcz przeciwnie, bo publiczność wybucha śmiechem, w czym chyba zasługa przyzwoitej chemii pomiędzy Aaronem Eckhartem i Gerardem Butlerem, który wyraźnie czuje się dobrze w takiej przesyconej przemocą i wulgaryzmami historii. Na plus, w stosunku do poprzedniej części, należy jeszcze zaliczyć ograniczenie powiewania amerykańską flagą oraz sadzenia patriotycznych dyrdymałów. Jest to niewątpliwie przeciętniak, film zły na wielu poziomach, ale zarazem zaskakująco przyjemny w kontakcie, sprawiający dużo radości i broniący się bezpretensjonalnym podejściem do scen akcji oraz głównych bohaterów. 


0 komentarzy:

Publikowanie komentarza