niedziela, 5 czerwca 2016

Robocop - Holender, jego żona i rozmiar buta Petera Wellera.


Europejscy reżyserzy najczęściej emigrują do Hollywood w poszukiwaniu międzynarodowego sukcesu i ciężarówek pełnych pieniędzy. Paul Verhoeven przeprowadził się, bo nie miał innego wyjścia. W rodzimej Holandii podpadł większości branży filmowej i jego szanse na sfinansowanie tam kolejnego tytułu były znikome. Czym podpadł? Najprościej mówiąc: byciem Verhoevenem. Jego filmy nie dość, że były krwawe i zawierały odważne sceny seksu to jeszcze na dodatek cieszyły się ogromnym sukcesem kasowym. O zgrozo! Zazdrośni koledzy z branży nie mogli ścierpieć, że Paul demoralizuje społeczeństwo, a jego komercyjne „płytkie” filmy odnoszą sukces w kraju i na świecie. Utrudniali więc realizację kolejnych. W kraju, gdzie ponad połowa budżetu pochodziła od rządowych komisji, w których zasiadali wyżej wspomniani, było to poważnym problemem. Na szczęście dla Verhoevena już od dawna był na celowniku Hollywood. Uwagę amerykańskiego przemysłu zwrócił dekadę wcześniej filmem „Tureckie owoce”, nominowanym do Oskara. Wsiadł więc w końcu w samolot i poleciał do USA uzbrojony w scenariusz „Robocopa”.

Pomysł na film narodził się w głowie Eda Neumeiera, gdy pracował jako szeregowy członek ekipy technicznej na planie „Łowcy androidów”. Pierwszego dnia zapytał kogoś, o czym tak w zasadzie jest ten film i usłyszał, że „o policjancie, który ściga roboty”. Ed podrapał się po głowie i doszedł do wniosku, że przecież można by odwrócić ten koncept i zrobić film o robocie, który ściga ludzkich bandziorów. I tak zrobił, do spółki z Michaelem Minerem. Scenariusz trafił do Verhoevena, wygrzewającego akurat tyłek na plażach południowej Francji. Holender przeczytał go pobieżnie, uznał za gówniany, rzucił ze zniechęceniem na ręcznik i poszedł popływać. Gdy wrócił, zastał żonę zanurzoną w lekturze i podekscytowaną potencjałem jaki drzemie w historii, przekonaną o tym, że utalentowany małżonek zdołałby wycisnąć z niej coś oryginalnego. Nie było więc wyjścia, przeczytał jeszcze raz, tym razem uważnie i od początku do końca. Stanowiło to pewne wyzwanie, bo potrafił komunikować się po angielsku, ale czytanie sprawiało mu sporo trudności i wymagało ciągłego wspomagania się słownikiem. Ostatecznie przyznał rację żonie i skontaktował się z Orion Pictures, że będzie niebawem przelotem w Los Angeles i chciałby się spotkać w sprawie ewentualnej realizacji „Robocopa”.


Jakiś czas potem, siedząc samotnie w amerykańskim hotelu, gdzie odsypiał podróż i przygotowywał się do spotkania, zszokowany odkrył… świat amerykańskiej telewizji. Oniemiały patrzył na reklamy, jakże odmienne od tych oglądanych w holenderskiej telewizji oraz niedzielne programy obfitujące w różnego rodzaju pastorów, klechów i innych szarlatanów. Zafascynowany oglądał relację na żywo z katastrofy promu Challenger, przerywanej co dziesięć minut reklamami sprzedawców używanych samochodów. „Robocop” narodził się chyba tak naprawdę w tamtej chwili. Elementy satyry na świat amerykańskiej telewizji znajdowały się już w oryginalnym scenariuszu, ale w zasadzie dopiero wtedy, w hotelowym pokoju przy telewizorze, w pełni trafiły do Verhoevena i nadały ton jego kolejnemu filmowemu projektowi.

Realizacja przebiegała nie bez zgrzytu. W głównej roli obsadzono Petera Wellera, kolejnego wyznawcę metody Stanisławskiego, który na planie odpowiadał tylko, gdy zwracano się do niego Murphy albo „Robo”. Nie tyle śmieszyło to Verhoevena, co wprawiało go w zakłopotanie. Największe problemy wiązały się z kostiumem, który na plan filmowy trafił z ogromnym opóźnieniem, czego głównymi winowajcami byli reżyser i projektant zbroi, Rob Bottin. Panowie nie mogli się dogadać, kłótnie były żywiołowe, co nie dziwi, bo Paul to słynny choleryk. Bottin przyznał później, że kilka razy omal nie doszło pomiędzy nimi do bójki. O przebojach z kostiumem można by długo opowiadać. Pierwotny projekt został wywalony do kosza w ostatniej chwili, zastąpiony wyglądem zainspirowanym japońskimi mangami, który ostatecznie został jednak odrzucony i na plan zdjęciowy w Teksasie dotarł w końcu ten oryginalny. Rozzłościło to Wellera, który nie miał czasu na oswojenie się z kostiumem. Przygotowując się do roli poświęcił wiele godzin z osprzętem wykorzystywanym w amerykańskim futbolu oraz ćwiczył pod okiem pantomimisty. Wszystko to było bezcelowe, bo okazało się, że kostium Robocopa dramatycznie ogranicza jego ruchy. A do tego Peter czuł się w nim jak idiota. Po kilku pierwszych godzinach pracy na planie filmowym w końcu nie wytrzymał i stało się nieuniknione, rozpętała się kłótnia pomiędzy nim, a wybuchowym reżyserem. Producent filmu, Mike Medavoy, musiał w końcu interweniować, przylecieć na miejsce, zamknąć plan na dwa dni i zwolnić Wellera, najwyraźniej niezdolnego do współpracy.


Nie było to jednak takie proste, bo zrobiony za 600 tysięcy dolarów kostium był wzorowany na jego sylwetce. W pierwszej chwili rozpoczęto więc nerwowe poszukiwania jakiegokolwiek aktora, który ma „rozmiar buta” Wellera, ale ostatecznie dogadano się z aktorem i po dwóch dniach powrócono do realizacji filmu. A reszta jest już historią, bo przecież nie będę opisywać teraz całego procesu realizacji, film okazał się ogromnym sukcesem, tak finansowym, jak i artystycznym. Krytycy łaskawym okiem spojrzeli na krwawą futurystyczną satyrę, podobnie jak i widzowie, którzy pragnęli więcej historii z Robocopem. Hollywood stanęło przed Verhoevenem otworem, a tuż za rogiem czaił się już inny emigrant z Europy, czyli Arnold Schawarzenegger, który z zaintrygowaniem spoglądał w kierunku holenderskiego reżysera. Ale to już opowieść na inny czas...

Źródło:
Artykuł w Empire (Sierpień 2012)

0 komentarzy:

Prześlij komentarz