niedziela, 3 kwietnia 2016

Marlon Brando - aktorskie seminarium pod okiem szalonego wykładowcy


Marlon Brando zrobił w życiu wiele szalonych rzeczy, długo można by wymieniać, bo im bardziej był doświadczonym aktorem, tym dziwaczniejsze robiło się jego zachowanie. O kaprysach, szaleństwach i problematycznym charakterze jaki prezentował występując w swoich ostatnich filmach (zwłaszcza „Wyspie doktora Moreau”) krążą już legendy. Mało jednak osób słyszało o jednym z najbardziej specyficznych projektów, jakie Marlon zainicjował pod koniec życia - seminarium aktorskim, będącym kwintesencją „późnego Brando”.

W ostatnich latach życia Marlon Brando zaczynał się powoli martwić, że posiadane grube miliony dolarów mogą wkrótce zacząć topnieć, w końcu utrzymanie prywatnej wyspy oraz wartego 10 milionów dolarów domu na Mulholland Drive wymagało niemałych wydatków. Zaczął więc poszukiwać sposobów na zarobienie dużych pieniędzy w krótkim czasie. Szybko znalazł rozwiązanie – telezakupy. Brando nie byłby jednak sobą, gdyby sprzedawał tam mopa, wielofunkcyjną wykałaczkę albo jodłujący mikser. O nie, wśród jego pomysłów na produkty sprzedawane w telezakupach był wstrząsoodporny dom dla regionów zagrożonych trzęsieniami ziemi oraz system klimatyzacyjny wymagający wierceń w pomieszczeniach. Nie był to więc typowy zestaw produktów sprzedawanych w Mango. Ktoś przytomny na umyśle powiedział mu, że takich rzeczy tam nie opchnie i zamiast tego powinien rozważyć wypuszczenie serii kaset sygnowanych jego nazwiskiem z lekcjami aktorskimi. Pomysł bardzo się spodobał Brando.

Jesienią 2001, zaledwie kilka tygodni po ataku na WTC, zorganizował dziesięciodniowe seminarium aktorskie zatytułowane „Lying for a Living”. Udział w nim wzięło dwudziestu młodych aktorów i aktorek oraz tuzin znanych artystów, m.in. Sean Penn, Whoopi Goldberg, Nick Nolte, Edward James Olmos oraz Harry Dean Stanton. Na wykłady wpadał również Robin Williams, który jednego dnia zagrał w pokazowej półgodzinnej improwizowanej scenie z prawdziwym sprzedawcą samochodów. Pewnego dnia pojawił się Leonardo DiCaprio, ale wyleciał z hukiem, gdy śmiał zapytać Brando o to, czy jego prawnik może się przyjrzeć kontraktowi. Bo wszystko było nagrywane i miało kiedyś trafić na serię DVD.


Zajęcia nagrywał kumpel Brando, reżyser Tony Kaye, do dziś najbardziej znany ze swojego debiutanckiego „American History X”, przy którym zresztą starł się z Edwardem Nortonem w temacie ostatecznego montażu filmu i w efekcie próbował usunąć swoje nazwisko z listy płac, zastępując je… Humptym Dumptym, postacią z bajek. Z Brando również wdawał się w liczne kłótnie podczas dokumentowania materiału i po kilku dniach machnął w końcu ręką, rzucił to wszystko w cholerę i odszedł, zabierając przy okazji kilku lojalnych członków ekipy oraz niektórych aspirujących młodych aktorów, którzy trafili na seminarium po przeprowadzonych przez niego przesłuchaniach. A, no i pierwszego dnia pojawił się przebrany za Osamę Bin Ladena (przypominam, to było krótko po zamachach z 9/11), czym tak rozwścieczył Jona Voighta, że ten zagroził zrezygnowaniem z zajęć.

Same wykłady nie rozczarowały, a raczej Brando nie rozczarował, było to dokładnie tak dziwaczne i niezapomniane doświadczenie, jak należało oczekiwać po słynnym aktorze. Już pierwszego dnia Marlon przywitał wszystkich przybyłych, ubrany w blond perukę, czarną sukienkę z pomarańczowym szalem, do tego wciśnięty w gorset z gigantycznym sztucznym biustem oraz umalowany niebieskim tuszem do rzęs. Machając różą w dłoni oprowadził uczestników seminarum po mieszczących się na Bulwarze Zachodzącego Słońca pomieszczeniach i na koniec zwalił swoje ogromne cielsko na tron, a następnie zabrał się za malowanie ust szminką. Po tym wstępnym przedstawieniu, zaimprowizował dziesięciominutowy monolog, rozpoczęty słowami: „Jestem wściekły! Wściekły!”.

Zajęcia były bardzo intensywne i wymagające, szczególnie dla młodych adeptów aktorstwa. Roztrzęsione, zawstydzone aktorki, musiały rozbierać się na oczach wszystkich i stać nago. Gdy Marlon nie był zadowolony z czyjegoś występu, grzmiał świętym gniewem i wdeptywał nieszczęśnika w ziemię. Improwizacja była głównym motywem. Jednego dnia Brando ściągnął na scenę samoańskich zapaśników oraz grupę… karłów. Innym razem znalazł na pobliskim śmietniku bezdomnego, którego również zaprosił na zajęcia. Muzyk jazzowy plumkał w tle na pianinie, Philippe Petit (tak, główny bohater "The Walk") wykonywał pokazowe chodzenie po rozpiętej linie, a czasem pojawiał się nawet i Michael Jackson.


Jak już wspomniałem, wszystko to zostało uwiecznione na taśmach. Setki godzin materiału, z którym Brando ostatecznie nic nie zrobił. Aktor szybko zirytował się próbą ogarnięcia tego przytłaczającego materiału i zmontowania w spójną całość, jego uwagę pochłonęły inne pomysły (opatentował nowy sposób wytwarzania bębenków kubańskich), zresztą wkrótce znacząco pogorszyło się jego zdrowie i trzy lata później zszedł z tego świata.

Czy kiedyś obejrzymy ten materiał? Wątpliwe. Osoba sprawująca pieczę nad nim, producent Mike Medavoy, długoletni przyjaciel Brando, który został przez niego wyznaczony jako osoba odpowiedzialna za dalsze operowanie majątkiem artysty, nie jest tym zupełnie zainteresowany. Z wielu powodów. Przede wszystkim, byłoby to problematyczne prawnie, bo nie wszyscy aktorzy występujący w nagraniach podpisali odpowiednie dokumenty. Mike nie widzi w tym zresztą potencjału komercyjnego, byłoby to ciężkie do sprzedania, wymagałoby dużo pracy przy montażu, a co najważniejsze, nie uważa, że byłoby to korzystne dla wizerunku zmarłego aktora. Szkoda, niewątpliwie byłby to fascynujący materiał. Z jednej strony, bezcenna wiedza na temat aktorstwa czerpana od legendy kina, a przy tym interesujący materiał treningowy. A z drugiej strony, możliwość zanurzenia się w jego szalonej osobowości oraz obserwowanie tego, jak cenieni oraz aspirujący aktorzy zmagają się z nią, próbując wyciągnąć od aktora tajemnicę tego, jak stać się prawdziwie wielkim.

Może kiedyś, w dalszej lub bliższej przyszłości, ktoś inny położy na tym ręce i będzie miał wizję, co dalej z tym zrobić i udostępni to światu…

Źródło:
Artykuł z zeszłorocznego czerwcowego numeru The Hollywood Reporter.

0 komentarzy:

Prześlij komentarz