środa, 20 kwietnia 2016

Thank You For Playing - recenzja


Stosunkowo późno, bo bodajże w ostatniej klasie szkoły podstawowej (a było to jeszcze za czasów, gdy trwała osiem lat), dostałem swój pierwszy komputer. Wcześniej miałem kontakt z różnymi zabytkami elektroniki typu: Commodore 64, Schneider, Atari, Amiga, no i w końcu PC, ale było to u kolegów, kuzynów oraz w szkole. W domu miałem tylko Pegasusa i wiązał się z nim niemały dramat, bo zgodnie z ówczesną tradycją miałem go dostać od Chrzestnej z okazji Pierwszej Komunii. Całymi tygodniami planowałem z ekscytacją w co zagram najpierw, jakie gry pożyczę od kolegów, ile radochy będę mieć przy Contrze i Mario. Aż w końcu nastąpiło rzeczone święto, z podekscytowaniem rozpakowałem prezent i odkryłem pudło skrywające jakieś czarne ustrojstwo o czadowej nazwie Rambo. A raczej RAMBO. Pomimo obiecującej nazwy, rozczarowanie było ogromne, ale nie przeszkodziło mi to cisnąć na konsoli całymi tygodniami. Gier na niej było od cholery, bo miała wbudowane chyba z kilkaset pozycji (pudełko twierdziło, że 5556!) , większość była wprawdzie niegrywalnymi knotami, które nawet małego smarka głodnego elektronicznej rozrywki nie zdołałyby utrzymać przed ekranem, ale przy wielu tytułach spędziłem dużo godzin.

Dopiero po wielu latach odkryłem, że posiadałem podróbę kultowego Atari 2600, a „samolocik”, „chłopek skaczący nad dziurami” i „gra w chowanego” to takie klasyczne pozycje jak: „River Raid”, „Pitfall” oraz „Sneak’n Peek”. Zabawa z konsolą skończyła się przedwcześnie, bo oba joysticki (ehh, te piękne czasy, gdy używało się jeszcze takiego terminu) były tanim szmelcem, który szybko rozpadał się na kawałki. Z czasem uzbierałem własne pieniądze i kupiłem upragnionego Pegasusa, a świat gier video stanął przede mną otworem. Po latach odkryłem, że również on był bezczelną podróbą, bo wnętrzności skrywały Famicoma, japońską wersję NES-a, ale ówcześnie nic by mi to nie powiedziało, ważne było, że gier na niego było od groma. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że jestem konsolowcem. Myślałem po prostu, że gram w gry video. I tyle. Pewnego dnia zobaczyłem u kuzynów magazyn Secret Service, a w nim dział Kombat Korner i artykuł poświęcony grze Mortal Kombat. Oczy mi się zaświeciły. Jakiś czas później kupiłem swój pierwszy numer. Z miejsca stałem się fanem.

W kolejnych miesiącach dzięki czasopismu odkryłem, że istnieje takie coś, jak Sony Playstation, Sega Saturn, „Tekken”, „Virtua Fighter”, „Battle Arena Toshinden”, „Rage Racer”, „Crash Bandicot”, „Nights into Dreams...”. Dowiedziałem się również, że „Kapitan Jastrząb”, „Tygrysia Maska”, „Generał Daimos”, oraz moja ówczesna (nowa) fascynacja, „Czarodziejka z księżyca”, nie bez powodu różnią się klimatem i stylem animacji od bajek Disneya i Warner Brothers. Chyba to właśnie wtedy pierwszy raz usłyszałem termin „anime” (aczkolwiek możliwe, że pierwszy był artykuł w Cinema Press Video, innym periodyku, który ukształtował mnie popkulturalnie). Dzięki Secret Service dowiedziałem się o kulcie „Gwiezdnych Wojen”, bo nie znałem wtedy nikogo, komu te filmy podobałyby się równie mocno co mnie, mało kto w ogóle trylogię kojarzył, koledzy oglądali głównie nowości z wypożyczalni video, albo to co dorwali na bazarze, a zremasterowane wersje starej trylogii jeszcze nie trafiły do kin i nie rozbudziły na nowo szału na gwiezdną sagę. Magazyn podsycał też moją fascynację „Archiwum X”, prowokował do bazgrania własnych rysunkowych gryzmołów we wszystkich szkolnych zeszytach, a co najważniejsze, zakorzenił zainteresowanie mangą oraz rynkiem gier komputerowych. 


