sobota, 7 maja 2016

Bastille Day (Dzień Bastylii) - recenzja


Uparcie ignorowałem ten film, odstraszony niskimi ocenami krytyków i zwiastunem zapowiadającym przeciętniaka, ale on uparcie pojawiał się w kolejnych tygodniach na kinowej rozpisce. W końcu skapitulowałem, poszedłem do multipleksu. I dobrze się stało. Tak, jest to kino sztampowe, oparte na twistach rodem z „24 godzin”, bazujące na scenariuszu, który zrzyna z czego się tylko dało, opowiadając kolejną opowiastkę o stróżach prawa, którzy rozgoryczeni systemem zamierzają okraść rząd. Do tego po ekranie pałęta się Richard Madden, czyli Robb Stark z „Gry o tron”, o którym nie można powiedzieć za wiele dobrego - ma znikomą charyzmę, nie potrafi grać, ale przynajmniej nie potyka się o własne nogi. Przydatna umiejętność w pociesznym kinie akcji udającym poważną sensację.

Wszystko to jednak traci na znaczeniu, bo w głównej roli obsadzony został Idris Elba, który swoją charyzmą spokojnie mógłby obdzielić całe Winterfell. W „Dniu Bastylii” jest niczym negatyw Jasona Stathama. Zminiaturyzowany czołg, który wszystkie drzwi otwiera kopnięciem zdolnym powalić konia, a czego nie rozwali w drzazgi przy pomocy nóg to dobije potężnymi łapami, powalającymi każdego przeciwnika na ziemię jednym ciosem. Jest fantastyczny, jak zwykle zresztą, dla Idrisa obejrzałbym jeszcze z dziesięć taki przeciętniaków, bo to sama przyjemność obserwować go w trybie bojowym.

Zresztą, może i „Dzień Bastylii” nie należy do filmów oryginalnych, albo nadto mądrych (bandziory w pewnej chwili powalają Paryż na kolana przy pomocy… hashtagu), ale z cała pewnością ogląda się go przyjemnie. Budżet miał skromny, ale wykrzesano z niego całkiem solidnego akcyjniaka, zgrabnie skleconego, nie rozlatującego się fabularnie, z kilkoma zapadającymi w pamięci sekwencjami, a czasem nawet zabawnego. Madden jest najsłabszym elementem obsady, ale sceny dzielone z czarnoskórym kolegą niewątpliwie mu służą, bo wtedy najbardziej rozkwita na ekranie, czasem nawet osiągając coś w rodzaju chemii. Inna kwestia, że Elba zapewne dałby radę wykrzesać chemię nawet w relacji z paprotką.

Film Jamesa Watkinsa („Eden Lake”) to więc żadna rewelacja, ani tym bardziej perełka, w swoim gatunku, ale miłośników Idrisa oraz kina akcji spod znaku Jasona Stathama, szukających czegoś na wieczór przy procentach albo puszce coli i kubeczku popcornu, powinien zadowolić.


0 komentarzy:

Publikowanie komentarza