A w zasadzie, to nie tyle komputerowych, co konsolowych, bo za sprawą entuzjastycznych artykułów w czasopiśmie, szybko zapragnąłem mieć własne Playstation. Zajęło mi to dużo czasu, na konsolę odkładałem przez przynajmniej dwa lata, w międzyczasie obserwując rodzący się rynek prasy konsolowej w Polsce i wspierając go własnym portfelem. Konsoli nie miałem, ale to nie powstrzymywało mnie przed kupowaniem wszystkich numerów Neo, Neo Plus oraz ulubionego PSX Extreme. Podobnie miałem zresztą z anime i mangą, do których dostęp w Polsce był ówcześnie kiepski (jeżeli było się niezbyt majętnym gnojkiem z małego miasta, który nie znał angielskiego), ale było za to Animegaido (umarło po kilku numerach) oraz Kawaii, które oczywiście co miesiąc kupowałem, żeby czytać o wszystkich ekscytujących filmach i mangach, których pewnie nigdy nie zobaczę. Gdy kilka lat później w końcu przeskoczyłem z internetu modemowego na szerokopasmowy, filmy anime były jednymi z pierwszych tytułów, które ściągnąłem z sieci.

Secret Service kupowałem przez długi czas z przyzwyczajenia. Gdy zdałem sobie sprawę z tego, że bardziej interesują mnie tytuły konsolowe, Kombat Korner nie jest już tak interesujący, odkąd prowadzący go Gulash zabrał swoje graty i stworzył własny magazyn, a zamiast dwóch stron miesięcznie poświęconych „chińskim bajkom”, wolę poczytać całe czasopismo im poświęcone, to doszedłem do wniosku, że nie ma sensu nadwyrężać ograniczonego budżetu i lepiej poświęcić te kilka zeta miesięcznie na coś istotnego, na przykład odłożyć na Playstation. Z czasem chyba więcej osób doszło do takiego wniosku, albo zostało zniechęcone różnymi wewnętrznymi bojami w redakcji, bo ukochany magazyn w końcu zniknął z rynku. Niedawno próbowano go wskrzesić, entuzjastyczna reakcja ludzi mówiła sama za siebie, smarkacze wychowani w latach 90. nie zapomnieli o piśmie, które ich w jakiś sposób ukształtowało, nauczyło rynku, uświadomiło popkulturalnie, chętnie więc sypali kasą, wspierając jego odrodzenie. Jak to się skończyło, dobrze wiemy, pozostał po tym tylko niesmak, wkurwienie i Pixel.

Secret Service pozostanę jednak na zawsze wdzięczny, bo odkrył przede mną rzeczy, o których jeszcze nie wiedziałem, że chciałbym znać. Zainspirował do prowadzenia własnych poszukiwań wszelakich popkulturowych dóbr, odkrywania w świecie kultury rzeczy nowych, poszerzania wiedzy na temat tego, co mnie już w jakiś sposób zainteresowało, wynajdywania nowych fascynacji, a z czasem również dzielenia się tymi odkryciami z innymi. Wierzę, że z podobnych pobudek młodociani pasjonaci angażowali się w powstawanie zarówno tego pisma, jak i wielu innych, które zalewały wtedy polski rynek. Większość z nich śledziłem, niektóre z przypadku, jedne kupowałem tylko przez kilka miesięcy, inne pożyczałem od kogo się dało, ale wszystkie jakoś tam wpłynęły na ukształtowanie mojej nastoletniej osobowości. Oczywiście nie były jedynym źródłem wiedzy o świecie, bo zawsze połykałem wszystko, co tylko się dało przeczytać, ale nie o książkach, komiksach, tygodnikach opinii jest ten wpis, więc zostawmy to. Kończę już szósty akapit, a chciałem tylko napisać rozbudowane wprowadzenie do recenzji „Thank You For Playing”, dokumentu poświęconego polskim magazynom o grach komputerowych z lat 90. Zamiast tego wyszło coś innego. Coś osobistego. Bywa i tak.


No dobra, trochę kłamię, od początku wiedziałem, że to nie będzie normalna recenzja. Bo mógłbym oczywiście skupić się na suchej opinii. Napisać, że autorzy zebrali imponującą gromadkę rozmówców, którzy snują wspomnienia o „zamierzchłych” latach 90., opisując jak to wyglądało od wewnątrz, z sentymentem wspominając to co było dobre, oraz śmiejąc się z tego, co pokraczne, i niby szczerze, ale jednak z lekkim pobłażaniem, wspominając liczne wpadki, punktując koszmarną stronę edytorską wszystkich czasopism i niezgrabny styl wypocin młodych autorów. Wypadałoby też wspomnieć, że autorzy próbują to maskować, zabierając rozmówców w teren, ale to i tak tylko kolejny dokument z „gadającymi głowami”. Mógłbym wytknąć, że niepotrzebnie pod koniec poświęca się dużo czasu na jojczenie nad współczesnym stanem prasy specjalistycznej i wywyższaniu tych dawnych, jakby nie patrzeć bardzo amatorskich tworów, ponad treść produkowaną dziś przez użytkowników internetu. Jest to słabe i nieco śmieszne, bo dawni idole pokazują, że się zestarzali, nie rozumieją współczesnego świata, kręcą nań głową i sapią pod nosem, że drzewiej bywało lepiej, bo o grach pisało się z pasji, nie to co teraz…

Na szczęście to nie jest normalna recenzja, a ja nie chcę nikogo namawiać do oglądania „Thank You For Playing”. Współczesna młodzież mogłaby go wprawdzie odebrać jako interesującą opowieść o historii branży w Polsce, wszakże nie brakuje w dokumencie informacji o grach i sprzęcie, ale najprawdopodobniej uzna to jednak za smutne pieprzenie „starych ludzi”. Jeżeli jednak pamiętasz tamte czasy, a co więcej, wydawałeś co miesiąc od kilku do kilkunastu złotych na radosną twórczość bohaterów dokumentu, kojarzyłeś ich pseudonimy, połykałeś kolejne numery, a temat gier komputerowych, albo japońskiej animacji, wciąż nie jest ci obcy, to zdecydowanie powinieneś go obejrzeć. Być może rozbudzi w tobie wiele przyjemnych wspomnień, nastroi sentymentalnie, może skłoni do refleksji, albo po prostu pozwoli zapomnieć na chwilę o dniu dzisiejszym. Ja jednak nie napisałem tego, żeby namawiać kogokolwiek do oglądania. Po prostu jestem wciąż pod wpływem tego co zobaczyłem, potrzebowałem uporządkować wspomnienia i związane z nimi emocje, jakie się nagromadziły podczas seansu i rozprawić się z nimi w jedyny znany mi sposób. Pisząc. Chyba dlatego wciąż odczuwam więź z bohaterami filmu, jesteśmy „nakręceni” podobną obsesją tworzenia - dla siebie, dla innych, dla kogokolwiek, kto tylko zechce to przeczytać. Medium inne, grupa odbiorców zapewne o wiele mniejsza, ale główny czynnik motywujący ten sam, chęć pisania o swoich przeżyciach i dzielenia się tym z innymi. Jeżeli wciąż jesteś ze mną, nie wyłączyłeś zirytowany tego przydługawego tekstu, nie uciekłeś znudzony osobistym tonem, to może znaczy, że sprawił ci choć trochę przyjemności. Byłoby miło, bo ja na pewno z przyjemnością go pisałem. Dziękuję za uwagę.


0 komentarzy:

Prześlij komentarz